Życzenia na Boże Narodzenie 2013

foto_01-04_24-2013

Z oka­zji świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia pra­gnie­my zło­żyć wszyst­kim Czy­tel­ni­kom ser­decz­ne ży­cze­nia: zdro­wia, ra­do­ści, speł­nie­nia w ży­ciu, a przede wszyst­kim praw­dzi­wej mi­ło­ści. Aby każ­dy dzień był dniem nie­zwy­kłym, w któ­rym moż­na uczy­nić wie­le do­bra dla sie­bie i in­nych. Niech Gwiaz­da Be­tle­jem­ska roz­ja­śnia dro­gi, na­peł­nia wia­rą oraz umac­nia ła­ską na ca­ły 2014 rok. Bło­go­sła­wio­ne­go i ro­dzin­ne­go cza­su świąt Na­ro­dze­nia Pań­skie­go

ży­czy Wam wszyst­kim, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy

re­dak­cja „Dro­gi”

 

Porozmawiajmy o jedzeniu

Je­ste­śmy jed­no­ścią – du­szą i cia­łem. I oczy­wi­ście, jak wie­my, duch dą­ży do cze­goś in­ne­go niż cia­ło, ale na co dzień wszyst­ko jest ze so­bą po­wią­za­ne.

Pro­sty przy­kład: gdy do­pa­da nas stres, wy­pa­da­ją nam wło­sy. Gdy się za­mar­twia­my, mo­że­my osi­wieć, przy­tyć lub schud­nąć. Świę­ta, No­wy Rok – to czas, kie­dy je­my wię­cej niż zwy­kle, bo jak ina­czej, sko­ro tu ko­la­cja wi­gi­lij­na, tu ro­dzin­ny obiad, tu spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi... Ile ra­zy obie­cy­wa­li­śmy so­bie: „Tym ra­zem na Bo­że Na­ro­dze­nie za­cho­wam umiar w je­dze­niu, aby sma­ko­ły­ki nie przy­sło­ni­ły mi sen­su świę­to­wa­niaˮ. Al­bo: „Przej­dę na die­tę, ale... po świę­ta­chˮ? No bo prze­cież nie moż­na od­mó­wić ma­mie, cio­ci, bab­ci...

Je­dze­nio­weˮ wy­da­rze­nia mo­że­my wy­ko­rzy­stać do re­flek­sji nad na­szym sto­sun­kiem do kon­su­mo­wa­nia. To, co i jak zja­da­my, mo­że być zwie­cia­dłem na­szych mniej lub bar­dziej po­waż­nych pro­ble­mów i kom­plek­sów. War­to przyj­rzeć się naj­po­pu­lar­niej­szym od­mia­nom te­go zja­wi­ska.

foto_01-03_24-2013

Jest ka­ra. Ale czy by­ła wi­na?

Czy zda­rzy­ło się wam nie jeść za ka­rę lub jeść w na­gro­dę? To bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Jed­nym z symp­to­mów za­bu­rze­ńo­dży­wia­nia jest skraj­ne nie­ure­gu­lo­wa­nie po­sił­ków: nie ja­dłam przez ca­ły dzień, ćwi­czy­łam mor­der­czo, więc te­raz... cze­ko­la­da! Uwa­żaj­cie na to i pa­mię­taj­cie, że ro­lą czło­wie­ka nie jest ani ka­ra­nie, ani na­gra­dza­nie swo­je­go cia­ła. O cia­ło na­le­ży dbać tak, jak dba­my o dom, w koń­cu, miesz­ka­my w nim! Czy­li re­gu­lar­nie i na co dzień, a nie zry­wa­mi czy ob­se­syj­nie. Że­by by­ło cie­pło, sta­bil­nie i kom­for­to­wo. Gdy cia­ło sta­je się zim­ne, ob­ce i wro­gie, a my da­je­my te­mu wy­raz, nie kar­miąc go na­le­ży­cie, być mo­że je­ste­śmy na do­brej dro­dze do po­waż­nych cho­rób. Przy­jem­ność – tak, ale nie ca­ły czas i nie ja­ko an­ti­do­tum na pro­ble­my, z któ­ry­mi po pro­stu trze­ba się zmie­rzyć.

Co ro­bisz, gdy je­steś smut­ny?

Mó­wiąc o przy­jem­no­ści, prze­cho­dzi­my do na­stęp­ne­go, bar­dzo po­pu­lar­ne­go zja­wi­ska – tak zwa­ne­go za­ja­da­nia stre­su. Być mo­że po­wie­cie „A co w tym złe­go? Czy nie le­piej zjeść coś pysz­ne­go, za­miast ze zło­ści zro­bić ko­muś krzyw­dę al­bo wyć ze smut­ku w poduszkę?ˮ.

Doj­rza­łe ży­cie po­le­ga mię­dzy in­ny­mi na po­dej­ściu za­da­nio­wo-re­flek­syj­nym: jest pro­blem, trze­ba go roz­wią­zać, ewen­tu­al­nie za­sta­no­wić się nad tym, skąd on się bie­rze, i po­szu­kać od­po­wied­niej po­mo­cy. Do­star­cza­nie so­bie w je­dze­niu przy­jem­no­ści w sy­tu­acjach stre­su i de­pre­sji po­wo­du­je, że ra­tu­je­my się do­raź­nie za­war­tą w po­kar­mie sub­stan­cją. Je­dze­nie sta­je się więc używ­ką, a pro­blem nie mi­ja.

Oczy­wi­ście, nie ma nic dziw­ne­go w tym, że oprócz spo­ży­wa­nia nor­mal­nych po­sił­ków (gdy je­ste­śmy głod­ni) zje­my (od cza­su do cza­su!) coś dla czy­stej przy­jem­no­ści (lo­dy z chło­pa­kiem, go­rą­cą cze­ko­la­dę z ko­le­żan­ką). Je­dze­nie ma wie­le aspek­tów, a jed­nym z nich jest aspekt to­wa­rzy­ski. Jed­nak nada­wa­nie mu aspek­tu „te­ra­peu­tycz­ne­goˮ na dłuż­szą me­tę nie słu­ży ani na­sze­mu żo­łąd­ko­wi, ani psy­chi­ce, a już na pew­no nie na­sze­mu roz­wo­jo­wi.

Za­mknąć się w po­ko­ju i jeść

Mo­że być i tak, że ktoś z was je tyl­ko w sa­mot­no­ści, nie lu­bi wspól­nych po­sił­ków, nie zje nic w oko­licz­no­ściach „rand­ko­wy­chˮ. Je­śli to zda­nie do­ty­czy cie­bie, za­sta­nów się, czy przy­pad­kiem je­dząc, nie czu­jesz się win­ny? Je­śli tak, to dla­cze­go? Czy masz po­czu­cie, że ro­dzi­na zmu­sza cię do je­dze­nia i przy wspól­nym bie­sia­do­wa­niu zja­dasz wię­cej niż twój żo­łą­dek jest w sta­nie przy­jąć? A mo­że jest od­wrot­nie: wy­da­je ci się, że gdy jesz, to­wa­rzy­sze sto­łu pa­trzą na cie­bie jak na żar­ło­ka, na zwie­rzę, któ­re po­chła­nia ogrom­ne ilo­ści po­kar­mu?

Tym, kto naj­le­piej po­wie ci, ile po­wi­nie­neś zjeść, jest two­je wła­sne cia­ło. Jedz, aż bę­dziesz sy­ty. To ta­kie pro­ste, praw­da? Po­moc­na mo­że oka­zać się też zna­jo­mość za­sad „ład­ne­goˮ je­dze­nia i do­bre­go za­cho­wa­nia przy sto­le. Nie war­to re­zy­gno­wać z wspól­nych po­sił­ków. Z za­ło­że­nia są one do­bre: są dzie­le­niem się, ce­le­bro­wa­niem chwi­li, zdro­wej przy­jem­no­ści, dzięk­czy­nie­niem za do­sta­tek. Dziew­czy­no, czy na­praw­dę chcesz, aby twój chło­pak wie­rzył, że od­ży­wiasz się tyl­ko ener­gią sło­necz­ną i pył­kiem kwia­to­wym? Czy na­praw­dę my­ślisz, że prze­sta­niesz mu się po­do­bać, je­śli ubru­dzisz się so­sem?

Je­dze­nie jest po to, że­by jeść. Tyl­ko ty­le i aż ty­le. Ży­cząc smacz­ne­go, ży­czę wie­lu ra­do­snych chwil, któ­re bę­dą się wam słod­ko ko­ja­rzy­ły – bez zbrod­ni i ka­ry, bez gło­dó­wek i prze­sy­tu, w ra­mach bez­piecz­nych gra­nic, wy­zna­cza­nych przez wła­ści­wie za­opie­ko­wa­ny or­ga­nizm.

 

Mag­da­le­na Ku­bac­ka

 

Co zrobić, by podziały w rodzinie nie zepsuły nam świąt

Z Mał­go­rza­tą Ba­ster, psy­cho­lo­giem, roz­ma­wia Mi­chał Nie­niew­ski

Bo­że Na­ro­dze­nie to czas wy­jąt­ko­wo ro­dzin­ny. Nie­któ­rych krew­nych wi­du­je­my tyl­ko wte­dy. Nie­rzad­ko dzie­lą nas z ni­mi za­daw­nio­ne nie­po­ro­zu­mie­nia, po­glą­dy po­li­tycz­ne i etycz­ne, a na­wet po­dej­ście do re­li­gii. Jak za­ła­go­dzić te kon­flik­ty na czas świąt?

Nie ma uni­wer­sal­nej re­cep­ty psy­cho­lo­gicz­nej, któ­ra roz­wią­za­ła­by każ­dy kon­flikt ro­dzin­ny. Kon­flik­ty, o któ­rych pan mó­wi, mo­gą być bar­dzo róż­no­rod­ne i wy­ma­gać zróż­ni­co­wa­nych dzia­łań.

Jak do­brze prze­żyć świę­ta, je­śli ktoś z krew­nych czymś za­wi­nił? Czy to do­bry mo­ment, by skry­ty­ko­wać je­go złe po­stę­po­wa­nie?

Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia to czas, kie­dy szcze­gól­nie moc­no do­cho­dzi do gło­su po­trze­ba ży­cia w bez­piecz­nym, peł­nym mi­ło­ści do­mu. Roz­cza­ro­wa­nia i za­wie­dzio­ne ocze­ki­wa­nia szcze­gól­nie w tym cza­sie są moc­no prze­ży­wa­ne. Cza­sem po­ja­wia się nie­zgo­da, a na­wet bunt wo­bec rze­czy­wi­sto­ści. Że­by nie dać się po­nieść emo­cjom, mu­sie­li­by­śmy przejść na po­ziom bar­dziej fi­lo­zo­ficz­ny niż psy­cho­lo­gicz­ny. To kwe­stia te­go, jak ro­zu­mieć dru­gie­go czło­wie­ka i jak się z nim po­ro­zu­mieć, ma­jąc na uwa­dze je­go in­ność: in­ne po­glą­dy, tem­pe­ra­ment, do­świad­cze­nia itp. To kwe­stia te­go, jak na­brać dy­stan­su do przy­czy­ny na­sze­go nie­po­ro­zu­mie­nia. No i jesz­cze waż­na spra­wa: ja­kie ma­my pod­sta­wy, że­by osą­dzać in­nych? Pro­po­nu­ję za­cząć od sie­bie.

foto_01-02_24-2013

W ja­ki spo­sób za­tem moż­na zmie­nić swo­je po­dej­ście?

Wie­lu oso­bom, nie ty­ko mło­dym, trud­no jest osią­gnąć ta­ki fi­lo­zo­ficz­ny dy­stans. Funk­cjo­nu­je on na za­sa­dzie: „Od­kła­da­my ani­mo­zje, bo prze­sła­nie Bo­że­go Na­ro­dze­nia jest po­nad tym wszyst­kim”. To jest pod­sta­wo­wy spo­sób na to, by w ogó­le da­ło się wspól­nie prze­żyć świę­ta – bez kłót­ni, w ro­dzin­nej at­mos­fe­rze.

Prze­ży­wa­nie świąt jest we­wnętrz­ne i ze­wnętrz­ne. Je­że­li we­wnętrz­nie czło­wiek jest po­go­dzo­ny z so­bą i z Pa­nem Bo­giem, to ła­twiej mu znieść róż­ne, cza­sa­mi trud­ne, re­la­cje ze­wnętrz­ne. Dla­te­go pierw­szym kro­kiem do zmia­ny swo­je­go na­sta­wie­nia po­win­na być pra­ca nad wła­snym prze­ży­wa­niem świąt i nad tym, ja­kie one ma­ją dla mnie zna­cze­nie.

Roz­dź­więk mię­dzy za­cho­wa­niem w cza­sie Bo­że­go Na­ro­dze­nia a co­dzien­ny­mi re­la­cja­mi mo­że być dla nie­któ­rych osób iry­tu­ją­cy. Mo­że po­win­ni­śmy zre­zy­gno­wać z prób po­go­dze­nia się, że­by unik­nąć oskar­żeń o hi­po­kry­zję?

W mło­dym wie­ku trak­tu­je­my wszyst­ko bar­dzo emo­cjo­nal­nie i jed­no­stron­nie. Stąd czę­sto pró­bę po­ro­zu­mie­nia czy przej­ście nad po­dzia­ła­mi trak­tu­je­my wte­dy jak hi­po­kry­zję. Jed­nak to jest kwe­stia po­dej­ścia i zgo­dy na to, że dru­gi czło­wiek jest in­ny, a mi­mo to mo­że­my się po­ro­zu­mieć. Kie­dy spró­bu­je­my spoj­rzeć na pro­blem z po­zy­cji dru­giej oso­by, na­bie­ra on czę­sto in­ne­go zna­cze­nia i no­wa per­spek­ty­wa otwie­ra dro­gę do po­ro­zu­mie­nia, po­go­dze­nie się by­wa moż­li­we.

War­to spró­bo­wać tej in­nej dro­gi: za­cząć od sie­bie. Sta­rać się, by mo­je po­dej­ście zmie­ni­ło się na mniej emo­cjo­nal­ne i osą­dza­ją­ce – choć­by na czas świąt. Wy­ci­szyć się. Sta­rać się prze­ży­wać Bo­że Na­ro­dze­nie głę­biej. Pra­ca nad so­bą wpły­nie rów­nież na re­la­cje ze­wnętrz­ne.

Mał­go­rza­ta Ba­ster – psy­cho­log kli­nicz­ny, psy­cho­te­ra­peut­ka, na­uczy­ciel­ka dy­plo­mo­wa­na, wy­kła­dow­ca Stu­dium Teo­lo­gii Mał­żeń­stwa i Ro­dzi­ny.

 

Narodziny miłości

Pan Je­zus bar­dzo czę­sto w swo­im na­ucza­niu od­wo­ły­wał się do przy­ro­dy, do ziar­na, któ­re mu­si „umrzeć”, by po­wsta­ło no­we ży­cie, mu­si „pod­dać się prze­mia­nie”. A po­tem to no­we ży­cie – sła­by kie­łek prze­bi­ja stward­nia­łą zie­mię i ro­śnie. A drze­wo mo­że stać się schro­nie­niem. Ale nie o ro­śli­ny tu cho­dzi. Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia są do­sko­na­łą oka­zją, by po­pa­trzeć na nie­ustan­nie do­stęp­ną szan­sę, oka­zję wej­ścia na dro­gę szczę­ścia.

Przy­go­to­wać ser­ce

Pa­mię­ta­my przy­po­wieść o ziar­nie rzu­co­nym na róż­ne ro­dza­je pod­ło­ża: zdep­ta­ne na dro­dze, zbyt sła­be na płyt­kim grun­cie, nie­od­ży­wio­ne na su­chej i spę­ka­nej zie­mi, aż wresz­cie w gle­bie go­to­wej, by „z nią współ­pra­co­wać”. A więc moż­na być nie­przy­go­to­wa­nym na mi­łość, na współ­pra­cę ko­niecz­ną, by „coś z te­go wy­szło”.

foto_01-01_24-2013

Za­tem jak przy­go­to­wać gle­bę swe­go ser­ca na na­ro­dzi­ny Mi­ło­ści?

Przede wszyst­kim trze­ba być wol­nym. Wol­nym od le­ni­stwa, od znie­chę­ce­nia, od chci­wo­ści i nie­czy­sto­ści, od plot­ko­wa­nia i za­zdro­ści, od wszyst­kie­go, co jest złym na­wy­kiem. Czy to jest moż­li­we? Je­śli nie od­bie­rze­my za­da­nia zbyt per­fek­cjo­ni­stycz­nie, to moż­na te­mu za­da­niu spro­stać – jak uczą mo­ra­li­ści, wa­run­kiem wy­star­cza­ją­cym, trak­to­wa­nym ja­ko start do wol­no­ści, jest szcze­ra wo­la ze­rwa­nia ze wszyst­kim, co znie­wa­la. Oczy­wi­ście ta szcze­ra wo­la po­cią­ga za so­bą zde­cy­do­wa­ny sprze­ciw, gdy po­ja­wi się po­ku­sa, ucze­nie się obo­jęt­no­ści wo­bec złych emo­cji, ra­dy­ka­lizm w po­wol­nym choć­by wzra­sta­niu.

Ko­lej­nym wa­run­kiem, aby móc owoc­nie przy­jąć mi­łość, jest mą­drze po­ję­ta mi­łość wła­sna – tak, by wi­dzieć swo­ja praw­dzi­wą war­tość w tym, że Pan Bóg nas ko­cha i prze­zna­czył do zba­wie­nia, a nie w ziem­skiej sła­wie, po­pu­lar­no­ści, bo­gac­twie czy wła­dzy. Mą­drze po­ję­ta mi­łość wła­sna chęt­nie ko­rzy­sta z oka­zji, by z sie­bie za­żar­to­wać (war­to pa­mię­tać, że zły duch żar­tu boi się szcze­gól­nie, na­wet lek­kie­go, on chce być trak­to­wa­ny bar­dzo po­waż­nie).

Z tro­ski o wła­sny roz­wój wy­ni­ka do­bre za­in­te­re­so­wa­nie się dru­gim czło­wie­kiem: ta­kie spoj­rze­nie na nie­go, by po­móc mu od­kry­wać, co w nim jest do­bre­go, ja­kie za­da­nia Pan Bóg mu po­wie­rza. Trak­tu­jąc lu­dzi we­dług Bo­że­go za­mia­ru, sza­nu­je­my ich wol­ność, ale też sta­ra­my się być opar­ciem, gdy to jest po­trzeb­ne.

Jak go­to­wą gle­bę trze­ba pod­trzy­my­wać w go­to­wo­ści, tak i ser­ce trze­ba ćwi­czyć w je­go otwar­to­ści. Har­ce­rze zdo­by­wa­ją spraw­no­ści przez sta­wia­nie so­bie róż­nych za­dań, każ­dy, kto chce po­móc Bo­żej mi­ło­ści, dba o spraw­ność i dys­po­zy­cyj­ność, umie cza­sem re­zy­gno­wać z dro­bia­zgów, po­wstrzy­mać się przed wy­po­wie­dze­niem nie­po­trzeb­nych słów, a cza­sa­mi po­wie coś, co jest po­trzeb­ne: po­chwa­li, po­dzię­ku­je, po­pro­si o ra­dę.

Na­wo­że­nie” ser­ca

Gle­bę trze­ba wzbo­ga­cać, ser­ce też. Nie przy­pad­kiem mło­dzież jeź­dzi­ła za Ja­nem Paw­łem II, oni wie­dzie­li, że ten sę­dzi­wy czło­wiek chce dla nich do­bra, że jest źró­dłem.

Trze­ba szu­kać wie­lu źró­deł: są ni­mi sa­kra­men­ty świę­te z Eu­cha­ry­stią na cze­le, jest wpa­try­wa­nie się w lu­dzi sta­wia­nych przez Ko­ściół ja­ko wzór: na świę­tych i bło­go­sła­wio­nych. Opar­ciem dla chrze­ści­ja­ni­na jest gru­pa, wspól­no­ta mo­dli­twy, dzia­łal­ność do­bro­czyn­na.

Wie­le umoc­nie­nia da­je też do­bra lek­tu­ra: mam tu na my­śli nie tyl­ko Pi­smo Świę­te, ale każ­da książ­ka, każ­dy ar­ty­kuł, któ­re pod­no­szą na du­chu, któ­re wska­zu­ją dro­gi roz­wo­ju, pod­po­wia­da­ją roz­wią­za­nia róż­nych pro­ble­mów, po­ma­ga­ją od­róż­nić i sze­ro­kim łu­kiem omi­nąć zło al­bo „wszyst­ko, co ma choć­by po­zór zła” (por. 1 Tes 5, 22).

Go­to­wość na przy­ję­cie mi­ło­ści mo­że być co­raz więk­sza, po­dob­nie, jak nie­któ­re ro­dza­je gle­by przy­no­si­ły aż stu­krot­ny plon. „Ży­zność ser­ca” ro­śnie, gdy ma się sta­łe­go spo­wied­ni­ka al­bo kie­row­ni­ka du­cho­we­go, gdy ma się przy­ja­ciół, z któ­ry­mi moż­na o wie­lu co­dzien­nych i zwy­czaj­nych spra­wach po­dy­sku­to­wać.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Nie bój się powiedzieć Chrystusowi: tak

Chry­stus py­ta każ­de­go i każ­dą z Was: „Czy mi­łu­jesz?”. Chry­stus py­ta: „Czy mi­łu­jesz Mnie?”. Chry­stus py­ta: „Czy mi­łu­jesz Mnie bar­dziej?”. Wejdź w głę­bię swe­go mło­de­go ser­ca. Tam znaj­dziesz od­po­wiedź. Mi­łość jest w to­bie. To Bo­ży dar. A za­tem patrz w przy­szłość i nie bój się po­wie­dzieć Chry­stu­so­wi: tak. Choć to mi­łość wy­ma­ga­ją­ca, nie bój się ko­chać Chry­stu­sa. On pierw­szy nas umi­ło­wał – umi­ło­wał do koń­ca. Po­la Led­nic­kie, 29 ma­ja 2004 r.

Sa­mo­wy­cho­wa­nie zmie­rza do te­go wła­śnie, aby bar­dziej „być” czło­wie­kiem, być chrze­ści­ja­ni­nem, aby od­kry­wać i roz­wi­jać w so­bie ta­len­ty otrzy­ma­ne od Stwór­cy i re­ali­zo­wać wła­ści­we każ­de­mu po­wo­ła­nie do świę­to­ści. Po­znań, 3 czerw­ca 1997 r.

Dro­dzy chłop­cy i dziew­czę­ta, po­dą­żaj­cie z en­tu­zja­zmem swych mło­dych serc za Chry­stu­sem. Tyl­ko On mo­że uci­szyć lęk czło­wie­ka. Pa­trz­cie na Je­zu­sa głę­bią wa­szych serc i umy­słów! On jest wa­szym nie­od­łącz­nym przy­ja­cie­lem. Po­znań, 3 czerw­ca 1997 r.

Eu­cha­ry­stia jest sa­kra­men­tem obec­no­ści Chry­stu­sa, któ­ry da­je nam sie­bie, bo nas ko­cha. Ko­cha On każ­de­go z nas w spo­sób oso­bi­sty i je­dy­ny w kon­kret­nym ży­ciu każ­de­go dnia: w ro­dzi­nie, wśród przy­ja­ciół, w stu­diach i w pra­cy, w wy­po­czyn­ku i roz­ryw­ce. Ko­cha nas, kie­dy na­peł­nia świe­żo­ścią dni na­szej eg­zy­sten­cji i tak­że wów­czas, gdy w go­dzi­nie cier­pie­nia do­pusz­cza, by przy­szedł na nas czas pró­by. Rów­nież bo­wiem przez naj­cięż­sze do­świad­cze­nia da­je nam sły­szeć swój głos. Rzym, 20 sierp­nia 2000 r.

Dro­ga Mło­dzie­ży, Ko­ściół po­trze­bu­je au­ten­tycz­nych świad­ków dla no­wej ewan­ge­li­za­cji: chłop­ców i dziew­cząt, któ­rych ży­cie zo­sta­ło prze­mie­nio­ne przez spo­tka­nie z Chry­stu­sem; chłop­ców i dziew­cząt zdol­nych prze­ka­zać to do­świad­cze­nie in­nym. Ko­ściół po­trze­bu­je świę­tych. Ca­stel Gan­dol­fo, 6 sierp­nia 2004 r.

Aby uj­rzeć Je­zu­sa, na­le­ży przede wszyst­kim po­zwo­lić, aby to On na nas pa­trzył! Wa­ty­kan, 22 lu­te­go 2004 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Wspomnij na nas Panie

Dzi­siej­sza uro­czy­stość (…) sta­no­wi uko­ro­no­wa­nie ro­ku li­tur­gicz­ne­go. Mo­ty­wem prze­wod­nim (…) jest cen­tral­ne miej­sce Chry­stu­sa. (…) Apo­stoł Pa­weł da­je nam bar­dzo głę­bo­ką wi­zję cen­tral­ne­go miej­sca Chry­stu­sa. Przed­sta­wia Go ja­ko pier­wo­rod­ne­go wo­bec każ­de­go stwo­rze­nia: w Nim, przez Nie­go i dla Nie­go zo­sta­ło wszyst­ko stwo­rzo­ne. On jest cen­trum wszyst­kich rze­czy, jest ich po­cząt­kiem. Bóg dał Mu peł­nię, ca­łość, aby w Nim wszyst­ko po­jed­nać ze so­bą (por. 1, 12–20). (…)

Chry­stus jest nie tyl­ko cen­trum stwo­rze­nia, ale tak­że cen­trum Lu­du Bo­że­go. Jest wła­śnie tu i te­raz w cen­trum nas. Jest tu­taj obec­nie w Sło­wie i bę­dzie na oł­ta­rzu, ży­wy, obec­ny po­śród nas. (…) I wresz­cie Chry­stus jest cen­trum hi­sto­rii ludz­ko­ści i każ­de­go czło­wie­ka. Je­mu mo­że­my przed­sta­wić ra­do­ści i na­dzie­je, smut­ki i nie­po­ko­je, z któ­rych utka­ne jest na­sze ży­cie. Gdy Je­zus jest w cen­trum, to roz­ja­śnia­ją się na­wet naj­ciem­niej­sze mo­men­ty na­sze­go ży­cia i da­je On nam na­dzie­ję, jak to się dzie­je z do­brym ło­trem w dzi­siej­szej Ewan­ge­lii.

Pod­czas gdy wszy­scy in­ni zwra­ca­ją się do Je­zu­sa z po­gar­dą – „Je­śli je­steś Me­sja­szem, Wy­brań­cem Bo­żym, wy­baw sa­me­go sie­bie, scho­dząc z krzy­żaˮ – to ów czło­wiek, któ­ry w ży­ciu się po­gu­bił, na sa­mym koń­cu skru­szo­ny lgnie do Je­zu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go, bła­ga­jąc: „Wspo­mnij na mnie, gdy przyj­dziesz do swe­go kró­le­stwaˮ (Łk 23, 42). A Je­zus mu obie­cu­je: „Dziś ze Mną bę­dziesz w ra­juˮ (w. 43). Je­zus wy­po­wia­da je­dy­nie sło­wo prze­ba­cze­nia, a nie po­tę­pie­nia. (…)

Obiet­ni­ca Je­zu­sa da­na do­bre­mu ło­tro­wi da­je nam wiel­ką na­dzie­ję: mó­wi nam, że ła­ska Bo­ża jest za­wsze ob­fit­sza niż mo­dli­twa, któ­ra o nią pro­si­ła. Pan da­je za­wsze wię­cej niż to, o co jest pro­szo­ny, jest bar­dzo hoj­ny: pro­sisz Go, aby wspo­mniał na cie­bie, a On pro­wa­dzi cię do swe­go kró­le­stwa! (…) Pro­śmy Pa­na, aby o nas pa­mię­tał, bę­dąc pew­ny­mi, że dzię­ki Je­go ła­sce bę­dzie­my mo­gli mieć udział w Je­go chwa­le w Nie­bie. Idź­my wszy­scy tą dro­gą.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek, Wa­ty­kan, 24.11.2013 r.

 

 

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Za­cznę od koń­ca… Od koń­ca, czy­li od ży­cia, któ­re bę­dzie po świę­tach. Nie ukry­wam, że od kie­dy pa­mię­tam, draż­ni­ło mnie po­wie­dzon­ko: „Świę­ta, świę­ta i po świę­ta­chˮ. Za­uwa­ża­łem w tym zda­niu ukry­tą bez­na­dzie­ję, sar­kazm na­wet. To tro­chę jak­by po­wie­dzieć Pa­nu Je­zu­so­wi, że ow­szem, przy­szedł na zie­mię, ale to nic nie zmie­ni­ło w na­szym ży­ciu, Je­go „wy­pra­wa z nie­ba na ten świat” by­ła mi­łym epi­zo­dem, ale oka­za­ła się bez­owoc­na. Te­raz mó­wię moc­niej, cho­ciaż spo­koj­niej: ta­kie my­śle­nie, a tym bar­dziej mó­wie­nie jest po pro­stu bra­kiem wia­ry, re­zy­gna­cją z na­dziei, uciecz­ką od mi­ło­ści.

A za­tem: je­śli ma­my wia­rę, choć­by jak ziarn­ko gor­czy­cy, to każ­de świę­ta zmie­nia­ją na­sze ży­cie. Je­śli ma­my ro­zum i go uży­wa­my, to za­wsze mo­że­my ob­my­śleć, jak przy­jąć ła­ski przy­nie­sio­ne przez Pa­na Je­zu­sa na tę zie­mię, jak współ­pra­co­wać z ty­mi da­ra­mi, któ­re Pan Bóg da­je nam każ­de­go dnia.

Każ­dy z nas chce, by ży­cie by­ło pięk­ne, każ­dy sta­ra się god­nie prze­ży­wać chwi­le wspa­nia­łe i trud­ne. Do te­go po­trzeb­ne są cno­ty, choć sa­mo to sło­wo nie jest dzi­siaj po­praw­nie ro­zu­mia­ne. Cno­ta we­dług ka­te­chi­zmu – przy­po­mnij­my dla ja­sno­ści – jest to ła­twość czy­nie­nia do­brze. Ra­czej każ­dy chce po­stę­po­wać do­brze i – co jest nor­mal­ne – każ­dy chce, aby to nie by­ło dla nie­go zbyt trud­ne. Do­cho­dzi­my po­wo­li do isto­ty: mą­dre i owoc­ne prze­ży­cie świąt za­czy­na się od po­sta­no­wień. Ad­went (a po kil­ku­na­stu ty­go­dniach Wiel­ki Post) są cza­sem zwięk­szo­nej mo­bi­li­za­cji, któ­ra po­ma­ga uczyć się po­praw­nych po­staw. Je­śli po­dej­mu­je­my wy­si­łek, aby na przy­kład nie mó­wić źle o żad­nym z lu­dzi, je­śli sta­ra­my się, aby każ­dy spo­tka­ny czło­wiek sta­wał się dzię­ki na­szej po­sta­wie lep­szy i ra­do­śniej­szy, to ist­nie­je szan­sa, że przy­zwy­cza­imy się do do­bra, że ła­twiej nam bę­dzie pa­no­wać nad mó­wie­niem, nad wy­ra­zem twa­rzy, nad od­rzu­ca­niem po­kus, nad emo­cja­mi.

Każ­de­mu, kto sko­rzy­sta z ad­wen­to­wych osią­gnięć, bę­dzie ła­twiej być lep­szym, każ­de­mu, kto czas świą­tecz­ny po­trak­tu­je ja­ko oka­zję do utrwa­le­nia te­go, co uda­ło mu się osią­gnąć, przy­go­to­wu­jąc się do świąt, bę­dzie le­piej w ży­ciu, a tak chce Pan Bóg.

A co znaj­dzie­cie na ko­lej­nych kart­kach „Dro­giˮ? Bli­sko te­go, co na­pi­sa­łem, jest ar­ty­kuł ze stro­ny 24, na­pi­sa­ny w cy­klu No­wa Dro­ga. War­te prze­czy­ta­nia są te tek­sty, któ­re za­chę­ca­ją do pod­trzy­my­wa­nia do­brych, zna­nych (jesz­cze!) świą­tecz­nych tra­dy­cji, war­to też wie­dzieć jak ci, któ­rych draż­ni mó­wie­nie o mi­ło­ści Pa­na Bo­ga, pró­bo­wa­li i pró­bu­ją na­dal z za­pa­łem war­tym lep­szej spra­wy zwal­czać wszyst­ko to, co z Pa­nem Bo­giem się ko­ja­rzy.

Za­chę­cam też do przy­po­mnie­nia so­bie o świę­tych, któ­rych dni na­stę­pu­ją w okta­wie Bo­że­go Na­ro­dze­nia i za­po­zna­nia się z wciąż ak­tyw­nym dzia­ła­niem Pa­na Bo­ga w na­szym świe­cie, w na­szym cza­sie.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski