Powiedzenia o czasie

Czas to je­den z naj­czę­ściej po­ru­sza­nych te­ma­tów przez lu­dzi XXI wie­ku. Wiecz­nie „nie ma­my na coś cza­suˮ al­bo przy­naj­mniej ma­my go za ma­ło. Cią­gle nam się gdzieś spie­szy al­bo czas „ucie­ka nam przez pal­ce”.

Ca­łe na­sze ży­cie krę­ci się wo­kół te­ma­tu cza­su i jest to w za­sa­dzie cał­kiem zro­zu­mia­łe. W per­spek­ty­wie wiecz­no­ści czas na­sze­go ziem­skie­go ży­cia to za­le­d­wie ma­ła, ulot­na chwi­la. Nie mo­że za­tem dzi­wić fakt, że w ję­zy­ku pol­skim funk­cjo­nu­je tak wie­le po­wie­dzeń zwią­za­nych z cza­sem. Nie­któ­re z nich są bar­dzo praw­dzi­we, in­ne nie prze­ma­wia­ją do nas zbyt ja­sno i nie za­wsze mo­że­my się z ni­mi zgo­dzić.

foto_01-01_25-2013

Mo­je ulu­bio­ne to „le­piej póź­no niż wca­le” – choć w nie­któ­rych sy­tu­acjach brzmi jak nie­smacz­ny żart. W tym miej­scu po­zwo­lę przy­wo­łać so­bie dow­cip: „Le­piej póź­no niż wca­le – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta spóź­niw­szy się na po­ciąg”. Fak­tycz­nie są ta­kie sy­tu­acje, w któ­rych zro­bić coś za póź­no to tak, jak­by nie zro­bić te­go wca­le. Jed­nak nie­jed­no­krot­nie zda­rza się, że wte­dy, gdy jest jesz­cze „wcze­śnie” na pod­ję­cie ja­kiejś de­cy­zji lub do­ko­na­nie ja­kiejś zmia­ny w na­szym ży­ciu, nie je­ste­śmy jesz­cze go­to­wi, brak nam od­wa­gi, mo­ty­wa­cji lub zwy­czaj­nie ocho­ty. Cza­sem bar­dzo dłu­go zwle­ka­my z re­ali­za­cją na­szych pla­nów ży­cio­wych, ma­rzeń, a w pew­nym mo­men­cie do­cho­dzi­my do wnio­sku, że na to już za póź­no.

W tym miej­scu przy­po­mi­nam so­bie hi­sto­rie lu­dzi, któ­rzy na­wró­ci­li się po wie­lu la­tach, cza­sem pod ko­niec swo­je­go ży­cia, cza­sem do­pie­ro na ło­żu śmier­ci. Ileż to ra­zy zda­rza się, że ktoś po wie­lu la­tach przy­stę­pu­je do sa­kra­men­tu po­ku­ty i po­jed­na­nia i po­sta­na­wia od­mie­nić ca­łe swo­je ży­cie.

Na zmia­nę swo­je­go ży­cia ni­gdy nie jest za póź­no. Po­ka­zu­ją to licz­ne przy­kła­dy świę­tych na­wró­co­nych: św. Pa­weł, św. Au­gu­styn, św. Edy­ta Ste­in i jesz­cze wie­lu, wie­lu in­nych. Nie twier­dzę oczy­wi­ście, że z sa­kra­men­tem po­ku­ty i po­jed­na­nia moż­na lub też na­le­ży zwle­kać aż do koń­ca ży­cia, ale na zmia­nę ni­gdy nie jest za póź­no i za­wsze war­to. Na szczę­ście Bóg jest bar­dziej cier­pli­wy niż my, lu­dzie, któ­rym ze wszyst­kim bar­dzo się spie­szy.

Ko­lej­ne po­wie­dze­nie o cza­sie, któ­re bi­je re­kor­dy po­pu­lar­no­ści to: „czas le­czy ra­ny”. To, czy wie­rzy­my w je­go za­sad­ność czy też nie, jest za­leż­ne od te­go, w ja­kiej sy­tu­acji ży­cio­wej je­ste­śmy. Po­wie­dzieć „czas le­czy ra­ny” oso­bie, któ­ra wła­śnie stra­ci­ła bli­skie­go człon­ka ro­dzi­ny lub prze­ży­wa ja­kąś trud­ną ży­cio­wą sy­tu­ację, to nie­po­ro­zu­mie­nie. Ta­ka oso­ba za­pew­ne po­wie­dzia­ła­by, że to bzdu­ra, przy­naj­mniej w pierw­szym mo­men­cie. Nie moż­na jed­nak za­prze­czyć, że z upły­wem cza­su każ­da (lub pra­wie każ­da) ra­na sta­je się mniej bo­le­sna, mniej od­czu­wal­na, goi się i za­bliź­nia. Są jed­nak ta­kie ra­ny, któ­rych na­wet czas cał­ko­wi­cie nie mo­że ule­czyć. Wie­rze­nie w to, że sam czas po­ra­dzi so­bie z na­szy­mi ra­na­mi, jest bar­dzo na­iw­ne i chy­ba nie­moż­li­we. Za­go­ić ra­ny na­praw­dę bo­le­sne mo­gą przede wszyst­kim in­ni lu­dzie, pra­ca nad so­bą i oczy­wi­ście mo­dli­twa. Bóg jest po­nad cza­sem i na pew­no sku­tecz­niej niż on mo­że ule­czyć na­wet naj­bar­dziej bo­le­sne ra­ny.

Czas to pie­niądz” – to po­wie­dze­nie bar­dzo bli­skie „du­cho­wi na­szych cza­sów”. Szko­da nam cza­su na wszyst­ko, bo prze­cież „czas to pie­niądz”, a pie­niądz jest tak bar­dzo waż­ny. To, że pie­nią­dze są waż­ne, jest oczy­wi­ste i nie za­mie­rzam z tym po­le­mi­zo­wać. Ży­je­my w cza­sach, w któ­rych ży­cie bez pie­nię­dzy by­ło­by wła­ści­wie nie­moż­li­we. Pa­mię­taj­my jed­nak, że czas na­sze­go ży­cia nie jest na sprze­daż. Cza­sem czas sam w so­bie ma war­tość więk­szą niż pie­niądz.

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Zaklęty krąg

Dla wie­lu daw­nych kul­tur czas nie pły­nął jak rze­ka. To, co uwa­ża­my za na­tu­ral­ne po­dej­ście do cza­su, przy­na­le­ży do na­szej kul­tu­ry. Czas nie mu­si być po­strze­ga­ny ja­ko li­nio­wy. Mo­że nie dą­żyć do żad­ne­go ce­lu, a tyl­ko za­ta­czać krąg.

Nie­zmien­ność świa­ta

Po­ję­cia prze­szło­ści, te­raź­niej­szo­ści i przy­szło­ści są umow­ne, a ich cią­głość nie­ko­niecz­na. Prze­szłość to czas, któ­ry już nie ist­nie­je, te­raź­niej­szo­ści nie da się uchwy­cić, a przy­szłość jesz­cze nie za­ist­nia­ła. W ję­zy­ku in­diań­skie­go ple­mie­nia Ho­pi te po­ję­cia nie ma­ją od­po­wied­ni­ków.

foto_01-02_25-2013

Spo­łecz­no­ści nie zna­ją­ce pi­sma wi­dzą świat ja­ko nie­zmien­ny. Od­wiecz­ny prze­kaz ple­mien­ny jest po­pra­wia­ny zgod­nie z ak­tu­al­ną sy­tu­acją, bo przyj­mu­je się, że tak na­praw­dę nic no­we­go się nie wy­da­rzy­ło, tyl­ko do prze­ka­zu wkradł się błąd.

Cykl ży­cia i śmier­ci

W sta­ro­żyt­nej Eu­ro­pie, a tak­że i póź­niej, na te­re­nach nie ob­ję­tych chry­stia­ni­za­cją, czas był po­strze­ga­ny ja­ko za­ta­cza­ją­cy ko­ło, po­wra­ca­ją­cy cy­kla­mi pór ro­ku i na­prze­mien­no­ścią po­ko­leń. Po­wta­rza się w nim rytm: na­ro­dzi­ny, śmierć, od­ro­dze­nie.

Każ­dy rok był po­wtó­rze­niem pierw­sze­go ro­ku w dzie­jach świa­ta. Ozna­cza­ło to, że na­praw­dę istot­ne wy­da­rze­nia po­wta­rza­ją się w nie­skoń­czo­ność co ro­ku. Prze­ko­na­nie to od­zwier­cie­dla­ły i utwier­dza­ły naj­waż­niej­sze przed­chrze­ści­jań­skie ob­rzę­dy re­li­gij­ne, wy­zna­czo­ne przez zi­mo­we i let­nie prze­si­le­nie dnia z no­cą oraz ich wio­sen­ne i je­sien­ne zrów­na­nie.

Świat od­na­wia się co ro­ku. Aby po­wró­cić do mo­men­tu je­go stwo­rze­nia, od­pra­wia­no ry­tu­ały oczysz­cza­ją­ce spo­łecz­ność z grze­chów i po­wta­rza­ją­ce akt stwór­czy. Przy­kła­do­wo: w Ba­bi­lo­nie od­twa­rza­no wal­kę mię­dzy bo­giem Mar­du­kiem a po­two­rem mor­skim Tia­mat, z któ­re­go ciel­ska po­wstał świat. Ry­tu­ały mia­ły prze­nieść uczest­ni­ków do po­cząt­ków, kie­dy w ak­cie stwo­rze­nia ob­ja­wi­ła się naj­więk­sza moc bóstw. Po­dob­ne przy­kła­dy zna­ne są nie­mal na ca­łym świe­cie, od Bli­skie­go Wscho­du po Ame­ry­kę Pół­noc­ną.

Ży­cie wszyst­kich spo­łecz­no­ści rol­ni­czych uza­leż­nio­ne jest od cy­klu we­ge­ta­cyj­ne­go. Pra­ce go­spo­dar­cze wy­zna­cza rytm so­lar­ny. Dla­te­go cy­klicz­na kon­cep­cja cza­su szcze­gól­nie dłu­go obo­wią­zy­wa­ła w lu­do­wej wi­zji świa­ta. W nie­któ­rych spo­łe­czeń­stwach rol­ni­czych i ple­mien­nych rów­nież dzi­siaj obo­wią­zu­je czas cy­klicz­ny.

Świę­ty czas

Moż­na na­wet w na­szej współ­cze­snej kul­tu­rze wy­róż­nić dwa obo­wią­zu­ją­ce cza­sy: świec­ki (zwy­kły) i świę­ty (za­re­zer­wo­wa­ny dla Bo­ga). W tym uję­ciu każ­de świę­to re­li­gij­ne sta­no­wi po­wrót do bo­skie­go cza­su i przy­wra­ca ja­kiś pier­wot­ny po­rzą­dek. Tyl­ko dzię­ki cza­so­wi świę­te­mu mo­że w ogó­le ist­nieć czas świec­ki.

Czas li­ne­ar­ny

Ju­da­izm nie opi­sy­wał cza­su ja­ko cy­klicz­ne­go i po­zba­wio­ne­go kie­run­ku, po­nie­waż ko­lej­ne zda­rze­nia mia­ły przy­bli­żać do na­dej­ścia Me­sja­sza i od­ro­dze­nia Izra­ela. Chrze­ści­jań­stwo wpro­wa­dzi­ło w ca­łej Eu­ro­pie kon­cep­cję cza­su li­ne­ar­ne­go: przyj­ście na świat Zba­wi­cie­la zmie­ni­ło wszyst­ko nie­od­wra­cal­nie. Hi­sto­ria sta­ro­te­sta­men­to­wa do­peł­ni­ła się wraz z Je­go śmier­cią i zmar­twych­wsta­niem. Roz­po­czę­ła się no­wa epo­ka ludz­ko­ści. W śre­dnio­wie­czu ist­nia­ła już po­wszech­na świa­do­mość, że każ­dy rok to „An­no Do­mi­ni” – Rok Pań­ski, zbli­ża­ją­cy nas do Są­du Osta­tecz­ne­go.

Czy we­hi­kuł cza­su jest moż­li­wy?

Po­dró­że w cza­sie są przed­mio­tem de­ba­ty fi­zy­ków od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Czy teo­re­tycz­nie ta­ka po­dróż jest w ogó­le moż­li­wa?

W świe­tle ak­tu­al­nej wie­dzy, tak. Zgod­nie z teo­rią Ein­ste­ina czas jest względ­ny. Z punk­tu wi­dze­nia czło­wie­ka na po­wierzch­ni Zie­mi czas w bar­dzo szyb­ko prze­miesz­cza­ją­cym się obiek­cie pły­nie wol­niej, a czas w słab­szym po­lu gra­wi­ta­cji (np. na or­bi­cie) pły­nie szyb­ciej. Wie­lo­krot­nie udo­wod­nio­no te zja­wi­ska od­po­wied­ni­mi po­mia­ra­mi. Pierw­sze z nich umoż­li­wi­ło­by po­dróż do przy­szło­ści, gdy­by stat­kiem ko­smicz­nym uda­ło się osią­gnąć pręd­kość zbli­żo­ną do pręd­ko­ści świa­tła. Dru­gie zja­wi­sko po­zwo­li­ło­by na ta­ką po­dróż na gra­ni­cy czar­nej dziu­ry, al­bo po­przez hi­po­te­tycz­ny tu­nel cza­so­prze­strzen­ny, je­śli uda­ło­by się go usta­bi­li­zo­wać.

Z za­gad­nie­niem co­fa­nia się w cza­sie wią­że się zresz­tą wie­le pa­ra­dok­sów. Nie­któ­re zmia­ny, ja­kie mógł­by za­pro­wa­dzić po­dróż­nik w swo­im prze­szłym ży­ciu, pro­wa­dzą do „anu­lo­wa­nia” je­go dal­szych lo­sów, a więc i sa­mej po­dró­ży, któ­ra mia­ła­by te zmia­ny umoż­li­wić... Że­by unik­nąć tej sprzecz­no­ści, za­pro­po­no­wa­no m.in. ta­kie teo­rie: pierw­sza – po­dróż w cza­sie ozna­cza prze­do­sta­nie się do al­ter­na­tyw­ne­go świa­ta; dru­ga – kon­se­kwen­cją zmia­ny prze­szło­ści jest roz­ga­łę­zie­nie się cza­su; trze­cia – pod­czas po­dró­ży w cza­sie nie da się wpły­wać na prze­bieg wy­da­rzeń. Ste­phen Haw­king po­dej­rze­wa na­wet ist­nie­nie ja­kichś me­cha­ni­zmów w przy­ro­dzie unie­moż­li­wia­ją­cych in­ge­ren­cję w prze­szłość.

Kil­ku fi­zy­ków i ma­te­ma­ty­ków sta­ra­ło się opra­co­wać przy­naj­mniej teo­re­tycz­ne pod­sta­wy ta­kich „we­hi­ku­łów” (np. Frank Ti­pler) lub spo­so­bów na wy­ko­rzy­sta­nie tu­ne­li cza­so­prze­strzen­nych (Kip Thor­ne). W prak­ty­ce jed­nak po­my­sły te są nie­moż­li­we do zre­ali­zo­wa­nia. W grę wcho­dzi za­wsze nie­osią­gal­na przez nas ilość ener­gii al­bo brak od­po­wied­nie­go ma­te­ria­łu do zbu­do­wa­nia ta­kiej ma­szy­ny.

Je­śli we­hi­kuł cza­su zo­sta­nie kie­dyś wy­na­le­zio­ny, to je­go użyt­ko­wa­nie bę­dzie w ja­kiś spo­sób ogra­ni­czo­ne: o ile cof­nię­cie się w cza­sie jest w ogó­le moż­li­we, to bez kon­tak­tu z ludź­mi prze­szło­ści. W in­nym przy­pad­ku mie­li­by­śmy od daw­na do czy­nie­nia z przy­by­sza­mi z przy­szło­ści.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Dynamiczny pierwiastek w ludzkich działaniach

Jak ina­czej na­zwać dy­na­micz­ny pier­wia­stek w ludz­kich dzia­ła­niach zwią­za­ny z od­mien­no­ścią płci? Cho­dzi tu o po­pęd. Nie­któ­rzy my­lą to po­ję­cie z in­stynk­tem lecz nie są to po­ję­cia rów­no­znacz­ne choć ety­mo­lo­gicz­nie sło­wo in­stin­gu­ere zna­czy­ło „po­pę­dzać”, a więc in­stynkt = po­pęd. Kie­dy mó­wi­my o in­stynk­cie, my­śli­my o świe­cie zwie­rząt. In­stynkt jest spo­so­bem dzia­ła­nia wro­dzo­nym, spon­ta­nicz­nym, nie pod­da­nym re­flek­sji. Środ­ki są bra­ne bez za­sta­no­wie­nia nad sto­sun­kiem do ce­lu.

foto_01-03_25-2013

Je­śli cho­dzi o po­pęd, któ­ry jest na­tu­ral­ny, wro­dzo­ny każ­de­mu czło­wie­ko­wi, to ko­ja­rzy się on jak­by z po­pę­dza­niem do okre­ślo­ne­go dzia­ła­nia, któ­re z ko­lei wy­da­je się być w kon­flik­cie z wol­no­ścią. Trze­ba wie­dzieć, że po­pęd jest to kie­ru­nek dąż­no­ści, we­dług któ­re­go ca­ły czło­wiek roz­wi­ja się od we­wnątrz i do­sko­na­li. Wła­ści­wość ta po­wo­du­je, że nie ty­le czło­wiek dzia­ła pod je­go wpły­wem, ale że coś się z nim dzie­je bez żad­nej z je­go stro­ny ini­cja­ty­wy. To do­pie­ro stwa­rza pod­ło­że do kon­kret­nych świa­do­mych dzia­łań. Tu­taj wol­ność sty­ka się z po­pę­dem, po­nie­waż czło­wiek sta­no­wi o swo­ich czy­nach i bie­rze za nie od­po­wie­dzial­ność. Jest to dzia­ła­nie ludz­kie. Trze­ba so­bie ja­sno uświa­do­mić, że w za­kre­sie sek­su­al­nym czło­wiek nie jest od­po­wie­dzial­ny za to, co się w nim dzie­je, pod wa­run­kiem, że te­go sam nie wy­wo­łał, ale jest od­po­wie­dzial­ny za to, co czy­ni w tym za­kre­sie. Po­pęd do­ty­czy nie tyl­ko ja­kiejś po­je­dyn­czej sfe­ry w czło­wie­ku – do­ty­czy ca­łej oso­by: jest to si­ła, któ­rej wy­ra­zem jest nie tyl­ko to, co dzie­je się bez świa­do­mej wo­li, ale rów­nież to, co jest kształ­to­wa­ne przy udzia­le wo­li. Stwa­rza on moż­li­wość uzu­peł­nia­nia się na­wza­jem ko­bie­ty i męż­czy­zny, co jest czę­sto od­czu­wa­ne ja­ko sil­na po­trze­ba. Gdy­by­śmy spoj­rze­li po­przez tę po­trze­bę na swo­ją oso­bę, to za­uwa­ży­li­by­śmy na­szą ogra­ni­czo­ność i nie­wy­star­czal­ność. Moż­li­wość mi­ło­ści mię­dzy ko­bie­tą i męż­czy­zną wzra­sta na pod­ło­żu i w prze­strze­ni na­tu­ral­ne­go kie­run­ku po­pę­du – ku oso­bie dru­giej płci. Po­pęd sek­su­al­ny nie stwa­rza, jak in­stynkt, go­to­wych dzia­łań, na­to­miast do­star­cza two­rzy­wa dla nich, przez to, co pod je­go wpły­wem dzie­je się we­wnątrz czło­wie­ka. Mi­łość kształ­tu­je się na po­zio­mie oso­by po­przez akt wo­li. Nie jest de­ter­mi­ni­zmem po­rząd­ku przy­rod­ni­cze­go. Czło­wiek ma zdol­ność sta­no­wie­nia o so­bie. To co jest szcze­gól­nie war­te pod­kre­śle­nia to fakt, że czło­wiek jest wol­ny, nie jest zde­ter­mi­no­wa­ny po­pę­dem ( czym in­nym jest po­pęd, a czym in­nym je­go prze­ja­wy). Prze­ja­wy po­pę­du sek­su­al­ne­go mu­szą być oce­nia­ne na po­zio­mie mi­ło­ści. Tam zaś, gdzie mó­wi­my o mi­ło­ści, wcho­dzi­my za­ra­zem w sfe­rę od­po­wie­dzial­no­ści, od­po­wie­dzial­no­ści za mi­łość, od­po­wie­dzial­no­ści za uko­cha­ną oso­bę.

Po­pęd sek­su­al­ny ma cha­rak­ter eg­zy­sten­cjal­ny (z nim zwią­za­ne jest pod­sta­wo­we do­bro – ist­nie­nie czło­wie­ka) i dla­te­go pod­le­ga za­sa­dom, któ­re obo­wią­zu­ją w sto­sun­ku do oso­by. Kie­dy męż­czy­zna i ko­bie­ta ak­cep­tu­ją wła­ści­wą po­pę­do­wi ce­lo­wość – pro­kre­ację, to na­wet wów­czas, gdy nie mo­że z da­ne­go związ­ku na­ro­dzić się no­wy czło­wiek, oni wciąż od­ra­dza­ją się w mi­ło­ści – „ro­dzą się na­wza­jem we wspól­no­cie mie­dzy­oso­bo­wej”.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Słuchajcie Jezusa, idźcie za Jego słowem i zaufajcie Mu

Dro­dzy Mło­dzi, wy wie­cie: chrze­ści­jań­stwo nie jest opi­nią i nie po­le­ga na próż­nych sło­wach. Chrze­ści­jań­stwo to Chry­stus! To Oso­ba, to Ży­ją­cy! Spo­tkać Je­zu­sa, ko­chać Go i spra­wić, by był ko­cha­ny – oto chrze­ści­jań­skie po­wo­ła­nie. Wa­ty­kan, 2003 r.

Nie lę­kaj­cie się wa­szej mło­do­ści i wa­szych głę­bo­kich pra­gnień szczę­ścia, praw­dy, pięk­na i trwa­łej mi­ło­ści! Wa­ty­kan, 1984 r.

Słu­chaj­cie Je­zu­sa, idź­cie za Je­go sło­wem i za­ufaj­cie Mu. Uczcie się mó­wić: „tak” Chry­stu­so­wi w każ­dej oko­licz­no­ści wa­sze­go ży­cia. Wa­ty­kan, 1987 r.

Wy, Mło­dzi, je­ste­ście pierw­szy­mi apo­sto­ła­mi i ewan­ge­li­za­to­ra­mi mło­dzie­ży. Nie wy­star­czy od­kryć Chry­stu­sa, trze­ba Go nieść in­nym! Chry­stus wam ufa i li­czy na wa­szą współ­pra­cę. Chry­stus was po­trze­bu­je. Od­po­wiedz­cie na Je­go we­zwa­nie z od­wa­gą i za­pa­łem wa­szej mło­do­ści. Wa­ty­kan, 1988 r.

Nie bój­cie się zbli­żyć do Chry­stu­sa, prze­kro­czyć pro­gu Je­go do­mu, roz­ma­wiać z Nim twa­rzą w twarz jak z przy­ja­cie­lem. Nie bój­cie się no­we­go ży­cia, któ­re On wam ofia­ro­wu­je. Ca­stel Gan­dol­fo, 1996 r.

Dro­dzy Mło­dzi, niech was nie za­do­wa­la nic, co jest po­ni­żej naj­wyż­szych ide­ałów! Nie daj­cie się znie­chę­cić tym, któ­rzy roz­cza­ro­wa­ni ży­ciem nie sły­szą głęb­szych i bar­dziej au­ten­tycz­nych pra­gnień ich ser­ca. Ma­cie ra­cję, gdy nie go­dzi­cie się na ni­ja­kie roz­ryw­ki, prze­lot­ne mo­dy i pro­po­zy­cje, któ­re was umniej­sza­ją.Ca­stel Gan­dol­fo, 2001 r.

Ży­cie jest piel­grzym­ką cią­głych od­kryć; od­kry­wa­nia, kim je­ste­ście, od­kry­wa­nia war­to­ści, któ­re na­da­ją kształt wa­sze­mu ży­ciu. Wa­ty­kan, 1984 r.

Dro­ga Mło­dzie­ży, Ko­ściół po­trze­bu­je au­ten­tycz­nych świad­ków dla no­wej ewan­ge­li­za­cji: chłop­ców i dziew­cząt, któ­rych ży­cie zo­sta­ło prze­mie­nio­ne przez spo­tka­nie z Chry­stu­sem; chłop­ców i dziew­cząt zdol­nych prze­ka­zać to do­świad­cze­nie in­nym. Ko­ściół po­trze­bu­je świę­tych. Ca­stel Gan­dol­fo, 2004 r.

 

Bło­go­sła­wio­ny Jan Pa­weł II

 

Braterstwo podstawą i drogą pokoju

W tym mo­im (…) orę­dziu (…) pra­gnę skie­ro­wać do wszyst­kich, po­szcze­gól­nych osób i na­ro­dów, ży­cze­nia ży­cia peł­ne­go ra­do­ści i na­dziei. W ser­cu każ­de­go czło­wie­ka kry­je się bo­wiem pra­gnie­nie ży­cia peł­ne­go, do któ­re­go na­le­ży nie­od­par­te dą­że­nie do bra­ter­stwa, po­bu­dza­ją­ce do jed­no­ści z in­ny­mi, w któ­rych znaj­du­je­my nie wro­gów czy kon­ku­ren­tów, ale bra­ci, któ­rych trze­ba ser­decz­nie przy­jąć.

Rze­czy­wi­ście bra­ter­stwo jest istot­nym wy­mia­rem czło­wie­ka, któ­ry jest isto­tą spo­łecz­ną. Ży­wa świa­do­mość te­go ak­tu pro­wa­dzi nas do po­strze­ga­nia i trak­to­wa­nia każ­dej oso­by ja­ko praw­dzi­wej sio­stry i praw­dzi­we­go bra­ta. Bez te­go sta­je się nie­moż­li­wym bu­do­wa­nie spo­łe­czeń­stwa spra­wie­dli­we­go, a tak­że sta­bil­ne­go i trwa­łe­go po­ko­ju. Mu­si­my pa­mię­tać, że bra­ter­stwa za­czy­na­my się uczyć za­zwy­czaj w ob­rę­bie ro­dzi­ny, zwłasz­cza dzię­ki od­po­wie­dzial­ne­mu i uzu­peł­nia­ją­ce­mu się speł­nia­niu ról wła­ści­wych wszyst­kim jej człon­kom, szcze­gól­nie oj­ca i mat­ki. Ro­dzi­na jest źró­dłem wszel­kie­go bra­ter­stwa, dla­te­go jest rów­nież pod­sta­wą i głów­ną dro­gą po­ko­ju, po­nie­waż na mo­cy swe­go po­wo­ła­nia po­win­na „za­ra­zić” świat swą mi­ło­ścią.

Nie­ustan­nie na­ra­sta­ją­ca licz­ba wza­jem­nych po­wią­zań i ko­mu­ni­ka­cji, ja­kie spo­wi­ja­ją na­szą pla­ne­tę, spra­wia, że wśród na­ro­dów zie­mi świa­do­mość jed­no­ści i dzie­le­nia wspól­ne­go lo­su sta­je się bar­dziej na­ma­cal­na. W ten spo­sób w dy­na­mi­ce hi­sto­rii, po­mi­mo róż­no­rod­no­ści grup et­nicz­nych, kul­tur i spo­łe­czeństw, do­strze­ga­my za­siew po­wo­ła­nia do two­rze­nia jed­nej wspól­no­ty, skła­da­ją­cej się z bra­ci, któ­rzy na­wza­jem sie­bie przyj­mu­ją, trosz­cząc się jed­ni o dru­gich. (…)

We­dług opo­wia­da­nia o po­cząt­kach wszy­scy lu­dzie po­cho­dzą od wspól­nych ro­dzi­ców, od Ada­ma i Ewy, pa­ry stwo­rzo­nej przez Bo­ga na Je­go ob­raz i po­do­bień­stwo (por. Rdz 1, 26), z któ­rych zro­dzi­li się Ka­in i Abel. W hi­sto­rii pierw­szej ro­dzi­ny od­czy­tu­je­my ge­ne­zę spo­łe­czeń­stwa, ewo­lu­cję re­la­cji mię­dzy ludź­mi i na­ro­da­mi. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek, Wa­ty­kan, 12.12.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Sły­sza­łem pod­czas pa­ster­ki ka­za­nie, w któ­rym pro­boszcz miej­sco­wej pa­ra­fii mó­wił pięk­nie o naj­droż­szym pre­zen­cie, ja­kim mo­że­my ob­da­ro­wać naj­bliż­szych. In­spi­ra­cją tych słów (i pro­po­no­wa­ne­go pre­zen­tu) by­ło Na­ro­dze­nie Pa­na Je­zu­sa, któ­re nie­daw­no świę­to­wa­li­śmy. Ale – jak mó­wił ka­zno­dzie­ja – Pan Je­zus uro­dził się, by żyć nie tyl­ko dwa czy trzy ty­go­dnie (jak ob­cho­dzi­my ten czas w li­tur­gii), On się na­ro­dził, by przy­nieść lu­dziom zba­wie­nie. Ma żyć w nas nie­ustan­nie dzię­ki ta­jem­ni­cy sa­kra­men­tów świę­tych.

Sko­ro już wie­my, że Pan Je­zus chce żyć w na­szych ser­cach, to przy­po­mnij­my so­bie, że naj­więk­szym da­rem Pa­na Bo­ga jest to, że da­je nam Sie­bie. Śpie­wa­my na­wet w ko­lę­dzie, że na­ro­dził się „raz z Oj­ca przed wie­ków wie­kiem, a te­raz z Mat­ki czło­wie­kie­mˮ. Syn Bo­ży to dar Bo­ga, dar naj­droż­szy, ale ta­ki, z któ­re­go mo­że­my brać przy­kład. Mo­że­my, dzię­ki Bo­żej ła­sce, ofia­ro­wać lu­dziom dar po­dwój­ny: sie­bie sa­me­go i Pa­na Bo­ga obec­ne­go i ży­ją­ce­go w na­szym ser­cu.

Dać sie­bie to zna­czy dać swój czas, swo­je ta­len­ty, swój wy­si­łek, po­moc. „Dać sie­bie” wią­że się z re­zy­gna­cją z cze­go, na co ma­my ocho­tę, bo trze­ba ko­goś po­słu­chać, na nie­go spoj­rzeć, mo­że coś z nim al­bo dla nie­go zro­bić. Znam ro­dzi­nę, w któ­rej dzie­ci (obec­nie już moc­no pod­ro­śnię­te, bo cór­ka stu­diu­je, a syn w tym ro­ku zda­je ma­tu­rę) or­ga­ni­zu­ją ro­dzi­com od­po­czy­nek i roz­ryw­kę. Wła­śnie dzie­ci ku­pu­ją ro­dzi­com bi­le­ty do te­atru, ki­na czy fil­har­mo­nii, dzie­ci pla­nu­ją ro­dzi­com week­en­do­we wy­pa­dy, na­wet raz czy dru­gi wy­sła­li ro­dzi­ców na re­ko­lek­cje. Ro­dzi­ce cie­szą się tym, bo za­wsze ma­ją ja­kąś nie­spo­dzian­kę.

Da­wa­nie sie­bie jest moż­li­we tyl­ko wte­dy, kie­dy w spo­sób doj­rza­ły za­pa­nu­je­my nad swo­im cza­sem, kie­dy umie­jęt­nie go roz­ło­ży­my, prze­zna­cza­jąc ile trze­ba na sen i pra­cę, wy­po­czy­nek i spo­tka­nia z ludź­mi. W nu­me­rze, któ­ry trzy­ma­cie w rę­ku, pod­ję­li­śmy te­mat cza­su: je­go ist­nie­nia, li­cze­nia i dzie­le­nia. Chce­my skło­nić do chwi­li re­flek­sji, by czas nie prze­cie­kał przez pal­ce, by mą­drze nim rzą­dzić, by umieć wy­raź­nie od­dzie­lić czas pra­cy od cza­su wy­po­czyn­ku.

Pró­bu­je­my od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy moż­na do­go­nić czas i czy moż­li­we jest, aby ktoś zbu­do­wał we­hi­kuł cza­su. War­to po­czy­tać o cza­sie w Bi­blii i po­znać (przy­po­mnieć so­bie) skąd wzię­ły się w na­szym ję­zy­ku na­zwy mie­się­cy.

W każ­dym ra­zie ży­czę wszyst­kim umie­jęt­ne­go pa­no­wa­nia nad cza­sem.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski