Polecamy książkę „Pożeracze mózgów”

Tak, to jest książ­ka dla Cie­bie. Wie­my, że śmi­gasz po In­ter­ne­cie, sie­dzisz na fej­sie, skaj­pu­jesz i ni­gdy nie roz­sta­jesz się z ko­mór­ką. Je­steś znaw­cą me­diów, znasz wszyst­kie naj­now­sze elek­tro­nicz­ne ga­dże­ty. To tyl­ko tech­no­lo­gia, naj­waż­niej­sza jest treść prze­ka­zu. Każ­de me­dia cze­goś od Cie­bie chcą – byś uwie­rzył w prze­ka­za­ną wia­do­mość, ku­pił re­kla­mo­wa­ny to­war, za­czął my­śleć tak jak oni. Po­że­ra­cze mó­zgów ma­ją twarz po­pu­lar­ne­go ak­to­ra, dzien­ni­ka­rza, eks­per­ta. Za mi­łym, sym­pa­tycz­nym ob­li­czem kry­ją się praw­dzi­we kły i pa­zu­ry.

Cze­go chcą? Nic wiel­kie­go. Za­brać Ci wol­ność i au­to­no­mię. Zro­bić z Cie­bie nie­wol­ni­ka bez­myśl­nie po­wta­rza­ją­ce­go cu­dze re­flek­sje i po­glą­dy. Chcą, byś zgod­nie z ni­mi po­stę­po­wał.

Me­dia są na­szym na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem, w któ­rym ży­je­my. Ko­mór­ki, ese­me­sy, In­ter­net, sky­pe, ga­du ga­du, fa­ce­bo­ok, You Tu­be, gry kom­pu­te­ro­we, mu­zy­ka, te­le­wi­zja…

 

Mu­sisz się na­uczyć żyć w tym świe­cie! Uzbro­ić się prze­ciw­ko po­że­ra­czom mó­zgów!

 

 

Polecamy książkę „Woda z mózgu”, Fronda 2012

Czy wie­dzie­li­ście, że po­tę­pia­nie czy wy­kpi­wa­nie kul­tu Ma­ryj­ne­go w Pol­sce ma zwią­zek z pro­wo­ka­cją SB? Otóż w cza­sie So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II kard. Wy­szyń­ski no­sił się z za­mia­rem wnie­sie­nia pod ob­ra­dy te­ma­tu po­tę­pie­nia ko­mu­ni­zmu. Wte­dy gru­pa współ­pra­cow­ni­ków SB na­pi­sa­ła do Świę­te­go Ofi­cjum do­nos za­rzu­ca­ją­cy kar­dy­na­ło­wi au­to­ry­ta­ryzm i he­re­zję Ma­ryj­ną. Na­stęp­nie zro­bio­no kon­tro­lo­wa­ny prze­ciek do me­diów fran­cu­skich, z nich do pra­sy pol­skiej. W ten spo­sób osła­bio­no po­zy­cję Pry­ma­sa i nie do­szło do po­tę­pie­nia ko­mu­ni­zmu.

A wie­cie mo­że, kto po­wie­dział: „Wy­cho­wy­wać to zna­czy uczy­nić nie­wraż­li­wym na te­le­wi­zję”?

A czy zmia­na cza­su z let­nie­go na zi­mo­wy mo­że mieć coś wspól­ne­go z zor­ga­ni­zo­wa­ną stra­te­gią znie­wa­la­nia 10 mi­lio­nów oby­wa­te­li? I co są­dzi na ten te­mat słyn­ny pi­sarz Wik­tor Su­wo­row, ży­ją­cy z wy­ro­kiem śmier­ci wy­da­nym w cza­sach ZSRRR?

Od­po­wiedź na te py­ta­nia w książ­ce „Wo­da z mó­zgu”. Dwaj bra­cia, psy­cho­lo­go­wie oraz au­to­rzy licz­nych ksią­żek po­dej­mu­ją pró­bę za­szcze­pie­nia nas na ma­ni­pu­la­cje me­dial­ne. Da­ją na­rzę­dzia – od te­stu po­zwa­la­ją­ce­go spraw­dzić swo­ją po­dat­ność na wpływ te­le­wi­zji, przez przy­wo­ła­nia teo­rii ma­ni­pu­la­cji i per­swa­zji, po zde­ma­sko­wa­nie kon­kret­nych jej przy­kła­dów zna­nych z pol­skich me­diów. Lek­ko na­pi­sa­na, przej­rzy­sta książ­ka, któ­ra na pew­no war­to prze­czy­tać. Nie jest po­zba­wio­na wad – są w niej po­wtó­rze­nia, au­to­rzy mo­gli­by też za­sta­no­wić się, czy nie zwięk­szy­li­by swo­jej wia­ry­god­no­ści nie ujaw­nia­jąc wła­snych sym­pa­tii po­li­tycz­nych. Wciąż za ma­ło jest ksią­żek po pro­stu uczą­cych, jak ko­rzy­stać z me­diów. Te, któ­re są, ko­niecz­nie trze­ba prze­czy­tać.

Ma­rek Wa­rec­ki, Woj­ciech Wa­rec­ki, „Wo­da z mó­zgu”, Fron­da 2012

 

Recenzja filmu „Mistrz”, reż. Paul Thomas Anderson, USA 2012

Hip­no­ty­zu­ją­cy film: od­twór­cy dwóch głów­nych ról (Jo­aqu­in Pho­enix i Phi­lip Sey­mo­ur Hof­f­man) stwo­rzy­li kre­acje ge­nial­ne, uwo­dzi mu­zy­ka (Ra­dio­he­ad) i zdję­cia (na rzad­ko już dziś uży­wa­nej 70-mi­li­me­tro­wej ta­śmie), lecz przede wszyst­kim sa­ma hi­sto­ria. Fred­die, we­te­ran wo­jen­ny, za­bu­rzo­ny, agre­syw­ny, nie­przy­sto­so­wa­ny al­ko­ho­lik spo­ty­ka Mi­strza – wi­zje­ra gło­szą­ce­go od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia. Mistrz gło­si uzdro­wie­nia na du­szy i na cie­le,  moż­li­wość wy­le­cze­nia z traum po­przed­nich wcie­leń za po­mo­cą se­sji i eks­pe­ry­men­tów psy­cho­lo­gicz­nych, pi­sze książ­ki, gro­ma­dzi wo­kół sie­bie śro­do­wi­sko, jest sku­tecz­ny z zbie­ra­niu fun­du­szy, za­kła­da „szko­ły”. Po­stać jest wzo­ro­wa­na na twór­cy sek­ty scjen­to­lo­gicz­nej L. Ron­nie Hob­bar­dzie. Film An­der­so­na po­ka­zu­je me­cha­nizm two­rze­nia sek­ty, ro­dze­nia się kul­tu jed­nost­ki, za­skar­bia­nia so­bie bez­względ­ne­go po­słu­szeń­stwa i do­zgon­ne­go uzna­nia ze stro­ny lu­dzi nie­do­sto­so­wa­nych, skrzyw­dzo­nych, nie­szczę­śli­wych. Mistrz nie ope­ru­je przy­mu­sem czy prze­mo­cą fi­zycz­ną, „je­dy­nie” ma­ni­pu­lu­je ludz­ką psy­chi­ką. Oglą­da­jąc na ekra­nie je­go me­to­dy dzia­ła­nia, czu­je się ta­ki sam od­ruch sprze­ci­wu i nie­zgo­dy jak wte­dy, gdy oglą­da się w ki­nie, gdy sil­niej­szy da­je w twarz bez­bron­ne­mu słab­sze­mu. Film nie był­by tak do­bry, gdy­by nie uka­za­nie wza­jem­ne­go uza­leż­nie­nia i Fred­die­go od Mi­strza, ale i też Mi­strza od Fred­die­go. Dłu­gi, cięż­ki, mę­czą­cy film ale wy­bit­ny i da­ją­cy do my­śle­nia.

Recenzja filmu „Operacja Argo”, reż. B. Affleck, USA 2012

Czy moż­na zro­bić thril­ler trzy­ma­ją­cy w na­pię­ciu przez dwie go­dzi­ny, je­śli po pierw­sze do­brze wie­my, jak się skoń­czy a po dru­gie nie jest wy­peł­nio­ny strze­la­ni­na­mi i po­ści­ga­mi? Ben Af­fleck w swo­im naj­now­szym fil­mie do­wo­dzi, że moż­na. Af­flec­ka zna­my głów­nie ja­ko ak­to­ra, ale ma też na swo­im kon­cie kil­ka uda­nych sce­na­riu­szy. Ope­ra­cja Ar­go jest czwar­tym wy­re­ży­se­ro­wa­nym prze nie­go fil­mem. I to bar­dzo uda­nym. Ki­no roz­ryw­ko­we w sta­rym, do­brym sty­lu. Ak­cja opar­ta jest na fak­tach – w cza­sie irań­skiej re­wo­lu­cji w 1979 do ame­ry­kań­skiej am­ba­sa­dy w Te­he­ra­nie wkra­cza tłum stu­den­tów, któ­rzy bio­rą za za­kład­ni­ków znaj­du­ją­ce się tam oso­by. Kil­ku Ame­ry­ka­nom uda­je się wy­mknąć i schro­nić w do­mu ka­na­dyj­skie­go am­ba­sa­do­ra. Mi­ja­ją ty­go­dnie, ucie­ki­nie­rzy nie są bez­piecz­ni, CIA mu­si wy­my­ślić, jak mi­mo pa­nu­ją­ce­go re­żi­mu, bez­pre­ce­den­so­wych kon­tro­li wy­cią­gnąć z Ira­nu oso­by, któ­re dla tam­tej­szych władz w ogó­le się w nim nie znaj­du­ją. CIA wpa­da na po­mysł tak ab­sur­dal­ny, że nie wy­my­ślił­by go naj­lep­szy sce­na­rzy­sta Hol­ly­wo­odu.
War­to obej­rzeć nie ob­ra­ża­ją­cą in­te­li­gen­cji wi­dza ame­ry­kań­ską roz­ryw­kę a przy oka­zji do­wie­dzieć się kil­ku in­te­re­su­ją­cych fak­tów z hi­sto­rii ro­li USA na Bli­skim Wscho­dzi i łyk­nąć tro­chę eg­zo­tycz­ne­go ko­lo­ry­tu.

Recenzja filmu „Najświętsza Panienka, Koptowie i ja”, reż. Namir Abdel Messeeh, Francja, Katar, Egipt 2011

Kop­to­wie to chrze­ści­ja­nie miesz­ka­ją­cy głów­nie w Egip­cie, co jest już in­te­re­su­ją­ce sa­mo w so­bie – mi­lio­ny chrze­ści­jan ży­ją­cych w kra­jach arab­skich i mu­zuł­mań­skich. Fa­scy­nu­ją nie tyl­ko swo­ją toż­sa­mo­ścią ale i kul­tu­rą – są barw­ni, gło­śni, w ko­lo­ro­wych po­włó­czy­stych sza­tach wy­glą­da­ją bar­dzo eg­zo­tycz­nie. Na­mir, po­cho­dzą­cy z Egip­tu a miesz­ka­ją­cy we Fran­cji, mło­dy re­ży­ser stwo­rzył cie­pły do­ku­ment, z wąt­ka­mi oso­bi­sty­mi i fik­cyj­ny­mi. Re­ży­ser je­dzie do Egip­tu na­krę­cić do­ku­ment o ob­ja­wie­niach Ma­ryj­nych. Nie znaj­du­je świad­ków – też mię­dzy na­mi mó­wiąc, ja­koś nie bar­dzo się sta­ra ich zna­leźć – więc po­sta­na­wia za­in­sce­ni­zo­wać w ro­dzin­nej wio­sce mo­ment ob­ja­wie­nia i na­krę­cić tę in­sce­ni­za­cję. Pro­ści Kop­to­wie miesz­ka­ją­cy na wsi fa­scy­nu­ją się ru­cho­my­mi ob­ra­za­mi, te sce­ny są w fil­mie naj­pięk­niej­sze. Ak­to­rzy na­tursz­czy­cy wzru­sza­ją a ich re­ak­cje na ca­łe przed­się­wzię­cie są jak pla­ster mio­du na ser­ce. Do my­śle­nia da­je pro­ste a za­sad­ni­cze py­ta­nie jed­ne­go z męż­czyzn w wio­sce po tym, jak Na­mir przed­sta­wia mu swo­ją wi­zję fil­mu – z in­sce­ni­za­cją za­miast do­ku­men­ta­cji świa­dectw ob­ja­wień. Czy nie są­dzisz, że jak na­krę­cisz in­sce­ni­za­cję, to mo­że to wpro­wa­dzić za­męt i siać wąt­pli­wo­ści co do praw­dzi­wo­ści ob­ja­wień? W koń­cu go­dzi się wziąć udział, ale je­go szcze­re, chłop­skie a zdro­wo­roz­sąd­ko­we py­ta­nie jest za­sad­ni­czym py­ta­niem, ja­kich w na­szej czę­ści świa­ta nie­ste­ty za ma­ło. Dru­gą symp­to­ma­tycz­ną sce­ną, ja­ką za­pa­mię­ta­łam, był prze­marsz kop­tów uli­ca­mi mia­stecz­ka w gło­śnej pro­ce­sji z bęb­na­mi, któ­rzy skan­du­ją: „idą Kop­to­wie, gdzie są me­dia?”. Nie­ste­ty, ten okrzyk po­ja­wia się zbyt czę­sto na ma­ni­fe­sta­cjach nie­po­pu­lar­nych me­dial­nie czy po­li­tycz­nie nie­po­praw­nych w wie­lu czę­ściach świa­ta. W tym i u nas – jak choć­by na de­mon­stra­cjach pro-li­fe. Jak świat świa­tem, lu­dzie wszę­dzie są ta­cy sa­mi.

Oddaj Ojczyźnie cztery godziny w tygodniu

Je­śli nie zga­dasz się, lub choć­by spod ar­ty­le­rii pro­pa­gan­dy ak­tu­al­nej wła­dzy prze­dzie­ra two­ja wąt­pli­wość, czy fak­tycz­nie III RP jest „naj­lep­szym pań­stwem pol­skim, ja­kie kie­dy­kol­wiek ist­nia­ło”, „zie­lo­ną wy­spą na mo­rzu świa­to­we­go kry­zy­su” lub „naj­więk­szym hi­sto­rycz­nym suk­ce­sem Po­la­ków”, ta książ­ka jest dla Cie­bie. Je­śli zga­dzasz się z ta­ki­mi stwier­dze­nia­mi, ta książ­ka jest dla Cie­bie tym bar­dziej.

Ziem­kie­wicz od lat dia­gno­zu­ją pol­ską rze­czy­wi­stość – po­li­ty­kę, eko­no­mię i me­dia. Na­pi­sać, że bez­względ­nie pięt­nu­je ma­ni­pu­la­cje, me­cha­ni­zmy, cza­sem wręcz kłam­stwa Sa­lo­nu to za ma­ło. To je­den z tych pu­bli­cy­stów, któ­rzy nie po­prze­sta­ją na do­ku­men­ta­cji po­je­dyn­czych ma­ni­pu­la­cji, lecz po­tra­fią wska­zać na sys­te­mo­we przy­czy­ny roz­kła­du pań­stwa – za­czy­na­jąc od bra­ku od­su­nię­cia i roz­li­cze­nia ko­mu­ni­stów w okre­sie Okrą­głe­go Sto­łu po ra­cjo­nal­ne sko­men­to­wa­nie sy­tu­acji w kra­ju po Tra­ge­dii Smo­leń­skiej. W swo­jej naj­now­szej książ­ce – naj­lep­szej do tej po­ry – po­ja­wią się jed­nak coś wię­cej niż dia­gno­za: po­ja­wia się po­mysł, jak od bo­le­snych słów praw­dy przejść od na­pra­wy Rzecz­po­spo­li­tej.

Do­bre sa­mo­po­czu­cie i sznu­rek do sno­po­wią­za­łek

Za­czy­na bez owi­ja­nia w ba­weł­nę – od wy­punk­to­wa­na ak­tu­al­nej kon­dy­cji na­sze­go kra­ju. Naj­niż­sza wy­daj­ność pra­cy w Eu­ro­pie. 30 proc. to­rów ko­le­jo­wych na­da­je się, by jeź­dzić  po nich z pręd­ko­ścią ucho­dzą­cą w Eu­ro­pie za nor­mal­ną. Z za­re­zer­wo­wa­nych z bu­dże­cie Unii Eu­ro­pej­skiej na la­ta 2007–2012 22 mi­liar­dów zł na mo­der­ni­za­cję pol­skich ko­lei uda­ło  nam się wy­dać za­le­d­wie 900 mi­lio­nów (4%). Pol­skie dro­gi i au­to­stra­dy uzy­ska­ły 125. miej­sce w ran­kin­gu  132 kra­jów ba­da­nych przez Świa­to­we Fo­rum Eko­no­micz­ne.  To tyl­ko kil­ka przy­kła­dów, odzie­ra­ją­cych ze złu­dzeń do­bre­go sa­mo­po­czu­cia, któ­re ka­że nam mieć obec­na wła­dza. „Pol­ska mar­nu­je swo­ją hi­sto­rycz­ną szan­sę, a nie­pod­le­głe pań­stwo po wie­lu la­tach re­for­ma­tor­skiej szar­pa­ni­ny oka­za­ło się po­wtór­ką z pe­ere­low­skiej nie­moż­no­ści roz­wią­za­nia ja­kie­go­kol­wiek pro­ble­mu, na­wet tak drob­ne­go jak przy­sło­wio­wy sznu­rek do sno­po­wią­za­łek” – stwier­dza Ziem­kie­wicz. I szu­ka przy­czyn ta­kie­go sta­nu. Szu­ka głę­bo­ko, od­że­gnu­jąc się od pro­stych po­dzia­łów na pra­wi­cę-le­wi­cę. Sta­wia te­zę, że Pol­ska An­no Do­mi­ni 2012 ma ce­chy ty­po­we dla kra­ju post­ko­lo­nial­ne­go, z ty­po­wym prze­ciw­sta­wie­niem so­bie elit i spo­łe­czeń­stwa (tu­byl­ców i kre­oli). Czło­wiek post­ko­lo­nial­ny ma men­tal­ność pańsz­czyź­nia­ną i ce­chu­je go brak ini­cja­ty­wy i przed­się­bior­czo­ści oraz brak za­an­ga­żo­wa­nia w spra­wy pu­blicz­ne. Pol­skę trak­tu­je z per­spek­ty­wy cwa­niacz­ka, któ­ry nie wi­dzi w niej wspól­ne­go do­bra, lecz fol­wark wład­cy, któ­ry na­le­ży wy­ko­rzy­stać, ile się da do wła­snych ce­lów. Eli­ty, od­że­gnu­ją­ce się od pol­skich tra­dy­cji, szu­ka­ją­ce roz­pacz­li­wie uzna­nia dla swej eu­ro­pej­sko­ści, pseu­do­in­te­li­genc­kie, zma­ni­pu­lo­wa­ne i za­kom­plek­sio­ne (rów­nież wsku­tek wie­lo­let­niej me­dial­nej pro­pa­gan­dy), zda­niem Ziem­kie­wi­cza, nie na­pra­wią te­go kra­ju.

Nie eli­ty

Ziem­kie­wicz w tej sy­tu­acji wi­dzi po­do­bień­stwo do sy­tu­acji, w któ­rej dzia­łał Dmow­ski, w 1903 r. otwie­ra­jąc swo­je „My­śli no­wo­cze­sne­go Po­la­ka” bar­dzo dziś ak­tu­al­nym stwier­dze­niem, że „jed­ni gło­szą, że w na­szym wie­ku prak­tycz­nym trze­ba my­śleć o so­bie, a nie o Oj­czyź­nie, u in­nych zaś Oj­czy­zna ustę­pu­je miej­sca – ludz­ko­ści” (dziś: eu­ro­pej­sko­ści)  i gło­szą, że „Po­lak no­wo­cze­sny po­wi­nien być Po­la­kiem jak naj­mniej”. Stąd sto lat póź­niej Ziem­kie­wicz prze­ko­nu­je, jak bar­dzo Pol­ska jest po­trzeb­na. Chce zwłasz­cza prze­ko­nać tę część Po­la­ków o men­tal­no­ści pańsz­czyź­nia­ne­go chło­pa – bo „ta wła­śnie po­nad po­ło­wa Po­la­ków bier­nych wy­co­fa­nych i nie­uf­nych sta­no­wi na­dzie­ję na przy­szłość”.  A to prze­ko­ny­wa­nie jest za­da­niem dla tych, któ­rzy chcą/mogą/powinni być przy­szły­mi eli­ta­mi kra­ju.

Głów­nym za­da­niem, ja­kie po­sta­wi­ła przed so­bą Na­ro­do­wa De­mo­kra­cja u swe­go za­ra­nia by­ła bu­do­wa pol­skiej kla­sy śred­niej, a po­przez nią – no­wo­cze­sne­go, spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go” – pi­sze. I da­lej: „De­mo­kra­cja funk­cjo­nu­je tyl­ko wte­dy, gdy par­tie po­li­tycz­ne wy­ra­sta­ją z ak­tyw­no­ści oby­wa­te­li, z jak naj­licz­niej­szych lo­kal­nych i kra­jo­wych ru­chów, sto­wa­rzy­szeń i klu­bów”. Za­chę­ca do ja­kiej­kol­wiek ak­tyw­no­ści: marsz, me­dia, spół­dziel­nia miesz­ka­nio­wa, klub spor­to­wy. Przy­po­mi­na swo­je do­świad­cze­nia z USA, w któ­rych za­ob­ser­wo­wał, że je­śli czło­wiek nie pra­cu­je spo­łecz­nie przez 4 go­dzi­ny w ty­go­dniu, nie jest sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem. I do ta­kiej ak­tyw­no­ści za­chę­ca: „Gdy­bym miał for­mu­ło­wać i upo­wszech­niać ja­kieś po­li­tycz­ne we­zwa­nia, upo­wszech­nił­bym jed­no, na­stę­pu­ją­ce: od­daj Oj­czyź­nie czte­ry go­dzi­ny w ty­go­dniu”.

Po­za tą no­wo­ścią w pi­sar­stwie Ziem­kie­wi­cza, ja­ką jest wy­raź­nie za­ry­so­wa­na myśl sa­na­cji pań­stwa, w „My­ślach” jak zwy­kle znaj­dzie­my to, co naj­bar­dziej lu­bi­my u Au­to­ra: so­czy­ste przy­kła­dy, in­te­li­gent­ne po­rów­na­nia, bły­sko­tli­we ri­po­sty, kon­kret­ne przy­kła­dy, licz­by i ze­sta­wie­nia fak­tów oraz wart­ki ję­zyk pu­bli­cy­sty, któ­ry spra­wi, że skoń­czy­my tę książ­kę o trze­ciej nad ra­nem (by o szó­stej wsiąść w po­ciąg i po­je­chać na ko­lej­ny Marsz Nie­pod­le­gło­ści).

 

KU

Ra­fał A. Ziem­kie­wicz, My­śli no­wo­cze­sne­go en­de­ka, Fa­bry­ka słów, Lu­blin 2012, s. 304

Recenzja filmu „Samsara”, reż. Ron Fricke, USA 2011

Do­ku­men­tal­ny film re­ży­se­ra „Ba­ra­ki” krę­co­ny był przez 5 lat w 25 kra­jach. Re­ży­ser użył ta­śmy 70 mm, co spra­wia, że zdję­cia za­pie­ra­ją dech w ser­cu. Pierw­sza po­ło­wa fil­mu to po­dróż przez naj­pięk­niej­sze miej­sca świa­ta. Wi­dzi­my naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne za­byt­ki i za­kąt­ki świa­ta, gdzie na­tu­ra spra­wia, że bra­ku­je od­de­chu. Po­wie­dzieć, że to wi­de­oklip (z mu­zy­ką De­ad Can Dan­ce) to jak­by po­wie­dzieć, że mar­twe na­tu­ry mi­strzów ho­len­der­skich to ilu­stra­cje z ka­wał­kiem mię­sa. Wra­że­nie es­te­tycz­ne na naj­wyż­szym po­zio­mie. W mia­rę roz­wo­ju fil­mu re­ży­ser od­cho­dzi od po pro­stu uka­za­nia pięk­na świa­ta na rzecz co­raz bar­dziej oso­bi­stej re­flek­sji nas ludz­ko­ścią po­cząt­ku trze­cie­go ty­siąc­le­cia. Lu­dzie spro­wa­dze­ni do ro­li ma­szyn w chiń­skich fa­bry­kach, to­ta­li­tar­ne pa­ra­dy, dzie­siąt­ki ty­się­cy wy­znaw­ców w Mek­ce są wy­raź­nie gło­sem au­to­ra prze­ciw­ko tra­ce­niu in­dy­wi­du­al­no­ści. Re­ży­ser też po­chy­la się nad na­szy­mi brać­mi mniej­szy­mi, uka­zu­jąc uboj­nię zwie­rząt czy far­my kur­cząt. Mi­mo że w fil­mie nie pa­da jed­no sło­wo ko­men­ta­rza, re­ży­ser ja­sno po­tra­fił prze­ka­zać swo­ją in­ter­pre­ta­cję współ­cze­sno­ści. Ogól­nie: Nie­wia­ry­god­na uczta dla oczu, ale do­bór ma­te­ria­łu nie­co na­chal­nie jed­no­stron­ny.

Recenzja filmu „Bestie z południowych krain”, reż. Beth Zeiltin, USA 2012

Hu­sh­pup­py, kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka w star­ciu z ży­wio­łem po­wo­dzi ucie­ka w ma­gicz­ną kra­inę, wy­peł­nio­ną fan­ta­stycz­ny­mi po­two­ra­mi. O ma­łej ak­tor­ce, Qu­ven­zha­né Wal­lis, jesz­cze usły­szy­my – zo­sta­ła wy­bra­na w ca­stin­gu spo­śród kil­ku ty­się­cy kan­dy­da­tów. I był to do­bry wy­bór. Ma­ła jest fan­ta­stycz­na. Po­dob­nie jak ca­ły film – świe­ży, mą­dry, pięk­ny. Dziew­czyn­ka ma cha­rak­te­rek, jest nie­by­wa­le sa­mo­dziel­na. Jej nie do koń­ca od­po­wie­dzial­ny oj­ciec po­tra­fił prze­ka­zać jej wo­lę prze­trwa­nia i wi­tal­ną si­łę. Opo­wieść o wo­li wal­ki, o po­trze­bie in­dy­wi­du­al­no­ści, po­sia­da­nia swo­je­go miej­sca na ma­pie, od­rzu­ce­niu kon­we­nan­sów i by­ciu so­bą – mo­że nie za wszel­ką, ale na­wet za du­żą ce­nę. Widz wy­cho­dzi na­peł­nio­ny ener­gią i wia­rą z moż­li­wość po­ko­na­nia prze­szkód ży­cio­wych. Ogól­nie: war­to dać się ode­rwać od sche­ma­tów, uwi­kła­nia w co­dzien­ność i spoj­rzeć na ży­cie przed so­bą po­now­nie z ener­gią kil­ku­lat­ka.

Recenzja filmu „Obława”, reż. Marcin Krzyształowicz, Polska 2012

II woj­na świa­to­wa. Ka­pral Wy­dra, żoł­nierz par­ty­zanc­kie­go od­dzia­łu, wal­czy z Niem­ca­mi, wy­ko­nu­je wy­ro­ki na pol­skich zdraj­cach i zma­ga się z wła­sną prze­szło­ścią. Do­brze, że po­wsta­ją pol­skie fil­my o te­ma­ty­ce hi­sto­rycz­nej. Nie­ste­ty, w dzi­siej­szych cza­sach to fil­my – i to fa­bu­lar­ne, nie do­ku­men­tal­ne – kształ­tu­ją świa­do­mość hi­sto­rycz­ną, nie książ­ki czy na­uko­we se­mi­na­ria. Do­brze też, że film nie jest ko­lej­ną pol­ską pro­duk­cją, w któ­rej psy­cho­lo­gia bo­ha­te­rów jest prost­sza niż kon­struk­cja ce­pa. Je­go wa­dą jest brak ja­kiej­kol­wiek po­zy­tyw­nej po­sta­ci, wszy­scy bo­ha­te­rzy ma­ją ja­kąś ska­zę mo­ral­ną. A to ka­że wąt­pić, czy mó­wi praw­dę o lu­dziach la­su. Film jest pe­łen prze­mo­cy i bru­tal­no­ści. Pew­nie ży­cie par­ty­zan­tów w le­sie nie przy­po­mi­na­ły at­mos­fe­ry u cio­ci na imie­ni­nach, ale chy­ba jed­nak re­ży­ser tro­chę prze­sa­dził. Dia­lo­gi jak  – nie­ste­ty – czę­sto w pol­skich fil­mach by­wa­ją tak kiep­sko na­gra­ne, że nie wszyst­ko da się zro­zu­mieć. Za­sta­na­wia też, po co ak­cja jest po­cię­ta, a nie przed­sta­wio­na chro­no­lo­gicz­nie. Ogól­nie: mo­że szo­ko­wać i znie­sma­czać, a mo­że też ko­muś przy­paść do gu­stu, że nie jest lu­kro­wa­nym cu­kier­kiem.