Kochana Mamusiu!

Mam 266 dni. Wi­dzę i czu­ję. Po­do­ba mi się mo­je imię – Kru­szyn­ka. Tak mó­wi do mnie ta­ta. Znam to imię, mi­mo że jesz­cze jest „nie­ofi­cjal­ne”. Choć je­stem w Two­im brzusz­ku, sły­szę je do­sko­na­le. Opo­wiem Ci, jak mi tu­taj jest i jak spę­dzi­łam tych dzie­więć mie­się­cy.

Etap za­rod­ko­wy

Po­wsta­łam wte­dy, kie­dy Two­ja ko­mór­ka ja­jo­wa po­łą­czy­ła się z plem­ni­kiem ta­tu­sia. Nie­któ­rzy mó­wi­li, że by­łam wte­dy tyl­ko zlep­kiem ko­mó­rek, ale Ty wiesz, że to nie­praw­da. Już wte­dy, w mo­men­cie za­płod­nie­nia, na­by­łam uni­kal­nych cech. Wte­dy oka­za­ło się, że bę­dę mieć zie­lo­ne oczy, ru­de wło­sy, że bę­dę upar­ta i to­wa­rzy­ska.

 

 

Pierw­sze trzy mie­sią­ce me­go ży­cia by­ły naj­bar­dziej in­ten­syw­ne. Gdy mia­łam 13 dni, utwo­rzy­ły się za­wiąz­ki ukła­du ner­wo­we­go. W 21. dniu ser­ce pom­po­wa­ło krew, a ty­dzień póź­niej moż­na by­ło roz­po­znać so­czew­kę mo­je­go ma­łe­go oka! Za­czę­ły się two­rzyć mo­je dło­nie, sto­py, mię­śnie, szkie­let, płu­ca a na­wet zę­by i ję­zyk. Mał­żo­wi­na uszna sta­ła się po­dob­na do Two­jej. W 43. dniu moż­na by­ło od­no­to­wać pierw­sze ozna­ki fal mó­zgo­wych. Pod ko­niec dru­gie­go mie­sią­ca wszyst­kie na­rzą­dy we­wnętrz­ne by­ły już ukształ­to­wa­ne i speł­nia­ły swo­je funk­cje, np. żo­łą­dek wy­dzie­lał so­ki tra­wien­ne, a ner­ki wy­chwy­ty­wa­ły mocz­nik z krwi. Pod ko­niec 2 mie­sią­ca ży­cia mie­rzy­łam 3 cm i wa­ży­łam 10 g. Mó­wiąc ję­zy­kiem me­dycz­nym – prze­sta­łam być za­rod­kiem i sta­łam się pło­dem.

Etap pło­do­wy

W trze­cim mie­sią­cu co se­kun­dę przy­by­wa­ło mi kil­ka ty­się­cy no­wych neu­ro­nów. Mój zmysł do­ty­ku był bar­dzo do­brze roz­wi­nię­ty. Po­tra­fi­łam bez pro­ble­mu za­ci­skać rącz­ki w piąst­ki. Lu­bi­łam się gim­na­sty­ko­wać: prze­cią­ga­łam się, pod­ska­ki­wa­łam, ru­sza­łam usta­mi, krę­ci­łam się w kół­ko. Wi­dzia­łaś, kie­dy oglą­da­łaś mnie przez USG. Umia­łam się tak ba­wić na­wet 7,5 mi­nu­ty, a od­po­czy­wa­łam tyl­ko 5,5 mi­nu­ty! Pa­mię­tasz, co po­wie­dział le­karz? Że tań­czę w ma­ci­cy po­łą­czo­na z To­bą pę­po­wi­ną ni­czym ko­smo­nau­ta ze stat­kiem ko­smicz­nym. W 3. mie­sią­cu pierw­szy raz po­czu­łaś mo­ją nóż­kę i rącz­kę. To przy­jem­ne ła­sko­ta­nie to by­ła wła­śnie mo­ja no­ga!

W 4. mie­sią­cu po­wsta­ły mo­je li­nie pa­pi­lar­ne. Ser­ce pom­po­wa­ło aż 30 li­trów krwi na dzień. Ćwi­czy­łam ru­chy zwią­za­ne z od­dy­cha­niem i ssa­niem, przy­go­to­wu­jąc się w ten spo­sób do sa­mo­dziel­ne­go ży­cia. Re­ago­wa­łam też na czą­stecz­ki che­micz­ne zwią­za­ne z za­pa­chem. Cie­kaw­szy był jed­nak dla mnie mie­siąc pią­ty – ro­sły mi wło­sy, brwi, rzę­sy, pa­znok­cie, sa­ma de­cy­do­wa­łam, ile wód pło­do­wych wy­pić. Naj­bar­dziej sma­ko­wa­ły mi te słod­kie, tych pi­łam du­żo i chęt­nie. Wie­dzia­łam też, gdy prze­cho­dzi­łaś z ciem­ne­go po­miesz­cze­nia do ja­sne­go, bo w brzusz­ku ro­bi­ła się ja­sna po­świa­ta. Czę­sto ze mną roz­ma­wia­łaś. Pu­ka­łaś w brzu­szek, a ja w tym miej­scu od­po­wia­da­łam Ci ude­rze­niem rę­ki al­bo no­gi. Ro­zu­mia­ły­śmy się bez słów!

W 6. mie­sią­cu mie­rzy­łam 28 cm, ale pra­wie w ogó­le nie mia­łam tłusz­czy­ku. Ma­ga­zy­no­wa­łam to, co bę­dzie mi po­trzeb­ne do ży­cia po­za Two­im ło­nem: wapń, że­la­zo, biał­ka, cia­ła od­por­no­ścio­we. Bar­dzo gło­śny i na­gły dźwięk był w sta­nie mnie prze­stra­szyć.

Ostat­ni try­mestr mo­je­go ży­cia to do­sko­na­le­nie na­by­tych umie­jęt­no­ści i dal­szy roz­wój or­ga­nów. Gro­ma­dzę tłusz­czyk, któ­ry bę­dzie mnie grzał po opusz­cze­niu te­go naj­wspa­nial­sze­go dla mnie miej­sca. Mo­ja skó­ra ró­żo­wie­je i ca­ła się ład­nie za­okrą­glam.

Go­to­wa do dro­gi!

Te­raz je­stem czte­ro­ki­lo­gra­mo­wym bo­ba­sem. Od po­czę­cia zwięk­szy­łam swo­ją ma­sę 11 mi­lio­nów ra­zy! Mój mózg zbu­do­wa­ny jest z ok. 12 mi­liar­dów ko­mó­rek. Cze­ka mnie naj­krót­sza, ale naj­trud­niej­sza po­dróż w ży­ciu. Do po­ko­na­nia mam ok. 8 cm. Do­kład­nie ty­le dzie­li mnie od świa­ta „na ze­wnątrz”. Je­stem go­to­wa. Ma­mu­siu, za­raz bę­dziesz mo­gła mnie przy­tu­lić!

 

Kru­szyn­ka

 

 

Kłamstwo sprzed 40 lat

Od 1973 r., kie­dy zo­stał wy­da­ny wy­rok przez Sąd Naj­wyż­szy USA w spra­wie Roe ver­sus Wa­de, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki Pół­noc­nej zgi­nę­ło 50 mi­lio­nów nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci.

Ja­ne Roe, a wła­ści­wie Nor­ma McCo­rvey, nie chcia­ła mieć dzie­ci. Pierw­szą cór­kę od­da­ła do wy­cho­wa­nia swo­jej mat­ce, dru­gą ad­op­to­wał bio­lo­gicz­ny oj­ciec dziec­ka. Kie­dy za­szła w trze­cią cią­żę, chcia­ła do­ko­nać nie­le­gal­nej abor­cji, nie mo­gła jed­nak zna­leźć kli­ni­ki, któ­ra by się na to zde­cy­do­wa­ła. Nor­ma nie wie­dzia­ła tak na­praw­dę, czym jest abor­cja. Ja­ko że prze­ry­wa­nie cią­ży by­ło nie­le­gal­ne w sta­nie Tek­sas (tam miesz­ka­ła McCo­rvey), rów­nież ru­chy pro-li­fe nie mu­sia­ły roz­po­czy­nać kam­pa­nii in­for­ma­cyj­nej skie­ro­wa­nej prze­ciw abor­cji. Wresz­cie je­den z le­ka­rzy wska­zał jej ad­res ad­wo­ka­ta, któ­ry zaj­mu­je się znaj­do­wa­niem ro­dzin do ad­op­cji. Sa­rah Wed­ding­ton – bo tak na­zy­wa­ła się praw­nicz­ka – na spo­tka­nie za­pro­si­ła rów­nież swo­ją zna­jo­mą ad­wo­kat Lin­dę Cof­fee. Ich ro­la oka­za­ła się de­mo­nicz­na. Prze­ko­na­ły Nor­mę McCo­rvey (któ­ra przy­ję­ła pseu­do­nim Ja­ne Roe) do oskar­że­nia sta­nu Tek­sas o zmu­sze­nie do no­sze­nia cią­ży. Sto­so­wa­ły przy tym tech­ni­ki ma­ni­pu­la­cyj­ne, nie po­in­for­mo­wa­ły Nor­my, czym w rze­czy­wi­sto­ści jest abor­cja. McCo­rvey, jak sa­ma po la­tach przy­zna­ła, pod­pi­sy­wa­ła do­ku­men­ty bez uprzed­nie­go prze­czy­ta­nia ich. Wśród nich zna­la­zło się oświad­cze­nie, w któ­rym Nor­ma ze­zna­ła, iż po­czę­ła dziec­ko w wy­ni­ku gwał­tu, co nie mia­ło nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią.

 

 

Sąd okrę­go­wy od­rzu­cił wnio­sek McCo­rvey. W mię­dzy­cza­sie uro­dzi­ła dziec­ko i od­da­ła je do ad­op­cji. Jed­nak­że re­zo­lut­ne ad­wo­kat­ki nie po­prze­sta­ły na pierw­szej in­stan­cji i po­sta­no­wi­ły od­wo­łać się do Są­du Naj­wyż­sze­go USA. Pro­ces to­czył się pod sil­ny­mi na­ci­ska­mi lob­by pro­abor­cyj­ne­go, pra­sa in­for­mo­wa­ła o to­ku spra­wy. Wed­ding­ton i Cof­fee szcze­gól­ny na­cisk kła­dy na fakt, że ich klient­ka zo­sta­ła zmu­szo­na uro­dzić dziec­ko wbrew wła­snej wo­li.

Wy­rok zo­stał wy­da­ny 22 stycz­nia 1973 r. Sąd Naj­wyż­szy USA nie tyl­ko uchy­lił pra­wo an­ty­abor­cyj­ne w Tek­sa­sie, ale rów­nież re­gu­lo­wał kwe­stię prze­rwa­nia cią­ży we wszyst­kich sta­nach. Sąd użył kla­sycz­ne­go ar­gu­men­tu, we­dług któ­re­go ko­bie­ta „ma pra­wo” de­cy­do­wać o tym, czy chce uro­dzić dziec­ko, czy też je za­mor­do­wać. Od te­go cza­su we wszyst­kich sta­nach USA ko­bie­ty mo­gą do­ko­nać abor­cji „na ży­cze­nie” w pierw­szym try­me­strze cią­ży (pierw­szych trzech mie­sią­cach). Co do prze­rwa­nia cią­ży w dru­gim try­me­strze, Sąd Naj­wyż­szy USA po­sta­no­wił po­zo­sta­wić de­cy­zję po­szcze­gól­nym sta­nom, któ­re jed­nak nie mo­gły cał­ko­wi­cie jej za­ka­zać. W trze­cim try­me­strze za­sad­ni­czo nie po­win­no do­cho­dzić do do­ko­ny­wa­nia abor­cji, jed­nak jest to co­raz częst­sze zja­wi­sko.

Nor­ma McCa­rvey ni­gdy nie do­ko­na­ła abor­cji. Chcąc nie chcąc, sta­ła się sym­bo­lem ru­chu pro­abor­cyj­ne­go w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i na ca­łym świe­cie. Nie­wie­lu zwra­ca uwa­gę na to, że ja­ko je­den z ar­gu­men­tów w pro­ce­sie po­da­wa­no fakt, że Nor­ma mia­ła zo­stać zgwał­co­na, co by­ło kłam­stwem wy­my­ślo­nym przez ad­wo­kat­ki. McCa­rvey w 1992 r. za­czę­ła pra­co­wać w kli­ni­ce abor­cyj­nej, w któ­rej to­wa­rzy­szy­ła ko­bie­tom w cza­sie do­ko­ny­wa­nia „za­bie­gu” prze­ry­wa­nia cią­ży. Wów­czas zo­ba­czy­ła ca­łe zło abor­cji. Przy­ję­ła chrzest we wspól­no­cie me­to­dy­stycz­nej, a wkrót­ce do­ko­na­ła kon­wer­sji do Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. Obec­nie jest dzia­łacz­ką ru­chu pro-li­fe. Zło­ży­ła rów­nież proś­bę do Są­du Naj­wyż­sze­go USA o re­wi­zję wy­ro­ku z 1973 r. W 2005 r. Sąd od­da­lił jej wnio­sek.

 

Ka­je­tan Raj­ski

 

Śmiertelna oferta

Żni­wo eu­ta­na­zji ro­śnie. Zo­sta­ła już za­le­ga­li­zo­wa­na w Ho­lan­dii, Bel­gii i Luk­sem­bur­gu. Asy­sta przy sa­mo­bój­stwie jest do­zwo­lo­na w Szwaj­ca­rii i trzech ame­ry­kań­skich sta­nach: Wa­szyng­to­nie, Ore­go­nie i Mon­ta­nie. W ko­lej­nych pań­stwach obo­wią­zu­ją­ce prze­pi­sy są obec­nie na­gi­na­ne, a pre­ce­den­sy po­wo­du­ją zmia­ny w pra­wie.

W sta­ro­żyt­no­ści sło­wem „eu­tha­na­sia” Gre­cy opi­sy­wa­li spo­koj­ne, na­tu­ral­ne umie­ra­nie. Współ­cze­śnie ro­zu­mie się przez to uśmier­ce­nie ko­goś w ce­lu uwol­nie­nia go od cier­pień. Jak­kol­wiek wcze­śniej w hi­sto­rii zda­rza­ły się wspo­ma­ga­ne sa­mo­bój­stwa, to do­pie­ro w XX w. po­wsta­ło spo­łecz­ne przy­zwo­le­nie do ich ofi­cjal­ne­go sto­so­wa­nia. Nie­przy­pad­ko­wo na­stą­pi­ło to w to­ta­li­tar­nej III Rze­szy, gdzie re­ali­zo­wa­no teo­rie ra­si­stow­skie za­in­spi­ro­wa­ne m.in. dar­wi­ni­zmem spo­łecz­nym. Kil­ku nie­miec­kich na­ukow­ców do­szło już w XIX w. do wnio­sku, że „ist­nie­ją lu­dzie, któ­rych śmierć jest dla nich sa­mych wy­zwo­le­niem, a spo­łe­czeń­stwo i pań­stwo uwal­nia ona od cię­ża­rów, któ­re są bez­u­ży­tecz­ne”. Sta­wia­li wy­żej do­bro zbio­ro­wo­ści nad do­brem jed­nost­ki, war­tość wy­ima­gi­no­wa­nej ra­sy nad war­tość kon­kret­ne­go ży­cia ludz­kie­go. Do­pusz­cza­li za­tem uśmier­ca­nie nie­ule­czal­nie cho­rych na ich proś­bę, a psy­chicz­nie cho­rych i pa­cjen­tów w śpiącz­ce bez ich zgo­dy. W efek­cie pod rzą­da­mi Hi­tle­ra do­ko­ny­wa­no przy­mu­so­wych eu­ta­na­zji: to psy­chia­trzy de­cy­do­wa­li, dla któ­rych lu­dzi – cho­rych psy­chicz­nie, nie­do­ro­zwi­nię­tych umy­sło­wo i in­wa­li­dów – ży­cie nie przed­sta­wia żad­nej war­to­ści. Sfor­mu­ło­wa­niem „ży­cie nie war­te ży­cia” w cza­sie II woj­ny świa­to­wej uza­sad­nia­no co­raz sze­rzej re­ali­zo­wa­ną eks­ter­mi­na­cję osób cho­rych, ka­le­kich, a póź­niej na­wet dzie­ci spra­wia­ją­cych trud­no­ści wy­cho­waw­cze lub np. o nie­wła­ści­wym kształ­cie uszu (!). Licz­bę ofiar sza­cu­je się na 100 ty­się­cy lu­dzi. By­ło to pre­lu­dium do obo­zów za­gła­dy, oswa­ja­ją­ce nie­miec­kie spo­łe­czeń­stwo i śro­do­wi­sko le­kar­skie z ma­so­wym mor­do­wa­niem „ze wzglę­dów spo­łecz­nych”. W pro­ce­sach no­rym­ber­skich na­zi­stow­ską eu­ta­na­zję okre­ślo­no ja­ko dzia­łal­ność zbrod­ni­czą, a pod ich wpły­wem po­wsta­ła Po­wszech­na De­kla­ra­cja Praw Czło­wie­ka przy­ję­ta w 1948 r.

In­na idea, te sa­me me­to­dy

Po po­tę­pie­niu zbrod­ni nie­miec­kich le­ka­rzy or­ga­ni­za­cje pro­pa­gu­ją­ce uśmier­ca­nie cho­rych mu­sia­ły zmie­nić tak­ty­kę. Przy­kła­dem jest Eu­tha­na­sia So­cie­ty of Ame­ri­ca, któ­ra wska­zy­wa­ła wcze­śniej na ko­rzy­ści spo­łecz­ne z eu­ta­na­zji: zmie­ni­ła na­zwę na So­cie­ty for the Ri­ght to Die i roz­po­czę­ła gło­sze­nie w USA „pra­wa do śmier­ci”. Dziś po­wra­ca się do uśmier­ca­nia cho­rych w imię wol­no­ści i ab­so­lut­nej au­to­no­mii oso­by. W rze­czy­wi­sto­ści nie­któ­rych cho­rych za­bi­ja się bez ich zgo­dy, na­dal na­zy­wa­jąc to eu­ta­na­zją. Po­wta­rza się przy tym, że ży­cie nie­peł­no­spraw­nych i nie­do­ro­zwi­nię­tych umy­sło­wo nie ma sen­su ze wzglę­du na brak świa­do­mo­ści al­bo, prze­ciw­nie, od­czu­wa­ne przez nich cier­pie­nie. To jak­by echo na­zi­stow­skie­go sfor­mu­ło­wa­nia „ży­cie nie war­te ży­cia”.

Jed­ną z przy­czyn ro­sną­ce­go w spo­łe­czeń­stwie przy­zwo­le­nia dla eu­ta­na­zji jest lęk: przed de­gra­da­cją zwią­za­ną ze sta­ro­ścią i za­leż­no­ścią od in­nych, przed utra­tą kon­tro­li nad swo­im ży­ciem i cia­łem oraz przed umie­ra­niem prze­dłu­żo­nym w wy­ni­ku in­ter­wen­cji me­dycz­nych. Wo­bec tych obaw tyl­ko śmierć sa­mo­bój­cza po­strze­ga­na jest ja­ko „god­na”. Zwo­len­ni­kom eu­ta­na­zji wal­ka o ży­cie pa­cjen­ta wy­da­je się nie­po­trzeb­nym prze­dłu­ża­niem je­go cier­pień, a re­zy­gna­cja z le­cze­nia na rzecz uśmier­ce­nia cho­re­go ja­wi się im ja­ko uczy­nek mi­ło­sier­dzia.

Ar­gu­ment rów­ni po­chy­łej

Co­raz bar­dziej roz­sze­rza się oko­licz­no­ści, któ­re ma­ją uza­sad­niać wspo­ma­ga­nie sa­mo­bój­stwa. Już nie do­ty­czy ono tyl­ko osób cięż­ko cho­rych, pod­da­nych prze­dłu­ża­ją­cym się cier­pie­niom. Każ­de po­gor­sze­nie się zdro­wia czy na­wet nie­ko­rzyst­na zmia­na w sa­mo­po­czu­ciu mo­że być ar­gu­men­tem, na mo­cy któ­re­go – za­miast po­moc­nej dło­ni – zja­wia się „mi­ło­sier­na” rę­ka po­da­ją­ca tru­ci­znę. Ta­kie pod­wa­że­nie war­to­ści ludz­kie­go ży­cia po­wo­du­je wzrost nad­użyć – pi­sząc wprost, pro­wa­dzi do zwy­kłych za­bójstw, acz­kol­wiek trud­niej­szych do wy­kry­cia. Jak za­uwa­ża dr John C. Wil­l­ke, w Ho­lan­dii „sa­mo­bój­stwo wspo­ma­ga­ne przez le­ka­rza prze­kształ­ci­ło się w bez­po­śred­nie za­bi­ja­nie pa­cjen­ta przez le­ka­rza. Eu­ta­na­zja śmier­tel­nie cho­rych obec­nie ob­ję­ła rów­nież prze­wle­kle cho­rych. Eu­ta­na­zja z przy­czyn fi­zycz­nych po­sze­rzy­ła się o tzw. wska­za­nia psy­chia­trycz­ne. Do­bro­wol­na eu­ta­na­zja po­szła o krok da­lej, i do­pusz­cza się eu­ta­na­zję bez zgo­dy pa­cjen­ta. To wszyst­ko do­pro­wa­dzi­ło do sy­tu­acji, w któ­rej w Ho­lan­dii po­wsta­ją gru­py ochro­ny pa­cjen­ta”.

Jak wi­dać, uzna­nie ja­kiej­kol­wiek do­pusz­czal­no­ści eu­ta­na­zji to pu­łap­ka, zmu­sza­ją­ca do ko­lej­nych ustępstw i roz­sze­rza­nia „pra­wa do śmier­ci” na wszyst­kich lu­dzi – nie­za­leż­nie od te­go, w ja­kim są sta­nie zdro­wia, ani czy fak­tycz­nie chcą za­koń­czyć swo­je ży­cie.

Kie­dy czło­wiek chce umrzeć?

Ja­kie są naj­częst­sze po­wo­dy, dla któ­rych ktoś pro­si o eu­ta­na­zję? Po pierw­sze, trze­ba pa­mię­tać, ja­ki jest kon­tekst ta­kiej wy­po­wie­dzi – mo­że ona nie mieć cha­rak­te­ru osta­tecz­nej de­cy­zji, al­bo wręcz wy­ra­żać proś­bę o wspar­cie w cier­pie­niu. Jak stwier­dza dr Je­rzy Umia­stow­ski, naj­czę­ściej „proś­ba cho­re­go o po­zba­wie­nie go ży­cia nie jest świa­do­mą de­cy­zją pod­ję­tą przez czło­wie­ka ro­zu­mie­ją­ce­go zna­cze­nie czy­nu i zdol­ne­go świa­do­mie kie­ro­wać swo­im po­stę­po­wa­niem, ale ob­ja­wem cho­ro­by”. Po­wo­łu­je się na za­ło­ży­ciel­kę lon­dyń­skie­go ho­spi­cjum, Ce­cil Saun­ders, któ­ra stwier­dzi­ła u swo­ich cięż­ko cho­rych na ra­ka pa­cjen­tów „ból to­tal­ny”. W tych przy­pad­kach nie wy­star­cza­ło opa­no­wa­nie bó­lu fi­zycz­ne­go nie po­ma­ga­ło, po­nie­waż cho­rzy cier­pią rów­no­cze­śnie na cięż­ką de­pre­sję, po­wo­du­ją­cą na­tręt­ne my­śli sa­mo­bój­cze. W ta­kich sy­tu­acjach to ra­czej kon­takt oso­bo­wy z pa­cjen­tem, zwy­kła roz­mo­wa z nim, mo­że przy­wró­cić mu si­ły psy­chicz­ne i umoż­li­wić mu prze­ży­cie ostat­nich szczę­śli­wych chwil na tym świe­cie.

W rzad­kich sy­tu­acjach, kie­dy de­cy­zja o sa­mo­bój­stwie nie jest ob­ja­wem cho­ro­bo­wym, współ­udział le­ka­rza jest sprzecz­ny z eto­sem je­go za­wo­du. To za­sa­dy Hi­po­kra­te­sa: „Po pierw­sze nie szko­dzić”, a tak­że: „Ni­ko­mu, na­wet na żą­da­nie, nie dam śmier­cio­no­śnej tru­ci­zny, ani ni­ko­mu nie bę­dę jej do­ra­dzał”, sta­ły się fun­da­men­tem me­dy­cy­ny, nie zaś „pra­wo do śmier­ci”. Trze­ba też pa­mię­tać, że ta­ka de­cy­zja jest po­dej­mo­wa­na czę­sto na pod­sta­wie dia­gnoz le­kar­skich, z któ­rych sto­sun­ko­wo du­ża część oka­zu­je się błęd­na. Prof. An­drzej Szcze­klik swój sprze­ciw wo­bec eu­ta­na­zji uza­sad­niał, mó­wiąc: „Wie­lo­krot­nie by­łem świad­kiem, gdy lu­dzie, któ­rym nie da­wa­no wię­cej niż ty­dzień ży­cia, wra­ca­li do zdro­wia”.

Fał­szy­we roz­wią­za­nie

Czy pra­wo do wy­bo­ru cza­su i spo­so­bu umie­ra­nia mo­że być an­ti­do­tum na obo­jęt­ność spo­łe­czeń­stwa wo­bec osób star­szych, na mar­gi­na­li­za­cję śmier­ci, brak wspar­cia ro­dzin­ne­go? Bo na pew­no nie sta­no­wi roz­wią­za­nia pro­ble­mu cier­pie­nia cho­rych, a ra­czej ro­dzaj eks­ter­mi­na­cji słab­szych osob­ni­ków pod po­zo­rem li­to­ści, spo­so­bem od­cią­że­nia spo­łe­czeń­stwa od osób sta­rych i scho­ro­wa­nych, zdję­cia od­po­wie­dzial­no­ści z le­ka­rzy i ro­dzin, roz­wią­za­niem „pro­ble­mu” za­bu­rza­ją­ce­go obo­wią­zu­ją­cy styl ży­cia – nie­za­leż­ny czło­wiek dą­żą­cy do oso­bi­ste­go suk­ce­su. Do­mi­nu­je wy­god­nic­two i żą­da­nie ła­two­ści ży­cia za wszel­ką ce­nę – na­wet za ce­nę de­wa­lu­acji ludz­kie­go ży­cia. Pre­sja spo­łecz­na na cięż­ko cho­rym pa­cjen­cie by­wa trud­na do znie­sie­nia. Za­miast wspar­cia w chwi­li pró­by otrzy­mu­je on pro­po­zy­cję po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa.

Za­miast śmier­ci – ofiar­na mi­łość

Dr Ka­th­le­en M. Fo­ley, neu­ro­log, zaj­mu­ją­ca się bó­lem u cho­rych na ra­ka, na­zy­wa eu­ta­na­zję „le­cze­niem cier­pie­nia przez eli­mi­na­cję pa­cjen­ta”, wy­ka­zu­jąc, ja­kim jest ab­sur­dem, że me­dy­cy­na roz­po­czę­ła spe­cja­li­za­cję w uśmier­ca­niu lu­dzi. Le­ka­rze pra­cu­ją­cy w ho­spi­cjach po­twier­dza­ją, że ewen­tu­al­na proś­ba nie­ule­czal­nie cho­re­go o eu­ta­na­zję jest od­wo­ły­wa­na, je­że­li za­sto­su­je się ade­kwat­ne środ­ki neu­tra­li­zu­ją­ce ból i po­pra­wia­ją­ce sa­mo­po­czu­cie. Dla­te­go re­al­ną al­ter­na­ty­wą w sto­sun­ku do prak­ty­ki eu­ta­na­zji jest wła­ści­wa opie­ka pa­lia­tyw­na.

W he­do­ni­stycz­nej kul­tu­rze za­chod­niej co­raz po­pu­lar­niej­szy jest obłęd­ny po­gląd, że cier­pie­nie od­bie­ra sens ży­ciu czło­wie­ka. Tak się jed­nak skła­da, że na tym „pa­do­le łez” cier­pie­nie jest nie­odzow­nym ele­men­tem ży­cia i nie ma czło­wie­ka, któ­ry by nie do­świad­czył bó­lu. Z uwa­gi na to wszy­scy je­ste­śmy po­wo­ła­ni do udzie­la­nia so­bie wza­jem­ne­go wspar­cia i po­mo­cy – ze szcze­gól­ną ofiar­no­ścią, je­śli cho­dzi o cier­pie­nie osób cho­rych fi­zycz­nie, du­cho­wo i psy­chicz­nie. Za­miast in­sty­tu­cji sa­mo­bój­stwa po­trze­ba wię­cej wza­jem­nej mi­ło­ści, al­tru­izmu w sy­tu­acjach spo­łecz­nych, sil­niej­szych wię­zi ro­dzin­nych, a tak­że po­wro­tu do eto­su le­ka­rza – te­go, któ­ry le­czy.

 

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

 

Przebaczamy i prosimy o przebaczenie

W okre­sie wiel­ko­post­nym Ko­ściół pra­gnie w szcze­gól­ny spo­sób zjed­no­czyć się z Chry­stu­sem, któ­ry po­słusz­ny we­wnętrz­ne­mu dzia­ła­niu Du­cha Świę­te­go (…) udał się na pu­sty­nię i tam po­ścił czter­dzie­ści dni i czter­dzie­ści no­cy (por. Mk 1, 12–13). U kre­su te­go po­stu Je­zus był ku­szo­ny przez Sza­ta­na. (...) W ob­li­czu Chry­stu­sa, któ­ry z mi­ło­ści wziął na swo­je bar­ki na­sze wi­ny, zo­sta­je­my wszy­scy we­zwa­ni do głę­bo­kie­go ra­chun­ku su­mie­nia. (...) Ja­ko Na­stęp­ca Pio­tra we­zwa­łem, „aby (…) Ko­ściół, umoc­nio­ny świę­to­ścią, któ­rą otrzy­mał od swe­go Pa­na, uklęk­nął przed ob­li­czem Bo­ga i bła­gał o prze­ba­cze­nie za daw­ne i obec­ne grze­chy swo­ich dzie­ci”. (...) Prze­ba­cza­my i pro­si­my o prze­ba­cze­nie! Kie­dy chwa­li­my Bo­ga, któ­ry w swo­jej mi­ło­sier­nej mi­ło­ści wzbu­dził w Ko­ście­le wspa­nia­łe żni­wo świę­to­ści, za­pa­łu mi­syj­ne­go, cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­nej służ­by Chry­stu­so­wi i bliź­nie­mu, nie mo­że­my za­ra­zem nie uznać róż­nych form nie­wier­no­ści Ewan­ge­lii, ja­kiej do­pu­ści­li się nie­któ­rzy na­si bra­cia, zwłasz­cza w dru­gim ty­siąc­le­ciu. Pro­si­my o prze­ba­cze­nie za po­dzia­ły, ja­kie na­stą­pi­ły wśród chrze­ści­jan, za prze­moc, ja­ką nie­któ­rzy z nich sto­so­wa­li w służ­bie praw­dy, oraz za po­sta­wy nie­uf­no­ści i wro­go­ści, przyj­mo­wa­ne nie­raz wo­bec wy­znaw­ców in­nych re­li­gii. Tym bar­dziej też win­ni­śmy wy­znać, że ja­ko chrze­ści­ja­nie po­no­si­my od­po­wie­dzial­ność za zło wy­stę­pu­ją­ce dzi­siaj. (...) Bóg, przyj­mu­je każ­de­go mar­no­traw­ne­go sy­na, któ­ry do Nie­go po­wra­ca. (...) Ma­ry­jo, Mat­ko prze­ba­cze­nia, po­móż nam przy­jąć ła­skę prze­ba­cze­nia (…). Spraw, aby Wiel­ki Post (…) był dla wszyst­kich wie­rzą­cych i dla każ­de­go czło­wie­ka, któ­ry szu­ka Bo­ga, cza­sem po­myśl­nym, cza­sem po­jed­na­nia, cza­sem zba­wie­nia!

 

Bł. Jan Pa­weł II

Wa­ty­kan, 12.03.2000 r.

Pan jest zawsze obok

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Dzię­ku­ję Wam, że przy­by­li­ście tak licz­nie na tę mo­ją ostat­nią au­dien­cję ogól­ną. Ser­decz­nie dzię­ku­ję! Je­stem na­praw­dę wzru­szo­ny i wi­dzę Ko­ściół ży­ją­cy! (…)

Prze­ży­wa­my Rok Wia­ry, któ­re­go pra­gną­łem wła­śnie po to, aby umoc­nił na­szą wia­rę w Bo­ga (…). Chciał­bym za­chę­cić wszyst­kich do od­no­wie­nia moc­ne­go za­ufa­nia w Pa­nu, by po­wie­rzyć się jak dzie­ci w ra­mio­na Bo­ga, bę­dąc pew­ny­mi, że ra­mio­na te za­wsze nas wspie­ra­ją i są tym, co po­zwa­la nam kro­czyć każ­de­go dnia na­wet w utru­dze­niu. Chciał­bym, aby każ­dy czuł się mi­ło­wa­nym przez te­go Bo­ga, któ­ry dał swe­go Sy­na za nas i uka­zał nam swo­ją mi­łość bez gra­nic. Chciał­bym, aby każ­dy po­czuł ra­dość by­cia chrze­ści­ja­ni­nem. (…)

Chciał­bym, aby mo­je po­zdro­wie­nia i po­dzię­ko­wa­nia do­tar­ły do wszyst­kich: ser­ce pa­pie­ża po­sze­rza się na ca­ły świat. (…) Pod­ją­łem ten krok z peł­ną świa­do­mo­ścią je­go wa­gi, a tak­że no­wa­tor­stwa, ale z głę­bo­kim po­ko­jem du­cha. Umi­ło­wa­nie Ko­ścio­ła ozna­cza tak­że od­wa­gę, by po­dej­mo­wać trud­ne wy­bo­ry, wy­bo­ry bo­le­sne, ma­ją­ce na wzglę­dzie za­wsze do­bro Ko­ścio­ła, a nie sa­mych sie­bie. (…) Nie po­rzu­cam krzy­ża, lecz po­zo­sta­ję w no­wy spo­sób przy ukrzy­żo­wa­nym Pa­nu. Nie spra­wu­ję już dłu­żej wła­dzy nad Ko­ścio­łem, lecz w po­słu­dze mo­dli­twy po­zo­sta­ję, by tak rzec, w oto­cze­niu św. Pio­tra. Św. Be­ne­dykt, któ­re­go imię no­szę ja­ko pa­pież, bę­dzie w tym dla mnie wiel­kim wzo­rem. On wska­zał nam dro­gę ży­cia, któ­re czyn­ne czy bier­ne, na­le­ży cał­ko­wi­cie do dzie­ła Bo­ga. (…)

Dro­dzy przy­ja­cie­le! Bóg kie­ru­je Ko­ścio­łem, za­wsze go wspie­ra, a w szcze­gól­no­ści w naj­trud­niej­szych chwi­lach. Ni­gdy nie mo­że­my stra­cić tej per­spek­ty­wy wia­ry, któ­ra jest je­dy­ną praw­dzi­wą per­spek­ty­wą dro­gi Ko­ścio­ła i świa­ta. W na­szym ser­cu, w ser­cu każ­de­go z was niech bę­dzie za­wsze ra­do­sna pew­ność, że Pan jest obok, ni­gdy nas nie opusz­cza, jest bli­sko nas i ogar­nia nas swo­ją mi­ło­ścią. Dzię­ku­ję!

 

Oj­ciec Świę­ty Be­ne­dykt XVI

Wa­ty­kan, 27.02.2013 r.

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Są te­ma­ty, któ­rych prę­dzej czy póź­niej nie mo­że po­mi­nąć żad­na ka­to­lic­ka re­dak­cja, do nich na­le­ży obro­na ży­cia, o któ­rej trze­ba wie­le wie­dzieć, bo prze­cież ży­cie jest da­rem Pa­na Bo­ga i wy­ra­ża­my Stwór­cy uwiel­bie­nie, gdy te­go da­ru strze­że­my i sta­je­my w je­go obro­nie.

Jak bar­dzo jest waż­na wie­dza w tym te­ma­cie ilu­stru­je fakt dość po­wszech­nie zna­ny przed kil­ku­dzie­się­ciu la­ty, gdy jesz­cze abor­cja w Pol­sce by­ła le­gal­na. Pe­wien ka­płan od­wie­dzał ga­bi­ne­ty gi­ne­ko­lo­gicz­ne, gdzie do­ko­ny­wa­ło się te­go „za­bie­gu” i w mil­cze­niu kładł w po­cze­kal­ni fo­to­gra­fie dziec­ka z cza­su je­go ży­cia pło­do­we­go. Pod każ­dą fo­to­gra­fią był la­ko­nicz­ny pod­pis: „płód pię­cio­ty­go­dnio­wy”, „rącz­ki dziec­ka w czwar­tym mie­sią­cu ży­cia pło­do­we­go”, i tym po­dob­ne. Nic nie mu­siał mó­wić, ni­ko­go nie mu­siał prze­ko­ny­wać, więk­szość osób, któ­re zo­ba­czy­ły te ulot­ki po pro­stu wy­cho­dzi­ła z owe­go ga­bi­ne­tu już zu­peł­nie pew­na, że pod ser­cem mat­ki roz­wi­ja się czło­wiek, że nie jest to „zle­pek ko­mó­rek”, jak nie­któ­rzy pró­bo­wa­li prze­ko­ny­wać.

Dzi­siaj pro­po­nu­je­my spo­rą garść wie­dzy na ten te­mat. Są in­for­ma­cje hi­sto­rycz­ne, jak na przy­kład do­wie­my się, któ­rzy po­li­ty­cy ja­ko pierw­si w Eu­ro­pie wpro­wa­dzi­li le­ga­li­za­cję abor­cji i jak to wy­glą­da­ło w Pol­sce. Do­wie­my się – w for­mie cie­ka­wie skon­stru­owa­ne­go li­stu do Ma­my – jak roz­wi­ja się dziec­ko w ło­nie mat­ki (stro­na 16), do­wie­my się, co na ten te­mat mó­wił bło­go­sła­wio­ny Jan Pa­weł II (str. 14) i jak – na prze­strze­ni wie­ków – wy­glą­da­ło na­ucza­nie Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go w tym wzglę­dzie (str. 13). Nie moż­na też po­mi­nąć za­gad­nień ści­śle zwią­za­nych z tym te­ma­tem, mu­si­my wie­dzieć, jak w spo­sób ukry­ty za­bi­ja się nie­na­ro­dzo­ne dzie­ci (ar­ty­kuł o środ­kach wcze­sno­po­ron­nych – str. 26) i jak się do te­go te­ma­tu ma za­gad­nie­nie za­płod­nie­nia in vi­tro (stro­na 20). Nie wszy­scy też ro­zu­mie­ją, jak ści­sły zwią­zek ma z za­bi­ja­niem dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych tak zwa­ne my­śle­nie an­ty­kon­cep­cyj­ne (do­wie­my się o tym z tek­stu na stro­nie 17). Mam na­dzie­ję, że każ­dy z na­szych Czy­tel­ni­ków za­pra­gnie do­łą­czyć się do gro­na gor­li­wych obroń­ców ży­cia choć­by przez mo­dli­twę (do te­go przy­da się in­for­ma­cja o „pol­skiej Kru­cja­cie – str. 15 i o za­ini­cjo­wa­nych przez dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go męż­czy­znę Plu­to­nach Ró­żań­ca – str. 6). Waż­ne jest przy­po­mnie­nie świę­te­go Jó­ze­fa, pa­tro­na ro­dzin, 19 mar­ca ob­cho­dzi­my je­go uro­czy­stość li­tur­gicz­ną (stro­na 27) i bo­ha­ter­skich ma­tek, któ­re Ko­ściół sta­wia za wzór (stro­ny 21–22).

Jak za­wsze też w na­szym nu­me­rze są ko­men­ta­rze do nie­dziel­nych czy­tań i od­po­wie­dzi na py­ta­nia do dusz­pa­ste­rza i do Mag­dy, któ­rej już tak wie­lu z Was za­ufa­ło.

Ży­czę owoc­nej lek­tu­ry!

 

ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski