4 ważne sprawy

Kie­dy chło­pak i dziew­czy­na za­czy­na­ją ze so­bą cho­dzić, za­sta­na­wia­ją się nie­raz, czy ich re­la­cja ma szan­se na przy­szłość? A mo­że to już ta naj­waż­niej­sza?

Kie­dyś w Lanc­ko­ro­nie pod Kra­ko­wem od­by­wa­ły się week­en­dy pt. „Jak cho­dzić ze so­bą”. Pro­wa­dzi­li je pp. Dem­scy. W cza­sie jed­nej z kon­fe­ren­cji mó­wi­li o czyn­ni­kach, któ­re wpły­wa­ją po­zy­tyw­nie na trwa­łość i ja­kość związ­ku. Te waż­ne spra­wy są jak 4 ko­lum­ny pod­trzy­mu­ją­ce dom. Oto one, plus mo­je re­flek­sje:

1.      Wspól­ne war­to­ści. Aby wspól­nie bu­do­wać, do­brze jest zga­dzać się co do te­go, na czym opie­ra­my na­sze ży­cie. Wy­zna­jesz, że Je­zus Chry­stus jest Pa­nem two­je­go ży­cia? Wie­rzysz, że to Bóg was stwo­rzył? Że jest daw­cą ży­cia, dla­te­go na­le­ży je chro­nić od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmier­ci? Uzna­jesz nie­ro­ze­rwal­ność mał­żeń­stwa? Na­sze de­cy­zje i czy­ny za­le­żą od te­go, co my­śli­my. Np. ktoś, kto kwe­stio­nu­je nie­ro­ze­rwal­ność mał­żeń­stwa, w mo­men­cie kry­zy­su ła­twiej do­pu­ści do sie­bie ta­kie my­śli: „Uło­żę so­bie ży­cie na no­wo” al­bo „Gdy­bym za­czął jesz­cze raz, nie po­peł­nił­bym ta­kich błę­dów”. A to ma re­al­ny wpływ na po­dej­ście tej oso­by do roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tu czy prób po­ro­zu­mie­nia. Cza­sem na­wet so­bie nie uświa­da­mia­my, ja­kie prze­ko­na­nia sto­ją za po­szcze­gól­ny­mi wy­bo­ra­mi. Dla­te­go war­to so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nia o war­to­ści, po­roz­ma­wiać o tym z chło­pa­kiem, dziew­czy­ną. Po to, aby mieć ja­sność, czy jest wspól­ny fun­da­ment.

foto_01-03_20-2013

2.      Ra­dość z by­cia ra­zem, wspól­na pa­sja. Cho­dzi tu o czas spę­dzo­ny ra­zem i o je­go ja­kość. I o to, by oprócz te­go, że się ko­cha, tak­że się lu­bić. Oprócz te­go, że ko­cham mo­je­go mę­ża, bar­dzo lu­bię zwy­czaj­nie z nim być. Śmie­szą mnie je­go żar­ty. Uwiel­biam roz­mo­wy z nim, gdy czas po­zwa­la, po­tra­fi­my ga­dać go­dzi­na­mi. Oprócz te­go w po­dob­ny spo­sób lu­bi­my spę­dzać czas, lu­bi­my po­dró­że, wy­ciecz­ki w gó­ry czy na ka­ja­ki. Każ­de z nas ma też swo­je wła­sne hob­by, któ­re­go dru­ga stro­na nie po­dzie­la. Nie jest jed­nak tak, że ży­je­my w dwóch róż­nych świa­tach. To bar­dzo waż­ne, bo gdy po­ja­wia się pra­ca, dzie­ci, obo­wiąz­ki w do­mu, brak choć­by jed­ne­go wspól­ne­go spo­so­bu spę­dza­nia wol­ne­go cza­su mo­że spra­wić, że mał­żon­ko­wie za­czną się mi­jać. Po czym od­kry­ją, że oprócz wspól­nej od­po­wie­dzial­no­ści nie­wie­le ich łą­czy.

3.      Umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów. Czy za­mia­tasz ura­zy pod dy­wan, czy gło­śno się kłó­cisz o każ­dy dro­biazg? Ob­ra­żasz się na wie­ki, czy chcesz wy­ja­śniać wszyst­ko od ra­zu? Chcesz po­znać zda­nie dru­giej stro­ny, czy prze­for­so­wać wła­sne? Za­le­ży ci na zna­le­zie­niu roz­wią­za­nia, czy na udo­wod­nie­niu swo­jej ra­cji, choć­by to mia­ło zra­nić dru­gą oso­bę? Na­wet je­śli na po­cząt­ku wszyst­ko ukła­da się ide­al­nie, w koń­cu kon­flik­ty się po­ja­wią, bo gdzie jest dwo­je lu­dzi, tam prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie na jaw róż­ni­ca zdań, po­trzeb. A od umie­jęt­no­ści i chę­ci szu­ka­nia roz­wią­za­nia za­le­ży w związ­ku bar­dzo du­żo. Dla­te­go, je­śli czu­je­cie, że nie po­tra­fi­cie roz­wią­zy­wać kon­flik­tów, to czy­taj­cie, py­taj­cie, uczcie się ko­mu­ni­ko­wać w ję­zy­ku oso­bi­stym („ja czu­ję…, bo po­trze­bu­ję…” za­miast wza­jem­nych oskar­żeń) – wszyst­ko po to, by wy­pra­co­wać naj­lep­szy dla was spo­sób roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów.

4.      Che­mia. To, co spra­wia, że wła­śnie ta oso­ba przy­cią­ga nas bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek in­na. Że sta­je się dla nas ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wa. Że uno­si­my się 2 cm nad zie­mią, ma­my mo­ty­le w brzu­chu, za­ko­chu­je­my się. Che­mia jest bar­dzo waż­na i też świad­czy o tym, że ma­my szan­se na wspa­nia­łą re­la­cję. Pi­szę o niej na koń­cu nie dla­te­go, że jest naj­mniej waż­na. Prze­ciw­nie, dziś czę­sto jest je­dy­nym po­wo­dem, by z kimś być. Mój nr 4 zna­czy: che­mia jest bar­dzo waż­na – ja­ko je­den z czte­rech czyn­ni­ków, któ­re zwięk­sza­ją szan­sę na do­bry zwią­zek.

 

Mag­da­le­na Urlich

 

Temperamenty i pokora

Ostat­nio za­po­zna­wa­li­śmy się z tem­pe­ra­men­ta­mi we­dług kla­sycz­nej ty­po­lo­gii. Oczy­wi­ście ist­nie­ją in­ne ty­po­lo­gie, gdzie znaj­dzie­my nie­co in­ny po­dział. Ktoś spy­ta: „Prze­cież lu­dzi jest tak wie­lu, jak więc moż­na po­dzie­lić ich tyl­ko na czte­ry czy na­wet osiem róż­nych ty­pów?”. Otóż oczy­wi­stą rze­czą jest to, że bę­dą róż­ne mie­szan­ki tem­pe­ra­men­tów z do­mi­na­cją jed­ne­go (czy­li więk­szą ilo­ścią cech jed­ne­go z tem­pe­ra­men­tów). Na przy­kład ma­my są­sia­da cho­le­ry­ka, któ­ry pod­czas ze­brań miesz­kań­ców do każ­dej pro­po­zy­cji jest za­wsze na­sta­wio­ny ne­ga­tyw­nie i wal­czy tak za­pal­czy­wie jak foks­te­rier. Lu­dzie bo­ją się je­go emo­cji i wy­bu­cho­wych re­ak­cji, on na­to­miast bar­dzo szyb­ko za­po­mi­na o tym, co by­ło. Znam in­ne­go cho­le­ry­ka – w mo­jej ro­dzi­nie, o któ­rym zna­jo­mi mó­wią, że to nie­moż­li­we, aby miał wła­śnie ta­ki tem­pe­ra­ment. On na­to­miast mó­wi o so­bie, że jest „wy­cho­wa­ny­mˮ cho­le­ry­kiem. Są w Ewan­ge­lii sło­wa, któ­re da­ją świa­tło rów­nież na spra­wę po­zna­wa­nia sie­bie: „Bo któż w was, chcąc zbu­do­wać wie­żę, nie usią­dzie wpierw i nie ob­li­cza wy­dat­ków, czy ma na wy­koń­cze­nie? (Łk 14, 28).

foto_01-02_20-2013

Otóż ma­my w so­bie po­da­ro­wa­ne przez Pa­na Bo­ga pew­ne wro­dzo­ne dys­po­zy­cje. Jest to ogrom­ne bo­gac­two. Trze­ba je ko­niecz­nie po­znać, dzię­ko­wać za nie i wy­ko­rzy­stać w ży­ciu, by le­piej ko­chać in­nych, by le­piej słu­żyć. Tak czę­sto sły­szy­my sło­wa o ko­niecz­no­ści po­sia­da­nia po­ko­ry, aby móc praw­dzi­wie ko­chać. Po­ko­ra jest umie­jęt­no­ścią sta­wa­nia w praw­dzie wo­bec sie­bie, Bo­ga i in­nych lu­dzi. Jed­nym z istot­nych ele­men­tów po­zna­nia sie­bie jest wła­śnie od­kry­cie swo­je­go tem­pe­ra­men­tu – je­go sła­bych i moc­nych stron. A oto kon­kret­ne przy­kła­dy. Zdol­no­ści or­ga­ni­za­cyj­ne cho­le­ry­ka i je­go szyb­ka mo­bi­li­za­cja do dzia­ła­nia two­rzy fun­da­ment do speł­nia­nia wie­lu za­wo­dów, gdzie trze­ba po­kie­ro­wać in­ny­mi. Po­wierz­chow­ność cho­le­ry­ka i mniej­sza zdol­ność do em­pa­tii (szyb­ko za­po­mi­na „emo­cjo­nal­nie” o sy­tu­acji i jej zbyt głę­bo­ko nie prze­my­śli) są te­re­nem pra­cy nad so­bą. Cho­le­ry­cy po­tra­fią jak no­so­roż­ce po­ra­nić wraż­li­wość in­nych osób i na­wet te­go nie za­uwa­żyć. Głę­bo­ko prze­ży­wa­ją­cy rze­czy­wi­stość me­lan­cho­lik, na­sta­wio­ny do we­wnątrz, nie lu­bią­cy pu­blicz­nych wy­stą­pień mo­że być świet­nym na­ukow­cem, pi­sa­rzem, my­śli­cie­lem. Mu­si jed­nak żyć w re­la­cji z Pa­nem Bo­giem, że­by osią­gnąć peł­nię swo­je­go czło­wie­czeń­stwa, nie po­pa­dać w de­pre­sje, czy skłon­ność do zbyt­niej skru­pu­lat­no­ści. Fleg­ma­tyk wy­da­je się spo­koj­nym my­śli­cie­lem, ale za tym mo­że kryć się pust­ka, le­ni­stwo, skłon­ność do do­ga­dza­nia so­bie, zmy­sło­wość, trzy­ma­nie głę­bo­ko w so­bie ura­zów do in­nych. Do­brą stro­ną jest kon­se­kwen­cja w dzia­ła­niu, do­kład­ność, sta­bil­ność emo­cjo­nal­na. Wresz­cie san­gwi­nik, któ­ry już od dziec­ka mo­że my­lić swo­im wdzię­kiem i to­wa­rzy­sko­ścią, ale mu­szą naj­pierw je­go ro­dzi­ce, a po­tem on sam zwró­cić uwa­gę na próż­ność, ga­da­tli­wość, nie­kon­se­kwen­cję w dzia­ła­niu, brak prze­wi­dy­wa­nia, nie­wy­trwa­łość w pra­cy, bo­ga­tą i zmien­ną uczu­cio­wość, któ­ra do­mi­nu­je nad ro­zu­mem i wo­lą. Zda­jąc so­bie spra­wę z te­go, ja­ką ewan­ge­licz­ną „gle­bą” je­ste­śmy, mo­że­my roz­wi­jać na­sze za­le­ty, a ni­we­lo­wać roz­wi­ja­ją­ce się na ba­zie da­ne­go tem­pe­ra­men­tu wa­dy. Zna­jąc zaś na­sze moc­ne stro­ny, ła­twiej nam ro­ze­znać, w ja­kim kie­run­ku ma­my iść w ży­ciu i jak le­piej słu­żyć in­nym.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Czarne karty Kościoła?

Wie­le wy­da­rzeń z hi­sto­rii Ko­ścio­ła po­kry­ło się w cią­gu wie­ków gru­bą war­stwą po­mó­wień i ne­ga­tyw­nych sko­ja­rzeń: in­kwi­zy­cja, ska­za­nie Ga­li­le­usza... W po­wszech­nym prze­ko­na­niu są nie do obro­ny i na­wet ka­to­li­cy uzna­ją je za wsty­dli­we.

Czę­sto po­wta­rza­my fan­ta­zje nie ma­ją­ce nic wspól­ne­go z praw­dą, an­ty­ka­to­lic­kie za­fał­szo­wa­nia z cza­sów pro­pa­gan­dy pro­te­stanc­kiej lub wy­ję­te z kon­tek­stu przy­kła­dy. Tym­cza­sem to zna­jo­mość tła hi­sto­rycz­ne­go umoż­li­wia zro­zu­mie­nie fak­tów.

Po­trze­ba try­bu­na­łów

Ba­zu­jąc na obie­go­wej opi­nii o „zbrod­ni­czej in­kwi­zy­cji”, nie zro­zu­mie­my, dla­cze­go prze­stęp­cy wo­le­li tra­fić do niej niż pod sąd świec­ki. In­kwi­zy­cja po­wsta­ła w od­po­wie­dzi na po­trze­bę spo­łecz­ną. W XI i XII w. he­re­zje bu­rzy­ły ład spo­łecz­ny, dla­te­go czę­sto do­cho­dzi­ło do sa­mo­są­dów i ca­łych po­gro­mów na po­dej­rza­nych, a tak­że nad­użyć wła­dzy świec­kiej, bez­li­to­śnie zwal­cza­ją­cej wi­chrzy­cie­li (np. ka­ta­rów po­sy­ła­ła na stos bez są­du i pra­wa obro­ny).

Nie­je­den bi­skup prze­ciw­sta­wiał się tym ak­tom prze­mo­cy, ale sku­tecz­nie za­po­bie­gły im do­pie­ro nie­za­leż­ne od lo­kal­nej wła­dzy try­bu­na­ły in­kwi­zy­cyj­ne, wpro­wa­dza­ją­ce w ich miej­sce sko­dy­fi­ko­wa­ne pro­ce­sy opar­te na pra­wie sta­no­wio­nym. Wy­ro­ki zo­bo­wią­zy­wa­ły naj­czę­ściej do okre­ślo­nej po­ku­ty, np. piel­grzym­ki. Tyl­ko 1–5% ska­zań­ców – upar­tych he­re­ty­ków i groź­nych kry­mi­na­li­stów – prze­ka­zy­wa­no od 1215 r. wła­dzy świec­kiej, któ­ra wy­da­wa­ła wy­rok śmier­ci.

foto_01-01_20-2013

No­wa­tor­skie pro­ce­sy są­do­we

Świę­ta In­kwi­zy­cja by­ła czę­sto ostat­nią de­ską ra­tun­ku dla nie­słusz­nie i słusz­nie oskar­żo­nych, a na­wet dla po­spo­li­tych prze­stęp­ców. Bez In­kwi­zy­cji by­li­by po­zba­wie­ni licz­nych no­wa­tor­skich praw: do obroń­cy z urzę­du, do zwol­nie­nia za po­rę­cze­niem z aresz­tu do­mo­we­go, do spo­rzą­dze­nia li­sty swo­ich śmier­tel­nych wro­gów (ich ze­zna­nia nie mo­gły sta­no­wić do­wo­du w spra­wie), do po­wo­ła­nia wła­snych świad­ków, do sta­wia­nia wła­snych za­rzu­tów, do po­mo­cy nie­za­leż­nych praw­ni­ków, do wglą­du w ak­ta spra­wy, a na­wet do od­wo­ła­nia się do Sto­li­cy Apo­stol­skiej (z proś­bą o zmia­nę wro­gie­go sę­dzie­go).

Są­dy in­kwi­zy­cyj­ne wpro­wa­dzi­ły po­nad­to po­ję­cia do­mnie­ma­nej nie­win­no­ści i oko­licz­no­ści ła­go­dzą­cych. Zli­kwi­do­wa­ły wię­zie­nia ko­edu­ka­cyj­ne. Prze­wi­dy­wa­ły rów­nież ła­go­dze­nie wy­ro­ków i skra­ca­ją­ce je amne­stie. Znacz­nie ogra­ni­czy­ły ro­lę tor­tur w do­cho­dze­niu. W tym sa­mym cza­sie pra­wo­daw­stwo świec­kie, opar­te na rzym­skim, sto­so­wa­ło je nie­mal przy każ­dym wy­kro­cze­niu, a ja­ko ka­rę prze­wi­dy­wa­ło ob­cię­cie uszu lub koń­czyn za kra­dzież, a ję­zy­ka za nie­praw­dzi­we ze­zna­nie, na­to­miast spa­le­nie na sto­sie za fał­szo­wa­nie mo­net lub wła­ma­nie.

Fa­scy­na­cja dzie­łem stwo­rze­nia

Ste­reo­typ Ko­ścio­ła sprze­ci­wia­ją­ce­go się na­uce jest wciąż bar­dzo moc­ny – wbrew fak­tom. O chrze­ści­jań­stwie Man­fred Lütz na­pi­sał, że ja­ko pierw­sza re­li­gia „wspie­ra­ło sys­te­ma­tycz­ne, po­ję­cio­we i tech­nicz­ne uj­mo­wa­nie świa­ta”. Oj­co­wie Ko­ścio­ła by­li zgod­ni, że ist­nie­ją dwie księ­gi po­zna­nia: Pi­smo Świę­te i księ­ga na­tu­ry.

Ko­ściół stoi na sta­no­wi­sku, że na­uka nie mo­że za­gro­zić wie­rze, bo zaj­mu­je się czymś in­nym. Wy­ja­śnia, jak za­cho­dzą pew­ne pro­ce­sy, ale nie po­da­je naj­waż­niej­szej od­po­wie­dzi – dla­cze­go. Kie­dy na­ukow­cy pre­ten­du­ją do wszech­wie­dzy, Ko­ściół przy­po­mi­na o głęb­szym po­zna­niu rze­czy­wi­sto­ści, któ­re wy­my­ka się na­uce.

Ra­to­wa­nie do­rob­ku po­gan

Chrze­ści­jań­stwo za­pew­ni­ło cią­głość kul­tu­ro­wą w okre­sie upad­ku cy­wi­li­za­cji an­tycz­nej. Skryp­to­ria klasz­tor­ne by­ły je­dy­nym miej­scem, w któ­rym od VI w. ko­pio­wa­no i tłu­ma­czo­no sta­ro­żyt­ne księ­gi, se­lek­cjo­nu­jąc i po­rząd­ku­jąc wie­dzę. Sta­ra­no się po­go­dzić ze so­bą do­ro­bek my­śli sta­ro­żyt­nej i chrze­ści­jań­skiej. Pierw­szą pró­bę ze­bra­nia tej wie­dzy w jed­nej en­cy­klo­pe­dii pod­jął ok. 630 r. św. Izy­dor z Se­wil­li.

Nie jest praw­dą obie­go­wa opi­nia o Ko­ście­le, że „na­uczał, że Zie­mia jest pła­ska”. Ary­sto­te­les, któ­ry opi­sy­wał ją ja­ko ku­lę, trak­to­wa­ny był z wiel­kim re­spek­tem. Je­go twier­dze­nia prze­ka­za­li da­lej św. Izy­dor i św. Be­da Czci­god­ny, a świa­do­mość ta roz­po­wszech­nia­ła się wraz z chry­stia­ni­za­cją.

Wspar­cie dla ba­dań

Roz­wój na­uk ści­słych nie zo­stał za­ha­mo­wa­ny przez do­mi­na­cję chrze­ści­jań­stwa. Ży­ją­cy na prze­ło­mie ty­siąc­le­ci pa­pież Syl­we­ster II wspie­rał stu­dia nad arab­ską i an­tycz­ną aryt­me­ty­ką, ma­te­ma­ty­ką oraz astro­no­mią. Spro­wa­dził do Eu­ro­py li­czy­dło i astro­la­bium oraz roz­po­wszech­nił cy­fry arab­skie.

Nie­zwy­kle wszech­stron­ny na­uko­wiec ży­ją­cy w XIII w., św. Al­bert Wiel­ki, wy­zna­wał ja­ko za­sa­dę ko­niecz­ność eks­pe­ry­men­tu w swo­ich ba­da­niach przy­rod­ni­czych.

Od­rzu­ce­nie na­ukow­ców?

Mi­ko­łaj Ko­per­nik był du­chow­nym, któ­ry za­de­dy­ko­wał swo­je dzie­ło z 1534 r. „O ob­ro­tach sfer nie­bie­skich” pa­pie­żo­wi Paw­ło­wi III, wiel­bi­cie­lo­wi astro­no­mii. Teo­ria he­lio­cen­trycz­na w krę­gach ka­to­lic­kich spo­tka­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem, ale rów­nież z nie­po­ko­jem.

Naj­wy­bit­niej­si astro­no­mo­wie epo­ki opo­wia­da­li się za sys­te­mem Pto­le­me­usza. Uzna­no, że teo­ria Ko­per­ni­ka nie jest do­sta­tecz­nie udo­wod­nio­na i mo­że być trak­to­wa­na tyl­ko ja­ko hi­po­te­za. W związ­ku z tym po­zy­cja zo­sta­ła wcią­gnię­ta na In­deks Ksiąg Za­ka­za­nych „do cza­su wpro­wa­dze­nia po­pra­wek”. War­to pa­mię­tać, że na­ukow­cy ko­rzy­sta­li z pa­tro­na­tu Ko­ścio­ła. Miał więc pra­wo roz­li­czać ich do­ko­na­nia z rze­tel­no­ści na­uko­wej.

Omyl­ność ce­chą ludz­ką

W mię­dzy­cza­sie teo­rię he­lio­cen­trycz­ną po­parł Ga­li­le­usz i przed­sta­wił w swo­jej pu­bli­ka­cji ja­ko udo­wod­nio­ną. Z te­go po­wo­du zo­stał we­zwa­ny w 1633 r. do Rzy­mu, aby wy­tłu­ma­czyć swo­je po­stę­po­wa­nie. Człon­ko­wie ko­mi­sji eg­za­mi­no­wa­li je­go książ­kę nie tyl­ko pod ką­tem wia­ry, ale tak­że na­uki. Bro­niąc się, Ga­li­le­usz ja­ko je­dy­ny ar­gu­ment przy­to­czył ry­zy­kow­ną te­zę, ja­ko­by przy­pły­wy i od­pły­wy mo­rza by­ły efek­tem ru­chu Zie­mi. In­kwi­zy­to­rzy wie­dzie­li, że jest to efekt przy­cią­ga­nia Księ­ży­ca. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że teo­ria he­lio­cen­trycz­na jest bzdu­rą. Do­pie­ro po stu la­tach, w wy­ni­ku dłu­go­trwa­łych ob­ser­wa­cji astro­no­micz­nych, po­ja­wi­ły pierw­sze do­wo­dy na ruch Zie­mi.

W wy­ni­ku pro­ce­su Ga­li­le­usz zo­stał ska­za­ny na od­ma­wia­nie przez trzy la­ta sied­miu psal­mów raz w ty­go­dniu. Nie­ko­rzyst­ny efekt roz­pra­wy nie zra­ził go ani do Ko­ścio­ła, ani do wia­ry ka­to­lic­kiej – do koń­ca ży­cia od­ma­wiał za­da­ne mu ja­ko po­ku­tę mo­dli­twy, chlu­bił się swo­ją pra­wo­wier­no­ścią, a je­go ostat­nim sło­wem na ło­żu śmier­ci by­ło imię Je­zu­sa.

Świa­tło ro­zu­mu a świa­tło wia­ry

W tym sa­mym cza­sie po­wsta­ło wa­ty­kań­skie ob­ser­wa­to­rium astro­no­micz­ne, kie­ro­wa­ne przez za­kon je­zu­itów i do dziś uwa­ża­ne za jed­no z naj­lep­szych na świe­cie. Kie­dy Ga­li­le­usz twier­dził, że za­ob­ser­wo­wa­na ko­me­ta to złu­dze­nie optycz­ne, je­zu­ici utrzy­my­wa­li, że to rze­czy­wi­ście ist­nie­ją­ce cia­ło nie­bie­skie.

Wła­śnie te­mu za­ko­no­wi by­wa­ją przy­pi­sy­wa­ne naj­więk­sze za­słu­gi dla na­uki w XVIII w. W tym sa­mym cza­sie dla nie­któ­rych my­śli­cie­li wia­ra chrze­ści­jań­ska prze­sta­ła być świa­tłem, a za­czę­ła być ciem­no­tą, sta­wia­ją­cą opór świa­tłu ro­zu­mu. Fak­ty prze­czą ich wi­zji.

Żar­li­wy­mi ka­to­li­ka­mi by­li m.in.: wy­bit­ny ma­te­ma­tyk i wy­na­laz­ca kal­ku­la­to­ra Bla­ise Pas­cal, przy­rod­nik i twór­ca teo­rii ewo­lu­cji Je­an-Bap­ti­ste La­marck, che­mik i pre­kur­sor mi­kro­bio­lo­gii Lo­uis Pa­steur. Twór­cą pierw­sze­go sil­ni­ka elek­trycz­ne­go był be­ne­dyk­tyn, An­drew Gor­don. Za oj­ca ge­ne­ty­ki uwa­ża­ny jest au­gu­stia­nin, Gre­gor Men­del. Teo­ria Wiel­kie­go Wy­bu­chu zo­sta­ła po raz pierw­szy sfor­mu­ło­wa­na przez je­zu­itę, księ­dza Geo­r­ge­sa Le­ma­ître­’a.

Ostroż­na oce­na, wy­trwa­ła pra­ca

Ko­ściół jest kry­ty­ko­wa­ny za dy­stans, z ja­kim trak­tu­je re­wo­lu­cyj­ne po­glą­dy. Rze­czy­wi­ście, za­nim zde­cy­du­je się je uznać, po­tra­fi cier­pli­wie cze­kać na ich we­ry­fi­ka­cję ca­łe dzie­się­cio­le­cia. Ta po­sta­wa jest jed­nak lep­sza niż po­chop­ne udzie­la­nie po­par­cia każ­dej mod­nej teo­rii bez pa­trze­nia na kon­se­kwen­cje. A te mo­gą być opła­ka­ne: wła­śnie aro­ganc­kie­mu, do­gma­tycz­ne­mu scjen­ty­zmo­wi za­wdzię­cza­my śmier­tel­ne żni­wo an­ty­chrze­ści­jań­skich ide­olo­gii w XX w.

WIĘCEJ:

Vit­to­rio Mes­so­ri, „Czar­ne kar­ty Ko­ścio­ła”

Re­gi­ne Per­no­ud, „Ina­czej o śre­dnio­wie­czu”

Ro­man Ko­nik, „W obro­nie Świę­tej In­kwi­zy­cji”

Chri­sti­ne Cald­well Ames, „In­kwi­zy­cja i bra­cia św. Do­mi­ni­ka. Słusz­ne prze­śla­do­wa­nia”

Sła­wo­mir Za­tward­nic­ki, „Ka­to­lic­ki po­moc­nik to­wa­rzy­ski, czy­li jak po­je­dyn­ko­wać się z ate­istą”

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Szukajcie tej prawdy tam, gdzie ona rzeczywiście się znajduje!

Chry­stus. To On czy­ta wam w ser­cach de­cy­zje naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne, któ­re in­ne chcie­li­by przy­tłu­mić. To Je­zus wzbu­dza w was pra­gnie­nie, by­ście uczy­ni­li ze swo­je­go ży­cia coś wiel­kie­go. Bu­dzi w was wo­lę pój­ścia za ide­ałem. Skła­nia do te­go, by­ście nie da­li się po­chło­nąć prze­cięt­no­ści”. Roz­wa­ża­nie Ja­na Paw­ła II pod­czas Czu­wa­nia Mo­dli­tew­ne­go w Tor Ver­ga­ta, ŚDM Rzym, 19 sierp­nia 2000 r.

Szu­kaj­cie tej praw­dy tam, gdzie ona rze­czy­wi­ście się znaj­du­je! Je­śli trze­ba, bądź­cie zde­cy­do­wa­ni iść pod prąd obie­go­wych po­glą­dów i roz­pro­pa­go­wa­nych ha­seł! Nie lę­kaj­cie się Mi­ło­ści, któ­ra sta­wia czło­wie­ko­wi wy­ma­ga­nia. Te wy­ma­ga­nia – tak jak znaj­du­je­cie je w sta­łym na­ucza­niu Ko­ścio­ła – wła­śnie są zdol­ne uczy­nić Wa­szą mi­łość – praw­dzi­wą mi­ło­ścią”. Pa­ra­ti Sem­per. List do mło­dych ca­łe­go świa­ta, 10.

Nie daj­cie się oma­mić fał­szy­wym war­to­ściom i oszu­kań­czym slo­ga­nom, zwłasz­cza mó­wią­cym o wol­no­ści. Praw­dzi­wa wol­ność jest wspa­nia­łym da­rem Bo­żym (…). Kie­dy jed­nak wol­ność zo­sta­je od­dzie­lo­na od praw­dy, lu­dzie tra­cą dro­go­wskaz mo­ral­ny i za­czy­na­ją się kru­szyć sa­me fun­da­men­ty spo­łe­czeń­stwa. Wol­ność nie po­le­ga na tym, że mo­że­my ro­bić wszyst­ko, co chce­my i kie­dy chce­my. Wol­ność jest ra­czej zdol­no­ścią prze­ży­wa­nia w spo­sób od­po­wie­dzial­ny praw­dy o na­szej re­la­cji z Bo­giem i z in­ny­mi ludź­mi”. Nad­szedł czas, aby za­bły­sło wa­sze świa­tło, s. 34.

Bądź­cie moc­ni! Wiem do­brze, jak trud­na jest obec­nie sy­tu­acja mło­dych (…). Trud­no jest żyć we­dług wy­ma­gań su­mie­nia w ta­kim śro­do­wi­sku! Dla­te­go mó­wię wam: bądź­cie moc­ni! Od­waż­nie i cier­pli­wie sta­wiaj­cie czo­ło nie­do­stat­kom po­wo­do­wa­nym przez obec­ne prze­mia­ny spo­łecz­ne”. Spo­tka­nie z mło­dzie­żą w Bu­da­pesz­cie, 19 sierp­nia 1991 r.

 

bł. Jan Pa­weł II

 

Chwalmy Pana

Ewan­ge­lia (…) przed­sta­wia je­den z tych epi­zo­dów ży­cia Chry­stu­sa, któ­re (…) za­wie­ra­ją głę­bo­kie zna­cze­nie (por. Mk 9, 38–41). Cho­dzi o to, że pe­wien czło­wiek, któ­ry nie na­le­żał do gro­na uczniów Je­zu­sa, wy­rzu­cał de­mo­ny w Je­go imię. Apo­stoł Jan (…) chciał­by mu te­go za­bro­nić, ale Je­zus na to nie po­zwa­la, co wię­cej, wy­ko­rzy­stu­je tę oka­zję, aby po­uczyć swo­ich uczniów, że Bóg mo­że do­ko­ny­wać rze­czy do­brych, na­wet cu­dow­nych, tak­że po­za ich krę­giem i że moż­na współ­pra­co­wać na rzecz Kró­le­stwa Bo­że­go w róż­ny spo­sób, rów­nież po­da­jąc mi­sjo­na­rzo­wi po pro­stu szklan­kę wo­dy (w. 41). Na ten te­mat pi­sze św. Au­gu­styn: „Tak jak w ka­to­li­cy­zmie – to zna­czy w Ko­ście­le – moż­na zna­leźć to, co nie ka­to­lic­kie, tak po­za ka­to­li­cy­zmem mo­że ist­nieć coś ka­to­lic­kie­goˮ. (…) Dla­te­go człon­ko­wie Ko­ścio­ła, nie po­win­ni ży­wić za­zdro­ści, ale cie­szyć się, je­że­li ktoś spo­za wspól­no­ty czy­ni do­bro w imię Chry­stu­sa, je­że­li czy­ni to ze słusz­ną in­ten­cją i z sza­cun­kiem. Tak­że w ob­rę­bie sa­me­go Ko­ścio­ła mo­że się cza­sa­mi zda­rzyć, że z tru­dem do­ce­nia się i wy­ko­rzy­stu­je do­bre rze­czy do­ko­na­ne przez roz­ma­ite nur­ty ko­ściel­ne. (…)

W (…) li­tur­gii sły­szy­my tak­że za­rzut apo­sto­ła Ja­ku­ba wo­bec nie­uczci­wych bo­ga­czy, po­kła­da­ją­cych uf­ność w bo­gac­twach zgro­ma­dzo­nych na dro­dze nad­użyć (por. Jk 5, 1–6). Na ten te­mat Ce­za­ry z Ar­les, w jed­nej ze swych mów stwier­dza: „Bo­gac­two nie mo­że za­szko­dzić czło­wie­ko­wi do­bre­mu, po­nie­waż da­je je z mi­ło­sier­dziem, tak jak nie mo­że po­móc czło­wie­ko­wi złe­mu, do­pó­ki łap­czy­wie je trzy­ma lub mar­nu­je pro­wa­dząc do stra­tˮ (Ka­za­nie 35, 4). Sło­wa apo­sto­ła Ja­ku­ba, prze­strze­ga­jąc przed próż­ną po­żą­dli­wo­ścią dóbr ma­te­rial­nych, sta­no­wią po­tęż­ne we­zwa­nie do ko­rzy­sta­nia z nich w per­spek­ty­wie so­li­dar­no­ści i do­bra wspól­ne­go, dzia­ła­jąc za­wsze spra­wie­dli­wie i mo­ral­nie, na wszyst­kich po­zio­mach.

Dro­dzy przy­ja­cie­le, za wsta­wien­nic­twem Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny mó­dl­my się, aby­śmy po­tra­fi­li się cie­szyć z każ­de­go ge­stu i ini­cja­ty­wy do­bra, bez za­wi­ści i za­zdro­ści, oraz po­tra­fi­li mą­drze ko­rzy­stać z dóbr do­cze­snych w nie­ustan­nym po­szu­ki­wa­niu dóbr wiecz­nych.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 30.09.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Dro­dzy moi, zwra­cam się do Was ser­decz­niej niż zwy­kle, bo chciał­bym po­dzie­lić się z Wa­mi ta­jem­ni­cą po­wie­rzo­ną mi po­nad ćwierć wie­ku te­mu. Ale od po­cząt­ku… Za­czę­ło się cza­sie stu­diów, jesz­cze przed se­mi­na­rium. Je­den z mo­ich bliż­szych ko­le­gów za­trud­nił się w woj­sku, był tam człon­kiem ja­kie­goś ze­spo­łu ra­tow­ni­cze­go. Pra­ca tej gru­py by­ła szcze­gól­nie nie­bez­piecz­na. W tym cza­sie oże­nił się, uro­dzi­ły się dzie­ci. Czę­sto ich od­wie­dza­łem. Nie­dłu­go po­tem zo­sta­łem wpro­wa­dzo­ny w tro­skę me­go przy­ja­cie­la: wie­dział, że mo­że zgi­nąć pod­czas każ­dej ak­cji. Na­pi­sał list do dzie­ci, któ­re mia­ły wte­dy po kil­ka lat. Po­wie­dział, że je­śli zgi­nie, to mam prze­ka­zać im je­go sło­wa, dał też pra­wo do udo­stęp­nie­nia je­go słów in­nym. Pół­to­ra ro­ku po­tem rze­czy­wi­ście zgi­nął, list prze­ka­za­łem je­go żo­nie, któ­ra w naj­od­po­wied­niej­szym mo­men­cie da­ła go dzie­ciom. Już wiem, jak te sło­wa po­mo­gły sy­nom i cór­ce, znam ich do dzi­siaj i czę­sto po­dzi­wiam. Mo­że po­mo­gą rów­nież ko­muś z Was.

A oto frag­men­ty li­stu me­go przy­ja­cie­la:

Moi ko­cha­ni, wiem, że przyj­dzie czas, kie­dy zde­rzy­cie się ze świa­tem. (…) Chciał­bym Wam po­wie­dzieć, że mo­je pierw­sze zde­rze­nie z oto­cze­niem by­ło bar­dzo bo­le­sne, ale spo­koj­nie zwy­cię­ży­łem dzię­ki te­mu, cze­go na­uczy­li mnie moi Ro­dzi­ce, a Wa­si dziad­ko­wie: mó­wi­li po pro­stu, że mam się sta­rać naj­uczci­wiej jak umiem, a resz­tę po­wie­rzyć Pa­nu Bo­gu. W szko­le, do któ­rej cho­dzi­łem ja­ko kil­ku­na­sto­la­tek, prze­śla­do­wa­no z po­wo­dów po­li­tycz­nych jed­ne­go z na­uczy­cie­li i wła­dze ko­mu­ni­stycz­ne pró­bo­wa­ły w to wcią­gnąć uczniów. By­ło to bar­dzo nie­uczci­we, bo za fał­szy­we ze­zna­nia prze­ciw te­mu wspa­nia­łe­mu czło­wie­ko­wi obie­cy­wa­no wej­ście na do­wol­nie wy­bra­ne stu­dia. Po­tem by­ły in­ne do­świad­cze­nia, nasz na­uczy­ciel od pol­skie­go pró­bo­wał oczer­niać Ko­ściół i ośmie­szać wia­rę, czę­sto mu się sprze­ci­wia­łem, ar­gu­men­tów mi ni­gdy nie za­bra­kło, bo w do­mu by­ło od­po­wied­nio wie­le ksią­żek, bym mógł się przy­go­to­wać to ta­kich dys­ku­sji. (…)

Trzy­maj­cie się za­wsze wia­ry, w każ­dą nie­dzie­lę przyj­muj­cie Ko­mu­nię Świę­tą, a jak zo­ba­czy­cie, że ktoś w Ko­ście­le ro­bi coś złe­go, to go­rą­co się za nie­go mó­dl­cie. Je­śli za­cho­wa­cie wia­rę, to zwy­cię­ży­cie w ży­ciu!

Wasz oj­ciec, ofi­cer Woj­ska Pol­skie­go (mam na­dzie­ję, że nie­dłu­go już nikt nie bę­dzie do­da­wał „Lu­do­we­go”)

Chy­ba nikt się nie dzi­wi, że ten list mi na­tych­miast przy­szedł do gło­wy, jak zo­ba­czy­łem ty­tuł obec­ne­go nu­me­ru DROGI.

Znaj­dzie­cie w nim spo­ro wska­zó­wek, któ­re – moż­na po­wie­dzieć – wpi­su­ją się w pra­gnie­nia me­go zmar­łe­go w spo­sób bo­ha­ter­ski przy­ja­cie­la sprzed lat. Mam na­dzie­ję, że bę­dzie­cie – jak je­go do­ro­słe już dzie­ci – wy­trwa­li w wie­rze.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski