Trochę filozofii

Nie zda­je­my so­bie spra­wy, jak wiel­ki wpływ na na­sze co­dzien­ne my­śle­nie i dzia­ła­nie ma­ją roz­po­wszech­nio­ne po­glą­dy in­nych lu­dzi, za­rów­no tych ży­ją­cych współ­cze­śnie i tych, któ­rzy ży­li wie­le wie­ków przed na­mi. Echa my­śli sta­ro­żyt­nych fi­lo­zo­fów znaj­dzie­my rów­nież dzi­siaj. Te fi­lo­zo­fie mo­gą mieć za­rów­no po­zy­tyw­ny jak i ne­ga­tyw­ny wpływ na na­sze ży­cie.

Uty­li­ta­ryzm jest wła­śnie ta­ką sta­rą fi­lo­zo­fią, któ­ra dzi­siaj ma wie­lu zwo­len­ni­ków. Uty­li­ta­ryzm mo­że mieć róż­ne od­mia­ny, na­wet ist­nie­je je­go per­so­na­li­stycz­na od­mia­na. Ogól­nie mó­wiąc, oso­bę ludz­ką trak­tu­je się tu in­stru­men­tal­nie i re­du­ku­je się ją do funk­cji, ja­kie peł­ni (li­czy się więc jej przy­dat­ność).

Szcze­gól­ną od­mia­ną uty­li­ta­ry­zmu jest he­do­nizm. Być szczę­śli­wym zna­czy tu żyć przy­jem­nie. Przy­jem­no­ści – ja­ko naj­wyż­sze­mu do­bru jest pod­po­rząd­ko­wa­ne wszyst­ko in­ne. Ro­zum czło­wie­ka jest po to, by za­pew­nić ma­xi­mum przy­jem­no­ści przy mi­ni­mum przy­kro­ści.

Ka­rol Woj­ty­ła po­da­je naj­krót­szą de­fi­ni­cję he­do­ni­zmu: „Mak­si­mum przy­jem­no­ści dla mak­sy­mal­nej ilo­ści lu­dzi przy mi­ni­mum przy­kro­ści dla tych­że lu­dzi” i wy­ka­zu­je istot­ny lo­gicz­ny błąd w ta­kim ro­zu­mo­wa­niu. Otóż lu­dzie róż­nie mo­gą ro­zu­mieć i prze­ży­wać przy­jem­ność. To, co dla jed­ne­go jest przy­jem­ne, dla dru­gie­go nie mu­si ta­kim być.

foto_01-03_23-2013

Tym­cza­sem przy­jem­ność po­ja­wia się ja­ko war­tość do­da­na, jest przy oka­zji dzia­ła­nia i nie mo­że być je­dy­ną nor­mą, po­nie­waż czę­sto to, co do­bre, mo­że być trud­ne i przy­kre. Tak więc je­śli przy­jem­ność jest na pierw­szym miej­scu, to oso­ba jest tyl­ko środ­kiem do ce­lu. Wyj­ściem z błęd­ne­go ko­ła he­do­ni­zmu jest uzna­nie po­za do­brem su­biek­tyw­nym do­bra obiek­tyw­ne­go, któ­re jed­no­czy oso­by i sta­je się ich do­brem wspól­nym. W przy­pad­ku he­do­ni­stycz­ne­go sty­lu ży­cia męż­czy­zna i ko­bie­ta ży­ją, har­mo­ni­zu­jąc swo­je ego­izmy. Każ­da z osób na­sta­wia się na swo­ją przy­jem­ność, a rów­no­cze­śnie zga­dza się na to, aby stać się środ­kiem do ce­lu, przed­mio­tem dla dru­giej oso­by. Jest to od­wrot­ność przy­ka­za­nia mi­ło­ści: „Mu­szę trak­to­wać sie­bie sa­me­go ja­ko śro­dek i na­rzę­dzie, sko­ro w ten spo­sób trak­tu­ję dru­gie­go ze wzglę­du na sie­bie”. Ta­ki układ mię­dzy­oso­bo­wy mo­że dzia­łać do pierw­szych kry­zy­sów kie­dy ego­izmów nie uda się już zhar­mo­ni­zo­wać! Męż­czyź­ni i ko­bie­ty mó­wią wte­dy, że ich mi­łość się skoń­czy­ła, a tak na­praw­dę ni­gdy jej nie by­ło. Praw­dzi­wa mi­łość oso­by mu­si po­le­gać na jej afir­ma­cji po­nad kon­sump­cyj­ne war­to­ści.

Ka­rol Woj­ty­ła po­da­je za­sa­dę od­nie­sie­nia do oso­by, któ­rą po­wi­nien po­znać każ­dy czło­wiek:

Oso­ba jest ta­kim do­brem, z któ­rym nie go­dzi się uży­wa­nie, któ­re nie mo­że być trak­to­wa­ne ja­ko przed­miot uży­cia i w tej for­mie ja­ko śro­dek do ce­lu”. Wy­ra­ża tę sa­mą myśl jesz­cze ina­czej, po­zy­tyw­nie: „Oso­ba jest ta­kim do­brem, że wła­ści­we i peł­no­war­to­ścio­we od­nie­sie­nie do niej sta­no­wi tyl­ko mi­łość”. Czło­wiek ja­ko oso­ba ma god­ność tak wiel­ką, że na­le­ży mu się trak­to­wa­nie ja­ko przed­mio­tu mi­ło­ści, a nie uży­tecz­no­ści. W mi­ło­ści praw­dzi­wej za­wie­ra się afir­ma­cja oso­by ja­ko ta­kiej.

W do­brze nam zna­nym przy­ka­za­niu mi­ło­ści ukry­ta jest wła­śnie ta nor­ma per­so­na­li­stycz­na, któ­rą tak pre­cy­zyj­nie zde­fi­nio­wał Ka­rol Woj­ty­ła.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Nie ulegajcie fałszywym iluzjom i przelotnym modom

Dro­dzy mło­dzi, ofia­ruj­cie Pa­nu zło­to wa­sze­go ist­nie­nia, to zna­czy wol­ność na­śla­do­wa­nia Go z mi­ło­ści, od­po­wia­da­jąc wier­nie na Je­go wo­ła­nie; wznie­ście ku Nie­mu ka­dzi­dło wa­szej go­rą­cej mo­dli­twy, ku czci Je­go chwa­ły; ofia­ruj­cie Mu mir­rę, czy­li peł­ne wdzięcz­no­ści uczu­cie ku Nie­mu, praw­dzi­we­mu Czło­wie­ko­wi, któ­ry umi­ło­wał nas aż do śmier­ci ja­ko zło­czyń­ca na Gol­go­cie. Ca­stel Gan­dol­fo, 2004r.

Nie ule­gaj­cie fał­szy­wym ilu­zjom i prze­lot­nym mo­dom, któ­re nie rzad­ko po­zo­sta­wia­ją tra­gicz­ną pust­kę du­cho­wą! Od­rzuć­cie po­ku­sę pie­nią­dza, kon­sump­cyj­ne­go ży­cia i pod­stęp­nej prze­mo­cy, któ­re nie­kie­dy lan­su­ją środ­ki prze­ka­zu.
Od­da­wa­nie czci praw­dzi­we­mu Bo­gu za­kła­da au­ten­tycz­ny akt sprze­ci­wu wo­bec wszel­kiej for­my bał­wo­chwal­stwa. Czcij­cie Chry­stu­sa: On jest Ska­łą, na któ­rej mo­że­cie zbu­do­wać wa­szą przy­szłość i świat bar­dziej spra­wie­dli­wy i so­li­dar­ny. Je­zus jest Księ­ciem po­ko­ju, źró­dłem prze­ba­cze­nia i po­jed­na­nia, któ­re mo­że uczy­nić brać­mi wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny ludz­kiej. Ca­stel Gan­dol­fo, 2004r.

Bądź­cie mi­ło­śni­ka­mi kon­tem­pla­cji i mo­dli­twy; po­stę­puj­cie zgod­nie z wy­zna­wa­ną wia­rą i służ­cie ofiar­nie bra­ciom ja­ko ży­we człon­ki Ko­ścio­ła i bu­dow­ni­czo­wie po­ko­ju. Aby zre­ali­zo­wać ten nie­ła­twy pro­gram ży­cio­wy, wsłu­chaj­cie się w sło­wo Bo­że i czerp­cie si­ły z sa­kra­men­tów, zwłasz­cza z Eu­cha­ry­stii i z sa­kra­men­tu po­ku­ty. Wa­ty­kan, 1999 r.

Dro­ga ży­cia, któ­ra po­dej­mu­je i od­na­wia po­sta­wy Je­zu­sa, sta­je się dro­gą wia­ry i na­wró­ce­nia; dro­gą krzy­ża wła­śnie. Jest to dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi do za­ufa­nia Chry­stu­so­wi i Je­go zbaw­cze­mu pla­no­wi, do uwie­rze­nia, że On umarł, aby ob­ja­wić mi­łość Bo­ga do każ­de­go czło­wie­ka; to dro­ga, któ­ra nie lę­ka się nie­po­wo­dzeń, trud­no­ści, wy­ob­co­wa­nia i sa­mot­no­ści, gdyż wy­peł­nia ser­ce czło­wie­ka obec­no­ścią Je­zu­sa; to dro­ga po­ko­ju, pa­no­wa­nia nad so­bą, głę­bo­kiej ra­do­ści ser­ca. Wa­ty­kan, 2001r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Ufajmy Panu, który nie opuszcza nas w trudnych chwilach

Dro­dzy bra­cia i sio­stry,

Ewan­ge­lia (…) (Łk 21, 5–19) w pierw­szej czę­ści mo­wą Je­zu­sa o cza­sach osta­tecz­nych. Je­zus wy­gła­sza ją w Je­ro­zo­li­mie w po­bli­żu świą­ty­ni: po­bu­dza­ją Go do te­go lu­dzie, któ­rzy mó­wi­li o świą­ty­ni i jej pięk­nie, gdyż rze­czy­wi­ście by­ła ona pięk­na. Wte­dy Je­zus po­wie­dział: „Przyj­dzie czas, kie­dy z te­go, na co pa­trzy­cie, nie zo­sta­nie ka­mień na ka­mie­niu” (Łk 21, 6). Oczy­wi­ście py­ta­ją Go: Kie­dy to się sta­nie? Ja­kie bę­dą te­go zna­ki? Ale Je­zus prze­no­si uwa­gę z tych aspek­tów dru­go­rzęd­nych – kie­dy to bę­dzie, jak bę­dzie – na praw­dzi­we pro­ble­my. Są to dwie spra­wy. Po pierw­sze: nie daj­cie się zwieść fał­szy­wym me­sja­szom i nie daj­cie się spa­ra­li­żo­wać stra­chem. Po dru­gie: na­le­ży prze­ży­wać czas ocze­ki­wa­nia ja­ko czas świa­dec­twa i wy­trwa­ło­ści. I my je­ste­śmy w tym cza­sie ocze­ki­wa­nia na na­dej­ście Pa­na. Ta mo­wa Je­zu­sa jest za­wsze ak­tu­al­na, tak­że dla nas, ży­ją­cych w XXI wie­ku. (…)

Dru­gi aspekt od­wo­łu­je się do nas wła­śnie ja­ko do chrze­ści­jan i ja­ko Ko­ścio­ła: Je­zus za­po­wia­da bo­le­sne do­świad­cze­nia i prze­śla­do­wa­nia, ja­kie Je­go ucznio­wie bę­dą mu­sie­li cier­pieć z Je­go po­wo­du. Za­pew­nia jed­nak, że „włos z gło­wy wam nie zgi­nie” (w. 18). Przy­po­mi­na nam, że je­ste­śmy cał­ko­wi­cie w rę­kach Bo­ga! (…)

I wresz­cie Je­zus skła­da obiet­ni­cę, któ­ra jest gwa­ran­cją zwy­cię­stwa: „Przez swo­ją wy­trwa­łość oca­li­cie wa­sze ży­cieˮ (w. 19). Ileż na­dziei jest w tych sło­wach! Są one we­zwa­niem do na­dziei i cier­pli­wo­ści, do umie­jęt­no­ści ocze­ki­wa­nia na nie­za­wod­ne owo­ce zba­wie­nia, ufa­jąc w głę­bo­ki sens ży­cia i hi­sto­rii: do­świad­cze­nia i trud­no­ści sta­no­wią część więk­sze­go pla­nu; Pan, wład­ca hi­sto­rii, pro­wa­dzi wszyst­ko do jej wy­peł­nie­nia. (…)

To orę­dzie Je­zu­sa ka­że nam za­sta­no­wić się nad na­szą te­raź­niej­szo­ścią i da­je nam moc do sta­wie­nia jej czo­ła z od­wa­gą i na­dzie­ją, w to­wa­rzy­stwie Ma­ryi, któ­ra za­wsze wę­dru­je z na­mi. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 17.11.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Bio­rąc do rę­ki ko­lej­ny nu­mer „Dro­giˮ każ­dy za­pew­ne za­uwa­żył drob­ne zmia­ny ze­wnętrz­ne: nie­co mniej­szy for­mat, tro­chę zmie­nio­ną gra­fi­kę – to sku­tek róż­nych prze­my­śleń i Wa­szych su­ge­stii: wciąż pró­bu­je­my wpro­wa­dzać róż­ne po­praw­ki, aby „Dro­gaˮ za­chę­ca­ła rów­nież wy­glą­dem. To oczy­wi­ście nie naj­waż­niej­sze. W tym eg­zem­pla­rzu nie przy­pad­kiem moż­na zna­leźć zda­nie: „Wia­ra ta jest dla nie­go źró­dłem nie­ga­sną­cej ra­do­ści” – to sło­wa na­pi­sa­ne o pew­nym neu­ro­chi­rur­gu, któ­ry cu­dow­nie po­wró­cił do ży­cia. Dzie­je się tak, gdy Pan Bóg ze­chce w spo­sób szcze­gól­ny za­in­ge­ro­wać w czy­jeś ży­cie, ale prze­cież dzie­je się tak sa­mo, gdy ktoś sam „zaj­mie się” swo­ją wia­rą. Za­chę­tą do po­wszech­ne­go po­pra­co­wa­nia nad wia­rą by­ło ogło­sze­nie Ro­ku Wia­ry, dzi­siaj pod­su­mo­wu­je­my na­sze wy­sił­ki: i te po­dej­mo­wa­ne wspól­nie w ca­łym Ko­ście­le, i w po­szcze­gól­nych pa­ra­fiach, ale i te oso­bi­ste, po­le­ga­ją­ca na po­szu­ka­niu cie­ka­wych lek­tur i po­świę­ce­niu cza­su na mo­dli­twę, z któ­rej wy­ni­ka wzra­sta­nie i umoc­nie­nie wia­ry. Tu trze­ba się na chwi­lę za­trzy­mać… Pa­pież Be­ne­dykt miał za­miar, co po­wie­dział jed­no­znacz­nie nie­je­den raz, zmo­bi­li­zo­wać wier­nych i na­dzie­ję, że owa mo­bi­li­za­cja za­chę­ci do wy­sił­ków, któ­re wca­le wraz z za­koń­cze­niem Ro­ku Wia­ry nie osłab­ną. No­wą za­chę­tą do re­flek­sji nad wia­rą jest ha­sło ko­lej­ne­go ro­ku ko­ściel­ne­go – „Wie­rzę w Sy­na Bo­że­goˮ. Stąd przy­po­mnie­nie o ke­ryg­ma­cie, stąd za­chę­ta do oso­bi­ste­go przy­bli­że­nia się do Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Przy oka­zji po­dzie­lę się cie­ka­wym od­kry­ciem swo­ich uczniów. Któ­re­goś ra­zu, aby po­móc im za­pa­mię­tać, że Je­zus z Na­za­re­tu jest po­sta­cią hi­sto­rycz­ną, a Je­zus ja­ko Chry­stus, Zba­wi­ciel jest uwa­ża­ny przez chrze­ści­jan za Sy­na Bo­że­go po­pro­si­łem, by po­szu­ka­li w róż­nych miej­scach do­stęp­nych in­for­ma­cji na te te­ma­ty. Sfor­mu­ło­wa­łem za­gad­nie­nie: „Je­zus hi­sto­rii, Chry­stus wia­ry”. Dzię­ki te­mu ktoś zna­lazł w ar­chi­wum Pol­skie­go Ra­dia po­wszech­nie do­stęp­ną au­dy­cję – jest to roz­mo­wa, ja­ką pa­ni re­dak­tor prze­pro­wa­dzi­ła z księ­dzem bi­sku­pem Grze­go­rzem Ry­siem, a w dru­giej czę­ści z dzien­ni­ka­rzem Grze­go­rzem Gór­nym. Naj­pierw do­wia­du­je­my się, kto po­za ewan­ge­li­sta­mi pi­sał o Je­zu­sie z Na­za­re­tu, a po­tem słu­cha­my z za­par­tym tchem o „śledz­twie w spra­wie Je­zu­sa”. Grze­gorz Gór­ny opo­wia­da o swo­jej po­dró­ży śla­da­mi re­li­kwii Mę­ki Pań­skiej, do­wia­du­je­my się o pa­sjo­nu­ją­cych od­kry­ciach zwią­za­nych z Ca­łu­nem Tu­ryń­skim i in­ny­mi przed­mio­ta­mi, któ­re by­ły świad­ka­mi wy­da­rzeń z Gol­go­ty. Moż­na by po­wie­dzieć, że ta au­dy­cja łą­czy ha­sła mi­ja­ją­ce­go Ro­ku Wia­ry i roz­po­czy­na­ją­ce­go się no­we­go ro­ku, w któ­rym po­chy­li­my się nad po­głę­bia­niem wia­ry w Sy­na Bo­że­go.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Jak rozumiemy słowo „używać”?

Chcia­ła­bym wy­ja­śnić kil­ka po­jęć, któ­re wią­żą się ze so­bą, a ich roz­róż­nia­nie mo­że mieć wiel­ki wpływ na na­sze ży­cie. Jak wie­cie, wszyst­ko za­czy­na się od my­śle­nia. Wszel­kie po­my­sły, idee do­bre i złe, do­bro i zło ma­ją swój po­czą­tek w my­ślach czło­wie­ka.

Naj­pierw za­na­li­zuj­my sło­wo „przed­miot”. To sło­wo ucznio­wie zna­ją do­sko­na­le. Cho­dzi tu jed­nak o to, że czło­wiek mo­że być przed­mio­tem dzia­ła­nia np. kie­dy na­uczy­ciel (pod­miot dzia­ła­nia) prze­ka­zu­je wie­dzę ucznio­wi, któ­ry wte­dy sta­je się przed­mio­tem dzia­ła­nia. Le­karz, któ­ry le­czy cho­re­go jest pod­mio­tem, a cho­ry – przed­mio­tem dzia­ła­nia. Ni­ko­go ta­kie stwier­dze­nie nie po­mniej­sza. Jest to stwier­dze­nie obiek­tyw­ne. Cza­sem jed­nak dru­ga oso­ba jest trak­to­wa­na ja­ko „przed­miot uży­cia”, tzn. że ta oso­ba jest tyl­ko środ­kiem do ce­lu, jak­by rze­czą, któ­rą ktoś się po­słu­gu­je – ta­kim na­rzę­dziem. Nie re­spek­tu­je się god­no­ści i wła­snej ce­lo­wo­ści tej dru­giej oso­by. Ktoś po­słu­gu­je się nią ja­ko środ­kiem do swo­je­go wła­sne­go ce­lu. Na przy­kład ja­kiś wy­na­laz­ca i wła­ści­ciel fir­my bę­dzie wy­ko­rzy­sty­wał swo­ich pra­cow­ni­ków, ob­cią­ża­jąc ich nad­mier­ną ilo­ścią go­dzin pra­cy i ni­ską pen­sją do wy­ko­ny­wa­nia rze­czy, któ­re on uzna­je za bar­dzo po­trzeb­ne i do­bre. Na myśl przy­cho­dzi w tym mo­men­cie bru­tal­ne po­wie­dze­nie – „cel uświę­ca środ­ki”. Środ­ka­mi do zre­ali­zo­wa­nia ce­lu mo­gą być róż­ne do­bra na­tu­ral­ne, świat przy­ro­dy (by­le go nie nisz­czyć!). Oso­ba jed­nak ni­gdy nie mo­że być wy­ko­rzy­sta­na ja­ko śro­dek do ce­lu, po­nie­waż ma ona swo­ją wiel­ką war­tość zwa­ną god­no­ścią. Oso­by nie moż­na trak­to­wać in­stru­men­tal­nie, na­wet ze wzglę­du na do­bro in­nej oso­by lub ca­łej gru­py osób. Na­wet sam Stwór­ca, któ­ry ma naj­więk­sze pra­wo do czło­wie­ka, ni­gdy nie po­słu­gu­je się nim ja­ko środ­kiem do ce­lu.

foto_01-03_22-2013

Zda­rza się w ży­ciu, że ktoś wy­ko­rzy­stu­je i krzyw­dzi dru­gą oso­bę w imię mi­ło­ści. To nie­bez­piecz­ne dzia­ła­nie tym bar­dziej, że jest ukry­te pod po­zo­rem mi­ło­ści. Ten ktoś mo­że być nie­świa­do­my po­zo­ru mi­ło­ści, ale tak czy ina­czej sta­je się „spraw­cą czy­nu an­ty­mi­ło­ści – z mi­ło­ści”. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ktoś ro­zu­mie mi­łość ja­ko tyl­ko uczu­cie, emo­cje. Nie ma w tym praw­dzi­we­go do­bra dru­giej oso­by, nie ma tu dzia­ła­nia ro­zu­mu i wo­li. Ta­ka emo­cjo­na­li­za­cja mi­ło­ści, a tym sa­mym trak­to­wa­nie dru­giej oso­by ja­ko środ­ka do ce­lu – przy­jem­no­ści, wła­sne­go do­bre­go sa­mo­po­czu­cia jest dzi­siaj zja­wi­skiem bar­dzo czę­stym. Co mo­że uchro­nić czło­wie­ka przed ta­ką sy­tu­acją? Wy­da­je się, że przede wszyst­kim uświa­do­mie­nie so­bie nie­bez­pie­czeń­stwa ta­kiej dez­in­te­gra­cji, któ­ra w efek­cie pro­wa­dzi do znisz­cze­nia mi­ło­ści.

Bi­skup Ka­rol Woj­ty­ła na wie­le lat przed wy­bo­rem na pa­pie­ża w książ­ce „Mi­łość i od­po­wie­dzial­ność” za­warł pod­sta­wo­wą za­sa­dę od­no­sze­nia się do sie­bie osób, któ­rą na­zwał za­sa­dą per­so­na­li­stycz­ną. Pi­sał: „Oso­ba jest ta­kim do­brem, że wła­ści­we i peł­no­war­to­ścio­we od­nie­sie­nie do niej sta­no­wi tyl­ko mi­łość”. Ina­czej mó­wiąc, oso­ba jest ta­kim do­brem, z któ­rym nie go­dzi się uży­wa­nie, któ­re nie mo­że być trak­to­wa­ne ja­ko przed­miot uży­cia i w tej for­mie ja­ko śro­dek do ce­lu. Ta za­sa­da jest za­war­ta w pierw­szym przy­ka­za­niu obo­wią­zu­ją­cym każ­de­go czło­wie­ka – w przy­ka­za­niu mi­ło­ści.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Magia w świecie bajek, czyli magia w ładnym opakowaniu

Wam­pi­rzy­ca za­miast księż­nicz­ki. Amu­let mo­cy w miej­sce ko­ro­ny. Czerń za­miast ró­żu. Ma­gia w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, bez miej­sca dla spra­wie­dli­wo­ści i wal­ki ze złem. Mrocz­ne, płyt­kie, ogłu­pia­ją­ce i do bó­lu współ­cze­sne – wła­śnie ta­kie baj­ki po­do­ba­ją się te­raz naj­bar­dziej. Jak do te­go do­szło?

Choć sam pro­blem wąt­ków ma­gicz­nych w baj­kach prze­zna­czo­nych dla dzie­ci nie jest ni­czym no­wym, to jed­nak ni­gdy wcze­śniej nie by­ły one tak bar­dzo po­pu­lar­ne jak te­raz.

Baj­ki w swo­im pier­wot­nym za­my­śle to ta­kie hi­sto­rie (ad­re­so­wa­ne głów­nie dla dzie­ci), któ­re prze­ka­zu­ją za po­mo­cą pro­stej tre­ści ja­kąś waż­ną myśl – tak zwa­ny mo­rał. Tak przy­naj­mniej by­ło kie­dyś.

Kie­dyś baj­ki wy­cho­wy­wa­ły i prze­ka­zy­wa­ły wzor­ce oso­bo­wo­ścio­we, wzor­ce za­cho­wań. Baj­ki uczy­ły wraż­li­wo­ści. By­ły wzru­sza­ją­ce i pięk­ne. Pra­wie każ­da dziew­czyn­ka w przed­szko­lu ma­rzy­ła o tym, że­by być księż­nicz­ką, że­by miesz­kać w pięk­nym pa­ła­cu jak baj­ko­we bo­ha­ter­ki. Każ­da z tych księż­ni­czek by­ła nie tyl­ko pięk­na ze­wnętrz­nie, ale rów­nież szla­chet­na, do­bra i spra­wie­dli­wa.

foto_01-02_22-2013

Chłop­cy chcie­li być wa­lecz­ny­mi ry­ce­rza­mi i musz­kie­te­ra­mi. Za­pro­wa­dzać na świe­cie spra­wie­dli­wość i wal­czyć w obro­nie in­nych.

Czar­no­księż­ni­cy, cza­row­ni­ce i wszyst­kie mo­ce ma­gicz­ne by­ły w ta­kich baj­kach tym, cze­go na­le­ża­ło się bać i wy­strze­gać. By­ły one prze­ciw­wa­gą dla do­bra. To wła­śnie z ni­mi wal­czy­li ry­ce­rze, wo­jow­ni­cy i księż­nicz­ki. To wła­śnie one sta­no­wi­ły nie­bez­pie­czeń­stwo dla spo­ko­ju i spra­wie­dli­wo­ści. Dziś są głów­ny­mi bo­ha­ter­ka­mi i idol­ka­mi dzie­ci. Nie bez przy­czy­ny w baj­kach to­czy się zwy­kle wal­ka do­bra ze złem. Na koń­cu za­wsze zwy­cię­ża do­bro. Przy­naj­mniej kie­dyś tak wła­śnie by­ło.

Obec­nie ta­kie my­śle­nie o baj­kach to prze­ży­tek. Baj­ka ma się po­do­bać i to wy­star­czy. Jest pro­duk­tem mar­ke­tin­go­wym, któ­ry ma zy­skać po­pu­lar­ność i do­brze się sprze­dać. We współ­cze­snych baj­kach gra­ni­ca do­bra i zła zo­sta­ła zu­peł­nie za­tar­ta. Baj­ki ma­in­stre­amo­we, te naj­bar­dziej me­dial­ne i naj­po­pu­lar­niej­sze nie prze­ka­zu­ją żad­nych pod­nio­słych idei, ani żad­nych szla­chet­nych war­to­ści. Prze­cież to ta­kie nie­ży­cio­we i ta­kie nie­po­trzeb­ne. Współ­cze­sne baj­ki zdo­by­wa­ją swo­ją glo­bal­ną po­pu­lar­ność tyl­ko i wy­łącz­nie dzię­ki świet­ne­mu mar­ke­tin­go­wi i re­kla­mom, a nie z po­wo­du cie­ka­wej fa­bu­ły czy war­to­ścio­wej tre­ści.

Baj­ki za­wsze by­ły i pew­nie za­wsze bę­dą bar­dzo waż­ne dla zdro­we­go i pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju dzie­ci. To wła­śnie one uczą wraż­li­wo­ści i wy­kształ­ca­ją po­czu­cie pięk­na. Bo­ha­te­ro­wie baj­ko­wi to dla dzie­ci praw­dzi­wi mo­de­le spo­so­bu by­cia i ży­cia w ogó­le. Dzie­ci ich ob­ser­wu­ją, po­dzi­wia­ją i sta­ra­ją się na­śla­do­wać, czę­sto w spo­sób nie­uświa­do­mio­ny. Sko­ro jed­nak baj­ki uczą dzie­ci wraż­li­wo­ści i wy­kształ­ca­ją wzo­rzec pięk­na, to po­myśl­my, ja­cy lu­dzie wy­ro­sną z po­ko­le­nia, któ­re­go ido­la­mi są wam­pi­ry, cza­ro­dzie­je i wil­ko­ła­ki. Czy aby na pew­no miej­sce Kop­ciusz­ka lub Rosz­pun­ki mo­gą za­jąć wam­pi­rzy­ce z Mon­ster Hi, cza­ro­dziej­ki z Witch lub Har­ry Pot­ter?

Jesz­cze kil­ka lat te­mu dziew­czyn­ki w wie­ku szkol­nym, po­cząt­ku­ją­ce na­sto­lat­ki uwiel­bia­ły ser­dusz­ka, kwiat­ki, mo­ty­le – wszyst­ko co ró­żo­we i „słod­kie”. Obec­nie stan­dar­dy pięk­na bar­dzo się zmie­ni­ły (gów­nie za przy­czy­ną no­wych tren­dów wpro­wa­dzo­nych w baj­kach). Ser­dusz­ka i kwiat­ki nie są już ani tro­chę „co­ol”. Le­piej wy­glą­da­ją tru­pie czasz­ki i pisz­cze­le na czar­nym tle, wam­pi­rzy­ce z fio­le­to­wy­mi wło­sa­mi i czar­no-bia­ła sza­chow­ni­ca.

Co jed­nak wy­da­je się naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce to fakt, że owe „idol­ki” wy­kra­cza­ją po­za ekran te­le­wi­zo­ra. To już nie tyl­ko baj­ko­we po­sta­ci, ale „trend­set­ter­kiˮ. La­lecz­ki Mon­ster High to już kul­to­we bo­ha­ter­ki, któ­re po­ja­wia­ją się na wie­lu ga­dże­tach, ze­szy­tach, szkol­nych przy­bo­rach itd. Je­śli chcesz być ta­ka jak wszy­scy, po pro­stu mu­sisz ją mieć.

Dzie­ci w wie­ku szkol­nym bar­dzo nie lu­bią się wy­róż­niać. Lu­bią pa­so­wać ide­al­nie do to­wa­rzy­stwa i mieć to sa­mo, co po­sia­da­ją ich ró­wie­śni­cy. Nie na­le­ży im się za­tem dzi­wić, że po­cią­ga­ją je rów­nież la­lecz­ki wam­pi­rzy­ce. Zwłasz­cza, że one sa­ma nie mu­szą do­strze­gać w nich żad­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa.

Mó­wiąc o nie­bez­pie­czeń­stwie nie mam tu­taj na my­śli te­go, że każ­da dziew­czyn­ka, któ­rej ma­ma spra­wi piór­nik z Mon­ster High lub Hel­lo Kit­ty, bę­dzie opę­ta­na. Je­stem da­le­ka od po­pa­da­nia w prze­sa­dę. Nie ro­zu­miem jed­nak śle­pe­go po­dą­ża­nia za tym, co mod­ne – na­wet kie­dy ta mo­da jest zwy­czaj­nie nie­od­po­wied­nia dla dzie­ci i praw­dę mó­wiąc brzyd­ka.

Te­mat Har­re­go Pot­te­ra wra­ca juk bu­me­rang i nie­któ­rym mo­że już się wy­da­wać nu­żą­cy, ale nie spo­sób nie wspo­mnieć o nim w tym mo­men­cie. Ta baj­ka – je­śli w ogó­le moż­na tak o tym mó­wić – to naj­lep­szy przy­kład na to, cze­go nie po­win­ny czy­tać i oglą­dać dzie­ci. Ca­ła jej treść prze­siąk­nię­ta jest ma­gią i wła­śnie na niej się kon­cen­tru­je. To książ­ka opi­su­je prak­ty­ki czy­sto okul­ty­stycz­ne i wbrew na­szej wo­li moc­no od­dzia­łu­je na pod­świa­do­mość czy­tel­ni­ka. Za­cie­ra i czy­ni zu­peł­nie płyn­ną gra­ni­ce do­bra i zła. Czy­ta­nie lub na­wet oglą­da­nie tej opo­wie­ści sie­je nie­po­kój na­wet u do­ro­słe­go czy­tel­ni­ka. Czy wo­bec te­go to książ­ka od­po­wied­nia dla dzie­ci? Szcze­rze wąt­pię...

I wca­le nie chcę prze­ko­ny­wać ni­ko­go, że każ­dy, kto prze­czy­ta tę książ­kę lub obej­rzy film o Har­rym Pot­te­rze skoń­czy ja­ko opę­ta­ny, zu­peł­nie nie w tym rzecz. Uwa­żam jed­nak, że nie jest to hi­sto­ria sto­sow­na dla dzie­ci. Nie prze­ka­zu­je żad­nych po­zy­tyw­nych war­to­ści. Jest po pro­stu do­brze roz­re­kla­mo­wa­nym, po­pu­lar­nych pro­duk­tem mar­ke­tin­go­wym. Fakt, że ma­gia nie po­win­na na­le­żeć do spek­trum za­in­te­re­so­wa­nia ka­to­li­ka (a wła­śnie o niej jest ta książ­ka), jest tyl­ko uzu­peł­nie­niem resz­ty ar­gu­men­tów.

Wszyst­kie baj­ki, fil­my i pro­duk­ty z ni­mi zwią­za­ne nie po­ka­zu­ją ma­gii praw­dzi­wej, ta­kiej ja­ką fak­tycz­nie jest – mo­cy nie­bez­piecz­nej dla czło­wie­ka, okul­ty­stycz­nej i sza­tań­skiej, ale ubie­ra­ją ją w ład­ne opa­ko­wa­nie. Czę­sto te opa­ko­wa­nia są tak ład­ne, że od­wra­ca­ją uwa­gę i usy­pia­ją czuj­ność. Bo prze­cież co mo­że być nie­bez­piecz­ne­go w baj­ce dla dzie­ci? Co złe­go mo­że zdzia­łać uro­czy ko­tek Hel­lo Kit­ty al­bo lal­ki z Mon­ster Hi? Trze­ba po­wie­dzieć ja­sno: Nie ma do­brej ma­gii. Na­wet ta ma­gia z ba­jek jest w ja­kimś stop­niu nie­bez­piecz­na. Wpi­su­je ma­gię w za­kres za­in­te­re­so­wań dzie­ci, co mo­że w przy­szło­ści po­to­czyć się z bar­dzo złym kie­run­ku i skoń­czyć się na­wet tra­gicz­nie. Na roz­wój mo­gą wpły­wać tyl­ko i wy­łącz­nie źle. Nie przed­sta­wia­ją żad­nych istot­nych war­to­ści, a mo­del pięk­na przez nie pro­po­no­wa­ny jest co naj­mniej nie­wła­ści­wy dla mło­dych lu­dzi.

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Skąd się wzięły andrzejki?

Ma­my XXI wiek, nie wie­rzy­my już w za­bo­bo­ny, a więk­szo­ści ko­biet za­mąż­pój­ście nie spę­dza snu z po­wiek. Mi­mo to wciąż chęt­nie ba­wi­my się w an­drzej­ko­we wróż­by.

Sta­re, pol­skie przy­sło­wie mó­wi: „Na świę­te­go An­drze­ja bły­ska pan­nom na­dzie­ja”. Wi­gi­lia św. An­drze­ja, czy­li po­pu­lar­ne an­drzej­ki, to tra­dy­cyj­ny wie­czór wróżb.

Za­py­taj du­cha

Do Pol­ski an­drzej­ko­we wróż­by przy­wę­dro­wa­ły w XVI wie­ku. Zwy­czaj ten ma po­dob­no zwią­zek z przed­chrze­ści­jań­ski­mi ob­cho­da­mi ku czci zmar­łych. Wie­rzo­no, że w okre­sie póź­nej je­sie­ni du­sze zmar­łych mo­gły ła­twiej na­wią­zać kon­takt z ży­wy­mi ludź­mi. Du­chy błą­ka­ją­ce się po Zie­mi dzię­ki swej nad­przy­ro­dzo­nej mo­cy uchy­la­ły rąb­ka ta­jem­ni­cy zwią­za­nej z przy­szło­ścią.

foto_01-01_22-2013

Jak wró­żo­no kie­dyś?

Świę­ty An­drzej, opie­kun pa­nien na wy­da­niu, miał po­ma­gać w po­zna­niu imie­nia przy­szłe­go mę­ża, je­go po­cho­dze­nia i ma­jąt­ku. Dziew­czę­ta bo­ga­te i bied­ne, miesz­ka­ją­ce na wsiach i w mia­stach wie­rzy­ły, że wró­żąc w ten wie­czór, po­zna­ją swój los i za­pew­nią po­myśl­ność w mi­ło­ści. Ich po­my­sło­wość by­ła nie­wy­czer­pa­na: la­ły wosk na wo­dę przez dziur­kę od klu­cza, li­czy­ły szta­che­ty w pło­cie, usta­wia­ły bu­ty lub cho­wa­ły pod mi­ski róż­ne re­kwi­zy­ty, ma­ją­ce swo­je zna­cze­nie. Po­pu­lar­ną wróż­bą by­ło wrzu­ca­nie do wo­dy ku­lek z chle­ba z za­pi­sa­ny­mi na kar­tecz­kach imio­na­mi. W tej, któ­ra pierw­sza wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię, by­ło imię przy­szłe­go uko­cha­ne­go. Dziew­czę­ta uci­na­ły też ga­łąz­kę wi­śni, cze­re­śni lub bzu i wkła­da­ły do wo­dy. Ta, któ­rej ga­łąz­ka za­kwi­tła do świat Bo­że­go Na­ro­dze­nia, mia­ła szan­sę na za­mąż­pój­ście w naj­bliż­szym ro­ku.

A dzi­siaj?

Współ­cze­sne an­drzej­ko­we za­ba­wy utra­ci­ły swój tra­dy­cyj­ny cha­rak­ter. War­to jed­nak za­trzy­mać się nad daw­ny­mi zwy­cza­ja­mi, któ­re sta­no­wi­ły pe­wien ele­ment na­szej kul­tu­ry. Nie na­le­ży oczy­wi­ście po­pa­dać w prze­sa­dę i do wró­że­nia pod­cho­dzić z dy­stan­sem. An­drzej­ko­wy wie­czór to do­bra oka­zja do spę­dze­nia cza­su w ra­do­snej at­mos­fe­rze.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Nie lękajcie się!

Nie lę­kaj­cie się! Gdy pa­trzę na Was, mło­dych, od­czu­wam wiel­ką wdzięcz­ność i na­dzie­ję. Dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi w przy­szły wiek, za­le­ży od Was. Przy­szłość po­ko­ju znaj­du­je się w Wa­szych ser­cach. By móc bu­do­wać hi­sto­rię – a to le­ży w Wa­szych moż­li­wo­ściach i jest Wa­szym obo­wiąz­kiem – mu­si­cie wy­pro­wa­dzić ją z ma­now­ców, po któ­rych błą­dzi. Aże­by to uczy­nić, mu­si­cie być ludź­mi, któ­rzy głę­bo­ko za­ufa­li czło­wie­ko­wi i któ­rzy głę­bo­ko za­ufa­li wiel­ko­ści ludz­kie­go po­wo­ła­nia: po­wo­ła­nia, któ­re ma być wy­peł­nia­ne w du­chu po­sza­no­wa­nia praw­dy, god­no­ści i nie­na­ru­szal­no­ści praw oso­by ludz­kiej. Wa­ty­kan, 1984 r

Czło­wiek, któ­ry chce zro­zu­mieć sie­bie sa­me­go do koń­ca – mu­si ze swo­im nie­po­ko­jem, nie­pew­no­ścią, a tak­że sła­bo­ścią i grzesz­no­ścią, ze swo­im ży­ciem i śmier­cią, przy­bli­żyć się do Chry­stu­sa. En­cy­kli­ka „Re­demp­tor ho­mi­nis”, 1979 r.

Czło­wiek otrzy­mu­je od Bo­ga swą istot­ną god­ność, a wraz z nią zdol­ność wzno­sze­nia się po­nad wszel­ki po­rzą­dek spo­łecz­ny w dą­że­niu do praw­dy i do­bra. Jest on jed­nak rów­nież uwa­run­ko­wa­ny struk­tu­rą spo­łecz­ną, w któ­rej ży­je, otrzy­ma­nym wy­cho­wa­niem i śro­do­wi­skiem. En­cy­kli­ka „Cen­te­si­mus an­nus”, 1991 r.

Bądź­cie w tym świe­cie no­si­cie­la­mi wia­ry i na­dziei chrze­ści­jań­skiej, ży­jąc mi­ło­ścią na co dzień. Bądź­cie wier­ny­mi świad­ka­mi Chry­stu­sa zmar­twych­wsta­łe­go, nie co­faj­cie się ni­gdy przed prze­szko­da­mi, któ­re pię­trzą się na ścież­kach wa­sze­go ży­cia. Li­czę na wasz mło­dzień­czy za­pał i od­da­nie Chry­stu­so­wi. Po­znań, 1997 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Pra­gnie­nie, by żyć le­piej, nie jest ni­czym złym, ale błę­dem jest styl ży­cia, któ­ry wy­żej sta­wia dą­że­nie do te­go, by mieć ani­że­li być, i chce wię­cej mieć, nie po to, aby bar­dziej być, lecz by do­znać w ży­ciu naj­wię­cej przy­jem­no­ści.

En­cy­kli­ka „Cen­te­si­mus An­nus”, 1991 r.

Żyjcie z wiarą i prostotą

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Czy­ta­nia (…) za­chę­ca­ją nas do roz­wa­że­nia nie­któ­rych klu­czo­wych funk­cji ro­dzi­ny chrze­ści­jań­skiej.

Po pierw­sze: ro­dzi­na, któ­ra się mo­dli. Frag­ment Ewan­ge­lii uwy­pu­kla dwa spo­so­by mo­dli­twy: je­den fał­szy­wy – fa­ry­ze­usza – i dru­gi au­ten­tycz­ny – cel­ni­ka. (…)

Mo­dli­twa cel­ni­ka jest mo­dli­twą ubo­gie­go, mo­dli­twą mi­łą Bo­gu, pod­czas gdy mo­dli­twa fa­ry­ze­usza jest ob­cią­żo­na ba­la­stem próż­no­ści.

W świe­tle te­go sło­wa, chciał­bym was za­py­tać: Czy mo­dli­cie się nie­kie­dy ja­ko ro­dzi­na? Wie­lu mi po­wie: Jak to się ro­bi? Mo­dli­twa jest spra­wą oso­bi­stą, a po­za tym ni­gdy nie ma sto­sow­nej, spo­koj­nej chwi­li... Tak, to praw­da, ale jest rów­nież kwe­stia po­ko­ry, uzna­nia, że po­trze­bu­je­my Bo­ga, tak jak cel­nik! Po­trzeb­na jest pro­sto­ta! (…)

Dru­gie czy­ta­nie su­ge­ru­je nam in­ną kwe­stię: ro­dzi­na strze­że wia­ry. Apo­stoł Pa­weł u schył­ku swe­go ży­cia do­ko­nu­je za­sad­ni­cze­go bi­lan­su: „Wia­rę ustrzegłem”(2 Tm 4, 7). (…) Pa­weł ustrzegł wia­rę, bo tak jak ją otrzy­mał, tak też ją da­wał, idąc na pe­ry­fe­rie, nie oko­pu­jąc się w po­zy­cjach obron­nych.

Mo­że­my za­dać so­bie py­ta­nie: W ja­ki spo­sób strze­że­my na­szej wia­ry? Czy za­cho­wu­je­my ją dla nas, w na­szej ro­dzi­nie, ja­ko do­bro pry­wat­ne, czy też umie­my się nią dzie­lić po­przez świa­dec­two, go­ścin­ność, otwar­tość na in­nych? (…)

Ostat­ni aspekt czer­pie­my ze sło­wa Bo­że­go: ro­dzi­na prze­ży­wa­ją­ca ra­dość. W psal­mie re­spon­so­ryj­nym znaj­du­je­my na­stę­pu­ją­ce wy­ra­że­nie: „Niech sły­szą to po­kor­ni i niech się weselą”(Ps 33, 3). Ca­ły ten psalm jest hym­nem na cześć Pa­na – źró­dła ra­do­ści i po­ko­ju. (…)

Dro­gie ro­dzi­ny, do­brze o tym wie­cie: praw­dzi­wa ra­dość, ja­ką prze­ży­wa­my w ro­dzi­nie, nie jest czymś po­wierz­chow­nym (…). U pod­staw uczu­cia głę­bo­kiej ra­do­ści jest obec­ność Bo­ga w ro­dzi­nie, jest Je­go mi­łość go­ścin­na, mi­ło­sier­na, sza­nu­ją­ca każ­de­go. Tyl­ko Bóg umie z róż­nic two­rzyć har­mo­nię. (…) Dro­gie ro­dzi­ny, za­wsze żyj­cie z wia­rą i pro­sto­tą, jak Świę­ta Ro­dzi­na z Na­za­re­tu. Niech ra­dość i po­kój Pa­na bę­dą za­wsze z wa­mi!

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 27.10.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Te­mat te­go nu­me­ru „Dro­giˮ przy­wo­łał wie­le in­for­ma­cji za­pi­sa­nych w mo­jej pa­mię­ci. Wśród nich są dwa przy­sło­wia:

Cu­dze chwa­li­cie, swe­go nie zna­cie” i „Cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła”. Krót­kie wy­ja­śnie­nie: je­den ze znaw­ców pod­czas swo­ich wy­kła­dów (zwy­kłe sa­le nie miesz­czą chęt­nych) mó­wi wy­raź­nie, że wszyst­ko, co nas fa­scy­nu­je w ob­cych du­cho­wo­ściach, jest obec­ne w du­cho­wo­ści zna­nej Ko­ścio­ło­wi, cza­sem tyl­ko tro­chę ina­czej to na­zy­wa­my. A co do tej cie­ka­wo­ści, to jest w czło­wie­ku do­bra cie­ka­wość po­znaw­cza, któ­ra od­kryw­ców pcha na no­we lą­dy, na­ukow­com ka­że no­ca­mi sie­dzieć w la­bo­ra­to­riach i nad kart­ka­mi peł­nych nie­zro­zu­mia­łych dla nas wzo­rów i wy­kre­sów. Ale jest też cie­ka­wość te­go, co ta­jem­ni­cze, nie­zna­ne, a cza­sem na­wet za­ka­za­ne. Tu czło­wiek roz­trop­ny po­wi­nien do­brze się za­sta­no­wić, uważ­nie po­słu­chać. Gdy usły­szy­my, że ktoś kil­ka lat mu­siał cho­dzić na eg­zor­cy­zmy, aby uwol­nić się od złe­go du­cha, to mo­że za­trzy­ma­my się przed wzię­ciem do rę­ki wa­ha­deł­ka czy przed sko­rzy­sta­niem z usług bio­ener­go­te­ra­peu­ty. Gdy ja­kaś zna­na oso­ba ujaw­ni cier­pie­nia, ja­kie prze­ży­wa­ła w sek­cie, w któ­rej by­ła ma­ni­pu­lo­wa­na, a cza­sem na­wet wy­ko­rzy­sty­wa­na na róż­ne spo­so­by, to zre­zy­gnu­je­my z za­pro­sze­nia ja­kiejś po­god­nej pa­ry, któ­ra wrę­czy­ła nam ulot­kę in­for­mu­ją­cą o spo­tka­niach, pod­czas któ­rych moż­na do­znać praw­dzi­wej wol­no­ści du­cha, wręcz unie­sie­nia się po­nad tro­ski tej zie­mi.

Pa­mię­tam też, że „na­sza oj­czy­zna jest w nie­bie” (Flp 3, 20), i że pe­wien zna­ny na­uko­wiec, dok­tor che­mii, gdy opo­wia­dał o swej bo­le­snej przy­go­dzie z hin­du­izmem, po­wie­dział: „Pod­czas tych głę­bo­kich do­świad­czeń, w sta­nie nir­wa­ny tę­sk­ni­łem za związ­kiem szcze­gól­ne­go speł­nie­nia, któ­ry na­zy­wa­my mi­ło­ścią”, a po­tem, już po po­wro­cie do Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, na­pi­sał: „Ro­dzi­łem się, a Bóg nie ka­zał mi zni­kać, prze­ciw­nie, przy­cho­dził do mnie, abym się na­ro­dził ja­ko oso­ba. Bo to, że je­stem oso­bą jest mi da­ne, abym mógł ko­chać” (o. Ja­cqu­es Ver­lin­de).

Po­ru­szę jesz­cze spra­wę nie­co wsty­dli­wą. Mia­no­wi­cie bar­dzo wie­lu lu­dzi szu­ka ja­kie­goś do­zna­nia du­cho­we­go… z le­ni­stwa. Chy­ba każ­dy z nas wie z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że nie ma więk­szej ra­do­ści, gdy coś w so­bie – przy po­mo­cy ła­ski Bo­żej – zwy­cię­ży­my, gdy zła­mie­my ja­kąś nie­chęć, gdy wy­pra­cu­je­my do­bry na­wyk. Ale do te­go trze­ba się na­pra­co­wać. Tym­cza­sem przy po­mo­cy ja­kiejś sub­stan­cji che­micz­nej mo­że­my osią­gnąć stan bło­go­ści. Tyl­ko że na krót­ko, na bar­dzo krót­ko. Po­dob­nie sto­su­jąc ja­kąś tech­ni­kę od­dy­cha­nia czy ćwi­czeń, mo­że­my coś mi­łe­go po­czuć, i do­pie­ro po ja­kimś cza­sie orien­tu­je­my się, że to nas nie za­spo­ka­ja, nie da­je praw­dzi­wej wol­no­ści.

Obec­ny nu­mer „Dro­giˮ przy­go­to­wa­li­śmy po to, by ostrzec Was przed wcho­dze­niem w rze­czy­wi­stość, któ­ra sta­je się ba­gnem al­bo la­bi­ryn­tem.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Wygnać polskość z Polski

Pe­da­go­gi­ka wsty­du” – tak traf­nie okre­ślił zna­ny pra­wi­co­wy po­li­tyk po­stę­po­wa­nie władz III Rze­czy­po­spo­li­tej i ro­dzi­mych me­diów tzw. głów­ne­go nur­tu, co­raz słab­sze­go wpraw­dzie, lecz wciąż po­sia­da­ją­ce­go mo­no­pol na kształ­to­wa­nie ob­ra­zu Pol­ski za gra­ni­cą. Pod­wa­ża­niu po­czu­cia du­my z na­szej na­ro­do­wo­ści słu­ży sys­te­ma­tycz­na i pro­wa­dzo­na w spo­sób prze­my­śla­ny po­li­ty­ka nie tyl­ko rzą­dzą­cych III Rzecz­po­spo­li­tą, ale rów­nież wpły­wo­wych śro­do­wisk oraz pu­bli­cy­stów Za­cho­du. Być Po­la­kiem to dziś „ob­ciach”.

Pol­scy an­ty­se­mi­ci i na­zi­ści

Fa­li ata­ków le­wi­co­wych śro­do­wisk w kra­ju na pol­ski „an­ty­se­mi­tyzm” – rze­ko­mo ma­so­wą współ­pra­cę Po­la­ków z nie­miec­ki­mi na­jeźdź­ca­mi w ho­lo­kau­ście – to­wa­rzy­szy zręcz­na po­li­ty­ka hi­sto­rycz­na Niem­ców, któ­rym uda­ło się wmó­wić świa­to­wej opi­nii, że są „na­ro­dem ofiar”, a nie spraw­ców. W cią­gu ostat­nie­go ćwierć­wie­cza zni­kać za­czę­ło z pod­ręcz­ni­ków i pu­bli­cyst­ki „nie­miec­kie lu­do­bój­stwo”, a je­go miej­sce za­ję­ło „lu­do­bój­stwo na­zi­stow­skie”, zdej­mu­ją­ce z Niem­ców po­czu­cie wi­ny za ogrom zbrod­ni. „Na­zi­sta” to do­sko­na­łe sło­wo-wy­trych – mógł nim być rów­nie do­brze Nie­miec, jak i Po­lak.

foto_01-02_21-2013

Wy­pę­dze­nia Niem­ców z ziem za­chod­nich po woj­nie wy­kre­owa­no na dru­gi po ho­lo­cau­ście naj­więk­szy dra­mat wo­jen­ny, któ­re­go spraw­ca­mi by­li, oczy­wi­ście, Po­la­cy. Czy wła­dze re­pre­zen­tu­ją­ce III RP za­da­ły so­bie trud, by prze­ko­nać świat, że Po­la­cy – rze­czy­wi­ste ofia­ry tej woj­ny – nie mie­li wpły­wu na de­cy­zje przy­wód­ców wiel­kich mo­carstw na kon­fe­ren­cji jał­tań­skiej, gdzie na ży­cze­nie Sta­li­na po­sta­no­wio­no prze­su­nąć Pol­skę w kie­run­ku za­chod­nim, po­zba­wia­jąc nas po­ło­wy przed­wo­jen­ne­go te­ry­to­rium na Wscho­dzie? Że w tym sa­mym cza­sie, kie­dy So­wie­ci za zgo­dą An­gli­ków i Ame­ry­ka­nów wy­pę­dza­li Niem­ców za Od­rę, Po­la­ków wy­pę­dza­no z od­wiecz­nych sie­dzib za Bu­giem?

Prze­cięt­ny Ame­ry­ka­nin nie zna hi­sto­rii Eu­ro­py, wie za to do­sko­na­le, że Ży­dów mor­do­wa­no w „pol­skich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych”. Do­pie­ro nie­daw­no or­ga­na III RP za­czę­ły re­ago­wać na uży­wa­nie w za­chod­nich pu­bli­ka­cjach te­go ha­nieb­ne­go okre­śle­nia – pró­by sła­be i nie­sku­tecz­ne. O „pol­skich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych” pi­szą zna­ne ga­ze­ty nie­miec­kie. Moż­na zro­zu­mieć – co nie ozna­cza apro­bo­wać – nie­wie­dzę młod­sze­go po­ko­le­nia na Za­cho­dzie, ale nie­wy­ba­czal­ne jest upo­rczy­we sto­so­wa­nie tej zbit­ki słow­nej przez naj­więk­sze ty­tu­ły pra­so­we kra­ju od­po­wie­dzial­ne­go za zbrod­nie na Ży­dach.

Spo­nie­wie­rać i zszar­gać po­czu­cie ho­no­ru oraz du­my z wła­snej hi­sto­rii, pły­ną­ce mię­dzy in­ny­mi ze świa­do­mo­ści, że Po­la­cy ja­ko je­dy­ny na­ród w oku­po­wa­nej przez III Rze­szę Eu­ro­pie zor­ga­ni­zo­wa­li fe­no­men na ska­lę hi­sto­rycz­ną – wła­sne pań­stwo pod­ziem­ne – oto cel ta­kich pro­duk­cji fil­mo­wych jak Po­kło­sie. Widz po­wi­nien wyjść z se­an­su prze­ko­na­ny, że żoł­nie­rze Ar­mii Kra­jo­wej by­li fa­na­tycz­ny­mi an­ty­se­mi­ta­mi o ban­dyc­kich twa­rzach. Na war­to­ścio­we pro­duk­cje fil­mo­we o Żoł­nier­zach Wy­klę­tych czy po­wsta­niu war­szaw­skim bra­ku­je pie­nię­dzy. Jak skrom­ny­mi środ­ka­mi po­wstał film Sierp­nio­we nie­bo. 63 dni chwa­ły, prze­zna­czo­ny głów­nie dla mło­dzie­ży…

Sze­ro­kim stru­mie­niem pły­ną za to środ­ki dla śro­do­wisk sta­ra­ją­cych się pol­skość splu­ga­wić, np. „Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej”, zna­nej ze wspie­ra­nia nie­miec­kich le­wa­ków, któ­rzy przy­je­cha­li do Pol­ski 11 li­sto­pa­da 2011 ro­ku pro­te­sto­wać prze­ciw­ko ob­cho­dom Świę­ta Nie­pod­le­gło­ści przez „pol­skich na­zi­stów”. Gdy­by ktoś 20 lat te­mu prze­po­wie­dział ta­ki sce­na­riusz, zo­stał­by po­czy­ta­ny za sza­leń­ca. 3 ma­ja te­go ro­ku ro­dzi­me wła­dze prze­ciw­sta­wi­ły ma­ni­fe­sta­cjom pa­trio­tycz­nym ty­się­cy oby­wa­te­li wła­sne ob­cho­dy z mon­stru­al­nym cze­ko­la­do­wym or­łem, za­mie­nia­jąc w jar­marcz­ny fe­styn dzień po­świę­co­ny pa­mię­ci tych, dzię­ki któ­rym „jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła” i lan­su­jąc ob­raz pa­trio­ty­zmu po­zba­wio­ne­go od­nie­sień do hi­sto­rii.

Nie ma hi­sto­rii, nie ma na­ro­du

Po­nie­waż wła­śnie hi­sto­ria bu­du­je na­ro­do­wą pa­mięć, wy­ru­go­wa­no ją ze szkół. Niech Po­la­cy nie zna­ją wła­snej prze­szło­ści, niech bę­dą jak czło­wiek cho­ry na amne­zję. Ła­twiej jest rzą­dzić ludź­mi po­zba­wio­ny­mi ko­rze­ni i po­czu­cia wła­snej war­to­ści. W dzie­le wy­na­ra­da­wia­nia prze­szka­dza też li­te­ra­tu­ra, więc po okro­je­niu li­sty obo­wiąz­ko­wych lek­tur w ra­mach „re­for­my” szkol­nic­twa pa­dły ko­lej­ne pro­po­zy­cje: usu­nąć Pa­na Ta­de­usza Ada­ma Mic­kie­wi­cza i Try­lo­gię Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza. A prze­cież na tych książ­kach pa­trio­ty­zmu uczy­ły się po­ko­le­nia, któ­re wal­czy­ły o pol­skość. Iluż żoł­nie­rzy Ar­mii Kra­jo­wej przy­bie­ra­ło pseu­do­ni­my: „Kmi­cic”, „Za­gło­ba”, „Bo­hun”… I bro­ni­ło do śmier­ci te­go, co po­zwa­la­my so­bie dzi­siaj tak ła­two od­bie­rać.

Do sys­te­mu oświa­ty wkra­cza – ze wspar­ciem i peł­ną apro­ba­tą pol­skich władz – obo­wią­zu­ją­ca w Unii Eu­ro­pej­skiej ide­olo­gia gen­der, ude­rza­ją­cą w sam rdzeń czło­wie­czeń­stwa. Gło­szo­ny jaw­nie przez jej funk­cjo­na­riu­szy za­miar znisz­cze­nia ro­dzi­ny, prze­wi­du­je wy­cho­wa­nie przez pań­stwo po­ko­le­nia „no­wych lu­dzi”. Ob­ca im bę­dzie nie tyl­ko wła­sna toż­sa­mość na­ro­do­wa, ale ca­ły sys­tem war­to­ści ukształ­to­wa­ny na chrze­ści­jań­skich fun­da­men­tach. „Czło­wiek przy­szło­ści” to ko­lej­na, po ko­mu­ni­stycz­nej oraz na­zi­stow­skiej – uto­pia, wcie­la­na w ży­cie kosz­tem psy­chi­ki dzie­ci, de­pra­wo­wa­nych od przed­szko­la „sek­su­al­nym uświa­do­mie­niem”. Szcze­gó­ły owe­go „uświa­do­mie­nia” są ty­leż dra­stycz­ne, co ob­sce­nicz­ne, a po­nad­to wie­lo­krot­nie opi­sa­ne. Po­mi­ja­jąc je za­tem, przy­po­mnieć trze­ba o ro­dzi­cach od­sia­du­ją­cych w Szwaj­ca­rii i Niem­czech wy­ro­ki za „uchy­la­nie się od obo­wiąz­ku szkol­ne­go”.

Dla­cze­go prak­ty­ki gen­de­ro­we, sze­ro­ko wpro­wa­dza­ne na Za­cho­dzie i racz­ku­ją­ce u nas pod po­sta­cią nie­licz­nych na ra­zie przed­szko­li, mia­ły­by za­gra­żać pol­sko­ści? Bo ich ce­lem jest do­ko­na­nie re­wo­lu­cji w ludz­kich umy­słach i na­rzu­ce­nie pod groź­bą ka­ry je­dy­ne­go po­praw­ne­go po­li­tycz­nie spo­so­bu my­śle­nia. Nie ma w tym świa­to­po­glą­dzie miej­sca nie tyl­ko na mat­kę i oj­ca (jest ro­dzic 1 i ro­dzic 2 – każ­dy z nich płci do­wol­nej), ale i na wię­zi z prze­szło­ścią. Jak każ­da re­wo­lu­cja, ta gen­de­ro­wa od­rzu­ca tra­dy­cję, a za­tem i toż­sa­mość na­ro­do­wą.

Znisz­czyć Ko­ściół

Osto­ją pań­stwa na­ro­do­we­go jest Ko­ściół – in­sty­tu­cja, któ­ra przez wie­ki nie­wo­li, naj­pierw za­bo­rów, a po­tem ko­mu­ni­stycz­nej oku­pa­cji, bro­ni­ła pol­sko­ści i prze­cho­wa­ła na­ro­do­wą tra­dy­cję. Ata­ku­je się go więc bez­par­do­no­wo, za­rzu­ca mu się, że jest za ma­ło „po­stę­po­wy”, wciąż „za­co­fa­ny” i „za­mknię­ty”. Dziś w mo­dzie jest „otwar­tość” – niech­że więc Ko­ściół ze­zwo­li wresz­cie na abor­cję, za­płod­nie­nia in vi­tro i „mał­żeń­stwa ho­mo­sek­su­al­ne”. Niech bę­dzie bar­dziej eu­ro­pej­ski, a mniej Chry­stu­so­wy. Niech nie wtrą­ca się w spra­wy te­go świa­ta w cza­sach, gdy kształ­tu­je się no­wy eu­ro­pej­ski ład, rze­ko­mo lep­szy, bo po­zba­wio­ny państw na­ro­do­wych, „prze­sta­rza­łych struk­tur” – jak w swo­im gło­śnym ma­ni­fe­ście z po­cząt­ku wrze­śnia te­go ro­ku na­pi­sa­li po­sło­wie do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, min. zna­ny z pe­do­fil­skich eks­ce­sów Da­niel Cohn-Ben­dit.

Eu­ro­pej­ska le­wi­ca, utrzy­mu­ją­ca od lat naj­więk­szy wpływ na kształ­to­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści, chce li­kwi­da­cji na­ro­dów i za­mie­nie­nia Eu­ro­py w swe­go ro­dza­ju mia­zgę, zło­żo­ną z jed­no­stek po­zba­wio­nych po­czu­cia przy­na­leż­no­ści do ja­kiej­kol­wiek wspól­no­ty.

Nie trze­ba, rzecz ja­sna, do­da­wać, że Ro­sji w to graj. Za­chód czy­ni w bia­łych rę­ka­wicz­kach to, co Mo­skwa sta­ra­ła się osią­gnąć bru­tal­ną prze­mo­cą. Od nas tyl­ko za­le­ży, czy tę woj­nę o ist­nie­nie pol­skie­go na­ro­du wy­gra­my.

 

 

An­na Ze­chen­ter

 

Po co nam patriotyzm?

Aby za­cząć w ogó­le roz­ma­wiać o pa­trio­ty­zmie, trze­ba w pierw­szej ko­lej­no­ści wy­ja­śnić, czym on wła­ści­wie jest. Przez wie­lu lu­dzi pa­trio­tyzm jest my­lo­ny ze zna­jo­mo­ścią hi­sto­rii lub za­in­te­re­so­wa­niem po­li­ty­ką. Oczy­wi­ście, zna­jo­mość dzie­dzic­twa na­ro­du i je­go ak­tu­al­nych re­aliów jest nie­zwy­kle istot­ne, ale nie moż­na po­wie­dzieć, aby każ­dy, kto dys­po­nu­je ogrom­ną wie­dzą hi­sto­rycz­ną, był jed­no­cze­śnie pa­trio­tą. I od­wrot­nie, nie każ­dy wiel­ki pa­trio­ta był hi­sto­ry­kiem czy po­li­ty­kiem.

Pa­trio­tą jest ten, kto do­brze ży­czy swo­je­mu na­ro­do­wi, kra­jo­wi, czu­je się z nim ści­śle zwią­za­ny, ko­cha Oj­czy­znę. Gro­no ta­kich lu­dzi jest znacz­nie więk­sze niż gro­no po­li­ty­ków i dzia­ła­czy spo­łecz­nych. Pa­trio­tyzm po­wi­nien być czymś zu­peł­nie na­tu­ral­nych i nie­ja­ko wpi­sa­nym w na­tu­rę oby­wa­te­la Pol­ski. Ży­czyć do­brze swo­je­mu kra­jo­wi, to ży­czyć do­brze so­bie. Dzia­łać na rzecz swo­jej Oj­czy­zny, to dzia­łać we wła­snej spra­wie. Uczyć się, zdo­by­wać wie­dzę, pra­co­wać nad so­bą – to obo­wiąz­ki z któ­rych wy­wią­zy­wać mu­szą się wszy­scy ci, któ­rzy chcie­li­by no­sić mia­no pa­trio­tów. Te wszyst­kie pro­ce­sy słu­żą za­rów­no na­sze­mu pry­wat­ne­mu do­bru, jak i do­bru Pol­ski. Na­ród to oby­wa­te­le – lu­dzie. My sa­mi je­ste­śmy na­ro­dem i ile­kroć in­we­stu­je­my w swój roz­wój, ro­bi­my coś do­bre­go dla Pol­ski. Im lep­si oby­wa­te­le, tym lep­szy kraj, w któ­rym ży­je­my. Być pa­trio­tą po pro­stu się opła­ca. Po to, aby le­piej żyć, żyć w lep­szym kra­ju.

foto_01-01_21-2013

Pa­trio­tyzm to nie fa­scy­na­cja hi­sto­rią ani ogrom­ne za­in­te­re­so­wa­nie po­li­ty­ką. Nie moż­na jed­nak ba­ga­te­li­zo­wać zna­cze­nia prze­szłych wy­da­rzeń, któ­re ukształ­to­wa­ły dzi­siej­szą Pol­skę ani za­po­mi­nać o tym, że po­li­ty­ka to tro­ska o do­bro kra­ju. Za­tem pa­trio­ta nie po­wi­nien mó­wić o so­bie: „Ja się po­li­ty­ką nie zaj­mu­ję”. Oby­wa­te­le pań­stwa de­mo­kra­tycz­ne­go nie po­win­ni trzy­mać się z da­le­ka od spraw pu­blicz­nych ani uni­kać po­li­ty­ki.

My, ja­ko wy­bor­cy lub przy­szli wy­bor­cy, po­win­ni­śmy do­ko­ny­wać świa­do­mych wy­bo­rów dla do­bra na­szej Oj­czy­zny, a co za tym idzie dla do­bra nas wszyst­kich i każ­de­go z osob­na. Ci, któ­rym w wy­bo­rach po­wie­rza­my wła­dzę, de­cy­du­ją o pra­wie obo­wią­zu­ją­cym każ­de­go z nas, od nich za­le­żą spra­wy, któ­re do­ty­czą nas bez­po­śred­nio. To nie tyl­ko bu­dżet kra­ju, wy­so­kość po­dat­ków, wiek eme­ry­tal­ny – ma­ją­ce oczy­wi­ście istot­ny wpływ na na­sze co­dzien­ne ży­cie – ale rów­nież spra­wy na­tu­ry mo­ral­nej, szcze­gól­nie istot­ne dla ka­to­li­ka.

Pa­trio­tą war­to być wła­śnie po to, aby żyć w kra­ju, w któ­rym sza­nu­je się mo­ral­ność. Ka­to­lik nie po­wi­nien „nie mie­szać się” do spraw po­li­ty­ki, kie­dy po­li­ty­cy sta­ra­ją się le­ga­li­zo­wać pro­ce­du­ry nie­do­pusz­czal­ne z punk­tu wi­dze­nia ka­to­li­ka.

Pa­trio­tą war­to być rów­nież dla­te­go, aby nie stra­cić swo­jej toż­sa­mo­ści i po­sze­rzyć swo­ją wie­dzę w spra­wach dla Pol­ski szcze­gól­nie istot­nych. Pa­trio­ta, choć wca­le nie mu­si być hi­sto­ry­kiem, nie mo­że też być „cał­kiem zie­lo­ny” w dzie­dzi­nie hi­sto­rii Pol­ski. I wca­le nie cho­dzi tu­taj o to, aby po­sia­dać wie­dzę nie­prze­cięt­ną, ale o to, aby oka­zać sza­cu­nek tym, któ­rzy przez wie­ki o Pol­skę wal­czy­li. Cho­dzi rów­nież o to, aby być świa­do­mym te­go, z cze­go każ­dy Po­lak mo­że być dum­ny. Co­raz wię­cej mło­dych Po­la­ków cier­pi na swe­go ro­dza­ju kom­pleks by­cia Po­la­kiem. Być mo­że nie by­ło­by po­wo­du do od­czu­wa­nia te­go ro­dza­ju kom­plek­su, gdy­by­śmy mie­li więk­szą świa­do­mość te­go, jak wie­le przez wie­ki uda­ło nam się osią­gać i te­go, na co nas stać.

War­to być Po­la­kiem! Nie tyl­ko dla­te­go, że to się zwy­czaj­nie opła­ca, bo do­bro kra­ju prze­kła­da się na na­sze pry­wat­ne do­bro. Ale przede wszyst­kim dla­te­go, że ma­my z cze­go być dum­ni.

 

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

O potrzebie mówienia bez przerwy

Ob­szer­ny wy­wiad z pa­pie­żem Fran­cisz­kiem, opu­bli­ko­wa­ny pod ko­niec sierp­nia we wło­skim pi­śmie La Ci­vil­tà Cat­to­li­ca wy­wo­łał róż­ne ko­men­ta­rze. A ra­czej je­dy­nie część te­go wy­wia­du, do­ty­czą­ca kwe­stii abor­cji, ho­mo­sek­su­ali­zmu i an­ty­kon­cep­cji.

Ra­czej nie­moż­li­we jest bo­wiem, by ktoś, kto prze­czy­tał ca­łość te­go ob­szer­ne­go tek­stu (po an­giel­sku lub wło­sku, bo pol­skie tłu­ma­cze­nie ca­ło­ści nie jest do­stęp­ne), mógł na­pi­sać po­dob­ne ko­men­ta­rze: „Pa­pież Fran­ci­szek jest cał­kiem spo­ko. Do­brze mó­wi. Al­bo więc roz­ma­wiał z Da­laj­la­mą al­bo pa­li do­bre zio­ło. Trzy­mam za Cie­bie kciu­ki, Fra­nek!” (au­tor­stwo: je­den z po­słów).

Frag­ment pa­pie­skie­go wy­wia­du po­bu­dza­ją­cy po­słów do po­wyż­szych jak­że roz­bu­cha­nych in­te­lek­tu­al­nie kom­ple­men­tów do­ty­czył kwe­stii mo­ral­no­ści. Oj­ciec Świę­ty pod­kre­ślił w nim, że nie moż­na sku­piać się wy­łącz­nie na spra­wach abor­cji, mał­żeństw ho­mo­sek­su­al­nych i sto­so­wa­niu środ­ków an­ty­kon­cep­cyj­nych. Przy­znał, że nie mó­wił wie­le o tym i to mu za­rzu­ca­no. „Ale gdy się o tym mó­wi, trze­ba to ro­bić w kon­tek­ście. Zna­ne jest sta­no­wi­sko Ko­ścio­ła, a ja je­stem je­go sy­nem, ale nie ma po­trze­by mó­wić o tym bez prze­rwy” – oświad­czył.

foto_01-03_21-2013

W wer­sji Ga­ze­ty Wy­bor­czej frag­ment ten brzmiał już trosz­kę ina­czej. Alek­san­dra Sob­czak za­pa­mię­ta­ła ten cy­tat tak: „Ofi­cjal­ne sta­no­wi­sko Ko­ścio­ła na te­mat usu­wa­nia i za­po­bie­ga­nia cią­ży jest zna­ne. Nie ma więc po­wo­du, by cią­gle wra­cać do tych te­ma­tów – po­wie­dział pa­pież”. Ni­by po­dob­nie, ale jed­nak brak po­trze­by mó­wie­nia o czymś bez prze­rwy jest czymś in­nym niż bra­kiem po­trze­by, by cią­gle do cze­goś wra­cać. Ale to już cze­pia­nie się i ma­ru­dze­nie. Waż­niej­sze jest in­ne prze­ina­cze­nie w tek­ście Alek­san­dry Sob­czak. Na­pi­sa­ła ona bo­wiem: „Pol­skie pra­wo an­ty­abor­cyj­ne obo­wią­zu­je wszyst­kich, rów­nież ate­istów czy pro­te­stan­tów, a wie­lu z nich nie przyj­mu­je ka­to­lic­kie­go do­gma­tu, we­dług któ­re­go ży­cie za­czy­na się w mo­men­cie za­płod­nie­nia”.

Li­stę ka­to­lic­kich do­gma­tów ła­two spraw­dzić w in­ter­ne­cie, więc nie ma po­trze­by jej ni­ko­mu pod­sy­łać. Gdy­by jed­nak Ga­ze­ta Wy­bor­cza zre­zy­gno­wa­ła na chwi­lę ze swo­jej po­trze­by mó­wie­nia bez prze­rwy o tym, że nie wia­do­mo, kie­dy za­czy­na się ży­cie czło­wie­ka lub o rze­ko­mym na­rzu­ca­niu ka­to­lic­kie­go po­glą­du na po­czą­tek ży­cia czło­wie­ka, mo­że jej re­dak­to­rzy zna­leź­li­by czas na prze­czy­ta­nie choć­by kil­ku na­uko­wych wy­po­wie­dzi o za­płod­nie­niu ja­ko po­cząt­ku ży­cia ludz­kie­go. Bo po­ru­sza­nie się po te­ma­ty­ce do­gma­tów idzie im cięż­ko…

Kil­ka my­śli pa­pie­ża Fran­cisz­ka

Na py­ta­nie: „Kim jest Jor­ge Ma­rio Ber­go­glio?” pa­pież od­po­wie­dział: „Tak, mo­gę po­wie­dzieć, że je­stem tro­chę spry­cia­rzem, umiem po­ru­szać się, ale praw­dą jest tak­że to, że je­stem po tro­sze na­iw­ny. Ale naj­lep­szą syn­te­zą, ja­ka mi się naj­bar­dziej na­su­wa z wnę­trza sa­me­go sie­bie i któ­rą uwa­żam za naj­praw­dziw­szą, jest wła­śnie ta: je­stem grzesz­ni­kiem, na któ­re­go Pan spoj­rzał”.

Po­strze­gam Ko­ściół ja­ko szpi­tal po­lo­wy po bi­twie. Zby­tecz­ne jest py­ta­nie cięż­ko ran­ne­go, czy ma cho­le­ste­rol i wy­so­ki po­ziom cu­kru! Trze­ba le­czyć je­go ra­ny, a póź­niej bę­dzie­my mo­gli mó­wić o ca­łej resz­cie. Le­czyć ra­ny... I trze­ba za­cząć od naj­niż­sze­go po­zio­mu”.

Na­dzie­ja chrze­ści­jań­ska nie jest przy­wi­dze­niem i nie za­wo­dzi, jest cno­tą teo­lo­gal­ną, a za­tem w osta­tecz­no­ści da­rem Bo­żym, któ­re­go nie moż­na spro­wa­dzać do opty­mi­zmu, któ­ry jest wy­łącz­nie ludz­ki. Bóg nie sprze­nie­wie­rza się na­dziei, nie mo­że za­prze­czyć sa­me­mu so­bie. Bóg jest ca­ły obiet­ni­cą”.

(za: La Ci­vil­tà Cat­to­li­ca, KAI)

Na­ukow­cy o za­płod­nie­niu

Przy­ję­cie za pew­nik fak­tu, że po za­płod­nie­niu po­wsta­ła no­wa isto­ta ludz­ka nie jest spra­wą upodo­bań czy opi­nii. Ludz­ka na­tu­ra tej isto­ty od chwi­li po­czę­cia do sta­ro­ści nie jest me­ta­fi­zycz­nym twier­dze­niem, z któ­rym moż­na się spie­rać, ale zwy­kłym fak­tem do­świad­czal­nym”. Prof. Je­ro­me Le­jeu­ne, pro­fe­sor ge­ne­ty­ki na Uni­wer­sy­te­cie De­scar­tes w Pa­ry­żu oraz od­kryw­ca wzo­ru chro­mo­so­mów ze­spo­łu Do­wna

W świe­tle obec­nej wie­dzy nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że ży­cie czło­wie­ka zo­sta­je za­po­cząt­ko­wa­ne w na­stęp­stwie po­łą­cze­nia się dwu ko­mó­rek roz­rod­czych – ga­met żeń­skiej i mę­skiej w po­stać ko­mór­ki ma­cie­rzy­stej zwa­nej zy­go­tą, któ­ra o tej chwi­li za­czy­na żyć wła­snym ryt­mem”. Prof. dr hab. med. Ma­ria Ry­ba­ko­wa, Ko­mi­tet Roz­wo­ju Czło­wie­ka Wy­dzia­łu Na­uk Me­dycz­nych PAN War­sza­wa-Kra­ków

Ży­cie po­je­dyn­cze­go czło­wie­ka w ro­zu­mie­niu ge­ne­ty­ka moż­na de­fi­nio­wać ja­ko czas funk­cjo­no­wa­nia za­pi­sów DNA od mo­men­tu po­czę­cia do śmier­ci”. Prof. zw. dr hab. n. med. Ra­dzi­sław Si­kor­ski, kie­row­nik Kli­ni­ki Gi­ne­ko­lo­gii Aka­de­mii Me­dycz­nej w Lu­bli­nie

 

 

KU

 

Nie lękajcie się waszej młodości

Roz­po­wszech­nio­na kul­tu­ra rze­czy ulot­nych, któ­ra przy­pi­su­je war­tość te­mu, co ma po­zór pięk­na i co spra­wia przy­jem­ność, chcia­ła­by, aby­ście uwie­rzy­li, że aby być szczę­śli­wym, na­le­ży usu­nąć krzyż. Ja­ko ide­ał przed­sta­wio­ny by­wa ła­twy suk­ces, szyb­ka ka­rie­ra, płcio­wość ode­rwa­na od po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści, wresz­cie eg­zy­sten­cja na­sta­wio­na na wła­sną afir­ma­cję, czę­sto­kroć bez po­sza­no­wa­nia in­nych. Otwórz­cie więc sze­ro­ko oczy, dro­dzy mło­dzi: to nie jest dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi do ży­cia, lecz ścież­ka, któ­ra grzęź­nie w śmier­ci”. Orę­dzie na XVI Świa­to­wy Dzień Mło­dzie­ży, 2001 r.

Nie lę­kaj­cie się wa­szej mło­do­ści i wa­szych głę­bo­kich pra­gnień szczę­ścia, praw­dy, pięk­na i trwa­łej mi­ło­ści! Mó­wi się cza­sem, że spo­łe­czeń­stwo boi się owych po­tęż­nych pra­gnień mło­dzie­ży, że się ich bo­icie tak­że i wy sa­mi. Nie lę­kaj­cie się!”. Wa­ty­kan, 8 grud­nia 1984 r.

Od­sła­nia się ta­ki wła­śnie pro­fil i kształt owe­go bo­gac­twa, któ­rym jest sa­ma mło­dość. Jest to bo­gac­two od­kry­wa­nia, a za­ra­zem pla­no­wa­nia, wy­bie­ra­nia, prze­wi­dy­wa­nia i po­dej­mo­wa­nia pierw­szych wła­snych de­cy­zji, któ­re ma­ją zna­cze­nie dla przy­szło­ści w wy­mia­rze ści­śle oso­bo­wym ludz­kiej eg­zy­sten­cji. (…) Czy to bo­gac­two, ja­kim jest mło­dość, ma od­wo­dzić czło­wie­ka od Chry­stu­sa?”. List apo­stol­ski Pa­ra­ti sem­per z oka­zji Mię­dzy­na­ro­do­we­go Ro­ku Mło­dych, Wa­ty­kan, 31 mar­ca 1985 r.

Wa­sze po­wo­ła­nia i za­wo­dy są róż­ne. Mu­si­cie do­brze roz­wa­żyć, w ja­kim sto­sun­ku – na każ­dej z tych dróg – po­zo­sta­je »bar­dziej być« do »wię­cej mieć«. Ale ni­gdy sa­mo »wię­cej mieć« nie mo­że zwy­cię­żyć. Bo wte­dy czło­wiek mo­że prze­grać rzecz naj­cen­niej­szą: swo­je czło­wie­czeń­stwo, swo­je su­mie­nie, swo­ją god­ność. To wszyst­ko, co sta­no­wi też per­spek­ty­wę ży­cia wiecz­ne­go”. Ho­mi­lia skie­ro­wa­na do mło­dzie­ży zgro­ma­dzo­nej na We­ster­plat­te, Gdańsk, 12 czerw­ca 1987 r.

 

bł. Jan Pa­weł II

 

 

Módlmy się każdego dnia

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

W (…) Ewan­ge­lii Je­zus opo­wia­da przy­po­wieść o tym, że trze­ba się mo­dlić za­wsze, nie­stru­dze­nie. Głów­ną jej bo­ha­ter­ką jest wdo­wa, któ­rej dzię­ki bła­ga­niu uda­je się zy­skać od nie­uczci­we­go sę­dzie­go za­dość­uczy­nie­nie spra­wie­dli­wo­ści. Je­zus koń­czy: je­śli wdo­wie uda­ło się prze­ko­nać te­go sę­dzie­go, czy my­śli­cie, że Bóg nie wy­słu­cha nas, je­śli się do Nie­go mo­dli­my upo­rczy­wie? Sło­wa Je­zu­sa są bar­dzo moc­ne: „A Bóg, czyż nie weź­mie w obro­nę swo­ich wy­bra­nych, któ­rzy dniem i no­cą wo­ła­ją do Nie­go” (Łk 18, 7).

Wo­łać w dzień i w no­cy” do Bo­ga! Ten ob­raz mo­dli­twy wy­wie­ra na nas wiel­kie wra­że­nie. Ale za­py­taj­my, dla­cze­go Bóg te­go chce? Czyż nie zna On już na­szych po­trzeb?

(...) Bóg wzy­wa nas do na­tar­czy­wej mo­dli­twy nie dla­te­go, że nie wie, cze­go po­trze­bu­je­my ani nie dla­te­go, że nas nie słu­cha. Wręcz prze­ciw­nie, On słu­cha za­wsze i wie o nas wszyst­ko, z mi­ło­ścią. Na na­szej co­dzien­nej dro­dze, a zwłasz­cza w trud­no­ściach, w wal­ce ze złem (...) Pan nie jest da­le­ko, jest po na­szej stro­nie. Wal­czy­my, ma­jąc Go u na­sze­go bo­ku, a na­szą bro­nią jest wła­śnie mo­dli­twa, któ­ra spra­wia, że czuj­my obok sie­bie Je­go obec­ność, Je­go mi­ło­sier­dzie, a tak­że Je­go po­moc. (…) Bóg jest na­szym sprzy­mie­rzeń­cem, wia­ra w Nie­go jest na­szą mo­cą, a mo­dli­twa jest wy­ra­zem tej wia­ry. Dla­te­go Je­zus za­pew­nia nam zwy­cię­stwo, ale na koń­cu py­ta: „Czy jed­nak Syn Czło­wie­czy znaj­dzie wia­rę na zie­mi, gdy przyj­dzie?” (Łk 18, 8). Je­śli za­mie­ra wia­ra, je­śli za­mie­ra mo­dli­twa, to i my po­dą­ża­my w ciem­no­ści, gu­bi­my się na dro­dze ży­cio­wej.

Na­ucz­my się więc od wdo­wy z Ewan­ge­lii, by mo­dlić się za­wsze, nie­stru­dze­nie. Ja­ka dziel­na by­ła ta wdo­wa! Umia­ła wal­czyć o swo­je dzie­ci! I my­ślę tu o tak wie­lu ko­bie­tach, któ­re wal­czą o swo­ją ro­dzi­nę, któ­re mo­dlą się, któ­re ni­gdy się nie mę­czą. (…) Mo­dlić się za­wsze, ale nie po to, że­by prze­ko­nać Pa­na si­łą słów! On wie le­piej od nas, cze­go po­trze­bu­je­my! Wy­trwa­ła mo­dli­twa jest ra­czej wy­ra­zem wia­ry w Bo­ga, któ­ry wzy­wa nas do co­dzien­nej wal­ki, w każ­dej chwi­li, wraz z Nim, aby zło do­brem zwy­cię­żać.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 20.10.2013 r.