Jak rozumiemy słowo „używać”?

Chcia­ła­bym wy­ja­śnić kil­ka po­jęć, któ­re wią­żą się ze so­bą, a ich roz­róż­nia­nie mo­że mieć wiel­ki wpływ na na­sze ży­cie. Jak wie­cie, wszyst­ko za­czy­na się od my­śle­nia. Wszel­kie po­my­sły, idee do­bre i złe, do­bro i zło ma­ją swój po­czą­tek w my­ślach czło­wie­ka.

Naj­pierw za­na­li­zuj­my sło­wo „przed­miot”. To sło­wo ucznio­wie zna­ją do­sko­na­le. Cho­dzi tu jed­nak o to, że czło­wiek mo­że być przed­mio­tem dzia­ła­nia np. kie­dy na­uczy­ciel (pod­miot dzia­ła­nia) prze­ka­zu­je wie­dzę ucznio­wi, któ­ry wte­dy sta­je się przed­mio­tem dzia­ła­nia. Le­karz, któ­ry le­czy cho­re­go jest pod­mio­tem, a cho­ry – przed­mio­tem dzia­ła­nia. Ni­ko­go ta­kie stwier­dze­nie nie po­mniej­sza. Jest to stwier­dze­nie obiek­tyw­ne. Cza­sem jed­nak dru­ga oso­ba jest trak­to­wa­na ja­ko „przed­miot uży­cia”, tzn. że ta oso­ba jest tyl­ko środ­kiem do ce­lu, jak­by rze­czą, któ­rą ktoś się po­słu­gu­je – ta­kim na­rzę­dziem. Nie re­spek­tu­je się god­no­ści i wła­snej ce­lo­wo­ści tej dru­giej oso­by. Ktoś po­słu­gu­je się nią ja­ko środ­kiem do swo­je­go wła­sne­go ce­lu. Na przy­kład ja­kiś wy­na­laz­ca i wła­ści­ciel fir­my bę­dzie wy­ko­rzy­sty­wał swo­ich pra­cow­ni­ków, ob­cią­ża­jąc ich nad­mier­ną ilo­ścią go­dzin pra­cy i ni­ską pen­sją do wy­ko­ny­wa­nia rze­czy, któ­re on uzna­je za bar­dzo po­trzeb­ne i do­bre. Na myśl przy­cho­dzi w tym mo­men­cie bru­tal­ne po­wie­dze­nie – „cel uświę­ca środ­ki”. Środ­ka­mi do zre­ali­zo­wa­nia ce­lu mo­gą być róż­ne do­bra na­tu­ral­ne, świat przy­ro­dy (by­le go nie nisz­czyć!). Oso­ba jed­nak ni­gdy nie mo­że być wy­ko­rzy­sta­na ja­ko śro­dek do ce­lu, po­nie­waż ma ona swo­ją wiel­ką war­tość zwa­ną god­no­ścią. Oso­by nie moż­na trak­to­wać in­stru­men­tal­nie, na­wet ze wzglę­du na do­bro in­nej oso­by lub ca­łej gru­py osób. Na­wet sam Stwór­ca, któ­ry ma naj­więk­sze pra­wo do czło­wie­ka, ni­gdy nie po­słu­gu­je się nim ja­ko środ­kiem do ce­lu.

foto_01-03_22-2013

Zda­rza się w ży­ciu, że ktoś wy­ko­rzy­stu­je i krzyw­dzi dru­gą oso­bę w imię mi­ło­ści. To nie­bez­piecz­ne dzia­ła­nie tym bar­dziej, że jest ukry­te pod po­zo­rem mi­ło­ści. Ten ktoś mo­że być nie­świa­do­my po­zo­ru mi­ło­ści, ale tak czy ina­czej sta­je się „spraw­cą czy­nu an­ty­mi­ło­ści – z mi­ło­ści”. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ktoś ro­zu­mie mi­łość ja­ko tyl­ko uczu­cie, emo­cje. Nie ma w tym praw­dzi­we­go do­bra dru­giej oso­by, nie ma tu dzia­ła­nia ro­zu­mu i wo­li. Ta­ka emo­cjo­na­li­za­cja mi­ło­ści, a tym sa­mym trak­to­wa­nie dru­giej oso­by ja­ko środ­ka do ce­lu – przy­jem­no­ści, wła­sne­go do­bre­go sa­mo­po­czu­cia jest dzi­siaj zja­wi­skiem bar­dzo czę­stym. Co mo­że uchro­nić czło­wie­ka przed ta­ką sy­tu­acją? Wy­da­je się, że przede wszyst­kim uświa­do­mie­nie so­bie nie­bez­pie­czeń­stwa ta­kiej dez­in­te­gra­cji, któ­ra w efek­cie pro­wa­dzi do znisz­cze­nia mi­ło­ści.

Bi­skup Ka­rol Woj­ty­ła na wie­le lat przed wy­bo­rem na pa­pie­ża w książ­ce „Mi­łość i od­po­wie­dzial­ność” za­warł pod­sta­wo­wą za­sa­dę od­no­sze­nia się do sie­bie osób, któ­rą na­zwał za­sa­dą per­so­na­li­stycz­ną. Pi­sał: „Oso­ba jest ta­kim do­brem, że wła­ści­we i peł­no­war­to­ścio­we od­nie­sie­nie do niej sta­no­wi tyl­ko mi­łość”. Ina­czej mó­wiąc, oso­ba jest ta­kim do­brem, z któ­rym nie go­dzi się uży­wa­nie, któ­re nie mo­że być trak­to­wa­ne ja­ko przed­miot uży­cia i w tej for­mie ja­ko śro­dek do ce­lu. Ta za­sa­da jest za­war­ta w pierw­szym przy­ka­za­niu obo­wią­zu­ją­cym każ­de­go czło­wie­ka – w przy­ka­za­niu mi­ło­ści.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Magia w świecie bajek, czyli magia w ładnym opakowaniu

Wam­pi­rzy­ca za­miast księż­nicz­ki. Amu­let mo­cy w miej­sce ko­ro­ny. Czerń za­miast ró­żu. Ma­gia w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, bez miej­sca dla spra­wie­dli­wo­ści i wal­ki ze złem. Mrocz­ne, płyt­kie, ogłu­pia­ją­ce i do bó­lu współ­cze­sne – wła­śnie ta­kie baj­ki po­do­ba­ją się te­raz naj­bar­dziej. Jak do te­go do­szło?

Choć sam pro­blem wąt­ków ma­gicz­nych w baj­kach prze­zna­czo­nych dla dzie­ci nie jest ni­czym no­wym, to jed­nak ni­gdy wcze­śniej nie by­ły one tak bar­dzo po­pu­lar­ne jak te­raz.

Baj­ki w swo­im pier­wot­nym za­my­śle to ta­kie hi­sto­rie (ad­re­so­wa­ne głów­nie dla dzie­ci), któ­re prze­ka­zu­ją za po­mo­cą pro­stej tre­ści ja­kąś waż­ną myśl – tak zwa­ny mo­rał. Tak przy­naj­mniej by­ło kie­dyś.

Kie­dyś baj­ki wy­cho­wy­wa­ły i prze­ka­zy­wa­ły wzor­ce oso­bo­wo­ścio­we, wzor­ce za­cho­wań. Baj­ki uczy­ły wraż­li­wo­ści. By­ły wzru­sza­ją­ce i pięk­ne. Pra­wie każ­da dziew­czyn­ka w przed­szko­lu ma­rzy­ła o tym, że­by być księż­nicz­ką, że­by miesz­kać w pięk­nym pa­ła­cu jak baj­ko­we bo­ha­ter­ki. Każ­da z tych księż­ni­czek by­ła nie tyl­ko pięk­na ze­wnętrz­nie, ale rów­nież szla­chet­na, do­bra i spra­wie­dli­wa.

foto_01-02_22-2013

Chłop­cy chcie­li być wa­lecz­ny­mi ry­ce­rza­mi i musz­kie­te­ra­mi. Za­pro­wa­dzać na świe­cie spra­wie­dli­wość i wal­czyć w obro­nie in­nych.

Czar­no­księż­ni­cy, cza­row­ni­ce i wszyst­kie mo­ce ma­gicz­ne by­ły w ta­kich baj­kach tym, cze­go na­le­ża­ło się bać i wy­strze­gać. By­ły one prze­ciw­wa­gą dla do­bra. To wła­śnie z ni­mi wal­czy­li ry­ce­rze, wo­jow­ni­cy i księż­nicz­ki. To wła­śnie one sta­no­wi­ły nie­bez­pie­czeń­stwo dla spo­ko­ju i spra­wie­dli­wo­ści. Dziś są głów­ny­mi bo­ha­ter­ka­mi i idol­ka­mi dzie­ci. Nie bez przy­czy­ny w baj­kach to­czy się zwy­kle wal­ka do­bra ze złem. Na koń­cu za­wsze zwy­cię­ża do­bro. Przy­naj­mniej kie­dyś tak wła­śnie by­ło.

Obec­nie ta­kie my­śle­nie o baj­kach to prze­ży­tek. Baj­ka ma się po­do­bać i to wy­star­czy. Jest pro­duk­tem mar­ke­tin­go­wym, któ­ry ma zy­skać po­pu­lar­ność i do­brze się sprze­dać. We współ­cze­snych baj­kach gra­ni­ca do­bra i zła zo­sta­ła zu­peł­nie za­tar­ta. Baj­ki ma­in­stre­amo­we, te naj­bar­dziej me­dial­ne i naj­po­pu­lar­niej­sze nie prze­ka­zu­ją żad­nych pod­nio­słych idei, ani żad­nych szla­chet­nych war­to­ści. Prze­cież to ta­kie nie­ży­cio­we i ta­kie nie­po­trzeb­ne. Współ­cze­sne baj­ki zdo­by­wa­ją swo­ją glo­bal­ną po­pu­lar­ność tyl­ko i wy­łącz­nie dzię­ki świet­ne­mu mar­ke­tin­go­wi i re­kla­mom, a nie z po­wo­du cie­ka­wej fa­bu­ły czy war­to­ścio­wej tre­ści.

Baj­ki za­wsze by­ły i pew­nie za­wsze bę­dą bar­dzo waż­ne dla zdro­we­go i pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju dzie­ci. To wła­śnie one uczą wraż­li­wo­ści i wy­kształ­ca­ją po­czu­cie pięk­na. Bo­ha­te­ro­wie baj­ko­wi to dla dzie­ci praw­dzi­wi mo­de­le spo­so­bu by­cia i ży­cia w ogó­le. Dzie­ci ich ob­ser­wu­ją, po­dzi­wia­ją i sta­ra­ją się na­śla­do­wać, czę­sto w spo­sób nie­uświa­do­mio­ny. Sko­ro jed­nak baj­ki uczą dzie­ci wraż­li­wo­ści i wy­kształ­ca­ją wzo­rzec pięk­na, to po­myśl­my, ja­cy lu­dzie wy­ro­sną z po­ko­le­nia, któ­re­go ido­la­mi są wam­pi­ry, cza­ro­dzie­je i wil­ko­ła­ki. Czy aby na pew­no miej­sce Kop­ciusz­ka lub Rosz­pun­ki mo­gą za­jąć wam­pi­rzy­ce z Mon­ster Hi, cza­ro­dziej­ki z Witch lub Har­ry Pot­ter?

Jesz­cze kil­ka lat te­mu dziew­czyn­ki w wie­ku szkol­nym, po­cząt­ku­ją­ce na­sto­lat­ki uwiel­bia­ły ser­dusz­ka, kwiat­ki, mo­ty­le – wszyst­ko co ró­żo­we i „słod­kie”. Obec­nie stan­dar­dy pięk­na bar­dzo się zmie­ni­ły (gów­nie za przy­czy­ną no­wych tren­dów wpro­wa­dzo­nych w baj­kach). Ser­dusz­ka i kwiat­ki nie są już ani tro­chę „co­ol”. Le­piej wy­glą­da­ją tru­pie czasz­ki i pisz­cze­le na czar­nym tle, wam­pi­rzy­ce z fio­le­to­wy­mi wło­sa­mi i czar­no-bia­ła sza­chow­ni­ca.

Co jed­nak wy­da­je się naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce to fakt, że owe „idol­ki” wy­kra­cza­ją po­za ekran te­le­wi­zo­ra. To już nie tyl­ko baj­ko­we po­sta­ci, ale „trend­set­ter­kiˮ. La­lecz­ki Mon­ster High to już kul­to­we bo­ha­ter­ki, któ­re po­ja­wia­ją się na wie­lu ga­dże­tach, ze­szy­tach, szkol­nych przy­bo­rach itd. Je­śli chcesz być ta­ka jak wszy­scy, po pro­stu mu­sisz ją mieć.

Dzie­ci w wie­ku szkol­nym bar­dzo nie lu­bią się wy­róż­niać. Lu­bią pa­so­wać ide­al­nie do to­wa­rzy­stwa i mieć to sa­mo, co po­sia­da­ją ich ró­wie­śni­cy. Nie na­le­ży im się za­tem dzi­wić, że po­cią­ga­ją je rów­nież la­lecz­ki wam­pi­rzy­ce. Zwłasz­cza, że one sa­ma nie mu­szą do­strze­gać w nich żad­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa.

Mó­wiąc o nie­bez­pie­czeń­stwie nie mam tu­taj na my­śli te­go, że każ­da dziew­czyn­ka, któ­rej ma­ma spra­wi piór­nik z Mon­ster High lub Hel­lo Kit­ty, bę­dzie opę­ta­na. Je­stem da­le­ka od po­pa­da­nia w prze­sa­dę. Nie ro­zu­miem jed­nak śle­pe­go po­dą­ża­nia za tym, co mod­ne – na­wet kie­dy ta mo­da jest zwy­czaj­nie nie­od­po­wied­nia dla dzie­ci i praw­dę mó­wiąc brzyd­ka.

Te­mat Har­re­go Pot­te­ra wra­ca juk bu­me­rang i nie­któ­rym mo­że już się wy­da­wać nu­żą­cy, ale nie spo­sób nie wspo­mnieć o nim w tym mo­men­cie. Ta baj­ka – je­śli w ogó­le moż­na tak o tym mó­wić – to naj­lep­szy przy­kład na to, cze­go nie po­win­ny czy­tać i oglą­dać dzie­ci. Ca­ła jej treść prze­siąk­nię­ta jest ma­gią i wła­śnie na niej się kon­cen­tru­je. To książ­ka opi­su­je prak­ty­ki czy­sto okul­ty­stycz­ne i wbrew na­szej wo­li moc­no od­dzia­łu­je na pod­świa­do­mość czy­tel­ni­ka. Za­cie­ra i czy­ni zu­peł­nie płyn­ną gra­ni­ce do­bra i zła. Czy­ta­nie lub na­wet oglą­da­nie tej opo­wie­ści sie­je nie­po­kój na­wet u do­ro­słe­go czy­tel­ni­ka. Czy wo­bec te­go to książ­ka od­po­wied­nia dla dzie­ci? Szcze­rze wąt­pię...

I wca­le nie chcę prze­ko­ny­wać ni­ko­go, że każ­dy, kto prze­czy­ta tę książ­kę lub obej­rzy film o Har­rym Pot­te­rze skoń­czy ja­ko opę­ta­ny, zu­peł­nie nie w tym rzecz. Uwa­żam jed­nak, że nie jest to hi­sto­ria sto­sow­na dla dzie­ci. Nie prze­ka­zu­je żad­nych po­zy­tyw­nych war­to­ści. Jest po pro­stu do­brze roz­re­kla­mo­wa­nym, po­pu­lar­nych pro­duk­tem mar­ke­tin­go­wym. Fakt, że ma­gia nie po­win­na na­le­żeć do spek­trum za­in­te­re­so­wa­nia ka­to­li­ka (a wła­śnie o niej jest ta książ­ka), jest tyl­ko uzu­peł­nie­niem resz­ty ar­gu­men­tów.

Wszyst­kie baj­ki, fil­my i pro­duk­ty z ni­mi zwią­za­ne nie po­ka­zu­ją ma­gii praw­dzi­wej, ta­kiej ja­ką fak­tycz­nie jest – mo­cy nie­bez­piecz­nej dla czło­wie­ka, okul­ty­stycz­nej i sza­tań­skiej, ale ubie­ra­ją ją w ład­ne opa­ko­wa­nie. Czę­sto te opa­ko­wa­nia są tak ład­ne, że od­wra­ca­ją uwa­gę i usy­pia­ją czuj­ność. Bo prze­cież co mo­że być nie­bez­piecz­ne­go w baj­ce dla dzie­ci? Co złe­go mo­że zdzia­łać uro­czy ko­tek Hel­lo Kit­ty al­bo lal­ki z Mon­ster Hi? Trze­ba po­wie­dzieć ja­sno: Nie ma do­brej ma­gii. Na­wet ta ma­gia z ba­jek jest w ja­kimś stop­niu nie­bez­piecz­na. Wpi­su­je ma­gię w za­kres za­in­te­re­so­wań dzie­ci, co mo­że w przy­szło­ści po­to­czyć się z bar­dzo złym kie­run­ku i skoń­czyć się na­wet tra­gicz­nie. Na roz­wój mo­gą wpły­wać tyl­ko i wy­łącz­nie źle. Nie przed­sta­wia­ją żad­nych istot­nych war­to­ści, a mo­del pięk­na przez nie pro­po­no­wa­ny jest co naj­mniej nie­wła­ści­wy dla mło­dych lu­dzi.

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Skąd się wzięły andrzejki?

Ma­my XXI wiek, nie wie­rzy­my już w za­bo­bo­ny, a więk­szo­ści ko­biet za­mąż­pój­ście nie spę­dza snu z po­wiek. Mi­mo to wciąż chęt­nie ba­wi­my się w an­drzej­ko­we wróż­by.

Sta­re, pol­skie przy­sło­wie mó­wi: „Na świę­te­go An­drze­ja bły­ska pan­nom na­dzie­ja”. Wi­gi­lia św. An­drze­ja, czy­li po­pu­lar­ne an­drzej­ki, to tra­dy­cyj­ny wie­czór wróżb.

Za­py­taj du­cha

Do Pol­ski an­drzej­ko­we wróż­by przy­wę­dro­wa­ły w XVI wie­ku. Zwy­czaj ten ma po­dob­no zwią­zek z przed­chrze­ści­jań­ski­mi ob­cho­da­mi ku czci zmar­łych. Wie­rzo­no, że w okre­sie póź­nej je­sie­ni du­sze zmar­łych mo­gły ła­twiej na­wią­zać kon­takt z ży­wy­mi ludź­mi. Du­chy błą­ka­ją­ce się po Zie­mi dzię­ki swej nad­przy­ro­dzo­nej mo­cy uchy­la­ły rąb­ka ta­jem­ni­cy zwią­za­nej z przy­szło­ścią.

foto_01-01_22-2013

Jak wró­żo­no kie­dyś?

Świę­ty An­drzej, opie­kun pa­nien na wy­da­niu, miał po­ma­gać w po­zna­niu imie­nia przy­szłe­go mę­ża, je­go po­cho­dze­nia i ma­jąt­ku. Dziew­czę­ta bo­ga­te i bied­ne, miesz­ka­ją­ce na wsiach i w mia­stach wie­rzy­ły, że wró­żąc w ten wie­czór, po­zna­ją swój los i za­pew­nią po­myśl­ność w mi­ło­ści. Ich po­my­sło­wość by­ła nie­wy­czer­pa­na: la­ły wosk na wo­dę przez dziur­kę od klu­cza, li­czy­ły szta­che­ty w pło­cie, usta­wia­ły bu­ty lub cho­wa­ły pod mi­ski róż­ne re­kwi­zy­ty, ma­ją­ce swo­je zna­cze­nie. Po­pu­lar­ną wróż­bą by­ło wrzu­ca­nie do wo­dy ku­lek z chle­ba z za­pi­sa­ny­mi na kar­tecz­kach imio­na­mi. W tej, któ­ra pierw­sza wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię, by­ło imię przy­szłe­go uko­cha­ne­go. Dziew­czę­ta uci­na­ły też ga­łąz­kę wi­śni, cze­re­śni lub bzu i wkła­da­ły do wo­dy. Ta, któ­rej ga­łąz­ka za­kwi­tła do świat Bo­że­go Na­ro­dze­nia, mia­ła szan­sę na za­mąż­pój­ście w naj­bliż­szym ro­ku.

A dzi­siaj?

Współ­cze­sne an­drzej­ko­we za­ba­wy utra­ci­ły swój tra­dy­cyj­ny cha­rak­ter. War­to jed­nak za­trzy­mać się nad daw­ny­mi zwy­cza­ja­mi, któ­re sta­no­wi­ły pe­wien ele­ment na­szej kul­tu­ry. Nie na­le­ży oczy­wi­ście po­pa­dać w prze­sa­dę i do wró­że­nia pod­cho­dzić z dy­stan­sem. An­drzej­ko­wy wie­czór to do­bra oka­zja do spę­dze­nia cza­su w ra­do­snej at­mos­fe­rze.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Nie lękajcie się!

Nie lę­kaj­cie się! Gdy pa­trzę na Was, mło­dych, od­czu­wam wiel­ką wdzięcz­ność i na­dzie­ję. Dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi w przy­szły wiek, za­le­ży od Was. Przy­szłość po­ko­ju znaj­du­je się w Wa­szych ser­cach. By móc bu­do­wać hi­sto­rię – a to le­ży w Wa­szych moż­li­wo­ściach i jest Wa­szym obo­wiąz­kiem – mu­si­cie wy­pro­wa­dzić ją z ma­now­ców, po któ­rych błą­dzi. Aże­by to uczy­nić, mu­si­cie być ludź­mi, któ­rzy głę­bo­ko za­ufa­li czło­wie­ko­wi i któ­rzy głę­bo­ko za­ufa­li wiel­ko­ści ludz­kie­go po­wo­ła­nia: po­wo­ła­nia, któ­re ma być wy­peł­nia­ne w du­chu po­sza­no­wa­nia praw­dy, god­no­ści i nie­na­ru­szal­no­ści praw oso­by ludz­kiej. Wa­ty­kan, 1984 r

Czło­wiek, któ­ry chce zro­zu­mieć sie­bie sa­me­go do koń­ca – mu­si ze swo­im nie­po­ko­jem, nie­pew­no­ścią, a tak­że sła­bo­ścią i grzesz­no­ścią, ze swo­im ży­ciem i śmier­cią, przy­bli­żyć się do Chry­stu­sa. En­cy­kli­ka „Re­demp­tor ho­mi­nis”, 1979 r.

Czło­wiek otrzy­mu­je od Bo­ga swą istot­ną god­ność, a wraz z nią zdol­ność wzno­sze­nia się po­nad wszel­ki po­rzą­dek spo­łecz­ny w dą­że­niu do praw­dy i do­bra. Jest on jed­nak rów­nież uwa­run­ko­wa­ny struk­tu­rą spo­łecz­ną, w któ­rej ży­je, otrzy­ma­nym wy­cho­wa­niem i śro­do­wi­skiem. En­cy­kli­ka „Cen­te­si­mus an­nus”, 1991 r.

Bądź­cie w tym świe­cie no­si­cie­la­mi wia­ry i na­dziei chrze­ści­jań­skiej, ży­jąc mi­ło­ścią na co dzień. Bądź­cie wier­ny­mi świad­ka­mi Chry­stu­sa zmar­twych­wsta­łe­go, nie co­faj­cie się ni­gdy przed prze­szko­da­mi, któ­re pię­trzą się na ścież­kach wa­sze­go ży­cia. Li­czę na wasz mło­dzień­czy za­pał i od­da­nie Chry­stu­so­wi. Po­znań, 1997 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Pra­gnie­nie, by żyć le­piej, nie jest ni­czym złym, ale błę­dem jest styl ży­cia, któ­ry wy­żej sta­wia dą­że­nie do te­go, by mieć ani­że­li być, i chce wię­cej mieć, nie po to, aby bar­dziej być, lecz by do­znać w ży­ciu naj­wię­cej przy­jem­no­ści.

En­cy­kli­ka „Cen­te­si­mus An­nus”, 1991 r.

Żyjcie z wiarą i prostotą

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Czy­ta­nia (…) za­chę­ca­ją nas do roz­wa­że­nia nie­któ­rych klu­czo­wych funk­cji ro­dzi­ny chrze­ści­jań­skiej.

Po pierw­sze: ro­dzi­na, któ­ra się mo­dli. Frag­ment Ewan­ge­lii uwy­pu­kla dwa spo­so­by mo­dli­twy: je­den fał­szy­wy – fa­ry­ze­usza – i dru­gi au­ten­tycz­ny – cel­ni­ka. (…)

Mo­dli­twa cel­ni­ka jest mo­dli­twą ubo­gie­go, mo­dli­twą mi­łą Bo­gu, pod­czas gdy mo­dli­twa fa­ry­ze­usza jest ob­cią­żo­na ba­la­stem próż­no­ści.

W świe­tle te­go sło­wa, chciał­bym was za­py­tać: Czy mo­dli­cie się nie­kie­dy ja­ko ro­dzi­na? Wie­lu mi po­wie: Jak to się ro­bi? Mo­dli­twa jest spra­wą oso­bi­stą, a po­za tym ni­gdy nie ma sto­sow­nej, spo­koj­nej chwi­li... Tak, to praw­da, ale jest rów­nież kwe­stia po­ko­ry, uzna­nia, że po­trze­bu­je­my Bo­ga, tak jak cel­nik! Po­trzeb­na jest pro­sto­ta! (…)

Dru­gie czy­ta­nie su­ge­ru­je nam in­ną kwe­stię: ro­dzi­na strze­że wia­ry. Apo­stoł Pa­weł u schył­ku swe­go ży­cia do­ko­nu­je za­sad­ni­cze­go bi­lan­su: „Wia­rę ustrzegłem”(2 Tm 4, 7). (…) Pa­weł ustrzegł wia­rę, bo tak jak ją otrzy­mał, tak też ją da­wał, idąc na pe­ry­fe­rie, nie oko­pu­jąc się w po­zy­cjach obron­nych.

Mo­że­my za­dać so­bie py­ta­nie: W ja­ki spo­sób strze­że­my na­szej wia­ry? Czy za­cho­wu­je­my ją dla nas, w na­szej ro­dzi­nie, ja­ko do­bro pry­wat­ne, czy też umie­my się nią dzie­lić po­przez świa­dec­two, go­ścin­ność, otwar­tość na in­nych? (…)

Ostat­ni aspekt czer­pie­my ze sło­wa Bo­że­go: ro­dzi­na prze­ży­wa­ją­ca ra­dość. W psal­mie re­spon­so­ryj­nym znaj­du­je­my na­stę­pu­ją­ce wy­ra­że­nie: „Niech sły­szą to po­kor­ni i niech się weselą”(Ps 33, 3). Ca­ły ten psalm jest hym­nem na cześć Pa­na – źró­dła ra­do­ści i po­ko­ju. (…)

Dro­gie ro­dzi­ny, do­brze o tym wie­cie: praw­dzi­wa ra­dość, ja­ką prze­ży­wa­my w ro­dzi­nie, nie jest czymś po­wierz­chow­nym (…). U pod­staw uczu­cia głę­bo­kiej ra­do­ści jest obec­ność Bo­ga w ro­dzi­nie, jest Je­go mi­łość go­ścin­na, mi­ło­sier­na, sza­nu­ją­ca każ­de­go. Tyl­ko Bóg umie z róż­nic two­rzyć har­mo­nię. (…) Dro­gie ro­dzi­ny, za­wsze żyj­cie z wia­rą i pro­sto­tą, jak Świę­ta Ro­dzi­na z Na­za­re­tu. Niech ra­dość i po­kój Pa­na bę­dą za­wsze z wa­mi!

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 27.10.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Te­mat te­go nu­me­ru „Dro­giˮ przy­wo­łał wie­le in­for­ma­cji za­pi­sa­nych w mo­jej pa­mię­ci. Wśród nich są dwa przy­sło­wia:

Cu­dze chwa­li­cie, swe­go nie zna­cie” i „Cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła”. Krót­kie wy­ja­śnie­nie: je­den ze znaw­ców pod­czas swo­ich wy­kła­dów (zwy­kłe sa­le nie miesz­czą chęt­nych) mó­wi wy­raź­nie, że wszyst­ko, co nas fa­scy­nu­je w ob­cych du­cho­wo­ściach, jest obec­ne w du­cho­wo­ści zna­nej Ko­ścio­ło­wi, cza­sem tyl­ko tro­chę ina­czej to na­zy­wa­my. A co do tej cie­ka­wo­ści, to jest w czło­wie­ku do­bra cie­ka­wość po­znaw­cza, któ­ra od­kryw­ców pcha na no­we lą­dy, na­ukow­com ka­że no­ca­mi sie­dzieć w la­bo­ra­to­riach i nad kart­ka­mi peł­nych nie­zro­zu­mia­łych dla nas wzo­rów i wy­kre­sów. Ale jest też cie­ka­wość te­go, co ta­jem­ni­cze, nie­zna­ne, a cza­sem na­wet za­ka­za­ne. Tu czło­wiek roz­trop­ny po­wi­nien do­brze się za­sta­no­wić, uważ­nie po­słu­chać. Gdy usły­szy­my, że ktoś kil­ka lat mu­siał cho­dzić na eg­zor­cy­zmy, aby uwol­nić się od złe­go du­cha, to mo­że za­trzy­ma­my się przed wzię­ciem do rę­ki wa­ha­deł­ka czy przed sko­rzy­sta­niem z usług bio­ener­go­te­ra­peu­ty. Gdy ja­kaś zna­na oso­ba ujaw­ni cier­pie­nia, ja­kie prze­ży­wa­ła w sek­cie, w któ­rej by­ła ma­ni­pu­lo­wa­na, a cza­sem na­wet wy­ko­rzy­sty­wa­na na róż­ne spo­so­by, to zre­zy­gnu­je­my z za­pro­sze­nia ja­kiejś po­god­nej pa­ry, któ­ra wrę­czy­ła nam ulot­kę in­for­mu­ją­cą o spo­tka­niach, pod­czas któ­rych moż­na do­znać praw­dzi­wej wol­no­ści du­cha, wręcz unie­sie­nia się po­nad tro­ski tej zie­mi.

Pa­mię­tam też, że „na­sza oj­czy­zna jest w nie­bie” (Flp 3, 20), i że pe­wien zna­ny na­uko­wiec, dok­tor che­mii, gdy opo­wia­dał o swej bo­le­snej przy­go­dzie z hin­du­izmem, po­wie­dział: „Pod­czas tych głę­bo­kich do­świad­czeń, w sta­nie nir­wa­ny tę­sk­ni­łem za związ­kiem szcze­gól­ne­go speł­nie­nia, któ­ry na­zy­wa­my mi­ło­ścią”, a po­tem, już po po­wro­cie do Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, na­pi­sał: „Ro­dzi­łem się, a Bóg nie ka­zał mi zni­kać, prze­ciw­nie, przy­cho­dził do mnie, abym się na­ro­dził ja­ko oso­ba. Bo to, że je­stem oso­bą jest mi da­ne, abym mógł ko­chać” (o. Ja­cqu­es Ver­lin­de).

Po­ru­szę jesz­cze spra­wę nie­co wsty­dli­wą. Mia­no­wi­cie bar­dzo wie­lu lu­dzi szu­ka ja­kie­goś do­zna­nia du­cho­we­go… z le­ni­stwa. Chy­ba każ­dy z nas wie z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że nie ma więk­szej ra­do­ści, gdy coś w so­bie – przy po­mo­cy ła­ski Bo­żej – zwy­cię­ży­my, gdy zła­mie­my ja­kąś nie­chęć, gdy wy­pra­cu­je­my do­bry na­wyk. Ale do te­go trze­ba się na­pra­co­wać. Tym­cza­sem przy po­mo­cy ja­kiejś sub­stan­cji che­micz­nej mo­że­my osią­gnąć stan bło­go­ści. Tyl­ko że na krót­ko, na bar­dzo krót­ko. Po­dob­nie sto­su­jąc ja­kąś tech­ni­kę od­dy­cha­nia czy ćwi­czeń, mo­że­my coś mi­łe­go po­czuć, i do­pie­ro po ja­kimś cza­sie orien­tu­je­my się, że to nas nie za­spo­ka­ja, nie da­je praw­dzi­wej wol­no­ści.

Obec­ny nu­mer „Dro­giˮ przy­go­to­wa­li­śmy po to, by ostrzec Was przed wcho­dze­niem w rze­czy­wi­stość, któ­ra sta­je się ba­gnem al­bo la­bi­ryn­tem.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski