Uśmiech mimo wszystko

Ma­jąc za­spo­ko­jo­ne pod­sta­wo­we po­trze­by ży­cio­we, czę­sto nie za­sta­na­wia­my się, że to, co przyj­mu­je­my za nor­mal­ne, in­ni trak­tu­ją ja­ko wiel­kie do­bro­dziej­stwo od Bo­ga. Za­świad­czyć o tym mo­gą szcze­gól­nie mi­sjo­na­rze.

S. Ja­dwi­ga Syl­we­stra Pie­truc­ka po­słu­gu­je w An­go­li od 1982 r. Prze­ży­ła tam woj­nę do­mo­wą, wal­ki miej­sco­wych re­be­lian­tów. Wraz z wer­bi­stą jeź­dzi­ła w tych trud­nych la­tach z po­mo­cą hu­ma­ni­tar­ną, za­wo­żąc le­ki, żyw­ność i wo­dę do naj­bar­dziej od­da­lo­nych wio­sek. – Woj­sko przy­wi­ta­ło nas krzy­kiem: „Wy­sia­dać z sa­mo­cho­dów, rę­ce do gó­ry” – a nie­któ­rzy kie­ro­wa­li lu­fy ka­ra­bi­nów AK do każ­de­go z nas. Moż­na so­bie wy­obra­zić, co każ­dy z nas czuł… Te­raz już ko­niec… Ktoś pro­sił, by nas nie za­bi­jać – uda­ło się. Ta­kim to cu­dem ko­lej­ny raz oca­le­li­śmy” – wszyst­ko po to, by zo­ba­czyć uśmiech na twa­rzach zdro­wych i wresz­cie sy­tych dzie­ci.

 

O. Ja­nusz Prus od 1995 r. prze­by­wa w Bot­swa­nie. Za­ło­żył tam m.in. ochron­kę i sie­ro­ci­niec dla dzie­ci, któ­rych ro­dzi­ce zmar­li w wy­ni­ku za­ka­że­nia wi­ru­sem HIV. Jak sam opo­wia­da, z wiel­ką po­ko­rą spo­glą­da na nie, któ­re – mi­mo trud­nej sy­tu­acji ży­cio­wej – są w sta­nie cie­szyć się każ­dą drob­nost­ką.

Mi­sjo­narz w afry­kań­skiej Gha­nie, o. Jó­zef Ma­zur wspo­mi­na, że pew­ne­go dnia zor­ga­ni­zo­wał dla miej­sco­wych ko­biet przy­ję­cie. – W pew­nym mo­men­cie jed­na ze sta­ru­szek po­de­szła do mnie i po­wie­dzia­ła ze łza­mi w oczach: „Oj­cze [ta­to], bar­dzo ci dzię­ku­ję”. Wte­dy in­na ko­bie­ta sie­dzą­ca obok mnie zwró­ci­ła jej uwa­gę: „Nie wo­łaj go ta­to, ale na­zy­waj go jak wszy­scy – ksiądz”. Wte­dy sta­rusz­ka z obu­rze­niem w gło­sie po­wie­dzia­ła: „Nie, ja go bę­dę na­zy­wa­ła ta­ta, bo nie pa­mię­tam już, kie­dy ktoś dał mi no­gę z ku­ry do je­dze­nia. Pa­mię­tam, jak by­łam mło­dą dziew­czy­ną, dzień przed pój­ściem do do­mu mo­je­go mę­ża, wie­czo­rem oj­ciec za­bił ko­gu­ta i dał mi no­gę ko­gu­ta do zje­dze­nia. Mój oj­ciec zmarł daw­no te­mu, ale dzi­siaj przy­szedł do mnie w oso­bie te­go bia­łe­go czło­wie­ka i dał mi to je­dze­nie. On jest na­praw­dę mo­im oj­cem”. Sta­rusz­ka zmar­ła na­stęp­ne­go ro­ku, a ja zo­sta­łem Nte – oj­ciec – do­da­je o. Ma­zur.

Z ko­lei tuż za na­szą wschod­nią gra­ni­cą, na Bia­ło­ru­si, w la­tach 90-tych XX w. po­słu­gi­wał o. Jan Boń­kow­ski. Ze wzru­sze­niem opo­wia­da, jak był wi­ta­ny pod­czas pierw­szej od cza­su za­koń­cze­nia II woj­ny świa­to­wej wi­zy­ty dusz­pa­ster­skiej, zwa­nej ko­lę­dą. – By­wa­ło, że na po­wi­ta­nie ka­pła­na ca­ła wio­ska zbie­ra­ła się obok krzy­ża i tam naj­czę­ściej wi­ta­no ka­pła­na chle­bem i so­lą oraz śpie­wa­no od­po­wied­nią ko­lę­dę. Jed­ne­go ra­zu za­śpie­wa­no ko­lę­dę roz­po­czy­na­jąc od słów: „Ach wi­taj Zbaw­co, z daw­na żą­da­ny…”. I tu głos się za­ła­mał, po­ka­za­ły się łzy w oczach, na­wet sil­nych męż­czyzn – wspo­mi­na o. Jan.

Rów­nież na Wscho­dzie, w Gru­zji, po­słu­gu­je o. Pa­weł Dyl. Do miej­sco­wo­ści, w któ­rych od­pra­wia Mszę św., ma do po­ko­na­nia cza­sem kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów. – Kil­ka ra­zy po do­tar­ciu do pa­ra­fii spo­ty­ka­łem na Mszy św. kil­ka osób, bo np. pa­dał deszcz al­bo by­ły żni­wa, po­grzeb. Uświa­do­mi­łem so­bie wte­dy, jak waż­na jest Eu­cha­ry­stia od­pra­wia­na na­wet dla dwóch al­bo trzech osób – opo­wia­da.

Ży­jąc w Pol­sce, nie do­ce­nia­my nie tyl­ko wa­run­ków by­to­wych, ale i moż­li­wo­ści przy­stę­po­wa­nia do sa­kra­men­tów. Nie­czę­sto cie­szy­my się z obec­no­ści ka­pła­nów w na­szych pa­ra­fiach, cza­sem na­wet na nich na­rze­ka­my. Pa­mię­taj­my jed­nak, że są nie­zbęd­ni w na­szym peł­nym ży­ciu du­cho­wym.

 

Ka­je­tan Raj­ski

Papieskie źródła radości

 „Nie płacz­cie w chwi­li śmier­ci, to chwi­la ra­do­ści” – ma­wiał pa­pież Jan XXIII. Od pierw­szych chwil z je­go na­ucza­nia bił opty­mizm, któ­ry hi­sto­ry­cy roz­po­zna­ją dzi­siaj ja­ko si­łę te­go pa­pie­ża, któ­ry bę­dąc dziec­kiem rol­ni­ków ja­ko Gło­wa Ko­ścio­ła wy­szedł do lu­du. Przez ca­ły swój pon­ty­fi­kat, obie­ra­jąc styl wiej­skie­go pro­bosz­cza, z otwar­tym ser­cem peł­nym do­bro­ci zwra­cał się do dzie­ci w szpi­ta­lach i więź­niów. Zo­sta­wił po so­bie za­pis nie­zwy­kłych re­flek­sji, w któ­rych na­wo­łu­je do ra­do­ści, wy­zna­cza­jąc sam so­bie cel: „Nie cze­kać na szczę­ście wiecz­ne, ale być szczę­śli­wym każ­de­go dnia w ziem­skim świe­cie”. An­ge­lo Ron­cal­li, na­zy­wa­ny „Do­brym Pa­pie­żem”, za­pi­sał się w hi­sto­rii, ja­ko pa­pież z po­czu­ciem hu­mo­ru, mi­mo iż by­ły to jesz­cze cza­sy, kie­dy pa­pie­ży no­szo­no w lek­ty­ce.

 

Tak­że na­ucza­nie bł. Ja­na Paw­ła II opar­te zo­sta­ło na ra­do­ści. Pa­mię­ta­my go nie tyl­ko ja­ko sko­re­go do żar­tów, ra­do­śnie ma­cha­ją­ce­go do mło­dzie­ży la­ską, ale pa­mię­ta­my przede wszyst­kim je­go sło­wa. „Jest mo­ją ra­do­ścią, mój Bo­że, czy­nić Two­ją wo­lę”, po­wta­rzał za Bi­blią w Re­demp­tio­nis do­num, bo „Bóg jest pierw­szym źró­dłem ra­do­ści i na­dziei czło­wie­ka.” „Czło­wiek jest isto­tą stwo­rzo­ną do ra­do­ści, nie do smut­ku” – przy­po­mi­nał pod­czas ka­te­chez, by na XVII Świa­to­wym Dniu Mło­dzie­ży w To­ron­to po­wie­dzieć, że tych, któ­rzy przy­ję­li je­go wia­rę, Je­zus na­zwał „bło­go­sła­wio­ny­mi”, bo „ra­dość obie­ca­na przez Bło­go­sła­wień­stwa jest praw­dzi­wą ra­do­ścią sa­me­go Je­zu­sa: ra­do­ścią po­szu­ki­wa­ną i od­na­le­zio­ną w po­słu­szeń­stwie Oj­cu i w da­rze z sa­me­go sie­bie dla in­nych. (…) Dro­dzy przy­ja­cie­le, na wa­szą mło­dzień­czą wo­lę by­cia szczę­śli­wy­mi sta­ry Pa­pież, ob­cią­żo­ny la­ta­mi, lecz jesz­cze mło­dy ser­cem, od­po­wia­da sło­wem, któ­re nie na­le­ży do nie­go. Sło­wo to za­brzmia­ło dwa ty­sią­ce lat te­mu. Dzi­siaj usły­sze­li­śmy je po­now­nie: »Bło­go­sła­wie­ni! «. Sło­wem klu­czo­wym na­ucza­nia Je­zu­sa jest gło­sze­nie ra­do­ści: »Bło­go­sła­wie­ni!«. Czło­wiek zo­stał stwo­rzo­ny dla szczę­ścia. Wa­sze pra­gnie­nie szczę­ścia jest więc uza­sad­nio­ne. Chry­stus ma od­po­wiedź na wa­sze ocze­ki­wa­nie. Żą­da On od was, by­ście Mu za­ufa­li. Praw­dzi­wa ra­dość jest zdo­by­czą, któ­rej nie osią­ga się bez dłu­giej i trud­nej wal­ki. (…) Bóg stwo­rzył męż­czy­znę i ko­bie­tę w ra­ju, w Ede­nie, po­nie­waż chciał, aby by­li szczę­śli­wi. Nie­ste­ty, grzech zbu­rzył Je­go pier­wot­ne pla­ny. Bóg nie ustą­pił jed­nak wo­bec tej po­raż­ki. Ze­słał swo­je­go Sy­na na zie­mię, aby przy­wró­cić czło­wie­ko­wi per­spek­ty­wę jesz­cze pięk­niej­sze­go nie­ba” – pod­kre­ślał.

W Di­ves in mi­se­ri­cor­dia przy­wo­łu­jąc przy­kład po­wro­tu mar­no­traw­ne­go sy­na, Jan Pa­weł II wska­zy­wał szcze­gól­ne źró­dło ra­do­ści szczę­śli­we­go oj­ca, a w Do­mi­num et vi­vi­fi­can­tem mó­wił, że „Je­zus ra­du­je się oj­co­stwem Bo­żym. Ra­du­je się tym, że da­ne Mu jest ob­ja­wić to oj­co­stwo. Ra­du­je się wresz­cie szcze­gól­nym jak­by pro­mie­nio­wa­niem te­go Bo­że­go oj­co­stwa na „pro­stacz­ków”. A wszyst­ko to ewan­ge­li­sta okre­śla ja­ko „roz­ra­do­wa­nie się w Du­chu Świę­tym”. Jan Pa­weł II prak­ty­ko­wał ra­dość i za­chę­cał do niej mło­dzież i star­ców, za­no­sił ją do szpi­ta­li, pa­ra­fii i wię­zień. Dla pa­pie­ża źró­dłem ra­do­ści od za­wsze by­ła ro­dzi­na, dla­te­go w Fa­mi­lia­ris Con­sor­tio przy­po­mi­na: „Na­praw­dę za­czy­nam żyć wte­dy, gdy prze­ży­wam sie­bie ja­ko pre­zent, któ­ry z ra­do­ścią ofia­ru­ję in­nym lu­dziom”. Ale, w szcze­gól­ny spo­sób o ra­do­ści mó­wił w gru­dnio­wych orę­dziach. „Bo­że Na­ro­dze­nie to ta­jem­ni­ca ra­do­ści!” (Urbi et Or­bi, 2002 r.). Gdy za­ja­śnia­ła ju­trzen­ka zba­wie­nia, wieść o na­ro­dzi­nach Dziec­ka zo­sta­ła ogło­szo­na ja­ko ra­do­sna no­wi­na: „Oto zwia­stu­ję wam ra­dość wiel­ką” – po­wtó­rzył w Evan­ge­lium Vi­tae. W Li­ście do dzie­ci za­uwa­żał, że: „Dziec­ko jest ra­do­ścią nie tyl­ko ro­dzi­ców, ale tak­że ra­do­ścią Ko­ścio­ła i ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa. (…) Czyż mo­że być więk­sza ra­dość niż ta, któ­rą wno­si mi­łość? Czy mo­że być więk­sza ra­dość niż ta, któ­rą Ty, Pa­nie Je­zu, wno­sisz w dzień Bo­że­go Na­ro­dze­nia w ludz­kie ser­ca, a zwłasz­cza w ser­ca wszyst­kich dzie­ci?”. Dla Ja­na Paw­ła II źró­dło chrze­ści­jań­skiej ra­do­ści tkwi­ło w Bo­żym Na­ro­dze­niu i Bo­żej mi­ło­ści. To jej ocza­mi pa­trzył na każ­de­go czło­wie­ka. Za­wsze.

 

Alek­san­dra Za­po­tocz­ny

Smutni katolicy zapominają o Bogu pełnym miłosierdzia

O ra­do­ści chrze­ści­ja­ni­na z ks. bp. An­to­nim Dłu­go­szem roz­ma­wia Ka­ro­li­na Po­lak.

Je­go Eks­ce­len­cjo Księ­że Bi­sku­pie, wie­le osób po­strze­ga ka­to­li­ków ja­ko lu­dzi po­nu­rych, wiecz­nie smut­nych i za­tro­ska­nych. Czy jest to ob­raz praw­dzi­wy, czy mo­że tyl­ko ste­reo­typ? Czy chrze­ści­ja­nin nie ma po­wo­dów do ra­do­ści?

Smut­ni ka­to­li­cy za­po­mi­na­ją o Bo­gu peł­nym mi­ło­sier­dzia, na któ­re­go wska­zu­je bł. Jan Pa­weł II w swo­jej en­cy­kli­ce Di­ves in mi­se­ri­cor­dia. Przy­po­mi­na opo­wia­da­nie Pa­na Je­zu­sa o mi­ło­sier­nym oj­cu, któ­ry za­wsze ko­cha swe­go sy­na, ni­gdy nie zmie­nia się wo­bec je­go skraj­nych za­cho­wań i za­wsze syn mo­że po­wró­cić do nie­go. Tym oj­cem jest Pan Bóg. Je­że­li ka­to­li­cy bę­dą pa­mię­tać o ta­kim ob­ra­zie Bo­ga, na­wet do­świad­cza­jąc swo­jej grzesz­no­ści – nie po­pad­ną w de­pre­sję, lecz bę­dą ży­li na­dzie­ją, że Bóg – Mi­łość od­pu­ści im grze­chy, a to na­pa­wać bę­dzie każ­de­go z nas ra­do­ścią.

Czy zga­dza się Ksiądz Bi­skup ze stwier­dze­niem, że ra­dość jest sta­nem du­szy? W ja­ki spo­sób moż­na go osią­gnąć?

Ra­dość pły­nie ze spo­koj­ne­go su­mie­nia. Da­je ją do­bre prze­ży­cie sa­kra­men­tu spo­wie­dzi, po któ­rym roz­po­czy­na­my no­wy etap swo­je­go ży­cia, po­nie­waż Pan Bóg roz­grze­sze­niem uni­ce­stwia na­sze grze­chy. Nie wró­ci do nich pod­czas są­du szcze­gó­ło­we­go po na­szej śmier­ci. Ma­jąc świa­do­mość Bo­że­go dzie­cięc­twa, przy­jaź­ni z Bo­giem, ży­je­my ra­do­ścią, któ­rą moż­na dzie­lić się z in­ny­mi ludź­mi.

 

Od ro­ku 1994 jest Ksiądz bi­sku­pem po­moc­ni­czym Ar­chi­die­ce­zji Czę­sto­chow­skiej. W ja­ki spo­sób moż­na czer­pać ra­dość z wy­peł­nia­nia po­słu­gi dusz­pa­ste­rza?

Sta­ram się być ka­te­che­tą, któ­ry gło­si Bo­że sło­wo. Po­szu­ku­ję no­wych form ewan­ge­li­za­cji, by nie tyl­ko su­chym sło­wem prze­ka­zy­wać Do­brą No­wi­nę o Je­zu­sie, ale szcze­gól­nie w kon­tak­tach z dzieć­mi i mło­dzie­żą sto­su­ję for­mę pio­sen­ki, tań­ca oraz ko­rzy­stam z po­mo­cy wi­zu­al­nych. Dzie­ci prze­ży­wa­ją ra­dość, gdy śpiew pio­se­nek re­li­gij­nych łą­czę z ge­sta­mi cia­ła, a szcze­gól­nie z tań­cem.

Bar­dzo czę­sto ma Ksiądz Bi­skup oka­zję ob­ser­wo­wać dzie­ci i z ni­mi współ­pra­co­wać. Przez wie­le lat jest Ksiądz rów­nież zwią­za­ny z pro­gra­mem te­le­wi­zyj­nym „Ziar­no”, z udzia­łem Księ­dza Bi­sku­pa zo­sta­ło na­gra­nych kil­ka płyt z mu­zy­ką prze­zna­czo­ną dla dzie­ci. Wi­dać, że jest to współ­pra­ca bar­dzo owoc­na. Ma­jąc tak ogrom­ne do­świad­cze­nie w pra­cy z dzieć­mi, czy uwa­ża Ksiądz, że dzie­ci w in­ny spo­sób niż do­ro­śli cie­szą się Bo­giem?

Wy­jąt­ko­wa jest wia­ra dzie­ci. Nie ma w niej wąt­pli­wo­ści, dzie­ci są otwar­te na ka­te­che­tycz­ny prze­kaz. Waż­ną ro­lę w ich ży­ciu od­gry­wa au­to­ry­tet i świa­dec­two wia­ry ro­dzi­ców i ka­te­che­tów. Spon­ta­nicz­ność wia­ry dzie­ci nie po­win­na dzi­wić star­sze­go spo­łe­czeń­stwa, z któ­re­go nie­któ­rzy pró­bu­ją oce­niać re­li­gij­ność dzie­ci pod ką­tem swo­jej po­sta­wy wia­ry.

Z cze­go wy­ni­ka ich szcze­ra, nie­wy­mu­szo­na i pro­sta po­boż­ność, któ­rej mo­gą im po­zaz­dro­ścić do­ro­śli?

Po­boż­ność dziec­ka wy­pły­wa z za­ufa­nia do ro­dzi­ców i wy­cho­waw­ców, któ­re prze­no­szą na Pa­na Bo­ga. De­ifi­ka­cja ro­dzi­ców i wy­cho­waw­ców po­ma­ga dziec­ku na­wią­zy­wać kon­takt z Pa­nem Bo­giem na za­sa­dzie bez­pie­czeń­stwa i mi­ło­ści – je­śli ta­kie po­sta­wy pre­zen­tu­ją ro­dzi­ce i wy­cho­waw­cy. Mó­wi o tym pio­sen­ka; „Nie bo­ję się, gdy ciem­no jest, oj­ciec za rę­kę pro­wa­dzi mnie!”.

W Ewan­ge­lii wg św. Ma­te­usza pa­da­ją sło­wa: „Je­że­li się nie od­mie­ni­cie i nie sta­nie­cie jak dzie­ci, nie wej­dzie­cie do Kró­le­stwa Nie­bie­skie­go” (Mt 18, 3). W ja­ki spo­sób do­ro­śli po­win­ni na­śla­do­wać dzie­ci w ich re­la­cji z Bo­giem?

Ży­cie nie jest sie­lan­ką. Lu­dzi za­ska­ku­ją trud­ne chwi­le ży­cia: cier­pie­nie, cho­ro­ba i śmierć, nie­za­wi­nio­na kry­ty­ka, kło­po­ty w pra­cy, nie­speł­nie­nie ży­cio­wych pla­nów itp. U dziec­ka na­wet w do­świad­cze­niu cier­pie­nia i cho­ro­by nie ma bun­tu, wąt­pli­wo­ści wo­bec Bo­ga. Dziec­ko jest otwar­te na opie­ku­nów, któ­rzy przy­bli­ża­ją mu obec­ność Bo­ga w je­go ży­ciu. Tę po­sta­wę za­ufa­nia Bo­gu, bra­ku wąt­pli­wo­ści w wie­rze, otwar­cia się na spra­wy wia­ry eks­po­nu­je w dziec­ku Pan Je­zus. Sam da­je przy­kład w Ogrój­cu, mó­wiąc: „Oj­cze nie mo­ja lecz Two­ja wo­la niech się sta­nie!”.

Św. Do­mi­nik Sa­vio, pa­tron mło­dzie­ży ka­to­lic­kiej, mó­wił: „Tu na zie­mi świę­tość po­le­ga na tym, aby być sta­le ra­do­snym i wier­nie wy­peł­niać swo­je obo­wiąz­ki”. W swo­im ży­ciu czło­wiek czę­sto jed­nak na­tra­fia na prze­ciw­no­ści lo­su, bo­ry­ka się z wie­lo­ma trud­no­ścia­mi, sam do­świad­cza smut­ku i pa­trzy na cier­pie­nie in­nych. Jak za­tem nie stra­cić po­go­dy du­cha w tak smut­nej rze­czy­wi­sto­ści?

Jak już po­wie­dzia­łem, ży­cie każ­de­go z nas nie jest sie­lan­ką, lecz trud­ną dro­gą. Nie wy­eli­mi­nu­je­my z nie­go cier­pie­nia, ob­ja­wia­ją­ce­go się w róż­ny spo­sób. Do­świad­cza­jąc ja­kiej­kol­wiek ta­jem­ni­cy bo­le­snej mo­je­go ży­cio­we­go ró­żań­ca, sta­ram się być opty­mi­stą, przy­po­mi­na­jąc so­bie lu­dzi prze­ży­wa­ją­cych bar­dziej bo­le­sne sy­tu­acje. Cho­ro­wa­łem po­waż­nie na żo­łą­dek. Przy­po­mi­na­łem so­bie lu­dzi ma­ją­cych zło­śli­we no­wo­two­ry żo­łąd­ka, by uspo­ko­ić się, że ze mną jesz­cze tak źle nie jest. Mia­łem ope­ra­cję oczu na za­ćmę, prze­szczep ro­gów­ki. W wy­obraź­ni sta­wa­li przede mną nie­wi­do­mi, któ­rzy ni­gdy nie bę­dą wi­dzie­li, a ja przez oku­la­ry wi­dzę do­brze. Mo­że przyjść nie­ule­czal­na cho­ro­ba. Ar­gu­ment czer­pać bę­dę z wia­ry, że wę­dru­ję do „dru­gie­go brze­gu”, gdzie cze­ka na mnie Pan Je­zus.

Działanie Ducha Świętego

Ca­łe ży­cie Je­zu­sa prze­bie­ga pod dzia­ła­niem Du­cha Świę­te­go. (...) Chry­stus obie­cu­je apo­sto­łom Du­cha Świę­te­go ja­ko trwa­łą rę­koj­mię swo­jej obec­no­ści wśród nich. Na krzy­żu Syn od­da­je Du­cha Oj­cu (por. J 19, 30). W ten spo­sób wy­ci­ska swą pie­częć na No­wym Przy­mie­rzu, któ­re ro­dzi się z Je­go Pas­chy. (...) Ko­ściół oświe­ca dzie­je pło­ną­cym ogniem sło­wa Bo­że­go i oczysz­cza ludz­kie ser­ca wo­dą, któ­ra z nie­go wy­pły­wa (por. Ez 36, 25). Sta­je się w ten spo­sób „lu­dem zjed­no­czo­nym mo­cą ko­mu­nii Oj­ca i Sy­na, i Du­cha Świę­te­go” (Cy­prian, De Dom. Orat., 23).

W tej ko­mu­nii z Bo­giem w Trój­cy Świę­tej Je­dy­nym każ­dy ochrzczo­ny mo­że żyć „pod pra­wem Du­cha, któ­ry da­je ży­cie w Chry­stu­sie Je­zu­sie” (por. Rz 8, 2). Pro­wa­dzo­ny przez Du­cha, chrze­ści­ja­nin wcho­dzi w „du­cho­wą prze­strzeń”, w któ­rej pro­wa­dzi dia­log z Bo­giem. Py­ta­nia, któ­re czło­wiek so­bie za­da­je, są w isto­cie ty­mi sa­my­mi py­ta­nia­mi, któ­re Bóg sam wzbu­dza w ludz­kim ser­cu: Skąd po­cho­dzę? Kim je­stem? Do­kąd mam iść?

Dro­dzy bra­cia i sio­stry! To wy je­ste­ście roz­mów­ca­mi Bo­ga! Od chwi­li, gdy przy­lgnę­li­ście do Chry­stu­sa przez chrzest, Bóg uznał was w Chry­stu­sie za swo­ich przy­bra­nych sy­nów i cór­ki. Bądź­cie świa­do­mi tej wznio­słej god­no­ści! Nie zmar­nuj­cie te­go wiel­kie­go przy­wi­le­ju!

Bóg ma kon­kret­ny plan wo­bec każ­de­go z was. Na każ­de­go z was pa­trzy z mi­ło­ścią. Wszyst­kich za­wsze wy­słu­chu­je. Jest bli­sko was ni­czym tro­skli­wy i czu­ły oj­ciec. Da­je wam to, cze­go po­trze­bu­je­cie do no­we­go ży­cia: swo­je­go Du­cha Świę­te­go. Przez włą­cze­nie w Ko­ściół zy­ska­li­ście nie tyl­ko mia­no „chrze­ści­jan”, czy­li „na­masz­czo­nych”, ale na­praw­dę otrzy­ma­li­ście na­masz­cze­nie Du­chem Świę­tym. Dla­te­go nie mo­że­cie je­dy­nie na­zy­wać się chrze­ści­ja­na­mi, ale mu­si­cie ni­mi na­praw­dę być. Duch Bo­ży spo­czy­wa na was, na­ma­ścił was i kon­se­kro­wał (por. Łk 4, 18). (...)

 

Bł. Jan Pa­weł II

Sankt Pöl­ten (Au­stria), 20.06.1998 r.

Módlmy się o jedność Chrześcijan

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Dziś li­tur­gia pro­po­nu­je Ewan­ge­lię mó­wią­cą o we­se­lu w Ka­nie. O wy­da­rze­niu tym mó­wi Jan, na­ocz­ny świa­dek te­go fak­tu. (…) We­se­le w Ka­nie jest w isto­cie „po­cząt­kiem zna­ków” (J 2, 11), to zna­czy pierw­szym cu­dem do­ko­na­nym przez Je­zu­sa, przez któ­ry uka­zał On pu­blicz­nie swo­ją chwa­łę, wzbu­dza­jąc wia­rę swo­ich uczniów. Przy­wo­łaj­my po­krót­ce to, co wy­da­rzy­ło się pod­czas za­ślu­bin w Ka­nie Ga­li­lej­skiej. Za­bra­kło wi­na, a Ma­ry­ja, Mat­ka Je­zu­sa, zwró­ci­ła na to uwa­gę swo­je­mu Sy­no­wi. Od­po­wie­dział On, że jesz­cze nie na­de­szła Je­go go­dzi­na; ale po­tem wy­słu­chał proś­by Ma­ryi, i po wy­peł­nie­niu wo­dą sze­ściu wiel­kich stą­gwi prze­mie­nił wo­dę w wi­no, wi­no zna­ko­mi­te, lep­sze od po­przed­nie­go. Po­przez ten „znak” Je­zus ob­ja­wia się ja­ko me­sja­nicz­ny Ob­lu­bie­niec, któ­ry przy­szedł, aby za­wrzeć ze swo­im lu­dem no­we i wiecz­ne Przy­mie­rze, zgod­nie ze sło­wa­mi pro­ro­ków: „Jak ob­lu­bie­niec we­se­li się z ob­lu­bie­ni­cy, tak Bóg twój to­bą się roz­ra­du­je” (Iz 62, 5). (…)

Ko­ściół jest ob­lu­bie­ni­cą Chry­stu­sa, któ­ry swą ła­ską czy­ni go świę­tym i pięk­nym. Jed­nak­że ta ob­lu­bie­ni­ca, skła­da­ją­ca się z istot ludz­kich, nie­ustan­nie po­trze­bu­je oczysz­cze­nia. Jed­nym z naj­po­waż­niej­szych grze­chów, któ­re znie­kształ­ca­ją ob­li­cze Ko­ścio­ła, jest grzech prze­ciw­ko je­go wi­dzial­nej jed­no­ści, zwłasz­cza hi­sto­rycz­ne po­dzia­ły, któ­re od­dzie­li­ły chrze­ści­jan. (…) Za­chę­cam wszyst­kich do wspól­nej mo­dli­twy, aby­śmy mo­gli do­ko­nać te­go, „cze­go Bóg od nas ocze­ku­je” (por. Mich 6, 6–8). (…)

Dro­dzy przy­ja­cie­le, do mo­dli­twy o jed­ność chrze­ści­jan pra­gnął­bym do­dać po raz ko­lej­ny mo­dli­twę o po­kój, aby w róż­nych kon­flik­tach, któ­re nie­ste­ty ma­ją obec­nie miej­sce, usta­ły ma­sa­kry bez­bron­nych cy­wi­lów, za­koń­czy­ła się wszel­ka prze­moc i zna­le­zio­no od­wa­gę, by pod­jąć dia­log i ne­go­cja­cje. W obu tych in­ten­cjach wzy­waj­my wsta­wien­nic­twa Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, po­śred­nicz­ki łask.

 

Oj­ciec Świę­ty Be­ne­dykt XVI

Wa­ty­kan, 20.01.2013 r.

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Je­stem pe­wien, że już po­lu­bi­li­ście nasz „TN” (te­mat nu­me­ru). Bo chy­ba każ­dy z nas chce być szczę­śli­wy. Ale od ra­zu po­wsta­je py­ta­nie: czy szczę­ście to to sa­mo, co ra­dość? I jak da­le­ko od szczę­ścia i ra­do­ści jest przy­jem­ność? Na te py­ta­nia trze­ba od­po­wia­dać so­bie przez ca­łe ży­cie. Ma­my na­dzie­ję, że te­raz po­mo­że w tym „Dro­ga”, któ­rą wła­śnie otwo­rzy­łeś… „Bóg jest pierw­szym źró­dłem ra­do­ści i na­dziei czło­wie­ka” – przy­po­mi­nał o tym Jan Pa­weł II (s. 14). Da­lej, w tym sa­mym ar­ty­ku­le, czy­ta­my: „Na­praw­dę za­czy­nam żyć wte­dy, gdy prze­ży­wam sie­bie ja­ko pre­zent, któ­ry z ra­do­ścią ofia­ru­ję in­nym lu­dziom”. Dla czło­wie­ka wie­rzą­ce­go sta­wia­ją­ce­go ży­cio­we py­ta­nia naj­waż­niej­sza jest od­po­wiedź Pa­na Bo­ga. „Czło­wiek jest isto­tą stwo­rzo­ną do ra­do­ści, nie do smut­ku” – mó­wił pa­pież, a nie­któ­re frag­men­ty z Pi­sma Świę­te­go na te­mat ra­do­ści przy­po­mi­na­my na stro­nie 19.

Sło­wo „ra­dość” wpi­sał w wy­szu­ki­war­kę in­ter­ne­to­wą nasz za­przy­jaź­nio­ny ma­tu­rzy­sta, ro­zej­rzał się też wo­kół, w związ­ku z czym zro­dzi­ły się ko­lej­ne py­ta­nia (s. 8).

Po­zna­my też z lek­tu­ry „Dro­gi” oso­by, któ­re nie tyl­ko mó­wi­ły czy mó­wią o ra­do­ści, a któ­re są przy­kła­dem, świa­dec­twem ży­cia ra­do­ścią. My­ślę tu za­rów­no o „pa­pie­żu ra­do­ści” (s. 14) jak i o Nic­ku Vu­ji­ci­cu (s. 13), o An­nie Go­lę­dzi­now­skiej, zna­nej mo­del­ce, któ­ra – jak sa­ma mó­wi – jest szczę­śli­wa, a praw­dzi­wą ra­dość od­kry­ła wte­dy, gdy „z ob­jęć show-biz­ne­su wpa­dła w ra­mio­na Bo­ga” (s. 12).

O ra­do­ści w ser­cu lu­dzi, któ­rych Ko­ściół na­zwał świę­ty­mi prze­czy­ta­my na stro­nie 16 i 17, a ra­dość na mi­sjach przy­bli­ży tekst ze stro­ny 15.

To jesz­cze nie wszyst­ko… Czy mni­si z za­ko­nów kon­tem­pla­cyj­nych ko­ja­rzą Ci się z ra­do­ścią? Ja mam ta­kie sko­ja­rze­nie, bo czę­sto wol­ne chwi­le spę­dzam w ich klasz­to­rach, ale je­śli ktoś nie ma ta­kich do­świad­czeń, to mo­że po­znać tę rze­czy­wi­stość, czy­ta­jąc ar­ty­kuł ze stro­ny 18.

Prze­ra­ża­ją­ce są dzi­siaj stro­ny ujaw­nia­ją­ce prze­stęp­stwa mi­nio­ne­go (na szczę­ście) ustro­ju, przy­po­mi­na­ją też – to też mo­że być in­spi­ra­cją na­szej mo­dli­twy – zna­ne oso­by, któ­re z ja­kichś po­wo­dów „sprze­da­ły” swo­ją god­ność, od­da­jąc ta­lent w służ­bę ko­mu­ni­zmu. Na pew­no u pod­staw ta­kich de­cy­zji nie by­ła ra­dość, tyl­ko strach, a prze­cież strach po­ja­wia się tam, gdzie nie ma mi­ło­ści (por 1 J 4, 18).

I jesz­cze jed­no py­ta­nie, wróć­cie do nie­go po prze­czy­ta­niu „Dro­gi”: W ja­kim wie­ku Jo­seph Rat­zin­ger, dzi­siej­szy pa­pież Be­ne­dykt XVI, na­pi­sał swój pierw­szy list do Pa­na Je­zu­sa?

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski