Kult maryjny

Roz­licz­ne sank­tu­aria, ob­ra­zy z cu­dow­ny­mi wi­ze­run­ka­mi, na­bo­żeń­stwa ma­jo­we, ró­żań­co­we, go­dzin­ki, na­bo­żeń­stwa fa­tim­skie – Pol­ska to kraj szcze­gól­nej dba­ło­ści o kult Mat­ki Bo­żej. Jest on moc­no za­ko­rze­nio­ny w pol­skiej tra­dy­cji i wpi­su­je się w bieg hi­sto­rii na­sze­go kra­ju.

Go­dzin­ki o nie­po­ka­la­nym po­czę­ciu Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny

To na­bo­żeń­stwo o bar­dzo dłu­giej hi­sto­rii, któ­re w Pol­sce mi­mo upły­wu lat cie­szy się wciąż du­żą po­pu­lar­no­ścią i nie­zmien­nie gro­ma­dzi wier­nych na po­ran­nej mo­dli­twie, szcze­gól­nie w nie­dzie­le i przy oka­zji li­tur­gicz­nych świąt ma­ryj­nych. Go­dzin­ki skła­da­ją się z sied­miu czę­ści: jutrz­ni, pry­my, ter­cji, sek­sty, no­ny, nie­szpo­rów i kom­ple­ty. Licz­ba czło­nów mo­dli­twy go­dzin­ka­mi nie jest przy­pad­ko­wa. Ma to swo­je uza­sad­nie­nie w Pi­śmie Świę­tym: „Sied­mio­kroć na dzień wy­sła­wiam Cie­bie” (Ps 119, 164). Jest to rów­nież zwią­za­ne ze sta­rą wer­sją mo­dli­twy bre­wia­rzo­wej, któ­ra jest pier­wo­wzo­rem go­dzi­nek. Ona rów­nież dzie­li się na sie­dem czę­ści prze­zna­czo­nych na po­szcze­gól­ne po­ry dnia.

Na­bo­żeń­stwa ma­jo­we

To rów­nież sta­ra for­ma mo­dli­tew­na, któ­ra nie stra­ci­ła na ak­tu­al­no­ści i w dal­szym cią­gu gro­ma­dzi na mo­dli­twie ca­łe rze­sze wier­nych. Za­rów­no w ko­ścio­łach w naj­więk­szych pol­skich mia­stach, jak i przed wiej­ski­mi ka­plicz­ka­mi lu­dzie gro­ma­dzą się w ma­ju po to, aby śpie­wa­jąc wspól­nie Li­ta­nię lo­re­tań­ską, od­dać cześć Mat­ce Bo­żej. W ro­ku 1837 w Pol­sce zo­sta­ły po raz pierw­szy od­pra­wio­ne na­bo­żeń­stwa ma­jo­we w kil­ku pol­skich mia­stach, mię­dzy in­ny­mi w Kra­ko­wie, No­wym Są­czu i w To­ru­niu. Pierw­sze uro­czy­ste od­śpie­wa­nie na­bo­żeń­stwa ma­jo­we­go mia­ło miej­sce w war­szaw­skim ko­ście­le Świę­te­go Krzy­ża w ro­ku 1852.

Na­bo­żeń­stwa ró­żań­co­we

Spra­wo­wa­ne są nie tyl­ko każ­de­go dnia paź­dzier­ni­ka, ale czę­sto przez ca­ły rok w róż­nych ko­ścio­łach w Pol­sce. We­dług tra­dy­cji Ma­ry­ja za­le­ci­ła św. Do­mi­ni­ko­wi Gu­zma­no­wi, za­ło­ży­cie­lo­wi za­ko­nu do­mi­ni­ka­nów, od­ma­wia­nie Ró­żań­ca ja­ko sku­tecz­ne­go środ­ka za­cho­wa­nia czy­sto­ści wia­ry w Ko­ście­le.

W wie­lu miej­scach w na­szym kra­ju każ­de­go trzy­na­ste­go dnia mie­sią­ca ma miej­sce na­bo­żeń­stwo fa­tim­skie. Roz­po­czy­na je Msza św., a koń­czy pro­ce­sja, w cza­sie trwa­nia któ­rej od­ma­wia­ny jest Ró­ża­niec. Na­bo­żeń­stwa są spra­wo­wa­ne trzy­na­ste­go dnia każ­de­go mie­sią­ca na pa­miąt­kę ob­ja­wień fa­tim­skich z 1917 ro­ku.

Sank­tu­aria ma­ryj­ne

Pierw­szym i nie­zmien­nie naj­waż­niej­szym sank­tu­arium ma­ryj­nym na świe­cie jest Sank­tu­arium Zwia­sto­wa­nia Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny w Na­za­re­cie. Na miej­scu, gdzie dwa ty­sią­ce lat te­mu Ar­cha­nioł Ga­briel zwia­sto­wał Ma­ryi, że po­cznie Sy­na Bo­że­go, po­wsta­ło pierw­sze w hi­sto­rii sank­tu­arium. Dziś jest ich ty­sią­ce na ca­łym świe­cie. Mi­lio­ny lu­dzi każ­de­go ro­ku po­dró­żu­ją ze wszyst­kich za­kąt­ków świa­ta do Gu­ada­lu­pe, Fa­ti­my czy Czę­sto­cho­wy, miejsc, w któ­rych wie­lu do­zna­ło ła­ski uzdro­wie­nia, na­wró­ce­nia i in­nych po­trzeb­nych da­rów przez cu­dow­ne wsta­wien­nic­two Mat­ki Bo­żej.

Kult ob­ra­zów

Wie­le jest na ca­łym świe­cie ob­ra­zów ota­cza­nych szcze­gól­ną czcią przez ka­to­li­ków. Wśród nich są też licz­ne wi­ze­run­ki Mat­ki Bo­żej znaj­du­ją­ce się na te­ra­nie na­sze­go kra­ju.

Jest to oczy­wi­ście cześć in­na niż ta na­leż­na tyl­ko sa­me­mu Bo­gu. So­bo­ry ni­cej­ski i try­denc­ki, od­no­sząc się do ro­sną­ce­go zja­wi­ska od­da­wa­nia czci ob­ra­zom, wpro­wa­dzi­ły roz­gra­ni­cze­nia mię­dzy czcią od­da­wa­ną wy­łącz­nie Bo­gu (la­tria) i kul­tem, a w za­sa­dzie sza­cun­kiem, ja­kim na­le­ży ob­da­rzać ob­ra­zy i re­li­kwie (du­lia). Fak­tem jed­nak jest, że mo­dli­twa przed ob­li­czem Mat­ki Bo­żej w cu­dow­nych ob­ra­zach jest nad­zwy­czaj owoc­na, co wi­dać na przy­kład w ilo­ści dzięk­czyn­nych wo­tów na ścia­nach Ka­pli­cy Cu­dow­ne­go Ob­ra­zu na Ja­snej Gó­rze.

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

 

 

Nie przychodź tu po miłość ani po wiedzę, elito

Po­pu­lar­ny por­tal in­ter­ne­to­wy, zwią­za­ny z wy­so­ko­na­kła­do­wym dzien­ni­kiem aspi­ru­ją­cym do by­cia źró­dłem rze­tel­nej wie­dzy dla elit, któ­re­mu „nie jest wszyst­ko jed­no”, od pew­ne­go cza­su za­czy­na pu­bli­ko­wać ma­te­ria­ły „oswa­ja­ją­ce” nas z por­no­gra­fią. A to na stro­nie głów­nej znaj­du­je się fo­to­news po­ka­zu­ją­cy, jak wy­glą­da­ją gwiaz­dy por­no bez ma­ki­ja­żu, a to na ko­lej­nych od­sło­nach por­ta­lu fo­to­re­por­taż o wspól­nej pra­cy w fil­mach por­no… mat­ki i cór­ki. Gwiaz­da naj­bar­dziej bru­tal­nych fil­mów por­no za­słu­gu­je na ar­ty­kuł w pa­pie­ro­wym wy­da­niu tej ga­ze­ty „dla elit”.

Do nie­daw­na jesz­cze na­wet wśród zwo­len­ni­ków por­no­gra­fii by­ła ona jed­nak czymś wsty­dli­wym, oglą­da­nym po­kąt­nie i skry­wa­nym. Dziś por­no­gra­fia wy­cho­dzi na sa­lo­ny. Oka­zu­je się, że te­ma­ty­ka ta za­słu­gu­je na ar­ty­ku­ły by­naj­mniej nie tyl­ko w bran­żo­wych pi­smach, ak­to­rzy fil­mów por­no­gra­ficz­nych za­czy­na­ją być trak­to­wa­ni jak ce­le­bry­ci czy nie­mal jak ko­le­dzy po fa­chu Ro­ber­ta de Ni­ro czy Me­ryl Stre­ep.

Jak skra­dzio­no na­szą sek­su­al­ność

Kil­ka mie­się­cy te­mu do­mi­ni­ka­nie wy­da­li książ­kę ame­ry­kań­skiej fe­mi­nist­ki Ga­il Di­nes, za­ty­tu­ło­wa­ną „Por­no­land. Jak skra­dzio­no na­szą sek­su­al­ność”. Mi­mo że jest to książ­ka na­praw­dę do­bra, nie je­ste­śmy w sta­nie jej po­le­cić. Już sa­me za­war­te w niej opi­sy za­war­to­ści stron por­no mo­gą zwi­chro­wać ko­muś psy­chi­kę. Au­tor­ka pi­sze nie tyl­ko o tym, co jest oczy­wi­stym fak­tem: o uza­leż­nie­niu od por­no­gra­fii, o zmie­nia­niu wzor­ców mę­sko­ści i ko­bie­co­ści wsku­tek ma­so­wej por­no­gra­fii, o kom­plek­sach oboj­ga płci, któ­re ge­ne­ru­ją prze­moc. Kil­ka my­śli z tej ina­czej uj­mu­ją­cej pro­blem pu­bli­ka­cji po­win­no jed­nak prze­do­stać się do szer­szej pu­blicz­no­ści. Książ­kę otwie­ra slo­gan re­kla­mo­wy jed­nej z por­no­gra­ficz­nych stron in­ter­ne­to­wych: „Nie przy­chodź tu po mi­łość”. Au­tor­ka, ana­li­zu­jąc współ­cze­sną por­no­gra­fię, ja­sno wy­ka­zu­je, że nie ma ona nic wspól­ne­go z tra­dy­cyj­nym „Play­boy­em”. Naj­bar­dziej do­cho­do­wym ro­dza­jem por­no­gra­fii jest seks pe­łen bru­tal­no­ści, prze­mo­cy, bi­cia i po­ni­ża­nia psy­chicz­ne­go ko­biet. Ga­il Di­nes stwier­dza, że ak­to­rzy w tych fil­mach por­no nie upra­wia­ją mi­ło­ści, oni upra­wia­ją nie­na­wiść.

Upra­wia­nie nie­na­wi­ści

Nie jest ab­so­lut­nie prze­sa­dą te­za au­tor­ki, że aby zy­skać klien­tów tak bru­tal­nej por­no­gra­fii, jej pro­du­cen­ci (bar­dzo, bar­dzo bo­ga­ci lu­dzie, bran­ża ta w sa­mych Sta­nach w 2006 ro­ku by­ła war­ta 13 mi­liar­dów do­la­rów. Bu­dżet Pol­ski w tym ro­ku wy­niósł ok. 70 mld) mu­szą do­ko­nać pro­ce­su de­hu­ma­ni­za­cji ko­biet – po­dob­nie jak mu­sie­li to zro­bić pro­pa­gan­dzi­ści Hi­tle­ra w sto­sun­ku do Ży­dów. Ga­il Di­nes po­ka­zu­je, ja­kich słów na okre­śle­nie ak­tor­ki uży­wa się w por­no, by osła­bić em­pa­tię po­ten­cjal­ne­go wi­dza. Je­śli to nie ko­bie­ta, ale np. „su­ka”, to widz nie bę­dzie miał aż tak du­żych wy­rzu­tów su­mie­nia, pa­trząc, jak w cza­sie sto­sun­ku jest np. bi­ta po twa­rzy (to jed­no z naj­mniej bru­tal­nych za­cho­wań). „To nie czło­wiek” – już to kie­dyś sły­sze­li­śmy…

Pro­sta dro­ga na dno

Ga­il Di­nes jeź­dzi po Sta­nach z wy­kła­da­mi nt. por­no­gra­fii dla stu­den­tów. Bar­dzo czę­sto sły­szy wy­po­wie­dzi stu­den­tów, któ­rzy za­czy­na­li od „nor­mal­nej” por­no­gra­fii, by z cza­sem za­cząć oglą­dać tę bru­tal­ną. „Cza­sem nie mo­gę w to uwie­rzyć, że po­do­ba mi się ta­kie por­no” (Phil). „Pro­sta dro­ga na dno; ni­gdy bym nie po­my­ślał, że się po niej ze­śli­zgnę. Za­wsze my­śla­łem, że nie je­stem fa­ce­tem, któ­ry lu­bi bar­dzo bru­tal­ne por­no, ale sta­ło się ina­czej” (An­tho­ny). Ga­il Di­nes wska­zu­je, jak bar­dzo ra­si­stow­ska jest por­no­gra­fia, w któ­rej np. czar­no­skó­ra ko­bie­ta jest pod­po­rząd­ko­wa­na bia­łe­mu męż­czyź­nie na dwóch płasz­czy­znach – i ja­ko ko­bie­ta, i ja­ko czar­no­skó­ra.

Szo­ku­ją­cych fak­tów i tez przed­sta­wio­nych przez ame­ry­kań­ską fe­mi­nist­kę moż­na by mno­żyć. Jed­no jest pew­ne: współ­cze­sna por­no­gra­fia nie jest „nie­groź­ną za­ba­wą”, nie jest „nie­win­ną fan­ta­zją”. Jest do­kład­nie tak sa­mo nie­groź­na jak bru­tal bi­ją­cy po twa­rzy ko­bie­tę i tak sa­mo nie­win­na jak gwał­ci­ciel, wią­żą­cy uprzed­nio swo­ją ofia­rę. Do­kład­nie. Bez naj­mniej­szej prze­sa­dy.

Oby przy­jem­niej nam nie by­ło wszyst­ko jed­no.

 

KU

 

 

Zwykle milczy, ale jest!

Wie­le o Mat­ce Bo­żej na­pi­sa­no i po­wie­dzia­no, wy­star­czy w bi­blio­te­ce teo­lo­gicz­nej sta­nąć przed re­ga­łem pod­pi­sa­nym „Ma­rio­lo­gia”. Ale w ży­ciu księ­dza, wiem to z wła­snej co­dzien­no­ści, wy­star­czy po­słu­chać.

Sa­mo ży­cie

Na po­czą­tek pro­po­nu­ję kil­ka wy­po­wie­dzi, któ­re – wca­le o to nie pro­sząc – usły­sza­łem od spo­ty­ka­nych lu­dzi. Te­go ra­czej w książ­kach z „su­chą teo­lo­gią” nie znaj­dzie­my…

Tak bar­dzo cie­szy­li­śmy się, gdy le­karz nam po­wie­dział, że bę­dzie­my mie­li dziec­ko… A te­raz, po po­ro­dzie, cho­ciaż zdro­wie na­sze­go ma­lu­cha zy­sku­je mu naj­więk­sze ilo­ści punk­tów w róż­nych ska­lach, naj­więk­szym opar­ciem, obok mę­ża, jest Mat­ka Naj­święt­sza. Za­wsze, gdy nasz skarb pła­cze, gdy je­stem zmę­czo­na i wy­da­je mi się, że sił nie star­czy, to mó­wię do Niej: „Ty to naj­le­piej ro­zu­mie­szˮ. Mo­że­cie mi nie wie­rzyć, ale za­wsze, kie­dy to po­wiem, kie­ru­jąc wzrok na Jej fi­gur­kę, któ­ra stoi w na­szym po­ko­ju, al­bo na­wet wspo­mnę Ją w ser­cu, to jest mi lżej. I mam wię­cej si­ły. I sy­nek jest więk­szą ra­do­ścią.

Gdy by­łam świad­kiem cier­pie­nia umie­ra­ją­ce­go oj­ca, po­my­śla­łam, że Mat­ka Je­zu­sa le­piej ode mnie zna to cier­pie­nie: tym wię­cej, że zwy­kle star­si od nas od­cho­dzą wcze­śniej, a Ona pa­trzy­ła na śmierć wła­sne­go Sy­na. Tak bar­dzo mi po­mo­gła, nie wiem sa­ma jak, ale by­ło mi lżej, gdy zna­jo­my ksiądz dał mi ob­ra­zek Pie­ty, Mat­ki ze zmar­łym Sy­nem w ra­mio­nach. Czy to ir­ra­cjo­nal­ne? Nie wiem, ale wiem, że po­moc by­ła re­al­na.

Tre­nu­ję sko­ki nar­ciar­skie. Mój chrzest­ny po­wie­dział mi kie­dyś, że jak za­czą­łem tre­no­wać, to on za­czął mo­dlić się do Ma­ryi Wnie­bo­wzię­tej. Mó­wił, że ja­ko wnie­bo­wzię­ta naj­le­piej ro­zu­mie tych, któ­rzy szy­bu­ją po nie­bie. Za­ra­ził mnie tym na­bo­żeń­stwem. Ja­ko ma­lec lu­bi­łem mo­dli­twę ró­żań­co­wą, któ­ra za­wsze mnie uspo­ka­ja­ła, te­raz wręcz szu­kam róż­nych na­bo­żeństw, li­ta­nii, ko­ro­nek. Nie, nie je­stem ode­rwa­ny od ży­cia, uczę się, mam ro­dzi­ców i ro­dzeń­stwo, i umiem cie­szyć się ich obec­no­ścią, lu­bię się ba­wić i śmiać, ale nie ma dnia, bym nie od­mó­wił czę­ści Ró­żań­ca i „jesz­cze cze­go­śˮ: każ­de­go dnia do­da­ję so­bie ja­kąś in­ną mo­dli­twę z mo­je­go zbio­ru: prze­cież Ona, Wnie­bo­wzię­ta naj­le­piej ro­zu­mie tych, któ­rzy lu­bią szy­bo­wać.

Mu­szę w ży­ciu po­dej­mo­wać de­cy­zje, od któ­rych wie­le za­le­ży. Za­wsze wte­dy zwra­cam się do Mat­ki Bo­żej z proś­bą o od­wa­gę, o po­moc, Ona jest we­dług mnie naj­od­waż­niej­szym czło­wie­kiem na zie­mi.

Już ni­gdy nie za­trzy­mam się w smut­ku. Jak cze­goś nie ro­zu­miem, jak się z czymś nie zga­dzam, to zwra­cam się do Ma­ryi, li­cząc, że mo­że wy­pro­si mi ja­kieś mą­dre na­tchnie­nie. Ona naj­czę­ściej mil­czy, ale za­wsze jest przy mnie.

Wszę­dzie jest Ka­na Ga­li­lej­ska

Wie­my o Mat­ce Je­zu­sa ty­le, ile nam opi­sa­li ewan­ge­li­ści, głów­nie św. Łu­kasz i św. Jan. Pa­mię­ta­my sce­nę zwia­sto­wa­nia, od­wie­dzin u Świę­tej Elż­bie­ty, kil­ka roz­mów z Je­zu­sem, pa­mię­ta­my sce­nę spod krzy­ża i re­la­cję z ży­cia pierw­szych dni Ko­ścio­ła: Wszy­scy oni trwa­li jed­no­myśl­nie na mo­dli­twie ra­zem z nie­wia­sta­mi, Ma­ry­ją, Mat­ką Je­zu­sa (Dz 1, 14). Jed­nak jed­ną z naj­waż­niej­szych scen, naj­waż­niej­szych wy­po­wie­dzi jest to, co św. Jan za­pi­sał w re­la­cji z we­se­la w Ka­nie Ga­li­lej­skiej: Zrób­cie wszyst­ko, co­kol­wiek wam po­wie (J 2, 5a). Ma­ry­ja prze­cież naj­le­piej spo­śród lu­dzi zna Je­zu­sa, jak ma­wiał Słu­ga Bo­ży, Ste­fan Kar­dy­nał Wy­szyń­ski, w jej oczach za­wsze mo­że­my od­na­leźć Jej Sy­na, od Niej mo­że­my się uczyć za­słu­cha­nia i wier­no­ści.

Za­wsze za­chę­cam, by każ­dą mo­dli­twę po­prze­dza­ło mil­cze­nie i choć­by krót­ka proś­ba skie­ro­wa­na do Du­cha Świę­te­go i do Anio­ła Stró­ża: Pierw­szy jest źró­dłem uświę­ca­nia i wszel­kich da­rów, któ­re pro­wa­dzą nas po Bo­żych dro­gach, dru­gi (a mo­że na­wet dru­dzy, bo prze­cież nie wie­my ilu Anio­łów Stró­żów Pan Bóg wy­zna­czył do opie­ki nad na­mi) zna na­sze za­le­ty i sła­bo­ści, wie, któ­ra dro­ga bę­dzie dla nas ko­rzyst­niej­sza i jak nam naj­sku­tecz­niej po­móc. Od pew­ne­go cza­su do­da­ję do te­go gro­na Mat­kę Je­zu­sa – Ona mia­ła naj­więk­szą wraż­li­wość na sy­gna­ły od Bo­ga, Ona naj­le­piej umia­ła słu­chać (jak to ktoś po­wie­dział, słu­cha­ła nie tyl­ko usza­mi, ale ca­łą oso­bą – ca­łym ser­cem, wo­lą, pra­gnie­niem i na­dzie­ją – pro­szę mi wy­ba­czyć, nie umiem so­bie przy­po­mnieć, gdzie to usły­sza­łem).

Szko­da też by­ło­by za­po­mnieć o nie­wia­stach, ja­kie opi­su­je Pi­smo Świę­te: eg­ze­ge­ci do­da­ją, że każ­da z nich w ja­kimś stop­niu jest za­po­wie­dzią Ma­ryi: od „pierw­szej” Ewy (Ma­ry­ja by­wa na­zy­wa­na „dru­gą Ewą”, bo zro­dzi­ła Te­go, któ­ry jest Daw­cą Ży­cia i to ży­cia wiecz­ne­go), po­przez Rut, Ju­dy­tę i Es­te­rę, że wspo­mnę tyl­ko te, któ­rych imio­na wy­stę­pu­ją w na­zwach ksiąg bi­blij­nych. Rut to ta, któ­ra uczy waż­ne­go aspek­tu mi­ło­ści: re­zy­gnu­je ze swe­go pra­wa, aby usłu­żyć oso­bie po­trze­bu­ją­cej (gdy owdo­wia­ła, mo­gła wró­cić do swo­ich ro­dzi­ców, ale po­zo­sta­ła ze swą te­ścio­wą, No­emi, rów­nież wdo­wą, by ją wspo­ma­gać swo­ją pra­cą i wspie­rać swo­ją życz­li­wo­ścią). Ju­dy­ta to oso­ba, któ­ra umia­ła po pod­ję­tej po­ku­cie zwy­cię­żyć wro­ga (bi­bli­ści pod­kre­śla­ją, że rze­czy­wi­stość ma­te­rial­ną Sta­re­go Te­sta­men­tu na­le­ży od­no­sić do rze­czy­wi­sto­ści du­cho­wej współ­cze­sne­go ży­cia: Ju­dy­ta ob­cię­ła gło­wę wo­dza ob­le­ga­ją­cych jej mia­sto wojsk, cho­dzi o „po­zba­wie­nie mo­cy” naj­gor­sze­go wro­ga na­sze­go ży­cia, czy­li sza­ta­na). Es­te­ra, to od­waż­na żo­na kró­la, któ­ra umia­ła być tak mą­dra, że ujaw­ni­ła pod­stę­py wro­ga i spra­wi­ła, że sam wpadł w za­sta­wio­ną przez sie­bie za­sadz­kę.

Ma­ry­ja we współ­cze­snym Ko­ście­le

War­to tu za­uwa­żyć co naj­mniej dwa wąt­ki: obec­ność Ma­ryi w na­ucza­niu Naj­wyż­sze­go Pa­ste­rza i w do­ku­men­tach Ko­ścio­ła i po­boż­ność pro­ste­go lu­du, któ­ry od­ru­cho­wo zwra­ca się do Mat­ki. Nie­któ­rzy mó­wią, że za­stę­pu­je ich wła­sną mat­kę (któ­rą utra­ci­li, al­bo któ­ra nie speł­nia swo­ich mat­czy­nych za­dań), in­ni do­da­ją, że „współ­ist­nie­nie” dwóch ma­tek: na­tu­ral­nej i Je­zu­so­wej wca­le nie by­wa sprzecz­ne, prze­ciw­nie uzu­peł­nia się.

Pierw­szy wą­tek moż­na roz­wi­nąć je­dy­nie przez to, że za­cznie­my za­uwa­żać, że każ­dy z ostat­nich pa­pie­ży nie­mal każ­dą ze swych pi­sem­nych czy ust­nych wy­po­wie­dzi koń­czy od­nie­sie­niem do Ma­ryi, Jej wła­śnie po­le­ca­jąc na­szą dro­gę do zba­wie­nia, do Je­zu­sa, któ­ry Sam jest naj­pięk­niej­szą Obiet­ni­cą Bo­ga. Dla am­bit­niej­szych jest jesz­cze dro­ga nie­co trud­niej­sza, ale jed­no­cze­śnie bo­gat­sza w za­ska­ku­ją­ce i pięk­ne spo­tka­nia. Jest to dro­ga prze­śle­dze­nia do­ku­men­tów Ko­ścio­ła, w któ­rych znaj­du­je­my cza­sem zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ne tre­ści jak choć­by frag­ment en­cy­kli­ki Ja­na Paw­ła II „Ec­c­le­sia in Eu­cha­ri­stiaˮ: Zwią­zek Ma­ryi z Eu­cha­ry­stią moż­na po­śred­nio okre­ślić wy­cho­dząc od Jej we­wnętrz­nej po­sta­wy. Ma­ry­ja jest „Nie­wia­stą Eu­cha­ry­stiiˮ w ca­łym swo­im ży­ciu. Ko­ściół, pa­trząc na Ma­ry­ję ja­ko na swój wzór, jest we­zwa­ny do Jej na­śla­do­wa­nia tak­że w od­nie­sie­niu do Naj­święt­szej Ta­jem­ni­cy (pkt. 53).

War­te uwa­gi są też ob­ja­wie­nia ma­ryj­ne, choć nie obo­wią­zu­je nas wia­ra w sło­wa, ja­kie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne. Nie nio­są one no­wych tre­ści, ale by­wa­ją in­te­re­su­ją­ce sło­wa, z ja­ki­mi do nas tra­fia­ją. War­to wy­mie­nić tu choć­by te z Fa­ti­my, Lo­ur­des, Ki­be­ho, Gu­ada­lu­pe, Gie­trz­wał­du, Li­che­nia, Aki­ta (Ja­po­nia) i z Ze­ito­un (Ka­ir, Egipt).

Nie wol­no też po­mi­jać zro­dzo­nych z po­boż­no­ści lu­do­wej roz­licz­nych mo­dlitw i wi­ze­run­ków. Ich bo­gac­two po­ma­ga od­na­leźć coś dla sie­bie, by – gdy bra­ku­je słów, al­bo pra­gnie­my pod­da­ny roz­pro­sze­niom wzrok oprzeć o „coś świę­te­go” – mieć opar­cie w swo­ich po­szu­ki­wa­niach.

Mam na­dzie­ję, że obec­ny nu­mer DROGI po­mo­że w od­naj­dy­wa­niu Ma­ryi ja­ko Mat­ki: Je­zu­sa, Ko­ścio­ła i nas sa­mych.

 

 

 Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Pod opieką Matki Kościoła

Aby On był pier­wo­rod­nym mię­dzy wie­lu brać­mi” (Rz 8, 29). (…) Bóg, któ­ry jest wiecz­no­ścią, „od wie­ków zna” (por. Rz 8, 29) wszyst­ko, co ma się do­ko­nać w cza­sie. Od wie­ków ogar­nia w swo­im Sy­nu, któ­ry jest Oj­cu współ­istot­ny, ca­ły ro­dzaj ludz­ki, a w nim każ­de­go czło­wie­ka. Z te­go Bo­że­go po­zna­nia, któ­re jest Sło­wem przed­wiecz­nym, ro­dzi się w Bo­żym za­my­śle po­wo­ła­nie czło­wie­ka. (…) Syn, któ­ry jest przed­wiecz­nie współ­istot­ny Oj­cu ja­ko Sło­wo, ma się stać „pier­wo­rod­nym mię­dzy wie­lu brać­mi”. Aby być pier­wo­rod­nym mię­dzy sy­na­mi i cór­ka­mi ro­dza­ju ludz­kie­go, sam sta­je się czło­wie­kiem: „Sło­wo sta­ło się cia­łem” (J l, 14). Oto Syn Bo­ży, któ­ry „za spra­wą Du­cha Świę­te­go stał się czło­wie­kiem i na­ro­dził się z Dzie­wi­cy”. Dzie­wi­cy by­ło na imię Ma­ry­ja. (…) Ta­jem­ni­ca wcie­le­nia Bo­ga by­ła tak nie­po­ję­ta, że mu­sia­ła na­przód zna­leźć przy­ję­cie w umy­słach i ser­cach tych wła­śnie lu­dzi. Naj­pierw w ser­cu Ma­ryi, co do­ko­na­ło się przy zwia­sto­wa­niu w Na­za­re­cie. Z ko­lei zaś w ser­cu Jej Ob­lu­bień­ca – Jó­ze­fa.

Oto sło­wa, któ­ry­mi zwia­stun Bo­ży tłu­ma­czy Jó­ze­fo­wi ta­jem­ni­cę: „Jó­ze­fie, sy­nu Da­wi­da, nie bój się wziąć do sie­bie Ma­ryi, twej Mał­żon­ki; al­bo­wiem z Du­cha Świę­te­go jest to, co się w Niej po­czę­ło. Po­ro­dzi Sy­na, któ­re­mu nadasz imię Je­zus, On bo­wiem zba­wi swój lud od je­go grze­chów” (Mt l, 20–21). (…) Imię Ma­ryi jest naj­ści­ślej zwią­za­ne z imie­niem Je­zus. Dzie­wi­ca-Mat­ka na­le­ży do ta­jem­ni­cy Sy­na. Ko­ściół wie­rzy, że przy­szła Ona na świat wol­na od grze­chu pier­wo­rod­ne­go, nie­po­ka­la­nie po­czę­ta. W Niej zna­la­zło po­czą­tek, w Niej też osią­gnę­ło swój ze­nit to zba­wie­nie, któ­re po­cho­dzi od Bo­ga. I dla­te­go lu­dzie i lu­dy mi­łu­ją Ma­ry­ję, do Niej zwra­ca­ją się z uf­no­ścią i piel­grzy­mu­ją do Jej sank­tu­ariów, aby wejść na dro­gę zba­wie­nia. (...)

 

Bł. Jan Pa­weł II

Agło­na (Ło­twa), 9 wrze­śnia 1993 r.

 

 

Módlmy się za chrześcijan, cierpiących prześladowanie

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Chciał­bym za­trzy­mać się po­krót­ce na tej stro­ni­cy Dzie­jów Apo­stol­skich, któ­rą czy­ta się pod­czas li­tur­gii (…). Pierw­sze prze­po­wia­da­nie Apo­sto­łów w Je­ro­zo­li­mie na­peł­ni­ło mia­sto wie­ścią, że Je­zus rze­czy­wi­ście zmar­twych­wstał, zgod­nie z pi­smem, i że był Me­sja­szem za­po­wie­dzia­nym przez pro­ro­ków. Ar­cy­ka­pła­ni oraz przy­wód­cy mia­sta sta­ra­li się zdu­sić w za­rod­ku wspól­no­tę wie­rzą­cych w Chry­stu­sa i uwię­zi­li apo­sto­łów, za­ka­zu­jąc im na­ucza­nia w Je­go imię. Jed­nak Piotr i po­zo­sta­łych Je­de­na­stu od­po­wie­dzie­li: „Trze­ba bar­dziej słu­chać Bo­ga niż lu­dzi. Bóg na­szych oj­ców wskrze­sił Je­zu­sa, wy­wyż­szył Go na pra­wi­cę swo­ją. Da­je­my te­mu świa­dec­two my wła­śnie oraz Duch Świę­ty” (Dz 5, 29–32). Wów­czas ska­za­no Apo­sto­łów na ubi­czo­wa­nie i po­now­nie za­ka­za­no im prze­ma­wia­nia w imię Je­zu­sa. A oni od­cho­dzi­li „i cie­szy­li się, że sta­li się god­ni cier­pieć dla imie­nia Je­zu­sa” (w. 41). Skąd pierw­si ucznio­wie bra­li si­łę do ta­kie­go świa­dec­twa? Co wię­cej: skąd bra­ła się w nich ra­dość i od­wa­ga gło­sze­nia, mi­mo prze­szkód i prze­mo­cy? (…) Jest oczy­wi­ste, że tyl­ko obec­ność z ni­mi Chry­stu­sa Zmar­twych­wsta­łe­go oraz dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go mo­gą tłu­ma­czyć ten fakt. (…)

Ta hi­sto­ria pierw­szej wspól­no­ty chrze­ści­jań­skiej mó­wi nam coś bar­dzo waż­ne­go, co do­ty­czy Ko­ścio­ła wszyst­kich cza­sów, i jest ak­tu­al­ne tak­że dla nas: kie­dy ktoś zna na­praw­dę Je­zu­sa Chry­stu­sa i wie­rzy w Nie­go, do­świad­cza Je­go obec­no­ści w ży­ciu i mo­cy je­go Zmar­twych­wsta­nia, nie mo­że po­wstrzy­mać się od prze­ka­zy­wa­nia te­go do­świad­cze­nia. (…)

Mo­dląc się wspól­nie mo­dli­twą Kró­lo­wo Nie­ba, pro­śmy o po­moc Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, aby Ko­ściół na ca­łym świe­cie gło­sił szcze­rze i od­waż­nie Zmar­twych­wsta­nie Pa­na, i da­wał te­mu so­lid­ne świa­dec­two przez zna­ki bra­ter­skiej mi­ło­ści. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 14.04.2013 r.

 

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Nie­ustan­nie mu­si­my so­bie przy­po­mi­nać, że na­sze ży­cie jest piel­grzy­mo­wa­niem, a dro­ga na­bie­ra sen­su dzię­ki te­mu, że pro­wa­dzi ku wska­za­ne­mu ce­lo­wi. Je­śli cel tej „piel­grzym­ki ży­ciaˮ, czy­li zba­wie­nie, zo­stał wska­za­ny przez ko­goś, kto naj­bar­dziej mi­łu­je czło­wie­ka – przez Bo­ga, to żad­na uciąż­li­wość nie po­win­na prze­kre­ślać war­to­ści piel­grzy­mo­wa­nia. Nikt le­piej nie od­czy­tał te­go niż Ma­ry­ja, Mat­ka Je­zu­sa. Ona wy­śpie­wa­ła Pa­nu hymn uwiel­bie­nia, od­da­jąc ca­łe swo­je ży­cie, jak­by ska­cząc w ciem­ną prze­paść, z któ­rej usły­sza­ła głos Oj­ca. Je­mu za­ufa­ła, z Nim czu­ła się bez­piecz­nie. Nie zna­ła swej przy­szło­ści, ale wia­ra pod­po­wia­da­ła jej, że nie mu­si wszyst­kie­go ani wie­dzieć, ani ro­zu­mieć. Od Niej mo­że­my się uczyć po­sta­wy uf­nej ra­do­ści, dzię­ki Jej Oso­bie ła­twiej od­rzu­cać prze­ko­na­nie, że świat stwo­rzo­ny przez Bo­ga to pa­dół łez, bo uciąż­li­wo­ści wę­dro­wa­nia nie od­bie­ra­ją sen­su piel­grzym­ce.

Dla­te­go wła­śnie oso­bie Ma­ryi po­świę­ca­my no­wy nu­mer DROGI.

War­to so­bie przy­po­mnieć, że Ma­ryi do­ty­czą czte­ry do­gma­ty: wie­rzy­my, że ten, któ­re­go uro­dzi­ła Ma­ry­ja w Be­tle­jem ja­ko jed­ne­go z nas, jest Bo­giem wiecz­nym i wszech­mo­gą­cym (do­gmat o Bo­żym Ma­cie­rzyń­stwie Ma­ryi), wie­rzy­my w Jej dzie­wic­two, w XIX wie­ku ogło­szo­no do­gmat o Nie­po­ka­la­nym Po­czę­ciu Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, a w XX wie­ku do­gmat o Jej Wnie­bo­wzię­ciu.

A za­tem co znaj­dzie­my w tym „ma­ryj­nym” nu­me­rze DROGI? Do­wie­my się, jak na­zy­wa się na­uka o Ma­ryi (wy­wiad ze s. 18), do­wie­my się, jak czci­my Ma­ry­ję w na­szych ser­cach (s. 8–9), a jak w ko­ścio­łach (ar­ty­kuł o kul­cie ma­ryj­nym – s. 17, o cu­dow­nym me­da­li­ku i li­ta­nii lo­re­tań­skiej – s. 11 i o szka­ple­rzu – s. 10). War­te uwa­gi są też tek­sty o Ja­snej Gó­rze (s. 19), o in­nych sank­tu­ariach (s. 12–13) o i Ma­ryi ja­ko Kró­lo­wej Pol­ski ( s. 14–15).

Oczy­wi­ście, po­za ar­ty­ku­ła­mi te­ma­tycz­ny­mi też jest u nas co czy­tać. Aby być szczę­śli­wym, trze­ba wie­dzieć, jak „uży­wać” uczuć, aby nad na­mi za­pa­no­wa­ły (s. 22), trze­ba też cza­sem umieć prze­ła­mać mil­cze­nie, jak Czy­tel­nicz­ka, któ­ra na­pi­sa­ła do Mag­dy (s. 25), war­to rów­nież wie­dzieć, co to jest ro­ze­zna­wa­nie du­chów (s. 4).

Na ko­niec, jak za­wsze, py­ta­nia na spo­strze­gaw­czość:

  • Kto na­ma­lo­wał ob­raz „Ja­sna Gó­ra 1655”, a kto „Ślu­by Ja­na Ka­zi­mie­rza”?
  • Ile jest za­twier­dzo­nych przez Ko­ściół ob­ja­wień ma­ryj­nych?
  • Gdzie moż­na za­pi­sać się do „szko­ły Du­cha Świę­te­go”?
  • Ile ra­zy w Pi­śmie Świę­tym za­pi­sa­no sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez Ma­ry­ję?
  • Jak pie­lę­gno­wać uczu­cia i dla­cze­go war­to nad ni­mi pa­no­wać?

Ży­czę wszyst­kim co­raz do­sko­nal­sze­go wy­peł­nia­nia słów Ma­ryi: „Czyń­cie wszyst­ko co­kol­wiek wam po­wie [Je­zus]”.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski