Dookoła świata

Na­ta­lia i Ma­riusz To­kar­czy­ko­wie. Staż mał­żeń­ski: 8 lat. Syn Mak­sy­mi­lian, lat 7. We wrze­śniu 2014 wy­ru­szy­li w swo­ją wiel­ką, wy­ma­rzo­ną po­dróż do­oko­ła świa­ta. Za­czę­li od Mek­sy­ku. Ma­riusz ro­bi zdję­cia, Na­ta­lia pi­sze re­la­cje z po­dró­ży. Za­miesz­cza­ją je na stro­nie thetravelingtree.com.pl. Jak speł­nia­ło się ich wiel­kie ma­rze­nie, opo­wia­da Na­ta­lia.

Po­cząt­ki

Pa­sję po­dró­żo­wa­nia każ­de z nas mia­ło w so­bie na dłu­go, za­nim się po­zna­li­śmy.

Kie­dy na­sze dro­gi się ze­szły, zda­li­śmy so­bie spra­wę, że zna­leź­li­śmy wspa­nia­łe­go kom­pa­na do wa­ka­cyj­nych włó­częg. Ta­kie­go, któ­re­mu nie­strasz­ny au­to­stop ani za­bło­co­ne szla­ki w Be­ski­dach wcze­sną wio­sną. No­wych ce­lów i ma­rzeń spe­cjal­nie nie szu­ka­li­śmy, po­ja­wia­ły się sa­me. Wy­star­czy­ło prze­czy­tać po­dróż­ni­czą książ­kę, się­gnąć po ga­ze­tę, po­je­chać na fe­sti­wal al­bo po­szpe­rać w In­ter­ne­cie.

foto_01-02_25-2014

Krok po kro­ku

Bał­ka­ny, Skan­dy­na­wia i in­ne kra­je, któ­re od­wie­dza­li­śmy w cza­sie wa­ka­cji pod­czas stu­diów i urlo­pów w pra­cy, to jed­no, ale po­dróż do­oko­ła świa­ta, któ­ra po­trwa rok al­bo dwa, to cał­kiem in­na spra­wa. Wie­dzie­li­śmy o tym, dla­te­go spo­ro za­ję­ło nam jej prze­my­śle­nie.

Wy­je­cha­li­śmy do pra­cy do Szwaj­ca­rii z ja­snym ce­lem oszczę­dza­nia na po­dró­że. Oprócz zbie­ra­nia środ­ków by­ło w na­szych przy­go­to­wa­niach coś o wie­le waż­niej­sze­go: nie­ustan­ne py­ta­nie w mo­dli­twie, czy bę­dzie to wo­lą Bo­ga. W mię­dzy­cza­sie, jak to by­wa w ży­ciu, w mo­jej gło­wie po­ja­wia­ło się wie­le in­nych ma­rzeń. Wów­czas mo­dli­łam się o zro­zu­mie­nie, za co mam się za­brać. I „przy­pad­kiem” tra­fia­łam na książ­kę, dzię­ki któ­rej w mo­im ser­cu coś na no­wo oży­wa­ło. Dziś wiem jed­no: to Bóg za­pa­la w nas ma­rze­nia. To Je­mu za­le­ży na ich speł­nia­niu. Wię­cej: bę­dzie pierw­szym, któ­ry po­mo­że nam w ich re­ali­za­cji. Bę­dąc w dro­dze już kil­ka mie­się­cy, wi­dzi­my to na każ­dym kro­ku.

Za­nim wy­je­cha­li­śmy, po pro­stu mu­sie­li­śmy nie­co oszczę­dzić. Uda­ło nam się po trzech la­tach – dzię­ki pra­cy na emi­gra­cji. Chcieć to móc!

Ży­cie w po­dró­ży

Na po­cząt­ku mu­sie­li­śmy tro­chę prze­or­ga­ni­zo­wać na­sze co­dzien­ne ży­cie. Nie pra­cu­je­my, Maks nie cho­dzi do szko­ły, a jed­nak nasz czas w dro­dze dziw­nie się kur­czy. Cięż­ko nam po­zo­stać na bie­żą­co z re­la­cja­mi na stro­nie in­ter­ne­to­wej. Mu­si­my sprę­żać się, by co­dzien­nie po­ćwi­czyć z Mak­siem pi­sa­nie i czy­ta­nie. To, cze­go się uczy­my, to ży­cie chwi­lą. Daw­niej czę­sto wy­bie­ga­łam my­śla­mi w przy­szłość: „jesz­cze tyl­ko dwa dni w pra­cy, a po­tem week­end…” – zna­cie to? W po­dró­ży ży­je­my każ­dym dniem. Uczy­my się by­cia ra­zem 24 go­dzi­ny na do­bę. Uczy­my się pro­sić o po­moc, za­miast być sa­mo­wy­star­czal­ni.

Jeź­dzi­my au­to­sto­pem. Nur­ku­je­my w cie­płym mo­rzu. Wspi­na­my się po gó­rach, scho­dzi­my w głąb ka­nio­nów. A przede wszyst­kim du­żo się ba­wi­my! Ma­rze­nie do speł­nie­nia na ten rok to po­zna­nie Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej i Środ­ko­wej. Chce­my do­trzeć na sa­mo po­łu­dnie w po­rze, gdy w Pol­sce jest naj­zim­niej. Ma­my na­dzie­ję, że się uda.

W koń­cu od te­go są ma­rze­nia!

 

Murmańska epopeja

Śpie­wa­li pio­sen­ki, że wie­lo­ry­ba moż­na spo­tkać „co dwa kro­ki / I in­sze fo­ki”, a ba­li się, że­by im „ko­ło nie spa­dło na gło­wę / Pod­bie­gu­no­we”. Pol­scy żoł­nie­rze zwa­ni „Mur­mań­czy­ka­mi” wal­czy­li w 1918 ro­ku z bol­sze­wi­ka­mi na pół­no­cy Ro­sji za ko­łem pod­bie­gu­no­wym pod Mur­mań­skiem. Do Pol­ski, okry­ci sła­wą „Lwów pół­no­cy”, wró­ci­li z oswo­jo­ną niedź­wie­dzi­cą po­lar­ną – Baś­ką.

Kie­dy w po­ło­wie 1918 ro­ku zo­sta­ły osta­tecz­nie roz­bi­te trzy pol­skie kor­pu­sy w Ro­sji, Po­la­cy po­sta­no­wi­li jesz­cze raz od­bu­do­wać swe woj­sko. Ge­ne­rał Jó­zef Hal­ler za­warł z przed­sta­wi­cie­la­mi państw sprzy­mie­rzo­nych umo­wę o two­rze­niu od­dzia­łów pol­skich na da­le­kiej pół­no­cy Ro­sji – w Mur­mań­sku, do­kąd pró­bo­wa­li prze­do­sta­wać się Po­la­cy.

foto_01-03_25-2014

Wie­lu nie do­tar­ło, gdyż wy­da­ny przez bol­sze­wi­ków roz­kaz o na­tych­mia­sto­wym roz­strze­li­wa­niu poj­ma­nych pol­skich żoł­nie­rzy sku­tecz­nie od­ciął dro­gę na pół­noc i uda­ło się tam dojść tyl­ko kil­ku­set. Utwo­rzo­no z nich od­dzia­ły, któ­rych żoł­nie­rzy na­zy­wa­no po­tocz­nie Mur­mań­czy­ka­mi. „Moż­na by­ło za­uwa­żyć licz­nych cu­dzo­ziem­ców o woj­sko­wym wy­glą­dzie ja­dą­cych pod Oce­an Lo­do­wa­ty, wy­chu­dłych i wy­bla­dłych, lecz z ża­rem za­pa­łu i od­wa­gi w oczach. By­li to żoł­nie­rze pol­scy, któ­rzy dą­ży­li na oku­po­wa­ny przez ko­ali­cję Mur­mań, ostat­ni skra­wek Ro­sji, gdzie jesz­cze by­ła moż­ność sku­pia­nia się pod sztan­da­rem Or­ła Bia­łe­go, do dal­szej wal­ki o nie­pod­le­głą i zjed­no­czo­ną Pol­skę”.

Na prze­ło­mie 1918 i 1919 ro­ku zwy­cię­sko wal­czy­li z bol­sze­wi­ka­mi w re­jo­nie Ar­chan­giel­ska, nad rze­ka­mi Dźwi­ną i One­gą. Do­pie­ro w grud­niu 1919 ro­ku, czy­li po­nad rok po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści, uda­ło się im po­wró­cić do Oj­czy­zny, ale wie­lu z nich na­tych­miast po­dą­ży­ło na front, aby znów sta­nąć do wal­ki z bol­sze­wi­ka­mi.

Wraz ni­mi przy­by­ła Baś­ka mur­mań­ska – oswo­jo­ny niedź­wiedź po­lar­ny, któ­ry tra­fił do pol­skich żoł­nie­rzy wprost z lo­do­wej kry. Zo­sta­ła przy­dzie­lo­na ja­ko „cór­ka re­gi­men­tu” z wik­tem w kom­pa­nii ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych.

Jej opie­ku­nem zo­stał ka­pral Smor­goń­ski. „Uro­dzo­na pod ciem­ną Gwiaz­dą Po­lar­ną, roz­po­czę­ła ka­rie­rę pod zna­kiem Mar­sa. Na niedź­wied­ni­ka prze­zna­czo­no jej ka­pra­la na­zwi­skiem Smor­goń­ski. Ka­pral trud­nił się przed woj­ną rze­mio­słem szew­skim i Baś­ka by­ła pierw­szym ży­wym niedź­wie­dziem, ja­kie­go w ży­ciu na oczy uświad­czył…” – pi­sał Eu­ge­niusz Ma­ła­czew­ski, je­den z Mur­mań­czy­ków i za­po­mnia­nych dziś wy­bit­nych li­te­ra­tów w swych Dzie­jach Baś­ki Mur­mań­skiej.

Baś­ka wró­ci­ła do Pol­ski. Już w Gdań­sku wzbu­dzi­ła sen­sa­cję wśród wi­ta­ją­cych pol­skich żoł­nie­rzy. Nikt nie mógł uwie­rzyć, że niedź­wie­dzi­ca po­lar­na mo­że być tak ob­ła­ska­wio­na jak pies. W War­sza­wie de­fi­lo­wa­ła na pla­cu Sa­skim na dwóch ła­pach wraz ze swym opie­ku­nem ka­pra­lem Smor­goń­skim przed Na­czel­ni­kiem Pań­stwa Jó­ze­fem Pił­sud­skim. Ze­bra­ne tłu­my war­sza­wia­ków wi­wa­to­wa­ły na jej cześć, a Pił­sud­skie­mu da­ła się po­gła­skać. „Na­czel­nik bar­dzo się Ba­ś­ce spodo­bał. Ni­gdy go przed­tem nie wi­dzia­ła, jed­nak od ra­zu z pierw­sze­go rzu­tu oka do­szła do prze­ko­na­nia, że ten wy­so­ki czło­wiek, w skrom­nym sza­rym płasz­czu, z krza­cza­sty­mi wą­sa­mi jest na tym pla­cu fi­gu­rą na­czel­ną (…) Gdy Na­czel­nik, chcąc ją po­gła­skać, wy­cią­gnął rę­kę, bez na­my­słu po­da­ła mu ła­pę, wy­ko­naw­szy przy tym coś jak­by dyg ce­re­mo­nial­ny, ja­kie­go by się nie po­wsty­dzi­ła naj­wy­twor­niej­sza da­ma dwo­ru. Ro­ze­szli się, bar­dzo z sie­bie na­wza­jem za­do­wo­le­ni” – czy­ta­my u Ma­ła­czew­skie­go.

Słyn­ny po­eta Ar­tur Op­p­man mur­mań­ską epo­pe­ję Po­la­ków uwiecz­nił w jed­nym z wier­szy: „Mur­mań­ski żoł­nierz je­stem, / Zna­czo­ny krwa­wym chrze­stem / W dwu­dzie­stu po­lach bi­twy! / W po­lar­nej zo­rzy bla­skach / Ma­rzę o żół­tych pia­skach / Na­szej Pol­ski i Li­twy! / Z mroź­ne­go Ar­chan­gie­la, / Gdzie pust­kę śnieg wy­bie­la (…) W mro­kach no­cy zi­mo­wej / Śni mi się próg oj­co­wy / I Oj­czy­zna da­le­ka…”

 

Ja­ro­sław Sza­rek

 

Szkoła modlitwy. Temat: Co to jest modlitwa?

Dro­dzy mło­dzi przy­ja­cie­le, roz­po­czy­na­my cykl ar­ty­ku­łów na te­mat mo­dli­twy. Chce­my się przy­go­to­wać do Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży, któ­re od­bę­dą się w Kra­ko­wie w 2016 r. Osią te­go spo­tka­nia bę­dzie wła­śnie mo­dli­twa.

Oczy­wi­ście nie wy­czer­pie­my te­ma­tu. Wie­lu świę­tych prak­ty­ko­wa­ło mo­dli­twę przez ca­łe ży­cie, a prze­cież ich „do­ro­bek” to tyl­ko uła­mek do­świad­cze­nia Ko­ścio­ła! Nie je­ste­śmy w sta­nie do­tknąć wszyst­kich aspek­tów, po­ru­szy­my więc tyl­ko naj­waż­niej­sze za­gad­nie­nia. Przed­sta­wi­my isto­tę mo­dli­twy, wa­run­ki jej owoc­no­ści (czy­li mó­wiąc pro­ściej – co ro­bić, aby by­ła sku­tecz­na?), ro­dza­je oraz da­my przy­kła­dy róż­nych spo­so­bów mo­dle­nia się.

foto_01-01_25-2014

NA DZISIAJ: co o mo­dli­twie mó­wi nam Sta­ry Te­sta­ment? Sło­wa „mo­dli­twa”, „mo­dlić się” wy­stę­pu­ją w pol­skim tłu­ma­cze­niu Bi­blii po­nad 330 ra­zy. Moż­na by po­wie­dzieć, że na każ­dy dzień ro­ku jest prze­zna­czo­ny je­den wer­set z „mo­dli­twą”. Przyj­rzyj­my się po­krót­ce bi­blij­ne­mu przed­sta­wie­niu mo­dli­twy.

W Sta­rym Te­sta­men­cie rzu­ca się w oczy na­stę­pu­ją­ca ce­cha mo­dli­twy: jest ona pra­wie za­wsze zwią­za­na ze zbaw­czym pla­nem Bo­żym wo­bec czło­wie­ka. Mó­wiąc pro­ściej, w mo­dli­twie punk­tem wyj­ścia za­wsze jest to, co już się sta­ło, co dzie­je się te­raz lub co się wy­da­rzy w przy­szło­ści w związ­ku z dzia­ła­niem Bo­ga. Mo­dli­twa do­ty­czy te­go, by Bo­że zba­wie­nie po­ja­wi­ło się na zie­mi. Mo­dli­twa sta­ro­żyt­ne­go, sta­ro­te­sta­men­to­we­go Izra­ela jest bar­dzo moc­no zwią­za­na z je­go hi­sto­rią – jest z nią nie­roz­łącz­na. Izra­el mo­dli się, bo wie­rzy w Bo­ga, któ­ry re­al­nie dzia­ła.

WSKAZÓWKA DLA NAS: Pi­smo Świę­te po­ucza nas, że na­le­ży bar­dzo moc­no zwią­zać swo­je ży­cie z mo­dli­twą. Bóg jest obec­ny w na­szym ży­ciu – „tym bar­dziej”, im bar­dziej z Nim roz­ma­wia­my. Po­twier­dza to ca­ła hi­sto­ria Izra­ela.

Abra­ham jest pierw­szą oso­bą, o któ­rej jest po­wie­dzia­ne, że się mo­dli (Rdz 20,7), na­to­miast du­żo mo­dlił się je­go syn Iza­ak. Wzo­rem mo­dli­twy po­je­dyn­cze­go czło­wie­ka po­zo­sta­je w ST Moj­żesz. Mo­dlą się tak­że kró­lo­wie i pro­ro­cy. W Psal­mach do­cho­dzi do gło­su mo­dli­twa wspól­no­ty. Źró­dłem mo­dli­twy Psal­mów są prze­ży­cia oso­bi­ste: ten, kto pi­sał Psal­my, mó­wił do Bo­ga w bar­dzo róż­nych do­świad­cze­niach ży­cio­wych. Cie­ka­wost­ką jest, że szcze­gól­nie trud­ne sy­tu­acje do­pro­wa­dzi­ły au­to­ra Psal­mów do wiel­kiej uf­no­ści wo­bec Bo­ga. Czy wiesz, że głów­ną myśl prze­wod­nią Psal­mów wy­ra­ża cza­sow­nik ba­tah, któ­ry tłu­ma­czy się ja­ko „po­kła­dać uf­ność’? Za­ufa­nie Bo­gu i Je­go Opatrz­no­ści prze­cho­dzi od śmie­chu psal­mi­sty do je­go łez i od­wrot­nie – zu­peł­nie tak jak w ży­ciu! Co­kol­wiek się zda­rzy, nie­za­leż­nie czy jest eu­fo­ria czy „dół”, Psal­my uczą ufać we wszyst­kim Bo­gu.

To za­ufa­nie prze­ra­dza się po­wo­li w ocze­ki­wa­nie od Bo­ga cze­goś naj­lep­sze­go. Czło­wiek mo­dlą­cy się Psal­ma­mi do­strze­ga, że to sam Bóg chce dać i da­wać się czło­wie­ko­wi wraz z ocze­ki­wa­nym do­brem. In­ny­mi sło­wy, gdy czy­ta­my Psal­my, wi­dzi­my wy­raź­nie, że na­le­ży się spo­dzie­wać cze­goś wiel­kie­go od Bo­ga, nie­zna­ne­go jesz­cze, ale ogrom­ne­go do­bra. Ta myśl po­zo­sta­je po lek­tu­rze Psal­mów; tę myśl za­pa­mię­taj­my, gdy bę­dzie­my za ty­dzień mó­wić o mo­dli­twie Je­zu­sa.

ĆWICZENIE: Prze­czy­taj po­wo­li, dwa ra­zy, wy­bra­ny Psalm, na przy­kład 139. Póź­niej po­proś Pa­na Bo­ga swo­imi sło­wa­mi, aby dzia­łał w two­im ży­ciu, aby po­ka­zał ci swo­je ob­li­cze i swo­ją moc w hi­sto­rii two­je­go ży­cia.

INTENCJA: Po­módl się za swo­ją ro­dzi­nę, o bło­go­sła­wień­stwo dla każ­de­go i wza­jem­ną do­broć.

 

 

Piotr Wró­bel

 

Wstępniak

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

No­wa „Dro­ga” na No­wy Rok, czy­li zmie­nia­my się dla Was! Czy je­ste­ście go­to­wi na re­dak­cyj­ne re­wo­lu­cje? Zaj­rzyj­cie szyb­ko do środ­ka i zo­bacz­cie, jak się zmie­ni­ły Wa­sze ulu­bio­ne dzia­ły i ja­kie przy­go­to­wa­li­śmy nie­spo­dzian­ki.

Za na­szym wstęp­nia­kiem roz­po­czy­na się te­mat nu­me­ru.

Dzi­siaj o ma­rze­niach, za dwa ty­go­dnie o do­ga­dy­wa­niu się z ro­dzi­ca­mi, a w ko­lej­nych wy­da­niach m.in. o prze­mo­cy w In­ter­ne­cie, ano­rek­sji, wła­snym sty­lu i spo­wie­dzi. Lek­kim pió­rem o waż­nych a cza­sem bo­le­snych spra­wach.

Da­lej „roz­mo­wa w dro­dze”, czy­li wy­wiad nu­me­ru. Tym ra­zem o. Le­on Kna­bit, ale spo­dzie­waj­cie się też roz­mów z mu­zy­ka­mi, ak­to­ra­mi i Wa­szy­mi ró­wie­śni­ka­mi.

Te­raz czas na lu­bia­ną przez Was hi­sto­rię i pro-li­fe. W ru­bry­ce „tak dla ży­cia” znaj­dzie­cie wie­le pięk­nych świa­dectw o mi­ło­ści mi­mo wszyst­ko. Ta­ką opo­wie­ścią jest hi­sto­ria ma­łej św. Rit­ki – prze­czy­taj­cie ko­niecz­nie.

W dzia­le re­li­gij­nym Bo­że twe­ety, na­ucza­nie pa­pie­skie i py­ta­nia do dusz­pa­ste­rza, czy­li „księ­że, jest spra­wa…”.

Wa­szej uwa­dze po­le­cam tak­że „szko­łę mo­dli­twy” – cykl ar­ty­ku­łów, któ­rych ce­lem jest du­cho­we przy­go­to­wa­nie do Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży w Pol­sce. „Dro­ga” jest ich ofi­cjal­nym pa­tro­nem me­dial­nym! Ma­my na­dzie­ję, że po­moc­ne bę­dą dla Was „py­ta­nia bez wa­ha­nia”. Tu nie ma ta­bu. Je­śli po­trze­bu­je­cie kom­pe­tent­nej po­ra­dy, na­si fa­chow­cy są do Wa­szej dys­po­zy­cji. Po­nad­to w każ­dym nu­me­rze cze­ka­ją na Was li­sty o „al­fa­be­cie mi­ło­ści” (dzi­siaj A jak ak­cep­ta­cja) i tek­sty o cie­le i du­szy. Ma­my też coś spe­cjal­nie dla Dziew­czyn – mo­dę, uro­dę i ku­li­nar­ne in­spi­ra­cje. Dla Chło­pa­ków na­to­miast mę­skie wy­wia­dy, mo­to­ry­za­cję, no­win­ki tech­nicz­ne i spor­ty eks­tre­mal­ne.

No­wo­ścią jest też du­ży dział kul­tu­ral­ny, a w nim wy­wia­dy z gwiaz­da­mi, re­cen­zje fil­mo­we, mu­zycz­ne, naj­now­sze plan­szów­ki, gry kom­pu­te­ro­we i apli­ka­cje mo­bil­ne. A co Wy na to, gdy­by­śmy od cza­su do cza­su na­pi­sa­li tak­że o ma­lar­stwie, ope­rze i te­atrze? Ko­cha­ni, „Dro­ga” jest cza­so­pi­smem mi­syj­nym. Ozna­cza to, że rzą­dzi się in­ny­mi pra­wa­mi niż ga­ze­ty ko­mer­cyj­ne, dla któ­rych naj­waż­niej­szy jest zysk. Co jest na­szą mi­sją? Chce­my Wam to­wa­rzy­szyć w dro­dze do zba­wie­nia, a wcze­śniej w dro­dze do do­ro­sło­ści. Po­ka­zy­wać Wam, jak zbu­do­wać trwa­łą przy­jaźń z Je­zu­sem. Chce­my Wam opo­wie­dzieć o praw­dzi­wym Ko­ście­le, a nie o je­go ka­ry­ka­tu­rze, któ­rą przed­sta­wia­ją in­ne me­dia. Pra­gnie­my ra­zem z Wa­mi szu­kać od­po­wie­dzi na Wa­sze py­ta­nia o re­la­cje i mi­łość. Chce­my za­chę­cać do twór­cze­go pój­ścia pod prąd, roz­wi­ja­nia pa­sji i od­kry­wa­nia swo­je­go po­wo­ła­nia. Chce­my, że­by „Dro­ga” by­ła Wa­szym przy­ja­cie­lem. Da­cie nam szan­sę? Czas zmian to tak­że oka­zja do te­go, by przy­po­mnieć so­bie nie­mod­ne, ale pięk­ne sło­wo – „wdzięcz­ność”. Czy wie­cie, że w kwiet­niu br. bę­dzie­my świę­to­wać 20. uro­dzi­ny „Dro­gi”? A to zna­czy, że od jej „na­ro­dzin” przez na­szą re­dak­cję prze­wi­nę­ło się wie­lu dzien­ni­ka­rzy, re­dak­to­rów, gra­fi­ków. Oso­bą szcze­gól­nie za­słu­żo­ną dla pi­sma jest Pa­ni Agniesz­ka Bia­lik, po­przed­ni re­dak­tor na­czel­ny. Pra­cy w „Dro­dze” od­da­ła swo­je ser­ce i ka­wa­łek ży­cia. Pi­sa­ła dla Was 17 lat. Im­po­nu­ją­ce, praw­da? Dzię­ku­je­my! Za­chę­ca­my do lek­tu­ry pierw­sze­go nu­me­ru „Dro­gi” po re­dak­cyj­nych re­wo­lu­cjach. Je­ste­śmy cie­ka­wi Wa­szych opi­nii i su­ge­stii. Lu­bi­my czy­tać li­sty, więc pisz­cie du­żo i czę­sto: listy@droga.com.pl. Naj­cie­kaw­sze na­gro­dzi­my.

Do zo­ba­cze­nia za dwa ty­go­dnie!

 

Re­dak­cja

 

Głęboko i wysoko

Jak mó­wić o Świę­tach, aby praw­dy teo­lo­gicz­ne zmie­nia­ły ży­cie zwy­kłych lu­dzi?

Aby cie­szyć się osią­gnię­ciem ce­lu, trze­ba wcze­śniej wie­dzieć, że do nie­go war­to dą­żyć, ko­niecz­ne jest przy­go­to­wa­nie tra­sy i pil­no­wa­nie dro­gi. Wy­pa­da też do­brze roz­ło­żyć si­ły, za­brać to, co po­trzeb­ne w dro­dze i kon­se­kwent­nie iść do przo­du.

To o wy­ciecz­ce? Nie, to wpro­wa­dze­nie do mą­dre­go prze­ży­cia Ad­wen­tu.

Prze­drzeć się przez śmie­ci

Spraw­dzi­łem w in­ter­ne­to­wych wy­szu­ki­war­kach, że wpi­su­jąc sło­wo „śmie­ci” od ra­zu je­stem prze­kie­ro­wy­wa­ny na „od­pa­dy”. Są mi pro­po­no­wa­ne stro­ny o eko­lo­gicz­nym se­gre­go­wa­niu od­pa­dów, włą­cza się w to rów­nież mi­ni­ster­stwo śro­do­wi­ska. Ale prze­cież wie­le zu­peł­nie no­wych rze­czy jest śmie­cia­mi! Do­sko­na­le wie­dział o tym pa­tron Ad­wen­tu, Świę­ty Jan Chrzci­ciel, wy­bie­ra­jąc styl ży­cia, któ­ry po­zwa­la na­zwać go pu­stel­ni­kiem. Ad­went ka­że nam zo­ba­czyć, co jest zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne, co prze­sła­nia pięk­no, sens i cel ży­cia. Ce­lem Ad­wen­tu jest przy­go­to­wa­nie miej­sca dla Je­zu­sa. A On się nie brzy­dzi bru­dem mo­je­go ser­ca, tak jak nie brzy­dził się staj­nią w Be­tle­jem. Gdy Go za­pro­szę, gdy tro­chę od­gar­nę śmie­ci, to On we mnie za­miesz­ka. Ro­bi się we mnie ja­koś ja­śniej. Po­tem chęt­nie pa­trzy, jak ja da­lej ro­bię po­rząd­ki. To ta­kie pro­ste, a tak zmie­nia ży­cie. Jest szan­sa, że za­pra­gnę, aby tak zo­sta­ło na za­wsze.

foto_01-01_24-2014

Na chwi­lę trze­ba się za­trzy­mać i spo­koj­nie popatrzeć.Aby zo­ba­czyć nie tyl­ko to, co gło­śne, o czym pi­szą bru­kow­ce, co jest znisz­cze­niem al­bo ka­ta­kli­zmem. Uczę się wi­dzieć to, co jest głę­biej. Uczę się za­chwy­cić tym, co na­praw­dę pięk­ne, ale też w po­rę prze­ra­zić tym, co zmie­rza do śmier­ci.

Śmie­ci to wie­le sza­tań­skich po­my­słów na to, co od­da­la lu­dzi od sie­bie. A Ad­went to czas za­uwa­ża­nia te­go, cze­go nie po­win­no się wy­rzu­cać.

Po­znać i wy­ko­rzy­stać każ­dą po­moc

Po­mo­cą są przede wszyst­kim da­ry od Bo­ga i Ko­ścio­ła: ła­ski i zna­ki.

Ła­ski pły­ną z sa­kra­men­tów świę­tych. Zna­ki usta­no­wio­no po to, by pew­ne rze­czy ła­twiej za­uwa­żyć. War­to też po­słu­chać Bo­żych obiet­nic – tych frag­men­tów Pi­sma Świę­te­go, któ­re są przy­go­to­wa­ne na Ad­went.

Ro­ra­ty to do­sko­na­ły po­mysł na to, by uczyć się wy­cze­ki­wa­nia. Wcze­sne wsta­wa­nie to tyl­ko ze­wnętrz­ny znak, to pod­ję­cie wy­sił­ku, by coś dać z sie­bie, by nie prze­ga­pić. A uczest­ni­cząc we Mszy Świę­tej, słu­cham Bo­że­go sło­wa, któ­re wie­le wie­ków przed na­ro­dze­niem Sy­na Bo­że­go przy­go­to­wy­wa­ło ludz­kość na ten wła­śnie czas.

Słu­cha­my o „po­myśl­nej za­po­wie­dzi”, „po­ka­za­niu dro­gi grzesz­ni­kom”, o „po­zna­niu Bo­żych ście­żek”, o „trwo­dze bez­rad­nych”, za­ufa­niu tych, któ­rzy „strze­gą Je­go praw i przy­mie­rza”. Po­tem za­chę­ta do pod­nie­sie­nia gło­wy, bo On, Bóg ca­łe­go świa­ta nad­cho­dzi i chce wy­wyż­szyć na­szą god­ność. Po­tem słu­cha­my o obiet­ni­cy, któ­ra mó­wi, że wy­try­śnie źró­dło ży­cia, z któ­re­go każ­dy za­wsze bę­dzie mógł czer­pać. I chy­ba nie trze­ba wiel­kiej spo­strze­gaw­czo­ści, by za­uwa­żyć, że to nie tyl­ko za­po­wiedź na­ro­dzin, ale rów­nież za­po­wiedź usta­no­wie­nia Eu­cha­ry­stii, z któ­rej czer­pie­my si­łę i nad­przy­ro­dzo­ną mą­drość. W na­stęp­ne dni po­ja­wia­ją się ko­lej­ne Bo­że obiet­ni­ce, któ­rych speł­nie­nie jest tak bar­dzo po­trzeb­ne świa­tu, obiet­ni­ce, za któ­ry­mi świat tę­sk­ni, tyl­ko tak ma­ło je po­znał. Wie­lu lu­dzi uważ­nie czy­ta frag­men­ty Bi­blii przy­go­to­wa­ne na po­szcze­gól­ne dni Ad­wen­tu, na­wet je­śli jest ja­kiś po­wód, dla ja­kie­go nie mo­gę być na ro­ra­tach, to za­wsze mo­gę w swo­ją mo­dli­twę włą­czyć słu­cha­nie tych słów, któ­re od­czy­ty­wa­ne są pod­czas Mszy.

Ła­ska spo­wie­dzi ad­wen­to­wej czy ła­ska re­ko­lek­cji to da­ry Pa­na Bo­ga, dzię­ki któ­rym sta­ję się „ja­śniej­szyˮ, a przez to ła­twiej mi ko­chać i być ko­cha­nym.

A zna­ki? Choć­by opła­tek… Nie tyl­ko skła­nia do te­go, by za­sta­no­wić się, ilu lu­dzi pra­co­wa­ło na chleb. Ilu zbie­ra­ło ziar­na, ilu pra­co­wa­ło w mły­nie, ja­ką trze­ba za­cho­wać de­li­kat­ność przy wy­pie­ku opłat­ków. A to prze­cież tyl­ko sym­bol wy­sił­ku wszyst­kich pra­wych lu­dzi. Spe­cjal­nie wy­pie­ka się opłat­ki tak krót­ko, aby by­ły nie­ska­zi­tel­nie bia­łe. Aby­śmy mo­gli wziąć je tyl­ko bar­dzo czy­sty­mi rę­ka­mi i aby na­sze du­sze by­ły po­dob­ne. Biel to naj­pięk­niej­szy z ko­lo­rów, sam ma swój urok i każ­dy in­ny ko­lor wy­glą­da przy nim wy­raź­niej. Moż­na też dojść do wnio­sku, że po­dob­nie mo­że być z ży­cze­nia­mi, któ­re bę­dę skła­dać: ma­ją być na­ma­lo­wa­ne czy­sty­mi ko­lo­ra­mi na śnież­no­bia­łych in­ten­cjach. A prze­ła­mu­jąc opła­tek, dzie­lę się tym, co mam, głów­nie w ser­cu. Jed­nym sło­wem przed tym dniem po­wi­nie­nem być szcze­gól­nie bo­ga­ty, bo ina­czej po­dzie­lę się tyl­ko pust­ką. Opła­tek to przy­po­mnie­nie Chle­ba Nie­śmier­tel­no­ści, czy­li Eu­cha­ry­stii, któ­re­go zwy­kły czło­wiek nie po­wi­nien do­ty­kać.

Za­uwa­żyć mi­łość w ludz­kich ser­cach

Nikt nie jest sa­mot­ną wy­spą” – tak kie­dyś To­masz Mer­ton, mą­dry za­kon­nik za­ty­tu­ło­wał swo­ją książ­kę. Ota­cza­ją nas lu­dzie, któ­rzy ma­ją swo­je ta­jem­ni­ce, ale któ­rzy ma­ją pra­wo na nas li­czyć. Czas świąt, do któ­rych przy­go­to­wu­je Ad­went, wy­raź­nie skła­nia do za­uwa­że­nia czło­wie­ka. Na pierw­szym miej­scu czło­wie­ka, któ­ry ży­je obok. Ad­wen­to­we wy­ci­sze­nie, do któ­re­go za­chę­ca Ko­ściół, jest nie tyl­ko po to, by wsłu­chać się w głos anio­łów, ale rów­nież by mieć czas na po­słu­cha­nie czło­wie­ka. Sta­ty­sty­ki są prze­ra­ża­ją­ce: na­ukow­cy spo­koj­nie re­la­cjo­nu­ją wy­ni­ki swo­ich ba­dań, któ­re mó­wią, że prze­cięt­ny oj­ciec roz­ma­wia ze swo­im dziec­kiem 5 czy 7 mi­nut, że mał­żon­ko­wie nie w każ­dym ty­go­dniu „ma­ją czas” sie­bie po­słu­chać. A prze­cież – jak kie­dyś po­wie­dział pod­czas kon­fe­ren­cji św. Mak­sy­mi­lian Kol­be – „ma­my czas na to, na co chce­my mieć cza­sˮ. Ad­went jest oka­zją, by się po­uczyć słu­cha­nia sie­bie, a Ad­went mą­drze i do­brze wy­ko­rzy­sta­ny po­zo­sta­wi w na­szej co­dzien­no­ści trwa­łe śla­dy.

Za­wsze, a szcze­gól­nie od po­cząt­ku Ad­wen­tu mo­że­my (i po­win­ni­śmy) mo­dlić się za tych, z któ­ry­mi za­sią­dzie­my do wie­cze­rzy wi­gi­lij­nej, i z któ­ry­mi spo­tka­my się w świę­ta.

Ad­went to też czas po­my­śle­nia o pre­zen­tach. Pre­zent po­wi­nien mieć bar­wę czy za­pach mi­ło­ści. Ma mieć du­szę. Nie jest waż­ne, ile bę­dzie kosz­to­wał, by­le ob­da­ro­wa­ny wie­dział, że jest nam bli­ski, by­le wie­dział, że my­śle­li­śmy, co mu spra­wi praw­dzi­wą ra­dość. Moż­na w to wło­żyć po­czu­cie hu­mo­ru, ale każ­dy dro­biazg jest przy­go­to­wa­ny spe­cjal­nie dla kon­kret­nej oso­by.

W wie­lu śro­do­wi­skach pięk­nym zwy­cza­jem jest tak zwa­ne „Sian­ko ad­wen­to­we”. W wie­lu pa­ra­fiach na Mszy Świę­tej w pierw­szą nie­dzie­lę Ad­wen­tu roz­da­je się dzie­ciom ko­per­tę z czy­ściut­kim, pach­ną­cym sian­kiem. Każ­de z dzie­ci przy­go­to­wu­je so­bie dru­gą ko­per­tę i wie­czo­ra­mi przy ra­chun­ku su­mie­nia do­brze li­czy do­bre uczyn­ki speł­nio­ne da­ne­go dnia. Do tej dru­giej ko­per­ty wol­no by­ło prze­ło­żyć jed­no źdźbło za każ­dy do­bry uczy­nek. A po­tem na ostat­nie ro­ra­ty, w wi­gi­lij­ny po­ra­nek, każ­dy przy­no­si te „wy­pra­co­wa­ne” źdźbła, by je wło­żyć do żłób­ka. Na ty­le bę­dzie Pa­nu Je­zu­so­wi mięk­ko, na ile wy­mo­ści­my Mu żłó­bek do­bry­mi uczyn­ka­mi. Nie mu­szą to być po­szcze­gól­ne źdźbła, mo­gą to być da­ry przy­go­to­wa­ne w ser­cu, „by Je­zu­so­wi, by Bo­gu by­ło le­piej w na­szym ser­cu”.

Moc­no iść do przo­du

Ra­dość świąt nie za­le­ży od ozdób i po­traw – to ma tyl­ko pod­kre­ślić obec­ność Je­zu­sa. Trze­ba za­cho­wać tę Obec­ność na za­wsze. Bo prze­cież za­wsze mo­że być Bo­że Na­ro­dze­nie. Mo­gę wszyst­kich do te­go Bo­że­go Na­ro­dze­nia za­pra­szać, zwłasz­cza jak tra­cą na­dzie­ję. Bo prze­cież i w żłób­ku, i w ludz­kiej du­szy z Je­zu­sem ro­dzi się na­dzie­ja.

Obok Je­zu­sa każ­dy czu­je się bez­piecz­nie.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Tradycje zagrożone

Od dzie­ciń­stwa każ­de­go ro­ku cze­ka­my na Bo­że Na­ro­dze­nie. To świę­ta wy­jąt­ko­we, nie­sa­mo­wi­te, ta­jem­ni­cze i do­stoj­ne, peł­ne tra­dy­cji i pięk­nych zwy­cza­jów. Chęt­nie wcho­dzi­my w ich au­rę i nie­sa­mo­wi­ty kli­mat na­stro­ju i emo­cji.

Czas Bo­że­go Na­ro­dze­nia prze­no­si nas co ro­ku do zda­rzeń sprzed dwóch ty­się­cy lat. Wciąż na no­wo od­kry­wa­my pięk­no i głę­bię Bo­że­go Na­ro­dze­nia – Wcie­le­nia Bo­że­go Sy­na. To świę­te dni, tak bar­dzo zwią­za­ne z na­szą hi­sto­rią i toż­sa­mo­ścią. To­wa­rzy­szą­ce Bo­że­mu Na­ro­dze­niu ob­cho­dy, ob­rzę­dy i zwy­cza­je, choć ule­ga­ły pew­nej mo­dy­fi­ka­cji, to jed­nak sta­no­wią nie­od­łącz­ny ele­ment świę­to­wa­nia. Czy nie ma­cie jed­nak wra­że­nia, że te tra­dy­cje są dzi­siaj co­raz bar­dziej za­gro­żo­ne? Już w pod­ręcz­ni­ku dla dzie­ci z pierw­szej kla­sy pt. „Nasz Ele­men­tarz” moż­na za­uwa­żyć te nie­po­ko­ją­ce tren­dy. Wpraw­dzie po pierw­szych kon­sul­ta­cjach w miej­sce „dni świą­tecz­nych” wpro­wa­dzo­no „świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia”, ale okres świą­tecz­ny zo­stał spro­wa­dzo­ny je­dy­nie do przy­go­to­wa­nia ozdób na cho­in­kę, pre­zen­tów, wy­pie­ka­nia cy­na­mo­no­wych pier­ni­ków i le­pie­nia pie­ro­gów z ka­pu­stą. Zu­peł­nie po­mi­nię­to np. zwy­czaj dzie­le­nia się opłat­kiem, któ­ry w pol­skiej kul­tu­rze jest czymś ogrom­nie waż­nym.

foto_01-02_24-2014

Bia­ły opła­tek

Jest bia­ły, kru­chy i bar­dzo cien­ki. Ozdo­bio­ny ry­sun­kiem na­wią­zu­ją­cym do te­ma­ty­ki świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Cho­ciaż wła­ści­wie nie ma sma­ku, nie mo­że go za­brak­nąć na wi­gi­lij­nym sto­le. Od po­ła­ma­nia się opłat­kiem w pol­skich ro­dzi­nach roz­po­czy­na się wie­cze­rzę wi­gi­lij­ną. Do tra­dy­cji na­le­ży świę­ce­nie opłat­ków pod­czas Mszy Świę­tej. Ta­kie po­świę­co­ne opłat­ki moż­na po­tem za­ku­pić w za­kry­stii lub na ple­ba­nii. W nie­któ­rych pa­ra­fiach upraw­nio­ne oso­by roz­no­szą opłat­ki bez­po­śred­nio do do­mów. W wiel­kich su­per­mar­ke­tach ho­stes­sy, prze­bra­ne za anioł­ki, sprze­da­ją pacz­kę opłat­ków za dwa zło­te. Oczy­wi­ście o po­świę­ce­niu nie ma mo­wy. Kie­dyś by­ło nie do po­my­śle­nia, że­by opłat­ki mo­gły le­żeć w skle­pie z de­wo­cjo­na­lia­mi, a co do­pie­ro w su­per­mar­ke­cie! Czy wiesz, że daw­niej, aby pro­du­ko­wać opłat­ki, trze­ba by­ło iść do ku­rii i zło­żyć przy­się­gę, że bę­dzie się je wy­twa­rzać tyl­ko z czy­stej wo­dy i naj­wyż­szej ja­ko­ści mą­ki? Dzi­siaj nikt już nie mu­si skła­dać przy­się­gi, ani ku­po­wać naj­lep­szej mą­ki. Pro­duk­cja opłat­ków sta­ła się rze­mio­słem. War­to jed­nak za­dbać o to, aby opła­tek, któ­rym dzie­li­my się z naj­bliż­szy­mi, był po­świę­co­ny w ko­ście­le, a nie ku­pio­ny na pa­sa­żu w hi­per­mar­ke­cie.

Wol­ne miej­sce przy sto­le

Zna­ny i po­wszech­ny w Pol­sce jest zwy­czaj po­zo­sta­wia­nia wol­ne­go miej­sca przy sto­le wi­gi­lij­nym. Nie­któ­rzy po­zo­sta­wia­ją wol­ne miej­sce przy sto­le przez pa­mięć o swo­ich bli­skich, któ­rzy nie mo­gą z ni­mi spę­dzić świąt. Miej­sce to mo­że rów­nież przy­wo­dzić na pa­mięć zmar­łe­go człon­ka ro­dzi­ny, któ­ry znaj­du­je się już w do­mu Pa­na. Naj­czę­ściej jed­nak owo sym­bo­licz­ne wol­ne miej­sce przy sto­le ro­zu­mia­ne jest ja­ko prze­zna­czo­ne dla ko­goś ob­ce­go, prze­chod­nia czy wę­drow­ca. Pod­kre­śla się, że w wi­gi­lij­ny wie­czór nikt nie po­wi­nien być sa­mot­ny. Po­myśl, co by się sta­ło, gdy­by rze­czy­wi­ście do drzwi two­je­go miesz­ka­nia za­pu­kał nie­zna­jo­my? Ja­kiś przy­bysz, któ­ry jest bez­dom­ny, brud­ny i głod­ny? Mo­że imi­grant z kra­ju, któ­ry nie bu­dzi naj­lep­szych sko­ja­rzeń? Czy to sta­wia­nie do­dat­ko­we­go ta­le­rza nie słu­ży czę­sto uspo­ka­ja­niu sie­bie i utwier­dza­niu się w do­brym sa­mo­po­czu­ciu, że je­ste­śmy otwar­ci i przy­jaź­nie na­sta­wie­ni do świa­ta? Jak wo­bec tych te­go sym­bo­licz­ne­go ge­stu wy­ra­ża się na­sza po­sta­wa wo­bec lu­dzi, z któ­ry­mi nie za­wsze jest nam „po dro­dze”?

Ko­lę­dy i ko­lęda

Do naj­pięk­niej­szych zwy­cza­jów zwią­za­nych ze Świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia na­le­ży śpie­wa­nie ko­lęd. Nie­któ­re przy­po­mi­na­ją uro­czy­ste hym­ny ko­ściel­ne, in­ne – wzru­sza­ją­ce ko­ły­san­ki al­bo we­so­łe przy­śpiew­ki. Ko­lę­dą jest za­rów­no po­waż­neAnioł pa­ste­rzom mó­wi­łˮ, na­stro­jo­we „Lu­laj­że, Je­zu­niuˮ, jak i we­so­łe „Pójdź­my wszy­scy do sta­jen­kiˮ, opo­wia­da­ją­ce o pa­ster­zach, spie­szą­cych po­wi­tać na­ro­dzo­ne­go Je­zu­sa. Pol­skie ko­lę­dy ma­ją dłu­gą tra­dy­cję. Czę­sto przed­sta­wia­ją pa­ste­rzy i ich roz­mo­wy. Sce­ne­ria ko­lęd jest ty­po­wo pol­ska: wieś, gru­dnio­wy mróz, ko­żu­chy i czap­ki, okry­wa­nie Dzie­ciąt­ka przed zim­nem, róż­ne do­mo­we sprzę­ty i zwy­cza­je.

Zna­ne po­wie­dze­nie mó­wi, że „śpie­wać każ­dy mo­że”, do­ty­czy to rów­nież śpie­wa­nia ko­lęd, zwłasz­cza, że „ko­lęd się nie słu­cha, ko­lę­dy się śpie­wa”. Dla mnie to oczy­wi­ste. W mo­im do­mu ko­lę­dy za­wsze śpie­wa­ło się „na ży­wo”. Szko­da, że w wie­lu do­mach zbyt czę­sto ogra­ni­cza­my się je­dy­nie do bier­ne­go od­bio­ru i od­słu­chi­wa­nia ko­lęd z płyt, ra­dia, te­le­wi­zji czy in­ter­ne­tu. Je­śli ktoś ab­so­lut­nie nie chce śpie­wać, mo­że się­gnąć po pły­tę z na­gra­niem. War­to jed­nak za­dbać, aby by­ły to ko­lę­dy kla­sycz­ne, nie tan­det­ne lub z no­wo­cze­sną in­ter­pre­ta­cją.

Ko­lej­ną tra­dy­cją zwią­za­ną z okre­sem Bo­że­go Na­ro­dze­nia jest tzw. wi­zy­ta dusz­pa­ster­ska, po­pu­lar­nie zwa­na ko­lę­dą. Waż­ne jest od­by­wa­ją­ce się w cza­sie jej trwa­nia bło­go­sła­wień­stwo do­mu i osób tam miesz­ka­ją­cych. Trzy sym­bo­licz­ne li­te­ry umiesz­cza­ne w Świę­to Trzech Kró­li na drzwiach do­mu tak­że do­ty­czą bło­go­sła­wień­stwa: C+M+B. Jest kil­ka in­ter­pre­ta­cji te­go na­pi­su. Naj­bar­dziej po­pu­lar­ne tłu­ma­cze­nie to: C = Chri­stus, M = man­sio­nem, B = be­ne­di­cat, czy­li „Niech Chry­stus bło­go­sła­wi te­mu do­mo­wi”. Pa­mię­taj­my, że jest to wy­mow­ne i czy­tel­ne wy­zna­nie wia­ry, a tak­że przy­zna­nie się do ka­to­lic­kich ko­rze­ni.

We­so­łych świąt!

W roz­ma­ity spo­sób skła­da­my ży­cze­nia świą­tecz­ne. W nie­wie­lu sło­wach moż­na po­wie­dzieć coś szcze­gól­ne­go da­nej oso­bie. Nie po­wta­rzaj­my każ­de­mu tej sa­mej ste­reo­ty­po­wej for­muł­ki. Ina­czej zwró­ci­my się do ma­my, a ina­czej do bra­ta. Po­dob­na kre­atyw­ność jest mi­le wi­dzia­na w wy­pad­ku ży­czeń wy­sy­ła­nych na kar­tach świą­tecz­nych. Szczy­tem le­ni­stwa jest ogra­ni­cze­nie ży­czeń do pod­pi­sa­nia się pod go­to­wym tek­stem wy­dru­ko­wa­nym na kar­cie. Ana­lo­gicz­nie dzie­je się, gdy wy­szu­ku­je­my w in­ter­ne­cie „go­tow­ca” i wy­sy­ła­my go pocz­tą elek­tro­nicz­ną do wszyst­kich od­bior­ców.

Ksiądz Jan Twar­dow­ski w jed­nym z wy­wia­dów mó­wił: „Kie­dy ży­czy­my ko­muś zdro­wia, szczę­ścia, po­myśl­no­ści, skła­da­my tak na­praw­dę ży­cze­nia po­gań­skie. Zgod­nie z ni­mi pra­gnie­my bo­wiem uło­żyć na­sze ży­cie we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się. Św. Szcze­pa­no­wi nie speł­ni­ły się żad­ne świą­tecz­ne ży­cze­nia. Gdy­by ktoś ży­czył mu zdro­wia, wkrót­ce prze­ko­nał­by się, że nic nie wy­szło mu na zdro­wie. Rąb­nę­li go ka­mie­niem z le­wej i z pra­wej stro­ny, i ucie­kło mu zdro­wie. Gdy­by ży­czył mu ktoś po­myśl­no­ści, po­my­lił­by się – wszyst­ko sta­ło się nie­po­myśl­nie, ina­czej”.

W jed­nym z wier­szy ks. Jan na­pi­sał:

Te­raz idą już nie Trzej Mę­dr­cy

lecz ucze­ni, dok­to­rzy, do­cen­ci

Te­raz wszyst­ko ina­czej

za­miast zło­ta nio­są do­la­ry

za­miast ka­dzi­dła – kom­pu­ter

za­miast mir­ry – vi­deo

Cóż, rze­czy­wi­stość wo­kół nie­co się zmie­ni­ła. Do­ty­czy to rów­nież świąt i świę­to­wa­nia. Co­raz trud­niej prze­bić się przez ca­ły ten „ma­gicz­ny” blichtr, któ­ry świę­tom to­wa­rzy­szy. Tym­cza­sem świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia to czas jak ża­den in­ny. Dni, „w któ­rych ga­sną wszel­kie spo­ry”, na któ­re każ­dy, nie­za­leż­nie od wie­ku, cze­ka z wiel­ką nie­cier­pli­wo­ścią i utę­sk­nie­niem. Za­dbaj­my o to, aby był to czas rze­czy­wi­ście wy­jąt­ko­wy, pe­łen po­ko­ju i cie­pła. Na­sze pol­skie zwy­cza­je i tra­dy­cje z pew­no­ścią w tym po­mo­gą.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Wdzięczny temat

To ta­kie waż­ne w by­ciu we dwo­je, ale też z sa­mym so­bą, z Bo­giem, z in­ny­mi. Umieć dzię­ko­wać.

Na czym po­le­ga pro­blem z dzię­ko­wa­niem? Po pierw­sze, nie wi­dzi­my te­go, za co mo­że­my być wdzięcz­ni. Po dru­gie, nie do koń­ca wie­my, jak to wy­ra­zić.

Za wszyst­ko

Za wszyst­ko mo­że­my być wdzięcz­ni – i w tym wy­pad­ku wszyst­ko to nie nic! Że te­go nie do­strze­ga­my (al­bo bar­dzo rzad­ko), to spra­wa na­sze­go przy­zwy­cza­je­nia. Wy­da­je się nam oczy­wi­ste, że to wszyst­ko ma­my. Ale gdy chwi­lę się nad tym za­sta­no­wić, zo­ba­czy­my, ile do­sta­je­my – i to nie­za­słu­że­nie. Nie­za­słu­że­nie – nie dla­te­go, że nie je­ste­śmy war­ci te­go do­bra, ale dla­te­go, że sa­mi nie by­li­by­śmy w sta­nie so­bie go wy­pra­co­wać. Przyj­rzyj­my się tyl­ko po­bież­nie, ile dał nam Bóg: na­sze ży­cie, cia­ło (po­myśl o tym, co naj­bar­dziej w so­bie lu­bisz), ce­chy cha­rak­te­ru, ro­dzi­nę w któ­rej do­ra­sta­my... Ro­dzi­ce dba­ją o nas naj­le­piej jak po­tra­fią. Dzię­ki nim mo­że­my sie roz­wi­jać, bo tro­ska o na­sze pod­sta­wo­we po­trze­by spo­czy­wa na nich. Wie­le za­wdzię­cza­my so­bie – to, że roz­wi­ja­my do­bro, któ­re w nas jest, pra­cu­je­my nad tym, co trud­ne. Że je­ste­śmy otwar­ci na głos Bo­ga i na in­nych lu­dzi. Że po­dej­mu­je­my swo­ją co­dzien­ną od­po­wie­dzial­ność, w szko­le, w do­mu, w re­la­cjach. I wresz­cie ta dru­ga oso­ba – bo jest, bo wspól­nie wzra­sta­my, da­je­my so­bie na­wza­jem ra­dość, ak­cep­ta­cję. Tak wie­le się ra­zem uczy­my! Nie mó­wiąc już o tych kon­kret­nych, ma­łych rze­czach, przez któ­re po­ka­zu­je, że mu/jej na na­szej re­la­cji za­le­ży.

foto_01-03_24-2014

Po­wiedz­my szcze­rze – ma­my za co dzię­ko­wać. War­to to wy­ra­zić, tyl­ko... jak?

Bez ma­ni­pu­la­cji

Dziew­czy­ny, któ­re są w re­la­cji już ja­kiś czas i czy­ta­ły ja­kie­kol­wiek po­ra­dy na te­mat bu­do­wa­nia związ­ku, na pew­no nie raz spo­tka­ły się z ra­dą: chwal go! Czy chwa­le­nie jest tym sa­mym, co wy­ra­ża­nie wdzięcz­no­ści? Nie do koń­ca. Czę­sto chwa­li­my po to, że­by „na­gro­dzić” i wzmoc­nić za­cho­wa­nie, któ­re nam się po­do­ba­ło. Mo­że to być for­mą ma­ni­pu­la­cji, je­śli chce­my w ten spo­sób wpły­nąć na po­stę­po­wa­nie dru­giej oso­by. Czy­li nasz cel to spra­wić, by w przy­szło­ści po­wtó­rzy­ły się za­cho­wa­nia, któ­re nam od­po­wia­da­ją.

Po co wy­ra­ża­my wdzięcz­ność? To po pro­stu in­for­ma­cja zwrot­na, co dla nas zna­czył czyjś czyn czy sło­wo. Ale in­for­ma­cja wy­pły­wa­ją­ca z nas na za­sa­dzie dzie­le­nia się ra­do­ścią i do­brem. Nie ma tam ukry­te­go ce­lu ani in­ten­cji. Po­ka­zu­ję ci, że spra­wiasz mi ra­dość – tu i te­raz. Nie ma dla mnie zna­cze­nia, ja­kie wnio­ski wy­cią­gniesz na przy­szłość. Je­steś dla mnie oso­bą – zo­sta­wiam ci w tym wol­ność. Nie pró­bu­ję swo­imi re­ak­cja­mi nic na to­bie wy­móc.

Róż­ni­ca mię­dzy praw­dzi­wym „dzię­ku­ję” a pró­bą ma­ni­pu­la­cji le­ży przede wszyst­kim w in­ten­cji. Ale i sło­wa ma­ją zna­cze­nie.

Po­wiedz to!

Jest kil­ka słów-wy­try­chów, któ­ry­mi mo­że­my za­mknąć każ­dą spra­wę. „Su­per to zro­bi­łeś” – i ko­niec te­ma­tu. To ty­po­wa po­chwa­ła. Chwa­li­my z po­zy­cji wyż­szej niż oso­ba, do któ­rej mó­wi­my. I tak na­praw­dę to nic nie mó­wi o na­szej wdzięcz­no­ści. War­to spró­bo­wać ina­czej: od­no­sząc się do kon­kret­nej sy­tu­acji i za­cho­wa­nia, na­zy­wa­jąc uczu­cia, któ­re to w nas wy­wo­ła­ło, i za­spo­ko­jo­ne po­trze­by. Np.: „Kie­dy po­ma­ga­łeś mi w tym za­da­niu i wszyst­ko mi tłu­ma­czy­łeś, czu­łam ra­dość, bo prze­ko­na­łam się, że mo­gę na cie­bie li­czyć” (po­trze­ba wspar­cia, współ­pra­cy). Waż­ne jest, aby wy­mie­nić i na­zwać, za co je­ste­śmy wdzięcz­ni. Do­strze­że­nie kon­kret­ne­go ge­stu zna­czy wie­le wię­cej, niż ogól­ne „su­per”. Przej­ście do uczuć i po­trzeb da­je szan­sę, by le­piej się po­znać. Od­kry­wa­my nasz świat i to, co dla nas waż­ne.

Za ile rze­czy mo­że­my być wdzięcz­ni? Po­wiedz­my to!

 

Mag­da­le­na Urlich

 

Ludzkość potrzebuje świadectwa młodych

Wia­ra i ro­zum są jak dwa skrzy­dła, na któ­rych duch ludz­ki uno­si się ku kon­tem­pla­cji praw­dy. En­cy­kli­ka Fi­des et ra­tio

Ro­dzi­na jest so­bą, je­że­li bu­du­je się (...) na wza­jem­nym za­ufa­niu, na za­wie­rze­niu wza­jem­nym. Tyl­ko na ta­kim fun­da­men­cie moż­na też bu­do­wać pro­ces wy­cho­wa­nia, któ­ry sta­no­wi pod­sta­wo­wy cel ro­dzi­ny i jej pierw­szo­rzęd­ne za­da­nie. Wro­cław, 1983 r.

De­ka­log jest jak kom­pas na burz­li­wym mo­rzu, któ­ry umoż­li­wia nam trzy­ma­nie kur­su i do­pły­nię­cie do lą­du. Lwów, 2001 r.

Pa­mięć o prze­szło­ści ozna­cza za­an­ga­żo­wa­nie w przy­szłość. Hi­ro­szi­ma, 1981 r.

Nic tak nie jest po­trzeb­ne czło­wie­ko­wi jak Mi­ło­sier­dzie Bo­że – owa mi­łość ła­ska­wa, współ­czu­ją­ca, wy­no­szą­ca czło­wie­ka po­nad je­go sła­bość ku nie­skoń­czo­nym wy­ży­nom Świę­to­ści Bo­ga. Kra­ków – Ła­giew­ni­ki, 1997 r.

Po­wiedz mi, ja­ka jest two­ja mi­łość, a po­wiem ci, kim je­steś. Czę­sto­cho­wa, 1983 r.

Po­śród tych wie­lu dróg ro­dzi­na jest dro­gą pierw­szą i z wie­lu wzglę­dów naj­waż­niej­szą. Jest dro­gą po­wszech­ną, po­zo­sta­jąc za każ­dym ra­zem dro­gą szcze­gól­ną, je­dy­ną i nie­po­wta­rzal­ną, tak jak nie­po­wta­rzal­ny jest każ­dy czło­wiek. Ro­dzi­na jest tą dro­gą, od któ­rej nie mo­że on się odłą­czyć. List do ro­dzin, 1994 r.

Ludz­kość po­trze­bu­je świa­dec­twa mło­dych, gło­szą­cych z wia­rą i en­tu­zja­zmem swo­ją wia­rę w Bo­ga. Orę­dzie na VIII Świa­to­wy Dzień Mło­dzie­ży, 2003 r.

Być czło­wie­kiem su­mie­nia to zna­czy wy­ma­gać od sie­bie, pod­no­sić się z wła­snych upad­ków i cią­gle na no­wo się na­wra­cać. Sko­czów, 1995 r.

Czło­wiek jest po­wo­ła­ny do od­no­sze­nia zwy­cię­stwa w Je­zu­sie Chry­stu­sie. War­sza­wa, 1983 r.

Bo­ża mi­łość nie na­kła­da na nas cię­ża­rów, któ­rych nie mo­gli­by­śmy unieść, ani nie sta­wia nam wy­ma­gań, któ­rym nie mo­gli­by­śmy spro­stać, je­śli wzy­wa, przy­cho­dzi z ko­niecz­ną po­mo­cą. Wstań­cie, chodź­my!

Ewan­ge­lia (...) to pro­roc­two o czło­wie­ku. Po­za Ewan­ge­lią czło­wiek po­zo­sta­je dra­ma­tycz­nym py­ta­niem bez od­po­wie­dzi. Pa­mięć i toż­sa­mość

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Strumienie wody żywej

Czło­wie­ko­wi spra­gnio­ne­mu zba­wie­nia, Je­zus w Ewan­ge­lii przed­sta­wia się ja­ko źró­dło, z któ­re­go moż­na za­czerp­nąć, ska­łę, z któ­rej za spra­wą Oj­ca wy­try­sku­ją stru­mie­nie wo­dy ży­wej dla tych wszyst­kich, któ­rzy w Nie­go wie­rzą (por. J 7, 38).

Wraz z tym pro­roc­twem, ogło­szo­nym pu­blicz­nie w Je­ro­zo­li­mie, Je­zus za­po­wia­da dar Du­cha Świę­te­go, któ­ry otrzy­ma­ją Je­go ucznio­wie po Je­go uwiel­bie­niu, czy­li po Je­go śmier­ci i zmar­twych­wsta­niu (por. w. 39). Duch Świę­ty jest du­szą Ko­ścio­ła. On da­je ży­cie, roz­bu­dza róż­ne cha­ry­zma­ty wzbo­ga­ca­ją­ce lud Bo­ży, a przede wszyst­kim two­rzy jed­ność wśród wie­rzą­cych: z wie­lu two­rzy jed­no cia­ło, cia­ło Chry­stu­sa. Ca­łe ży­cie i mi­sja Ko­ścio­ła za­le­ży od Du­cha Świę­te­go; On do­ko­nu­je wszyst­kie­go.

(…) Im bar­dziej po­zwo­li­my się po­kor­nie pro­wa­dzić Du­cho­wi Pań­skie­mu na na­szej dro­dze wia­ry i ży­cia bra­ter­skie­go, tym bar­dziej bę­dzie­my prze­zwy­cię­żać nie­po­ro­zu­mie­nia i spo­ry, po­dzia­ły i kon­tro­wer­sje oraz sta­nie­my się wia­ry­god­nym zna­kiem jed­no­ści i po­ko­ju. Wia­ry­god­ny znak, że Pan zmar­twych­wstał, że ży­je.

(…) Bra­cia i sio­stry, skie­ruj­my na­szą myśl ku Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­nie, Świę­tej Mat­ce Bo­żej. Wraz Nią, któ­ra w Wie­czer­ni­ku mo­dli­ła się z apo­sto­ła­mi w ocze­ki­wa­niu Pięć­dzie­siąt­ni­cy, pro­śmy Pa­na, aby ze­słał swe­go Du­cha Świę­te­go do na­szych serc i uczy­nił nas świad­ka­mi je­go Ewan­ge­lii na ca­łym świe­cie. Amen!

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 30.11.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Mam wiel­ką proś­bę: nim roz­pocz­niesz lek­tu­rę przed­świą­tecz­nej „Dro­giˮ, spró­buj od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie, jak wy­glą­da Two­je du­cho­we przy­go­to­wa­nie do Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Czy przy­stą­pi­łeś do spo­wie­dzi przed­świą­tecz­nej, czy wy­słu­cha­łeś do­brych re­ko­lek­cji? Je­śli nie – spo­wiedź jest w za­się­gu rę­ki, a do­bre re­ko­lek­cje jesz­cze bli­żej, moż­na je zna­leźć i wy­słu­chać w in­ter­ne­cie, trze­ba tyl­ko po­szu­kać i wy­brać.

A jak już bę­dziesz mógł spo­koj­nie po­czy­tać, to za­pra­szam. Nad świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia war­to się dłu­żej za­trzy­mać, za­sta­no­wić. Bo bar­dzo ich po­trze­bu­je­my. O na­ro­dzi­nach Pa­na Je­zu­sa wie­my tyl­ko ty­le, że mia­ły miej­sce, opi­su­ją je ewan­ge­li­ści. Ma­my do­wo­dy, że Zba­wi­ciel cho­dził po zie­mi, na­uczał, zo­stał ukrzy­żo­wa­ny, zmar­twych­wstał. Nie wie­my jed­nak do­kład­nie, kie­dy się uro­dził, miej­sce też zna­my ogól­ni­ko­wo. Po­boż­ni lu­dzie wy­bra­li po­gań­skie świę­to słoń­ca, bo by­ło naj­bliż­sze wszel­kim prze­słan­kom, w przy­bli­że­niu od­na­leź­li rok i od IV wie­ku za­czę­li świę­to­wać dzień, któ­ry nie­sie wie­le tre­ści. Bo te tre­ści są waż­ne. Za­rów­no to, że ubó­stwo nie za­trzy­mu­je Bo­ga, któ­ry chce wejść w ży­cie lu­dzi, jak i to, że mę­dr­cy z da­le­kich kra­in umie­li zna­leźć Bo­ga, pa­trząc na zna­ki, ja­kie da­je świat. Do dzi­siaj waż­ne jest to, że nie ma ta­kiej nę­dzy, któ­rej Bóg nie chciał­by wzbo­ga­cić Swą obec­no­ścią i to, że praw­dzi­wa mą­drość za­wsze znaj­dzie Bo­ga, na­wet je­śli ja­kiś król czy in­ny wład­ca bę­dzie to utrud­niał.

Sio­stry Fran­cisz­kan­ki Słu­żeb­ni­ce Krzy­ża (te, któ­re miesz­ka­ją m.in. w Za­kła­dzie dla nie­wi­do­mych w La­skach pod War­sza­wą) ma­ją w swo­ich ka­pli­cach zwy­czaj ad­o­ro­wa­nia fi­gur­ki Dzie­ciąt­ka Je­zus przez ca­ły rok (po­za Wiel­kim Po­stem). W na­szych do­mach, w na­szych ser­cach moż­na ten zwy­czaj pod­trzy­my­wać, wy­pa­tru­jąc spo­so­bów słu­że­nia lu­dziom, w któ­rych prze­cież miesz­ka sam Bóg.

War­to za­wsze pa­mię­tać, jak wie­le Ma­ry­ja ze swo­im mę­żem Jó­ze­fem zro­bi­li, by chro­nić ży­cie po­wie­rzo­ne­go so­bie Sy­na Bo­że­go – są na za­wsze pa­tro­na­mi świę­to­ści ży­cia. Świę­to­ści, któ­ra ogar­nia i nas.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

Od grzechu do pojednania

Sa­kra­ment po­ku­ty jest le­cze­niem ser­ca. Pro­ces ten trwa prak­tycz­nie przez ca­łe ży­cie, bo wciąż upa­da­my. Trze­ba po­sta­wić spra­wę ja­sno: cze­ka nas wal­ka, a jej staw­ką jest zba­wie­nie. Po­mo­cą w tej wal­ce jest pięć wa­run­ków do­brej spo­wie­dzi. Są one ko­niecz­ne, aby spo­wiedź by­ła waż­na i pro­wa­dzi­ła do po­now­ne­go zjed­no­cze­nia z Chry­stu­sem.

Każ­dy z nas sta­wia wa­run­ki do­ty­czą­ce róż­nych kwe­stii. Mi­ło­sier­ny Bóg w sa­kra­men­cie po­jed­na­nia prze­ba­cza na­sze grze­chy, lecz dzie­je się to tak­że pod pew­ny­mi wa­run­ka­mi usta­lo­ny­mi przez Ko­ściół.

Ra­chu­nek, któ­re­go nie trze­ba pła­cić

Nie lu­bi­my ra­chun­ków. Ko­mór­ka, in­ter­net, gaz czy prąd... Wy­star­czy rzut oka na po­zy­cję „do za­pła­ty” i od ra­zu tra­ci­my hu­mor. Z ra­chun­kiem su­mie­nia jest ina­czej. Przy­po­mi­na­my so­bie grze­chy, ich licz­bę i oko­licz­no­ści nie po to, by za nie za­pła­cić, lecz po to, by się prze­ko­nać, jak wiel­ką mi­łość ofia­ru­je nam Bóg, jak wie­le wy­ba­cza w każ­dym sa­kra­men­cie po­ku­ty.

foto_01-03_23-2014

Nie lu­bi­my ra­chun­ku su­mie­nia. Nie­zbyt mi­ło jest uświa­da­miać so­bie, ile zła, za­nie­dba­nia i za­prze­pasz­czo­nych szans ma się na kon­cie. Czę­sto od­pra­wia­my go by­le jak, nie ro­zu­mie­jąc je­go isto­ty i war­to­ści. Tym­cza­sem nie cho­dzi tyl­ko o przy­po­mnie­nie: co, gdzie i ile ra­zy. War­to po­my­śleć tak­że o tych wy­da­rze­niach i sy­tu­acjach, któ­re bar­dzo kon­kret­nie po­zwo­li­ły od­czuć Bo­żą mi­łość. Przed ra­chun­kiem su­mie­nia do­brze jest po­mo­dlić się do Du­cha Świę­te­go o ła­skę po­zna­nia grze­chów. Nie ule­gaj po­ku­sie „wy­bie­la­nia sie­bie”, bo ra­chu­nek su­mie­nia mu­si bo­leć. Prze­cież grzech ra­ni: Bo­ga, dru­gie­go czło­wie­ka i sa­me­go grzesz­ni­ka. Pod­czas ra­chun­ku su­mie­nia moż­na ko­rzy­stać z go­to­wych wzo­rów, ale one nie obej­mu­ją wszyst­kich za­gad­nień z two­je­go ży­cia. Za­zwy­czaj ra­chu­nek su­mie­nia opie­ra się na przy­ka­za­niach Bo­żych i ko­ściel­nych, jed­nak war­to po­pa­trzeć na swo­je ży­cie rów­nież w świe­tle przy­ka­za­nia mi­ło­ści, Ka­za­nia na Gó­rze czy Hym­nu o mi­ło­ści. Ra­chu­nek su­mie­nia jest nie­wąt­pli­wie ła­twiej­szy dla tych, któ­rzy prak­ty­ku­ją go co­dzien­nie. Wie­czo­rem przy­po­mnij so­bie, co wy­da­rzy­ło się w tym dniu, w czym wzra­stasz, a z czym masz jesz­cze pro­blem. Pa­mię­taj, Pan Bóg nie jest księ­go­wym i nie bę­dzie cię roz­li­czał skru­pu­lat­nie z każ­dej złej my­śli. Jest mi­ło­sier­nym Oj­cem, do któ­re­go wra­casz.

Ule­czyć ból du­szy

Cho­ciaż za­zwy­czaj bo­imy się bó­lu i wo­li­my go uni­kać, to jed­nak ma on swo­je do­bre stro­ny. Jest sy­gna­łem, że w or­ga­ni­zmie dzie­je się coś złe­go, że nie funk­cjo­nu­je on tak, jak trze­ba. Du­sza tak­że mo­że bo­leć. Ka­te­chizm mó­wi: żal za grze­chy jest „bó­lem du­szy”. Do­brze, gdy grzech nas bo­li. To znak, że po­trze­bu­je­my Le­ka­rza. Żal za grze­chy jest naj­waż­niej­szym wa­run­kiem spo­wie­dzi. Jest rów­nież de­cy­du­ją­cym mo­men­tem na­wró­ce­nia. Gdy żal wy­pły­wa z mi­ło­ści do Bo­ga mi­ło­wa­ne­go na­de wszyst­ko jest na­zy­wa­ny „ża­lem do­sko­na­łym” lub „ża­lem z mi­ło­ści”. Im ktoś jest bli­żej Bo­ga, tym bar­dziej grzech bę­dzie go bo­lał. To lo­gicz­ne. Prze­cież bar­dziej jest nam przy­kro, kie­dy ra­ni­my ko­goś, ko­go ko­cha­my, oso­bę bli­ską niż ko­goś ob­ce­go. Jed­nak isto­ta ża­lu za grze­chy nie le­ży w emo­cjach. Nie cho­dzi o to, że­by by­ło przy­kro, że­by po­la­ły się łzy. Żal za grze­chy ozna­cza prze­ko­na­nie, że to, co su­mie­nie wy­rzu­ca nam ja­ko grzech, jest złem. O ja­ko­ści ża­lu za grze­chy de­cy­du­ją po­wo­dy, z ja­kich się on zro­dził. Moż­na bo­wiem ża­ło­wać za grze­chy ze wsty­du czy ze stra­chu. Żal praw­dzi­wie za­słu­gu­ją­cy na od­pusz­cze­nie grze­chów to żal po­wo­do­wa­ny mi­ło­ścią do Bo­ga. Do­pie­ro po owo­cach wi­dać, czy żal był praw­dzi­wy. Żal za grze­chy po­wi­nien łą­czyć się z po­sta­no­wie­niem po­pra­wy.

Już nie bę­dę. Obie­cu­ję

Nie ufa­my tym, któ­rzy nie do­trzy­mu­ją obiet­nic. Nie lu­bi­my, gdy ktoś się spóź­nia, za­wa­la ter­mi­ny, nie wy­wią­zu­je się ze zo­bo­wią­zań. Ile spo­wie­dzi od­by­łeś już w swo­im ży­ciu? Pan Bóg wciąż da­je szan­sę, mi­mo że po raz ko­lej­ny obie­cu­jesz: „Już nie bę­dę”, a po spo­wie­dzi po­pa­dasz w te sa­me grze­chy.

Wa­run­kiem do­brej spo­wie­dzi jest każ­do­ra­zo­we po­sta­no­wie­nie po­pra­wy. Mi­mo że kurz osią­dzie po­now­nie – trze­ba od­ku­rzyć po­kój. Mi­mo że po ko­lej­nym po­sił­ku ta­le­rze bę­dą zno­wu brud­ne – trze­ba umyć na­czy­nia. Mi­mo że ty­le ra­zy za­wio­dłeś – trze­ba da­wać Bo­gu obiet­ni­cę po­pra­wy i za­cząć jesz­cze raz.

Jak ro­zu­mieć po­sta­no­wie­nie po­pra­wy? To owoc ża­lu za grze­chy. Je­śli wi­dzisz zło grze­chu, swo­je uwi­kła­nie, sła­bość – do­strze­gasz, że po­stę­pu­jąc w ten spo­sób, ra­nisz Bo­ga. Nie chcesz tak żyć, pra­gniesz więc zmia­ny. Nie war­to mar­no­wać cza­su na za­sta­na­wia­nie się, czy zmia­na się po­wie­dzie, czy nie. Przy­szłość na­le­ży do Bo­ga. War­to na­to­miast po­dej­mo­wać kon­kret­ne po­sta­no­wie­nia. Sfor­mu­ło­wa­nia „bę­dę lep­szy” al­bo „po­pra­wię się” mo­że i ład­nie brzmią, ale do ni­cze­go nie pro­wa­dzą. Le­piej zro­bić kon­kret­ne po­sta­no­wie­nie do­ty­czą­ce np. wal­ki z jed­ną wa­dą lub po­pra­wie­nia re­la­cji z jed­nym czło­wie­kiem. I mo­dlić się o wy­trwa­łość: „Pa­nie Bo­że, bar­dzo Cię po­trze­bu­ję do te­go, bym się po­pra­wił”. Pa­mię­taj, że po­sta­no­wie­nie po­pra­wy jest de­cy­zją. A Bóg da­je ci moż­li­wość wy­gra­nia z grze­chem.

Na­zwać rze­czy po imie­niu

My­śle­nie (pod­czas ra­chun­ku su­mie­nia) o swo­ich wi­nach nie jest mi­łe. Mó­wie­nie o tym – jesz­cze trud­niej­sze. Wy­zna­nie grze­chów nie jest po­trzeb­ne Pa­nu Bo­gu, prze­cież On wie wszyst­ko. Nie jest tak­że po­trzeb­ne księ­dzu (wiesz ilu spo­wie­dzi już wy­słu­chał?). Po­trzeb­ne jest to­bie – grzesz­ni­ko­wi. Św. Au­gu­styn pi­sze: „Po­cząt­kiem do­brych czy­nów jest wy­zna­nie czy­nów złych”. Dla­te­go na­zwij rze­czy po imie­niu i pro­sto, kon­kret­nie po­wiedz o tym, co złe­go zro­bi­łeś. Im pre­cy­zyj­niej na­zwiesz grzech, nie roz­grze­bu­jąc go, tym le­piej. Spo­wiedź to prze­cież sta­nię­cie twa­rzą w twarz i zmie­rze­nie się ze swo­ją sła­bo­ścią. Naj­waż­niej­sze jest, że mo­żesz wresz­cie usły­szeć sło­wa: „I ja od­pusz­czam two­je grze­chy...”. Je­steś wol­ny i mo­żesz za­czy­nać od no­wa.

Du­cho­wa re­kon­wa­le­scen­cja

Za­dość­uczy­nie­nie – to ta­kie sta­ro­świec­kie sło­wo. To ostat­ni wa­ru­nek do­brej spo­wie­dzi, naj­czę­ściej lek­ce­wa­żo­ny za­rów­no przez spo­wied­ni­ków, jak i pe­ni­ten­tów. Mo­że dla­te­go wra­ca­my do tych sa­mych grze­chów?

Pan Bóg prze­ba­cza nam grze­chy i jak mi­ło­sier­ny Le­karz uzdra­wia na­szą du­szę. Jed­nak do peł­ne­go po­wro­tu do zdro­wia ko­niecz­na jest jesz­cze re­kon­wa­le­scen­cja. To wła­śnie za­dość­uczy­nie­nie. Nie po­win­no ogra­ni­czać się tyl­ko do od­kle­pa­nia trzech „Zdro­wa­siek” za­da­nych przez księ­dza w sa­kra­men­cie po­ku­ty. To ra­czej pew­na su­ge­stia, któ­ra ma po­móc roz­po­cząć dro­gę po­ku­ty. Za­dość­uczy­nie­nie Pa­nu Bo­gu i bliź­nie­mu ozna­cza na­pra­wie­nie szko­dy wy­rzą­dzo­nej przez grzech. War­to więc pod­jąć ta­ki wy­si­łek, któ­ry bę­dzie ade­kwat­ny do po­peł­nio­nych grze­chów. Na­le­ży też uczy­nić wszyst­ko, aby na­pra­wić szko­dę wy­rzą­dzo­ną bliź­nie­mu, np. prze­pro­sić za po­wie­dzia­ne w zło­ści złe sło­wo, ofia­ro­wać pre­zent oso­bie, któ­rą znie­wa­ży­li­śmy, po­go­dzić się z bliź­nim, z któ­rym się po­kłó­ci­li­śmy, wstą­pić do ko­ścio­ła na mo­dli­twę, aby wy­na­gro­dzić Bo­gu jej brak. For­mą za­dość­uczy­nie­nia mo­że być rów­nież po­moc ko­muś w po­trze­bie lub da­tek na do­bry cel. Moż­na też ofia­ro­wać na Mszę Świę­tą w in­ten­cji skrzyw­dzo­ne­go czło­wie­ka.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Nawrócić się prawdziwie

Na­wró­ce­nie skła­da się co naj­mniej z dwóch eta­pów: trze­ba za­uwa­żyć, że idzie się złą dro­gą i pod­jąć de­cy­zję, a po­tem trud wej­ścia na dro­gę pro­wa­dzą­cą do ce­lu. I o tym ce­lu trze­ba pa­mię­tać – to prze­cież obie­ca­ne przez Pa­na Je­zu­sa zba­wie­nie.

Czy moż­na oszu­kać Pa­na Bo­ga? Na pew­no nie. Moż­na oszu­kać lu­dzi wo­kół, moż­na na­wet pró­bo­wać oszu­ki­wać sa­me­go sie­bie, ale prze­cież każ­dy po­trze­bu­je na­wró­ce­nia, a zwłasz­cza ci, któ­rzy naj­mniej do­strze­ga­ją ta­ką po­trze­bę.

Trze­ba nam o tym mó­wić, bo czło­wiek cią­gle gdzieś skrę­ca, gu­bi się, wcho­dzi w za­uł­ki, z któ­rych nie ma wyj­ścia. Oczy­wi­ście czę­sto mó­wi­my o ko­niecz­no­ści na­wró­ce­nia in­nych, ale już nie­zbyt czę­sto wi­dzi­my ko­niecz­ność na­wró­ce­nia sie­bie.

Nie chcę opi­sy­wać ży­cia tych, któ­rzy jesz­cze nie od­na­leź­li śla­dów Je­zu­sa w swo­im ży­ciu. Po­słu­cha­cie opo­wie­ści o tych, któ­rzy są szczę­śli­wi i ży­ją w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, bo – co naj­mniej od pew­ne­go cza­su – idą bar­dzo bli­sko Zba­wi­cie­la, swo­je­go przy­ja­cie­la.

foto_01-02_23-2014

Ma­te­usz

W po­ło­wie pew­nej no­cy ci­cho ode­zwał się te­le­fon, sy­gna­li­zu­jąc ode­bra­nie SMS-a. Obu­dzi­łem się i prze­czy­ta­łem: „Niech się ksiądz za mnie mo­dli. Ma­te­usz”.

Zdzi­wi­łem się pod­pi­sem, prze­cież je­go nu­mer mia­łem za­pi­sa­ny od co naj­mniej pię­ciu lat, po­zna­li­śmy się na re­ko­lek­cjach dla mło­dzie­ży, był wte­dy rok przed za­koń­cze­niem gim­na­zjum. Ten pod­pis mu­siał coś zna­czyć, kon­tak­to­wa­li­śmy się dość czę­sto, nie­moż­li­we, aby przy­pusz­czał, że nie mam te­go kon­tak­tu. Wie­dzia­łem, że ostat­nio prze­ży­wał czas roz­te­rek, chciał so­bie przy­po­mnieć swo­ją toż­sa­mość, chciał pod­jąć ja­kąś de­cy­zję, któ­ra by­ła waż­na w je­go ży­ciu.

Ale po ko­lei. Jesz­cze przed trze­cią kla­są gim­na­zjum był jed­ną z bar­dziej zna­nych po­sta­ci w swo­im mia­stecz­ku, ura­to­wał z po­ża­ru ma­łe dziec­ko, któ­re ma­ma zo­sta­wi­ła na chwi­lę, wy­cho­dząc do skle­pu po ja­kiś dro­biazg. Nikt nie do­wie­dział się, jak wy­buchł ów po­żar, dość, że szyb­ko za­czął pło­nąć ca­ły dom, a ze środ­ka do­bie­gał ci­chy płacz dziec­ka. Pięt­na­sto­la­tek ko­rzy­sta­jąc ze swej wspi­nacz­ko­wej wpra­wy, wspiął się szyb­ko po ryn­nie i przez okno pierw­sze­go pię­tra, któ­re jesz­cze nie pło­nę­ło, szyb­ko wy­niósł pół­rocz­ną dziew­czyn­kę i od­dał w ra­mio­na prze­ra­żo­nej mat­ki. Po­zo­sta­ły mu tyl­ko nie­wiel­kie po­pa­rze­nia na przed­ra­mio­nach, któ­re po­wsta­ły od do­ty­ka­nia ryn­ny.

Po­tem do­stał ja­kąś sym­bo­licz­ną na­gro­dę od władz mia­sta, kła­nia­li mu się na­po­ty­ka­ni lu­dzie.

Uczył się do­brze, bez tru­du do­stał się do li­ceum, tam po­znał śro­do­wi­sko lu­dzi, któ­rzy za­im­po­no­wa­li mu… lek­ko­myśl­no­ścią. Czy uwio­dło go „roz­ryw­ko­we ży­cie”, czy za­po­mniał o ide­ałach, któ­re kie­ro­wa­ły nim jesz­cze w gim­na­zjum? Dość, że stał się zmar­twie­niem ro­dzi­ców i dziad­ków. Żył tak, jak­by nic nie chciał osią­gnąć, sie­dział no­ca­mi przed kom­pu­te­rem, sam się oszu­ku­jąc, że chce obej­rzeć jak naj­wię­cej fil­mów, bo pa­sjo­nu­je się sztu­ką ki­na. Wy­pi­jał li­try ka­wy i na­po­jów ener­ge­tycz­nych, źle się od­ży­wiał, mło­dy or­ga­nizm ja­koś so­bie da­wał z tym ra­dę, ale do cza­su…

Ale Pan Bóg na róż­ne spo­so­by upo­mi­na się o swo­je dzie­ci. Jesz­cze przed ma­tu­rą za­czę­ło szwan­ko­wać zdro­wie Ma­te­usza, nie mógł zda­wać eg­za­mi­nu doj­rza­ło­ści, bo w tym cza­sie był w szpi­ta­lu, le­ka­rze szu­ka­li po­wo­dów je­go kło­po­tów z ukła­dem tra­wien­nym.

Na­uczy­cie­le z ro­dzi­ca­mi pod­ję­li de­cy­zję, że Ma­te­usz po­zo­sta­nie w szko­le, by ko­rzy­stać z co­dzien­nej mo­bi­li­za­cji i do­brze zdać ma­tu­rę w na­stęp­nym ro­ku.

Wte­dy wła­śnie po­znał Ir­kę. By­ła nie­wy­so­ka, ale sły­nę­ła z ener­gii, któ­ra ją roz­pie­ra­ła. Od ra­zu zwró­ci­li na sie­bie uwa­gę, ale ona szyb­ko roz­po­zna­ła je­go wa­dy. By­ła za­in­te­re­so­wa­na pod­trzy­my­wa­niem zna­jo­mo­ści, ale – jak mó­wi­ła – chcia­ła mieć zdro­we­go chło­pa­ka, po­tem zdro­we­go mę­ża i zdro­we­go oj­ca swo­ich dzie­ci. Sta­wia­ła za­tem wa­run­ki. Szyb­ciej niż le­ka­rze zna­la­zła po­wód cho­rób Ma­te­usza (a mo­że on le­ka­rzom wszyst­kie­go nie po­wie­dział) i za­de­cy­do­wa­ła, że po­mo­że mu wró­cić do zdro­wia. Aku­rat jej ma­ma by­ła ab­sol­went­ką die­te­ty­ki i do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak zre­ge­ne­ro­wać żo­łą­dek Ma­te­usza. To jed­nak nie wy­star­czy­ło, bo je­mu po pro­stu bra­ko­wa­ło sil­nej wo­li. Trze­ba by­ło wró­cić do mo­cy, ja­ką da­je przy­jaźń z Chry­stu­sem.

Wte­dy wła­śnie przy­szedł SMS, o któ­rym na­pi­sa­łem na po­cząt­ku – Ma­te­usz wal­czył, wal­czył też o nie­go sza­tan, pró­bo­wał po­ka­zać raz bez­sen­sow­ność, a raz bez­owoc­ność trzy­ma­nia się Chry­stu­sa. Nie spał no­ca­mi, bun­to­wał się prze­ciw uzdra­wia­ją­cej die­cie, od­ru­cho­wo szu­kał wy­mó­wek i wy­krę­tów.

Ale dziad­ko­wie się mo­dli­li, ro­dzi­ce pro­si­li je­go Anio­ła Stró­ża o nie­ustan­ną po­moc. I on ze­chciał. A gdy ze­chciał, to za­uwa­żył, jak wiel­ką mo­cą dys­po­nu­je, ja­kim szczę­ściem ob­da­rza Pan Bóg, gdy w Je­go Imię zwy­cię­ża­my.

Po dwóch ty­go­dniach po­wie­dział, że wte­dy wy­szedł ze znacz­nie gor­sze­go ognia niż tam­ten sprzed pię­ciu lat.

Klau­dia

Każ­dy, kto na nią spoj­rzał od­no­sił wra­że­nie, że ma do czy­nie­nia z oso­bą ci­chą, na­wet nie­śmia­łą, ale ta­ką, któ­ra pa­trzy na świat spo­koj­nie, ci­cho, życz­li­wie. Na­wet, gdy Klau­dia pa­trzy­ła w lu­stro, wy­da­wa­ło jej się, że wi­dzi do­bro.

To jed­nak nie by­ło tak, bo sta­ra­ła się uciec od praw­dy, sta­ra­ła się jej nie za­uwa­żać. Klau­dia by­ła oso­bą „na­dzia­ną agre­sją”, jak ma­wia­ła jej sio­stra bliź­niacz­ka.

Klau­dii nie po­do­ba­ło się ży­cie, nie po­do­ba­ła się so­bie sa­ma, nie po­do­bał jej się Pan Bóg, do któ­re­go czę­sto w głę­bi ser­ca wy­krzy­ki­wa­ła pre­ten­sje.

Trwa­ło­by to mo­że dłu­gie la­ta, gdy­by nie pe­wien spo­wied­nik. Klau­dia ni­gdy nie po­wie­dzia­ła, kim był ów ksiądz, ale któ­re­goś mie­sią­ca, gdy Klau­dia po­de­szła do kon­fe­sjo­na­łu, stał się cud. Ale przed tym cu­dem był płacz, a przed tym pła­czem jed­no py­ta­nie: „Czy je­steś szczę­śli­wa?”. Py­ta­nie to jak­by roz­dar­ło ser­ce Klau­dii. Gdy ksiądz w cza­sie spo­wie­dzi za­dał to py­ta­nie, to ona za­czę­ła wy­po­wia­dać sło­wa, któ­re ostry­mi kol­ca­mi ra­ni­ły jej du­szę: że ma sio­strę, któ­ra jest we wszyst­kim lep­sza, że in­ni bar­dziej lu­bią tę sio­strę, że Pan Bóg mu­si ją nie­na­wi­dzić, bo tak po­ską­pił jej da­rów.

Spo­wied­nik spo­koj­nie od­cze­kał atak Klau­dii, dał jej ode­tchnąć i za­czął mó­wić. Wła­ści­wie nie mó­wił nic no­we­go, po­wta­rzał zna­ne wszyst­kim praw­dy wia­ry: że Pan Bóg każ­de­go ko­cha, że Pan Bóg się nie my­li, że nie stwo­rzył nic nie­uda­ne­go i że ona też nie jest nie­uda­na. Po­tem do­ra­dził pro­stą te­ra­pię. Mó­wił: „Dzię­kuj, dzię­kuj, dzię­kuj. Dzię­kuj na si­łę, wbrew uczu­ciom, dzię­kuj we­dług te­go, co wiesz i w co wie­rzysz. Dzię­kuj za ży­cie, za wia­rę, za za­pro­sze­nie do zba­wie­nia, za każ­de roz­grze­sze­nie i każ­dą Ko­mu­nię Świę­tą. Dzię­kuj za ro­dzi­ców i za sio­strę, dzię­kuj za chwi­le i spo­tka­nia. Dzię­kuj cier­pli­wie i wy­trwa­le, a po pa­ru mie­sią­cach zo­ba­czysz re­zul­ta­tˮ.

Klau­dia po­słu­cha­ła. Po­tem jesz­cze po­je­cha­ła na re­ko­lek­cje i po dwóch la­tach au­to­te­ra­pii jest szczę­śli­wa, choć ma­ło kto wie, ja­ki cud się w niej do­ko­nał.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!

Z ks. Szy­mo­nem Stuł­kow­skim, se­kre­ta­rzem Ko­mi­sji Dusz­pa­ster­stwa Kon­fe­ren­cji Epi­sko­pa­tu Pol­ski roz­ma­wia Agniesz­ka Bia­lik

Na­wra­caj­cie się i wierz­cie w Ewan­ge­lięˮ – to no­we ha­sło ro­ku dusz­pa­ster­skie­go. Jak je ro­zu­mieć?

Ko­ściół ka­to­lic­ki w Pol­sce zde­cy­do­wał, że przez naj­bliż­sze la­ta kro­czyć bę­dzie dusz­pa­ster­ską dro­gą od­no­wy przy­mie­rza chrzciel­ne­go. Ta­ka de­cy­zja Kon­fe­ren­cji Epi­sko­pa­tu Pol­ski (KEP) zwią­za­na jest z przy­pa­da­ją­cą w 2016 ro­ku 1050. rocz­ni­cą chrztu Pol­ski. Ko­mi­sja Dusz­pa­ster­stwa KEP, we współ­pra­cy ze Sto­wa­rzy­sze­niem Pa­sto­ra­li­stów Pol­skich, wy­pra­co­wa­ła wi­zję czte­ro­let­nie­go pro­gra­mu pra­cy dusz­pa­ster­skiej, któ­ra stresz­cza się w ha­śle: „Przez Chry­stu­sa, z Chry­stu­sem, w Chry­stu­sie. Przez wia­rę i chrzest do świa­dec­twaˮ. Lo­gi­ka Pro­gra­mu dusz­pa­ster­skie­go na la­ta 2013–2017 pro­wa­dzi od wia­ry, przez na­wró­ce­nie i chrzest do mi­sji. W pierw­szym ro­ku (2013/2014) mie­li­śmy ha­sło: „Wie­rzę w Sy­na Bo­że­goˮ, na dru­gi (2014/2015) wy­bra­no: „Na­wra­caj­cie się i wierz­cie w Ewan­ge­lięˮ, na trze­ci (2015/2016): „No­we ży­cie w Chry­stu­sieˮ i na czwar­ty (2016/2017): „Idź­cie i gło­ścieˮ. Każ­dy rok pra­cy złą­czo­ny jest ze zna­kiem z li­tur­gii chrztu. Są ni­mi: świe­ca, krzyż, wo­da i bia­ła sza­ta oraz olej. Zna­ki te mo­gą po­móc ochrzczo­nym w od­no­wie­niu ła­ski te­go sa­kra­men­tu i w od­kry­wa­niu god­no­ści i mi­sji, ja­ką otrzy­ma­li. Ma­my za so­bą pierw­szy rok, po­świę­co­ny gło­sze­niu ke­ryg­ma­tu, by wzmoc­nić i od­no­wić wia­rę w Je­zu­sa Chry­stu­sa.

foto_01-01_23-2014

Ja­ki znak to­wa­rzy­szy te­mu ha­słu?

Zna­kiem z li­tur­gii chrztu jest w ro­ku na­wró­ce­nia krzyż. Ka­płan, któ­ry nas ochrzcił, uczy­nił na po­cząt­ku znak krzy­ża na na­szym czo­le. Po­wtó­rzy­li ten gest na­si ro­dzi­ce i chrzest­ni. Przez chrzest we­szli­śmy w owoc drze­wa krzy­ża, w od­ku­pie­nie, za­nu­rzy­li­śmy się w zbaw­czej śmier­ci Chry­stu­sa. Pro­gram pro­po­nu­je, by w pa­ra­fiach za­trosz­czyć się o krzy­że, zwłasz­cza w miej­scach pu­blicz­nych, by by­ły za­dba­ne i usza­no­wa­ne. Su­ge­ru­je­my lu­dziom mło­dym, przed zbli­ża­ją­cy­mi się Świa­to­wy­mi Dnia­mi Mło­dzie­ży w 2016 ro­ku w Kra­ko­wie, by za­in­te­re­so­wa­li się krzy­ża­mi w swo­jej oko­li­cy, by po­zna­li ich hi­sto­rię, udo­ku­men­to­wa­li je na fo­to­gra­fiach i po­zna­li ge­ne­zę ich po­wsta­nia. Ta­kie dzia­ła­nia na­wią­zu­ją do krzy­ża Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży, któ­ry na­wie­dza na­sze die­ce­zje. Za­chę­ca­my też ro­dzi­ców, by bło­go­sła­wi­li swo­je dzie­ci, by gest bło­go­sła­wień­stwa stał się czymś na­tu­ral­nym w do­mach lu­dzi wie­rzą­cych. Czło­wiek, któ­ry z wia­rą bło­go­sła­wi sta­je się na­rzę­dziem w rę­ku Bo­ga wy­pra­sza­ją­cym mi­łość Pa­na Bo­ga.

Co prze­cięt­ny ka­to­lik po­wi­nien zro­bić, by się na­wró­cić?

Na­wró­ce­nie jest owo­cem spo­tka­nia czło­wie­ka z ke­ryg­ma­tem, czy­li z ją­drem Ewan­ge­lii. Ke­ryg­ma­tem jest ży­wy Je­zus Chry­stus, któ­re­go ma­my prze­po­wia­dać, by Go po­ko­chać i na­śla­do­wać. Do­świad­cze­nie ży­we­go Je­zu­sa po­wo­du­je zmia­nę my­śle­nia czło­wie­ka o Bo­gu, o świe­cie, o so­bie i bliź­nich. Za­czy­na się wte­dy to, co psal­mi­sta opi­sał, mó­wiąc, że uczy­my się cho­dzić ścież­ka­mi Pa­na. Na­sze my­śli, pra­gnie­nia, pla­ny i de­cy­zje sta­ra­my się pod­po­rząd­ko­wać mą­dro­ści i wo­li Bo­żej. To na­wró­ce­nie do­ko­nu­je się in­dy­wi­du­al­nie i spo­łecz­nie, bo czło­wiek nie ży­je sam, ale w re­la­cjach z in­ny­mi ludź­mi. My­ślę, że war­to szu­kać w tym ro­ku miejsc i do­świad­czeń ży­we­go Bo­ga, jak­by z pierw­szej rę­ki. Po­trzeb­ne jest otwar­cie umy­słu i ser­ca na sło­wo Bo­że i moc sa­kra­men­tów, by Pan Bóg mógł w nas od­na­wiać swo­je po­do­bień­stwo. W te­go­rocz­nym pro­gra­mie sta­wia­my trzy prio­ry­te­ty: wia­ra, na­wró­ce­nie oraz ra­dość z na­dzie­ją. Cho­dzi o to, by pod­jąć dzia­ła­nia wzmac­nia­ją­ce wia­rę zwłasz­cza lu­dzi do­ro­słych, by przy­ję­cie Je­zu­sa pro­wa­dzi­ło do od­kry­cia Bo­żej mi­ło­ści, któ­ra jest sil­niej­sza niż grzech, któ­re­go do­świad­cza­my. Na­wró­ce­nie do­ko­nu­je się przez sa­kra­ment po­ku­ty i po­jed­na­nia, gdzie Bóg oczysz­cza nas z grze­chów i umac­nia w po­dej­mo­wa­nych wy­sił­kach prze­mia­ny na­sze­go ży­cia. Z ob­ja­wień Mat­ki Bo­żej w Fa­ti­mie chce­my uczyć się du­cha po­ku­ty i wy­na­gro­dze­nia za grze­chy. Pra­gnie­my tak­że od­kry­wać, że au­ten­tycz­na ra­dość i na­dzie­ja są owo­cem na­wró­ce­nia. Kto za­pła­cze nad swym grze­chem i przyj­mie dar prze­ba­cze­nia, ten do­świad­czy ra­do­ści i żyć bę­dzie w na­dziei wiecz­nej jed­no­ści z Bo­giem.

 

Szukajcie tej prawdy tam, gdzie ona rzeczywiście się znajduje!

Dziś czło­wiek tak czę­sto nie wie, co no­si w so­bie, w głę­bi swej du­szy, swe­go ser­ca. Jak czę­sto jest nie­pew­ny sen­su swe­go ży­cia na tej zie­mi. Ogar­nia go zwąt­pie­nie, któ­re prze­ra­dza się w roz­pacz. List do Mło­dych, 2011 r.

Czło­wie­ko­wi ko­niecz­nie po­trzeb­ne jest mi­łu­ją­ce spoj­rze­nie Chry­stu­sa. Mo­że naj­bar­dziej w chwi­li do­świad­cze­nia, upo­ko­rze­nia, prze­śla­do­wa­nia, klę­ski – wte­dy gdy na­sze czło­wie­czeń­stwo zo­sta­je jak­by prze­kre­ślo­ne w oczach ludz­kich, znie­wa­żo­ne i po­de­pta­ne – wte­dy świa­do­mość te­go, że (...) Chry­stus mi­łu­je każ­de­go i za­wsze, (...) po­zwa­la nam prze­trwać. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Ni­gdy nie jest tak, że­by czło­wiek, czy­niąc do­brze dru­gie­mu, tyl­ko sam był do­bro­czyń­cą. Jest rów­no­cze­śnie ob­da­ro­wy­wa­ny, ob­da­ro­wa­ny tym, co ten dru­gi przyj­mu­je z mi­ło­ścią. Płock, 1991 r.

Czu­jesz się osa­mot­nio­ny. Po­sta­raj się od­wie­dzić ko­goś, kto jest jesz­cze bar­dziej sa­mot­ny. So­pot, 1999 r.

Sta­raj­my się tak po­stę­po­wać i tak żyć, by ni­ko­mu w na­szej Oj­czyź­nie nie bra­kło da­chu nad gło­wą i chle­ba na sto­le, by nikt nie czuł się sa­mot­ny, po­zo­sta­wio­ny bez opie­ki. Ełk, 1999 r.

Czło­wie­ka (...) nie moż­na do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. A ra­czej: czło­wiek nie mo­że sie­bie sam do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. Nie mo­że zro­zu­mieć ani kim jest, ani ja­ka jest je­go wła­ści­wa god­ność, ani ja­kie jest je­go po­wo­ła­nie i osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie. War­sza­wa 1979 r.

Broń­my się przed po­zo­ra­mi mi­ło­ści, nie mi­łuj­my sło­wem i ję­zy­kiem, ale czy­nem i praw­dą. Rzym, 1979 r.

Szu­kaj­cie tej praw­dy tam, gdzie ona rze­czy­wi­ście się znaj­du­je! Je­śli trze­ba, bądź­cie zde­cy­do­wa­ni iść pod prąd obie­go­wych po­glą­dów i roz­pro­pa­go­wa­nych ha­seł! Nie lę­kaj­cie się Mi­ło­ści, któ­ra sta­wia czło­wie­ko­wi wy­ma­ga­nia. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Mi­łość to za­da­nie, któ­re Bóg wciąż nam wy­zna­cza, mo­że po to, by za­grze­wać nas, aby­śmy sta­wia­li wy­zwa­nia lo­so­wi. Gdańsk, 1987 r.

Su­mie­nie jest dla każ­de­go czło­wie­ka spra­wą o za­sad­ni­czym zna­cze­niu. Jest ono je­go we­wnętrz­nym prze­wod­ni­kiem i jest tak­że sę­dzią je­go czy­nów. Sko­czów, 1995 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Nie chowajmy Bożych darów

W Ewan­ge­lii dzi­siej­szej nie­dzie­li za­war­ta jest przy­po­wieść o ta­len­tach, za­czerp­nię­ta ze św. Ma­te­usza (25, 14–30). Opo­wia­da ona o czło­wie­ku, któ­ry przed wy­ru­sze­niem w po­dróż przy­wo­łał swo­je słu­gi i po­wie­rzył im swój ma­ją­tek w ta­len­tach, sta­ro­żyt­nych mo­ne­tach o nie­zwy­kle wiel­kiej war­to­ści. (…) Zna­cze­nie tej przy­po­wie­ści jest czy­tel­ne.

(…) Je­zus nie żą­da od nas, by­śmy za­cho­wa­li Je­go ła­skę w ka­sie pan­cer­nej, ale chce, aby­śmy uży­wa­li jej z po­żyt­kiem dla in­nych. Wszyst­kie do­bra, ja­kie otrzy­ma­li­śmy, są po to, aby je dać in­nym. W ten spo­sób się po­mna­ża­ją. To tak, jak­by nam po­wie­dział: „Oto mo­je mi­ło­sier­dzie, mo­ja czu­łość, mo­je prze­ba­cze­nie: weź je i ob­fi­cie z nich ko­rzy­staj”. A my, co z tym zro­bi­li­śmy? Ko­go „za­ra­zi­li­śmy” na­szą wia­rą? Ile osób pod­nie­śli­śmy na du­chu na­szą na­dzie­ją? Ile mi­ło­ści dzie­li­li­śmy z na­szym bliź­nim? War­to, aby­śmy po­sta­wi­li so­bie te py­ta­nia. Każ­de śro­do­wi­sko, na­wet naj­bar­dziej da­le­kie i nie­do­stęp­ne mo­że stać się miej­scem, w któ­rym ta­len­ty mo­gą owo­co­wać. Nie ma sy­tu­acji czy miejsc, w któ­rych nie­moż­li­wa by­ła­by obec­ność i świa­dec­two chrze­ści­jań­skie. Świa­dec­two, ja­kie­go żą­da od nas Je­zus, nie jest za­mknię­te, jest otwar­te, za­le­ży od nas.

(…) Są­dzę, że do­brze by­ło­by, aby każ­dy z was wziął w do­mu Ewan­ge­lię św. Ma­te­usza i prze­czy­tał roz­dział 25, wer­se­ty 14–30, za­sta­no­wił się chwi­lę. Co czy­nię, aby mo­je ta­len­ty, mo­je bo­gac­twa, to wszyst­ko, czym ob­da­rzył mnie Bóg – do­bra du­cho­we, do­broć, sło­wo Bo­że wzra­sta­ły w in­nych, czy też mo­że trzy­mam je w ka­sie pan­cer­nej? (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 16.11.2014 r.