Żyj swoim życiem

Afry­kań­czy­cy, z któ­ry­mi ostat­nio roz­ma­wia­łam, by­li zszo­ko­wa­ni, gdy im po­wie­dzia­łam, że sta­ty­stycz­ny Po­lak oglą­da te­le­wi­zję śred­nio 4 go­dzi­ny dzien­nie. Szyb­ko wy­li­czy­li, że 10 go­dzin prze­zna­cza­my na pra­cę i do­jazd do niej, 8 go­dzin na sen, więc na ży­cie bez te­le­wi­zo­ra zo­sta­je nam… 2 go­dzi­ny dzien­nie. „Jak moż­na tak żyć?” – py­ta­li. „Czy wy w ogó­le jesz­cze ży­je­cie?”.

Gdy chce­my z Wa­mi roz­wa­żyć w tym nu­me­rze, jak mą­drze ko­rzy­stać z me­diów, pod­sta­wo­wym py­ta­niem, ja­kie na­le­ży za­dać, to: Czy my na­praw­dę mu­si­my to wszyst­ko wie­dzieć? Czy na­praw­dę chce­my re­zy­gno­wać ze swo­je­go ży­cia, że­by żyć rze­czy­wi­sto­ścią me­dial­ną? Do­ba ma tyl­ko 24 go­dzi­ny – w każ­dej chwi­li mu­si­my de­cy­do­wać, jak ją wy­ko­rzy­stać. Czy słu­cha­jąc wy­po­wie­dzi Afry­kań­czy­ków, ży­ją­cych w tak róż­ny spo­sób od na­sze­go, nie po­win­na nam się włą­czyć czer­wo­na lamp­ka, że me­dia za bar­dzo wkro­czy­ły w na­sze ży­cie, do na­szych do­mów, w na­sze ro­dzi­ny, związ­ki?

Me­dia nie zno­szą pust­ki, bo­ją się ci­szy. Ży­wią się, wręcz że­ru­ją na no­wo­ściach, new­sach. Czło­wiek jed­nak jest ina­czej skon­stru­owa­ny. Nie jest w sta­nie przy­jąć, prze­tra­wić tak wiel­kiej daw­ki in­for­ma­cji. Więc się gu­bi, przyj­mu­je bez­kry­tycz­nie, nie jest zdol­ny, ale też po pro­stu nie ma cza­su na re­flek­sję. Je­den por­tal in­ter­ne­to­wy, je­den ser­wis in­for­ma­cyj­ny w te­le­wi­zji, jed­na ga­ze­ta dzien­nie i… nasz mózg się za­ty­ka.

 

 

Dla­cze­go ży­ję bez tv?

Ży­ję bez te­le­wi­zo­ra z wie­lu po­wo­dów, z któ­rych naj­waż­niej­sza wy­da­je mi się tro­ska o wła­sne zdro­wie psy­chicz­ne. Ży­cie przed­sta­wio­ne w te­le­wi­zji (i in­nych po­pu­lar­nych me­diach) jest zu­peł­nie in­ne niż to, któ­re znam, roz­glą­da­jąc się wo­kół sie­bie. Nad­re­pre­zen­ta­cja wia­do­mo­ści złych, prze­mo­cy, cham­stwa w me­diach jest dla mnie oczy­wi­sta. Py­ta­nie, czy dzie­je się tak wsku­tek dą­że­nia me­diów do go­nie­nia za nie­zdro­wą sen­sa­cją, czy wsku­tek te­go, że to wi­dzo­wie wy­mu­sza­ją na wy­daw­cach do­star­cza­nie im sen­sa­cji, przy­po­mi­na py­ta­nie, co by­ło pierw­sze: ja­jo czy ku­ra. Odło­ży­łam je więc ra­zem z te­le­wi­zo­rem.

Pa­mię­tam, że 3 dni nie mo­głam spać po re­la­cji, jak mat­ka troj­ga dzie­ci, ucie­ki­nier­ka z Cze­cze­nii, szła przez gó­ry, zo­sta­wia­jąc ko­lej­no cia­ła zmar­łych dzie­ci. I pa­mię­tam też, jak mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie te­le­wi­zja nie za­jąk­nę­ła się sło­wem o tym, jak stra­ża­cy ra­to­wa­li ży­cie dzie­ciom na in­ten­syw­nej te­ra­pii, po­le­wa­jąc wo­dą okna od­dzia­łu, gdy w cza­sie upa­łów na­stą­pi­ła ja­kaś awa­ria, a dzie­ci nie da­ło się prze­nieść do in­nych sal. Nie wiem, mo­że to ja mam szczę­ście i mo­je ży­cie jest spo­koj­niej­sze oraz jest w nim wię­cej do­bra i pięk­na niż w ży­ciu te­le­wi­zyj­nym. Wiem jed­no: do­star­cza­nie in­for­ma­cji o nie­szczę­ściach, któ­rym nie mo­że­my za­ra­dzić, źle ro­bi na­szej psy­chi­ce.

Me­dia nie tyl­ko in­for­mu­ją. One two­rzą świa­to­po­gląd mi­lio­nów osób. To sa­mo­na­krę­ca­ją­ca się ma­szy­na – me­dia kreu­ją mo­dę i kry­te­ria atrak­cyj­no­ści, a na­stęp­nie sa­me ich do­star­cza­ją. Naj­pierw two­rzą po­trze­bę, a na­stęp­nie do­star­cza­ją jej elek­tro­nicz­ną czy pa­pie­ro­wą na­miast­kę. Czy bez me­diów nasz świa­to­po­gląd był­by ta­ki sam? Ta­kie sa­me by­ły­by np. wzor­ce uro­dy, mo­dy, spę­dza­nia wol­ne­go cza­su, urzą­dza­nia do­mu? Na pew­no nie.

Me­dia z de­fi­ni­cji są ma­so­we. Więc mu­szą schle­biać ma­so­wym gu­stom. Mu­szą się sprze­da­wać. Czy w ta­kiej sy­tu­acji w ogó­le moż­li­we jest, by po­ka­zy­wa­ły praw­dę o rze­czy­wi­sto­ści, by mó­wi­ły o tym, co jest dla mnie na­praw­dę waż­ne, sko­ro każ­dy z nas jest tak róż­ny, ma swo­je od­ręb­ne i bar­dzo in­dy­wi­du­al­ne ma­rze­nia, pla­ny, do­świad­cze­nia? Kto de­cy­du­je o tym, co jest na ty­le waż­ne, by zna­la­zło się me­diach? Ja­kie ma w ogó­le do te­go pra­wo?

Uważ­nie i ostroż­nie. Z umia­rem. Ce­lo­wo. Po swo­je­mu – ta­kie sło­wa przy­cho­dzą na myśl, że­by ko­rzy­sta­jąc z do­bro­dziejstw me­diów, nie dać się jed­nak wkrę­cić tej ma­chi­nie i za­cho­wać to, co ma­my naj­cen­niej­sze­go – sie­bie.

 

 

KU

 

 

Przedawkowane media

W 2013 r. na li­ście Ame­ry­kań­skie­go To­wa­rzy­stwa Psy­chia­trycz­ne­go po­ja­wi się no­wa cho­ro­ba. Uza­leż­nie­nie od In­ter­ne­tu.

Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat te­mu by­ło to nie do po­my­śle­nia. Kie­dy ktoś le­czył się z uza­leż­nie­nia, to mu­sia­ło cho­dzić o al­ko­hol, nar­ko­ty­ki, ewen­tu­al­nie o por­no­gra­fię. Ale kom­pu­ter, In­ter­net, za­ku­py al­bo ko­sme­ty­ki? Oka­zu­je się jed­nak, że – je­śli ko­rzy­sta się z nich w nie­wła­ści­wy spo­sób – mo­gą być rów­nie groź­ne.

Zła­pa­ni w sieć

W cza­sach, w któ­rych wie­lu ko­rzy­sta z kom­pu­te­ra ja­ko na­rzę­dzia pra­cy, ślę­cze­nie przed nim zwy­kle nie jest od­bie­ra­ne ne­ga­tyw­nie. Ot, ta­ka pra­ca. Wy­da­je się, że ła­twiej za­uwa­żyć, że ktoś ma pro­blem z nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu niż kom­pu­te­ra. Ale i tu moż­na „przedaw­ko­wać”.

Pod okre­śle­niem „uza­leż­nie­nie od kom­pu­te­ra” lub „uza­leż­nie­nie od In­ter­ne­tu” kry­ją się m.in. uza­leż­nie­nia od pocz­ty elek­tro­nicz­nej, ser­wi­sów spo­łecz­no­ścio­wych, gier, wir­tu­al­ne­go sek­su, cza­tów, za­ku­pów w sie­ci, ścią­ga­nia fil­mów, mu­zy­ki, pro­gra­mów itd.

 

 

Oczy­wi­ście, nie każ­dy, kto pra­cu­je przy kom­pu­te­rze lub cza­sem ko­rzy­sta z nie­go, by się zre­lak­so­wać, jest uza­leż­nio­ny. Czer­wo­ne świa­tło po­win­no się za­pa­lić kie­dy:

  • re­zy­gnu­jesz z in­nych form spę­dza­nia cza­su, z te­go, co kie­dyś spra­wia­ło ci przy­jem­ność (wyj­ście do ki­na, spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi, upra­wia­nie spor­tu);
  • czu­jesz, że MUSISZ włą­czyć kom­pu­ter, wejść do In­ter­ne­tu, je­steś na „gło­dzie”;
  • w sie­ci czu­jesz się o wie­le le­piej niż w re­alu, to twój lek na nie­po­kój, nie­śmia­łość, sa­mot­ność, smu­tek;
  • nie kon­tro­lu­jesz cza­su spę­dzo­ne­go przed ekra­nem, prze­cie­ka ci on przez pal­ce, ła­miesz obiet­ni­cę, że „od dziś bę­dę spę­dzać przy kom­pu­te­rze tyl­ko go­dzi­nę dzien­nie”;
  • źle się czu­jesz, kie­dy nie masz kon­tak­tu z kom­pu­te­rem: nie mo­żesz spać, sku­pić się, wy­bu­chasz gnie­wem, de­ner­wu­jesz się, wszyst­ko cię draż­ni, bez­wied­nie stu­kasz pal­ca­mi jak­by w kla­wia­tu­rę;
  • masz pro­ble­my w szko­le, mi­mo że wcze­śniej wszyst­ko by­ło ok, gro­zi ci po­wta­rza­nie kla­sy, ale wca­le się tym nie przej­mu­jesz.

Je­śli wi­dzisz u sie­bie po­dob­ne ob­ja­wy, po­roz­ma­wiaj o nich z za­ufa­ną oso­bą – ro­dzi­cem, wy­cho­waw­cą kla­sy, pe­da­go­giem szkol­nym, cio­cią, wuj­kiem. Je­śli po­dob­ne ob­ja­wy wi­dzisz u zna­nej ci oso­by, tak­że po­wiedz o nich ko­muś, ko­mu ufasz.

Szkla­ny ekran

Choć wśród mło­dzie­ży naj­więk­szym „me­dial­nym po­że­ra­czem cza­su” jest kom­pu­ter z do­stę­pem do In­ter­ne­tu, po­pu­lar­no­ścią na­dal cie­szy sie tak­że te­le­wi­zja. W nie­jed­nym do­mu te­le­wi­zor jest naj­waż­niej­szym „eks­po­na­tem” i trud­no zna­leźć ta­ki ze­staw me­bli do sa­lo­nu, w któ­rym nie by­ło­by wiel­kie­go sto­li­ka, na któ­rym moż­na po­sta­wić wiel­ką pla­zmę.

Ozna­ki wcho­dze­nia w na­łóg są po­dob­ne, jak w przy­pad­ku uza­leż­nie­nia od In­ter­ne­tu i kom­pu­te­ra.

Fo­no­ho­lizm

A po­zo­sta­łe me­dia? Te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, smart­fo­ny i in­ne ga­dże­ty? Ma­łe i nie­po­zor­ne, ale szcze­gól­nie nie­bez­piecz­ne dla na­sto­lat­ków, któ­rzy szyb­ko opa­no­wu­ją no­win­ki tech­nicz­ne. To oni sta­no­wią głów­ną gru­pę ry­zy­ka za­cho­ro­wań na fo­no­ho­lizm (aż 2/3 na­sto­lat­ków uwa­ża, że te­le­fon jest bar­dzo waż­nym źró­dłem roz­ryw­ki i utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów to­wa­rzy­skich). Po­dat­ni na uza­leż­nie­nie są męż­czyź­ni w wie­ku 40–45 lat pro­wa­dzą­cy ak­tyw­ne ży­cie za­wo­do­we oraz oso­by sa­mot­ne i ma­ją­ce pro­ble­my z na­wią­zy­wa­niem kon­tak­tów bez­po­śred­nich. We­dług Urzę­du Ko­mu­ni­ka­cji Elek­tro­nicz­nej po­cho­dzą­cych w 2008 ko­mór­ki po­sia­da­ło 97% Po­la­ków. Obec­nie licz­ba użyt­ko­wa­nych w Pol­sce te­le­fo­nów prze­kro­czy­ła licz­bę miesz­kań­ców kra­ju, a na­sy­ce­nie ryn­ku wy­no­si po­nad 115%, co ozna­cza, że nie­jed­na oso­ba ko­rzy­sta z wię­cej niż jed­nej ko­mór­ki.

 Mag­da­le­na Gu­ziak-No­wak

 

 

Pochwała humoru

Ka­wa­ły, ske­cze, aneg­do­ty, ko­me­die, ka­ba­re­ty – po co to wszyst­ko? Dla­cze­go lu­dzie chcą się śmiać i roz­śmie­szać in­nych?

Śmiech to zdro­wie! Każ­dy chy­ba sły­szał to po­wie­dze­nie, ale o co wła­ści­wie cho­dzi? Ba­da­niem śmie­chu zaj­mu­je się ge­lon­to­lo­gia (od grec­kie­go bó­stwa śmie­chu, Ge­lo­sa) – in­te­re­su­je on bio­lo­gów, psy­cho­lo­gów, an­tro­po­lo­gów, neu­ro­lo­gów, ję­zy­ko­znaw­ców i eto­lo­gów. Za oj­ca na­uki o śmie­chu ucho­dzi pro­fe­sor psy­chia­trii Uni­wer­sy­te­tu Stan­ford Wi­liam Fry. In­spi­ra­cją do roz­po­czę­cia na­uko­wych stu­diów nad hu­mo­rem (la­ta 60. ubie­głe­go wie­ku) był cier­pią­cy na ucho­dzą­cą za nie­ule­czal­ną cho­ro­bę sta­wów dzien­ni­karz Nor­man Co­usins. Kie­dy na sil­ne bó­le nic mu już nie po­ma­ga­ło, sa­mo­dziel­nie „za­or­dy­no­wał” so­bie ku­ra­cje śmie­chem (oglą­dał fil­my ko­me­dio­we i ka­zał so­bie czy­tać śmiesz­ne książ­ki), któ­ra na bie­żą­co ła­go­dzi­ła do­le­gli­wo­ści, a po dzie­się­ciu mie­sią­cach do­pro­wa­dzi­ła do ich pra­wie cał­ko­wi­te­go ustą­pie­nia. Dok­tor Fry w 1964 r. za­ło­żył In­sty­tut Ba­dań nad Hu­mo­rem i do­świad­czal­nie wy­ka­zał, że po du­żej daw­ce śmie­chu wzra­sta in­dy­wi­du­al­na dla każ­de­go or­ga­ni­zmu pro­duk­cja hor­mo­nów i cyr­ku­la­cja sub­stan­cji im­mu­no­lo­gicz­nych.

 

 

Gło­śny śmiech jest ar­cha­icz­nym ludz­kim osią­gnię­ciem, któ­re we­dług ba­da­czy ewo­lu­cji, wy­wo­dzi się z sy­tu­acji, gdy ho­mo sa­piens, po cięż­kiej wal­ce, po­ko­nał np. ja­kieś du­że zwie­rzę i śmie­chem ogła­szał swój triumf. Uwal­nia­jąc się od stra­chu i na­pię­cia, prze­ży­wał ulgę i roz­luź­nie­nie. Śmiech „roz­bra­ja” trud­ne emo­cje, ła­go­dzi kon­flik­ty, uspo­ka­ja i zbli­ża lu­dzi.

Cie­ka­wa jest też ana­to­mia śmie­chu: neu­ro­lo­dzy zna­leź­li mo­to­rycz­ny wy­zwa­lacz śmie­chu w kre­so­mó­zgo­wiu na le­wym, przed­nim pła­cie czo­ło­wym, bli­sko cen­trum mo­wy. Ale to tyl­ko ostat­nie ogni­wo w re­ak­cji łań­cu­cho­wej pro­wa­dzą­cej do we­so­ło­ści, któ­rą two­rzą: my­śle­nie – emo­cje – mo­to­ry­ka. Im­pul­sy wy­zwa­la­ją­ce śmiech po­cho­dzą z róż­nych re­jo­nów mó­zgu np. gdy je­ste­śmy ła­sko­ta­ni, to jest to in­ny ob­szar, niż gdy się czymś cie­szy­my, a jesz­cze in­ny, gdy poj­mu­je­my pu­en­tę dow­ci­pu. Śmiej­my się jed­nak nie tyl­ko „sa­mym mó­zgiem”, ale ca­łym cia­łem: od brzu­cha do gło­wy w śmie­chu bie­rze udział ok. 300 róż­nych mię­śni, przy czym mię­sień śmie­chu – zy­go­ma­ti­cus, jest zbio­rem 15 mię­śni. Przy na­pa­dzie śmie­chu pra­ca mię­śni brzu­cha po­wo­du­je wy­rzu­ca­nie po­wie­trza usta­mi z pręd­ko­ścią 100 km/h. Płu­ca przyj­mu­ją ok. 3–4 ra­zy wię­cej tle­nu niż za­zwy­czaj. Od­dech przy­spie­sza, ci­śnie­nie krwi wzra­sta, twarz i gło­wa sta­ją się moc­niej ukrwio­ne, wzra­sta czyn­ność ser­ca, po­bu­dzo­ne jest tra­wie­nie, a prze­po­na – wi­bru­jąc – ma­su­je or­ga­ny we­wnętrz­ne. Fi­zjo­lo­gia re­gu­lu­ją­ca na­sze na­stro­je hor­mo­na­mi, wy­twa­rza uszczę­śli­wia­ją­cy nas hor­mo­nal­ny kok­tajl. Trud­no się dzi­wić, że po ta­kim ata­ku śmie­chu czło­wiek czu­je się lek­ko osła­bio­ny i oszo­ło­mio­ny!

Psy­cho­lo­go­wie tak­że do­ce­nia­ją te­ra­peu­tycz­ne wa­lo­ry hu­mo­ru, wska­zu­jąc, że roz­ła­do­wu­je on za­ha­mo­wa­nia, po­bu­dza kre­atyw­ność, wspie­ra pro­ce­sy po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji i zmia­nę per­spek­ty­wy, po­ma­ga zmie­nić na bar­dziej ela­stycz­ne sztyw­ne wzo­ry za­cho­wań, roz­luź­nia, jed­no­cze­śnie po­bu­dza­jąc i two­rzy at­mos­fe­rę sprzy­ja­ją­cą przy­ja­znym, kon­struk­tyw­nym kon­tak­tom mię­dzy ludź­mi.

Przy­po­mnij­my so­bie, co nas cie­szy i śmie­szy. Za­le­caj­my so­bie na­wza­jem peł­ne zdro­we­go hu­mo­ru fil­my, książ­ki. A do­mo­we za­so­by? Czę­sto la­ta­mi funk­cjo­nu­ją w ro­dzi­nach, wy­wo­dzą­ce się z hu­mo­ry­stycz­nych sy­tu­acji, po­wie­dzon­ka lub „słow­ne two­ry” z lat, gdy by­li­śmy ma­lu­cha­mi twór­czo pod­cho­dzą­cy­mi do ję­zy­ka. War­to wspo­mi­nać ta­kie śmiesz­ne, roz­czu­la­ją­ce i jed­no­czą­ce bli­skich swą nie­po­wta­rzal­no­ścią wy­da­rze­nia.

Sko­rzy­staj­my też z mo­dli­twy To­ma­sza Mo­ru­sa: Pa­nie daj mi po­czu­cie hu­mo­ru, daj mi ła­skę ro­zu­mie­nia dow­ci­pu, abym do­znał w ży­ciu tro­chę szczę­ścia i ob­dzie­lił nim in­nych. I jesz­cze zda­nie au­tor­stwa Ja­na Bo­sko: Być ra­do­snym, czy­nić do­brze i po­zwa­lać ćwier­kać wró­blom!

 

An­na Ku­char­ska-Zyg­munt

 

 

 

Nie lękajcie się iść pod prąd

Bło­go­sła­wio­ny Król, któ­ry przy­cho­dzi w imię Pań­skie” (Łk 19, 38). Ty­mi sło­wa­mi miesz­kań­cy Je­ro­zo­li­my wi­ta­li Je­zu­sa przy­by­wa­ją­ce­go do świę­te­go mia­sta, na­zy­wa­jąc Go Kró­lem Izra­ela. Jed­nak­że kil­ka dni póź­niej ten sam tłum od­rzu­cił Go, krzy­cząc wro­go: „Ukrzy­żuj, ukrzy­żuj go!” (Łk 23, 21). (…) Do tłu­mu, któ­ry się zgro­ma­dził, aby Go słu­chać, Je­zus po­wie­dział: „A Ja, gdy zo­sta­nę nad zie­mię wy­wyż­szo­ny, przy­cią­gnę wszyst­kich do sie­bie” (J 12, 32). (…) Je­zus umie­ra na krzy­żu za każ­de­go i każ­dą z nas. Krzyż jest za­tem naj­więk­szym i naj­bar­dziej wy­mow­nym zna­kiem Je­go mi­ło­sier­nej mi­ło­ści, je­dy­nym zna­kiem zba­wie­nia dla każ­de­go po­ko­le­nia i ca­łej ludz­ko­ści. (…) W na­szej epo­ce, w któ­rej do­bro­byt ma­te­rial­ny i wy­go­da są przed­sta­wia­ne i po­szu­ki­wa­ne ja­ko naj­wyż­sze war­to­ści, nie jest ła­two zro­zu­mieć orę­dzie pły­ną­ce z krzy­ża. Ale wy, dro­dzy mło­dzi, nie lę­kaj­cie się gło­sić Ewan­ge­lii krzy­ża w każ­dej sy­tu­acji. Nie lę­kaj­cie się iść pod prąd! Chry­stus Je­zus „uni­żył sa­me­go sie­bie, sta­jąc się po­słusz­nym aż do śmier­ci – i to śmier­ci krzy­żo­wej. Dla­te­go też Bóg Go nad wszyst­ko wy­wyż­szył” (Flp 2, 8–9). Pod­nio­sły hymn z Li­stu św. Paw­ła do Fi­li­pian przy­po­mniał nam, że krzyż ma dwa nie­roz­łącz­ne aspek­ty: jest jed­no­cze­śnie bo­le­sny i chwa­leb­ny. Cier­pie­nie i upo­ko­rze­nia śmier­ci Je­zu­sa są ści­śle zwią­za­ne z Je­go wy­wyż­sze­niem i chwa­łą zmar­twych­wsta­nia. Dro­dzy bra­cia i sio­stry! Dro­dzy mło­dzi! Bądź­cie za­wsze świa­do­mi tej po­cie­sza­ją­cej praw­dy. Mę­ka i zmar­twych­wsta­nie Chry­stu­sa sta­no­wią ośro­dek na­szej wia­ry i są na­szą osto­ją w nie­unik­nio­nych pró­bach co­dzien­no­ści. Niech Mat­ka Bo­ska Bo­le­sna, któ­ra jest mil­czą­cym świad­kiem ra­do­ści zmar­twych­wsta­nia, po­mo­że wam na­śla­do­wać Chry­stu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go i od­kry­wać w ta­jem­ni­cy krzy­ża peł­ny sens ży­cia. Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus!

 

bł. Jan Pa­weł II

Wa­ty­kan, 4.04.2004 r.

 

Zawierzamy Kościół opiece Najwyższego Pasterza

Naj­droż­si Bra­cia,

Za­we­zwa­łem was na ten Kon­sy­storz nie tyl­ko z po­wo­du trzech ka­no­ni­za­cji, ale tak­że, aby za­ko­mu­ni­ko­wać wam de­cy­zję o wiel­kiej wa­dze dla ży­cia Ko­ścio­ła. Roz­wa­żyw­szy po wie­lo­kroć rzecz w su­mie­niu przed Bo­giem, zy­ska­łem pew­ność, że z po­wo­du po­de­szłe­go wie­ku mo­je si­ły nie są już wy­star­cza­ją­ce, aby w spo­sób na­le­ży­ty spra­wo­wać po­słu­gę Pio­tro­wą. Je­stem w peł­ni świa­dom, że ta po­słu­ga, w jej du­cho­wej isto­cie po­win­na być speł­nia­na nie tyl­ko przez czy­ny i sło­wa, ale w nie mniej­szym stop­niu tak­że przez cier­pie­nie i mo­dli­twę. Tym nie­mniej, aby kie­ro­wać ło­dzią św. Pio­tra i gło­sić Ewan­ge­lię w dzi­siej­szym świe­cie, pod­le­ga­ją­cym szyb­kim prze­mia­nom i wzbu­rza­nym przez kwe­stie o wiel­kim zna­cze­niu dla ży­cia wia­ry, nie­zbęd­na jest si­ła za­rów­no cia­ła, jak i du­cha, któ­ra w ostat­nich mie­sią­cach osła­bła we mnie na ty­le, że mu­szę uznać mo­ją nie­zdol­ność do do­bre­go wy­ko­ny­wa­nia po­wie­rzo­nej mi po­słu­gi. Dla­te­go, w peł­ni świa­dom po­wa­gi te­go ak­tu, z peł­ną wol­no­ścią, oświad­czam, że re­zy­gnu­ję z po­słu­gi Bi­sku­pa Rzy­mu, Na­stęp­cy Pio­tra, po­wie­rzo­nej mi przez Kar­dy­na­łów 19 kwiet­nia 2005 ro­ku, tak że od 28 lu­te­go 2013 ro­ku, od go­dzi­ny 20.00, rzym­ska sto­li­ca, Sto­li­ca św. Pio­tra, bę­dzie zwol­nio­na (se­de va­can­te) i bę­dzie ko­niecz­ne, aby ci, któ­rzy do te­go po­sia­da­ją kom­pe­ten­cje, zwo­ła­li Kon­kla­we dla wy­bo­ru no­we­go Pa­pie­ża.

Naj­droż­si Bra­cia, dzię­ku­ję wam ze szcze­re­go ser­ca za ca­łą mi­łość i pra­cę, przez któ­rą nie­śli­ście ze mną cię­żar mo­jej po­słu­gi, i pro­szę o wy­ba­cze­nie wszel­kich mo­ich nie­do­sko­na­ło­ści. Te­raz za­wie­rza­my Ko­ściół świę­ty opie­ce Naj­wyż­sze­go Pa­ste­rza, na­sze­go Pa­na Je­zu­sa Chry­stu­sa, i bła­ga­my Je­go naj­święt­szą Mat­kę Ma­ry­ję, aby wspo­ma­ga­ła swo­ją mat­czy­ną do­bro­cią Oj­ców Kar­dy­na­łów w wy­bo­rze no­we­go Pa­pie­ża. Je­śli o mnie cho­dzi, rów­nież w przy­szło­ści bę­dę chciał słu­żyć ca­łym ser­cem, ca­łym od­da­nym mo­dli­twie ży­ciem, świę­te­mu Ko­ścio­ło­wi Bo­że­mu.

 

 

Oj­ciec Świę­ty Be­ne­dykt XVI

Wa­ty­kan, 11.02.2013 r.

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Nie zdra­dzę ta­jem­ni­cy spo­wie­dzi, je­śli stwier­dzę, że te­mat dzi­siej­sze­go nu­me­ru po­ja­wia się szcze­gól­nie czę­sto w kon­fe­sjo­na­le. To zna­czy, że ko­rzy­sta­nie z te­le­wi­zji, ra­dia, pra­sy i in­ter­ne­tu jest fak­tycz­nym pro­ble­mem dla bar­dzo wie­lu lu­dzi…

Za­cznę jed­nak od pew­ne­go nie­po­ko­ju, ja­ki zro­dził się we mnie, gdy za­uwa­ży­łem, że kom­pu­ter coś po­pra­wił w mo­jej or­to­gra­fii, a – jak do­brze pa­mię­tam – ni­gdy nie mia­łem z nią pro­ble­mu. Zna­my to ozna­cze­nie: po na­pi­sa­niu ja­kie­goś sło­wa i spa­cji po­ja­wia się czer­wo­ny wę­żyk. Aby nie zgu­bić my­śli skoń­czy­łem aka­pit, za­trzy­ma­łem wzrok na pod­kre­ślo­nym sło­wie i… „zdę­bia­łem”. Nie by­ła to li­te­rów­ka wy­ni­ka­ją­ca z mniej spraw­nych pal­ców, kom­pu­ter pod­kre­ślił sło­wo „in­ter­net”. Wpa­tru­ję się uważ­nie, i nie wi­dzę nic błęd­ne­go, włą­czam pro­po­no­wa­ne przez kom­pu­ter po­praw­ki i wi­dzę, że bez­myśl­ne urzą­dze­nie su­ge­ru­je, że po­win­no być „In­ter­net”. Czy­li mam pi­sać o pew­nym na­rzę­dziu, roz­po­czy­na­jąc sło­wo od wiel­kiej li­te­ry? To zna­czy, że za­raz po­tem bę­dzie „Te­le­wi­zja”, a nie „te­le­wi­zja”, „Pra­sa”, a nie „pra­sa”, „Ra­dio” a nie „ra­dio”? Po­czu­łem się wte­dy jak oso­ba, z li­te­ra­tu­ry s-f i za­da­łem so­bie py­ta­nie: „czy to zna­czy, że ktoś chce mną rzą­dzić”? Teo­rię wiel­kie­go spi­sku od­rzu­cam z za­ło­że­nia, ale wte­dy zro­zu­mia­łem, dla­cze­go po­ja­wia się ona w umy­słach lu­dzi o słab­szej oso­bo­wo­ści…

Mó­wiąc o me­diach, za­wsze bę­dzie­my mó­wić o wol­no­ści, za­wsze bę­dzie­my za­chę­cać do roz­trop­no­ści i umie­jęt­no­ści wy­bie­ra­nia. Dla­te­go zmu­sza do my­śle­nia py­ta­nie za­cy­to­wa­ne na s. 8: „Czy wy w ogó­le jesz­cze ży­je­cie?” – jest to py­ta­nie po­sta­wio­ne Po­la­kom przez miesz­kań­ców Afry­ki. Ze stro­ny 9 do­wie­my się, o czym mil­czą me­dia, na waż­ne py­ta­nia zwią­za­ne z ko­rzy­sta­niem z me­diów od­po­wia­da dzi­siaj ksiądz bi­skup Adam Le­pa, od wie­lu lat zwią­za­ny z me­dia­mi (s. 10–11), a ze stron 12 i 13 do­wie­my się o ma­ni­pu­la­cji i o uza­leż­nie­niach, któ­re są zwią­za­ne z na­szym dzi­siej­szym te­ma­tem. Dość nie­po­ko­ją­co brzmi stwier­dze­nie, że kre­owa­nie pew­ne­go sty­lu mo­że za­cząć się od wpro­wa­dze­nia na ry­nek no­we­go ro­dza­ju lal­ki (tekst o Bar­bie – s. 17). Pan Jan Po­spie­szal­ski pod­su­wa od­po­wiedź na py­ta­nie, jak uchro­nić się przed ma­ni­pu­la­cją w me­diach (s. 14–15), a na stro­nie 16 znaj­dzie­my „10 przy­ka­zań mą­dre­go ko­rzy­sta­nia z me­diów”.

Mam na­dzie­ję, że wie­lu z na­szych Czy­tel­ni­ków za­uwa­ży­ło spo­łecz­ne ini­cja­ty­wy zmie­rza­ją­ce do przy­wró­ce­nia peł­ne­go wy­mia­ru na­uki hi­sto­rii w pol­skich szko­łach… Ale pó­ki to nie na­stą­pi, za­chę­ca­my do lek­tu­ry na­szych ar­ty­ku­łów – dzi­siaj na przy­kład mo­że­my się do­wie­dzieć, kim był „ostat­ni Żoł­nierz Wy­klę­ty” (s. 28) i dla­cze­go po woj­nie mor­do­wa­no osiem­na­sto­let­nie dziew­czy­ny (s. 29).

Do­tkną­łem tu je­dy­nie po­ło­wy ar­ty­ku­łów przy­go­to­wa­nych do te­go nu­me­ru, w po­zo­sta­łych też jest spo­ro cie­ka­wych tre­ści.

 

ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski