Drodzy Czytelnicy!

Na stu­diach po­zna­łam oso­by, któ­re mó­wi­ły, że w ogó­le się nie uczą. Po eg­za­mi­nach oka­zy­wa­ło się, że do­sta­wa­ły ze wszyst­kie­go piąt­ki. Spo­tka­łam też oso­by, któ­rym bar­dzo za­le­ża­ło na sty­pen­dium dla naj­lep­szych stu­den­tów i któ­re przy­zna­wa­ły, że du­żo się uczą. By­łam też świad­kiem łez ko­le­ża­nek po nie­za­li­czo­nym ko­lo­kwium lub eg­za­mi­nie. Wal­ka o piąt­ki by­ła jaw­na lub ukry­ta. Nie wszy­scy jed­nak się tej pre­sji pod­da­wa­li. By­ły oso­by, któ­re ze spo­ko­jem pod­cho­dzi­ły do stu­dio­wa­nia. Z jed­nych przed­mio­tów mie­li lep­sze oce­ny, z in­nych gor­sze. Nie prze­ży­wa­li po­ra­żek. Pod­no­si­li się po nich. Po­pra­wia­li oce­ny i szli do przo­du.

Wy­ścig szczu­rów i chęć by­cia naj­lep­szym w kla­sie z wszyst­kich przed­mio­tów, osią­ga­nia naj­lep­szych wy­ni­ków w spor­tach, zwy­cię­ża­nia w olim­pia­dach i kon­kur­sach to rze­czy­wi­stość wie­lu z nas. Je­śli je­ste­śmy od niej wol­ni, to na pew­no zna­my oso­by, któ­re ży­ją pod pre­sją „by­cia naj”. Mo­że jest to ko­le­ga z pierw­szej ław­ki, a mo­że ko­le­żan­ka z ostat­niej pod oknem. Mag­da­le­na Urlich py­ta: „Po­goń za tym, by być naj­lep­szym, kosz­tem wol­ne­go cza­su, snu czy to­wa­rzy­skich spo­tkań. Czy to ma sens?” Od­po­wie­dzi szu­kaj­cie na na­stęp­nej stro­nie.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych Ka­sia przy­zna­je, że nie po swo­im, ale do­pie­ro na Bierz­mo­wa­niu ko­le­żan­ki „po­czu­ła Bo­żą moc”. Ksiądz Ka­mil Go­łusz­ka od­po­wia­da na py­ta­nie, co zmar­twych­wsta­nie Chry­stu­sa zmie­nia w na­szym ży­ciu. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o po­my­śle Bo­ga na szczę­śli­we ży­cie dla Cie­bie i dla mnie.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie bój się błędu

Dzie­ci za­moż­nych ro­dzi­ców pod­da­ne są zbyt du­żej pre­sji – wy­ni­ka z ba­dań. Tak du­żej, że bo­ją się po­peł­nić ja­ki­kol­wiek błąd.

Za­moż­ni ro­dzi­ce, o któ­rych mo­wa w ba­da­niach ame­ry­kań­skich na­ukow­ców, to przede wszyst­kim bo­ga­ci pro­fe­sjo­na­li­ści. Swo­ją po­zy­cję za­wo­do­wą zdo­by­li dzię­ki świet­ne­mu wy­kształ­ce­niu. W od­róż­nie­niu od bo­ga­czy, któ­rzy swój sta­tus zdo­by­li dzię­ki dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej, nie mo­gą prze­ka­zać swo­im dzie­ciom wła­snej po­zy­cji. Ich dzie­ci bę­dą mu­sia­ły zdo­by­wać świat od no­wa. Odzie­dzi­czą mo­że pie­nią­dze czy zna­jo­mo­ści, ale wy­kształ­ce­nie i po­zy­cję za­wo­do­wą mu­szą wy­pra­co­wać sa­me. W ame­ry­kań­skich re­aliach eli­tar­nych szkół, za któ­re trze­ba sło­no pła­cić, nie jest to spra­wą ła­twą. Ob­raz świa­ta ja­ko dżun­gli, w któ­rej trze­ba bez­względ­nie wal­czyć o ogra­ni­czo­ne za­so­by, na­peł­nia dzie­ci lę­kiem. Stąd sta­ny de­pre­syj­ne i zi­den­ty­fi­ko­wa­ny przez ba­da­czy syn­drom One Wrong Mo­ve – jed­ne­go błęd­ne­go ru­chu. To świat, w któ­rym je­den fał­szy­wy krok mo­że po­zba­wić szan­sy na suk­ces w przy­szło­ści. Mo­że więc le­piej ogra­ni­czyć ry­zy­kow­ne dzia­ła­nia i trzy­mać się te­go, co pew­ne i bez­piecz­ne?

Fot. freepik.com

Suk­ces bez po­raż­ki?

A jed­nak trzy­ma­nie się spraw­dzo­nych roz­wią­zań to ra­czej nie jest dro­ga do suk­ce­su. Po­twier­dzi­li to in­ni ame­ry­kań­scy ba­da­cze, z ze­spo­łu prof. Ca­ro­lyn Dweck. Oka­za­ło się, że ucznio­wie, któ­rzy nie ba­li się po­peł­nia­nia błę­dów, wy­pa­da­li w te­stach o wie­le le­piej. Nie­któ­re za­da­nia ce­lo­wo wy­kra­cza­ły po­za kom­pe­ten­cje uczniów. Mia­ły spraw­dzić, jak re­agu­ją oni w ob­li­czu prze­ra­sta­ją­cych ich wy­zwań. I znów ci, któ­rzy nie ba­li się po­raż­ki, ra­dzi­li so­bie du­żo le­piej – wy­my­śla­li wię­cej roz­wią­zań, dłu­żej po­szu­ki­wa­li od­po­wie­dzi, póź­niej się fru­stro­wa­li.

Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie.

Na­ukow­cy mó­wią więc to, co pod­po­wia­da zdro­wy roz­są­dek: nie ma suk­ce­su bez pod­ję­cia ry­zy­ka po­raż­ki. A na­wet moż­na po­wie­dzieć wię­cej: dro­ga do suk­ce­su wie­dzie przez wie­le po­ra­żek. Dla­te­go gdy po raz ko­lej­ny ci się nie uda­ło, cho­ciaż tak bar­dzo ci za­le­ży, nie pod­da­waj się!

Ukry­te czę­ści skła­do­we

Każ­dy, kto osią­gnął suk­ces, o ja­kim ma­rzył, mo­że po­wie­dzieć, ile wy­sił­ku wło­żył w to, by je­go ma­rze­nie sta­ło się rze­czy­wi­sto­ścią. I ile po­ra­żek prze­żył. Mił­ka Rau­lin, naj­młod­sza Po­lka, któ­ra zdo­by­ła ko­ro­nę Zie­mi, czy­li naj­wyż­sze szczy­ty wszyst­kich kon­ty­nen­tów, mó­wi o tym wprost. W jej przy­pad­ku by­ło to nie tyl­ko fi­zycz­ne przy­go­to­wa­nie się do wy­praw, ale też ogrom­ne za­ple­cze: zdo­by­cie fun­du­szy, po­zy­ska­nie spon­so­rów, or­ga­ni­za­cja wy­jaz­dów. Przy tym ca­ły czas pra­co­wa­ła za­wo­do­wo. Świet­nie wi­dzieć swo­je zdję­cia na szczy­tach ko­ro­ny Zie­mi, ale kto z nas po­świę­cił­by ty­le wy­sił­ku, by te­go do­ko­nać?

A Adam Ma­łysz? Wie­cie, że nasz naj­słyn­niej­szy sko­czek – i w ogó­le je­den z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych skocz­ków nar­ciar­skich na świe­cie – po se­zo­nie 1997–98 za­mie­rzał za­koń­czyć ka­rie­rę i za­cząć pra­cę ja­ko de­karz? Po obie­cu­ją­cych po­cząt­kach przy­szedł kry­zys, wy­ni­ki spor­tow­ca by­ły, jak sam oce­niał, tra­gicz­ne. Jed­nak nie pod­dał się. Zmie­nił tre­ne­ra, za­czął współ­pra­cę z psy­cho­lo­giem i fi­zjo­lo­giem... I ja­ko je­dy­ny na świe­cie trzy ra­zy pod rząd zo­stał zwy­cięz­cą Pu­cha­ru Świa­ta – mię­dzy in­ny­mi.

Li­czy się dro­ga

Oczy­wi­ście nie każ­dy mu­si być Ma­ły­szem. Każ­dy za to ma wła­sną de­fi­ni­cję te­go, czym jest dla nie­go suk­ces. Sport, osią­gnię­cia na­uko­we czy ar­ty­stycz­ne czę­sto się na­rzu­ca­ją. Dla ko­goś jed­nak sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca mo­że być pra­ca z in­ny­mi, moc­ną stro­ną – em­pa­tia. A mo­że bar­dziej ory­gi­nal­ne hob­by? Nie­za­leż­nie od te­go, w każ­dej dzie­dzi­nie, w któ­rej chce­my coś zdzia­łać, na­po­tka­my trud­no­ści. Jest to zu­peł­nie na­tu­ral­ne – prze­cież wszyst­kie­go do­pie­ro się uczy­my. Je­ste­śmy w nie­ustan­nym pro­ce­sie zdo­by­wa­nia umie­jęt­no­ści, do­sko­na­le­nia się, po­dej­mo­wa­nia ko­lej­nych wy­zwań i szu­ka­nia roz­wią­zań. Na tej dro­dze nie­raz po­sta­wi­my fał­szy­wy krok. Daj­my so­bie do te­go pra­wo, bądź­my dla sie­bie cier­pli­wi. Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie. Nie bój­my się od­waż­nie kro­czyć na­przód. Niech nie za­trzy­mu­je nas strach, że po­peł­ni­my błąd. Kto wie, któ­ry z ma­łych kro­ków osta­tecz­nie oka­że się tym naj­waż­niej­szym?

 

Mag­da­le­na Urlich

Musiałem Bogu jeszcze coś opowiedzieć

Ma­my to szczę­ście, że wie­le szcze­gó­łów ży­cia te­go świę­te­go do­kład­nie opi­sał …. in­ny świę­ty – Jan Bo­sco, je­go wy­cho­waw­ca.

Do­mi­nik Sa­vio uro­dził się w 1842 r. w wio­sce Ri­va di Chie­ri w re­gio­nie Pie­mont, ja­ko pierw­sze z sied­mior­ga dzie­ci. Je­go imię Do­me­ni­co ozna­cza po wło­sku „na­le­żą­cy do Pa­na”. Mat­ka Do­mi­ni­ka, Bry­gi­da, by­ła kraw­co­wą. Oj­ciec, Ka­rol, utrzy­my­wał ro­dzi­nę ja­ko ko­wal. Chło­piec, o wy­jąt­ko­wo ła­god­nym i po­god­nym uspo­so­bie­niu, był nie­zwy­kle chłon­ny na tre­ści re­li­gij­ne. Od ma­łe­go, bez przy­mu­su, ko­chał mo­dli­twę. Zda­rza­ło się, że ma­ma go szu­ka­ła po ca­łej wio­sce, a w koń­cu znaj­do­wa­ła klę­czą­ce­go w ko­ście­le. Wów­czas ma­ły Do­mi­nik od­po­wia­dał: „Ma­mo, mu­sia­łem Bo­gu jesz­cze coś opo­wie­dzieć”. Je­że­li się zda­rzy­ło, że drzwi ko­ściel­ne by­ły za­mknię­te, Do­mi­nik klę­kał na pro­gu świą­ty­ni. Ob­co­wał swo­bod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią nie­biań­ską. Du­żo roz­ma­wiał ze swo­im Anio­łem Stró­żem, od któ­re­go wie­le ra­zy do­zna­wał po­mo­cy w nie­bez­pie­czeń­stwach.

Fot. Wi­ki­me­dia Com­mons / Pu­blic Do­ma­in

Prę­dzej umrzeć niż zgrze­szyć

Po­boż­no­ści Do­mi­ni­ka nie da­ło się ukryć przed księż­mi z pa­ra­fii. Gdy miał za­le­d­wie pięć lat, przy­stał na pro­po­zy­cję wi­ka­riu­sza, by zo­stać mi­ni­stran­tem. Mi­mo tru­du trzy­ma­nia wiel­kich ksiąg li­tur­gicz­nych oraz od­ma­wia­nia ła­ciń­skich mo­dlitw z pa­mię­ci, Do­mi­nik słu­żył Bo­gu z ra­do­ścią. Pierw­szą Ko­mu­nię Świę­tą przy­jął w wie­ku sied­miu lat, co sta­no­wi­ło wte­dy spo­ry wy­ją­tek. Dzie­ci pierw­szo­ko­mu­nij­ne mia­ły wów­czas od 12 do 14 lat. Dzień Pierw­szej Ko­mu­nii sta­no­wił du­ży prze­łom dla po­boż­ne­go dziec­ka. W tym dniu Do­mi­nik za­pi­sał so­bie czte­ry po­sta­no­wie­nia: re­gu­lar­na mo­dli­twa, pa­mięć o ko­ściel­nych świę­tach, przy­jaźń z Je­zu­sem i Ma­ry­ją oraz de­cy­zja: „prę­dzej umrzeć niż do­bro­wol­nie po­peł­nić grzech!”.

Za­pra­gnął zo­stać świę­tym

Nad­zwy­czaj­na re­li­gij­ność, a tak­że in­te­lek­tu­al­ne uzdol­nie­nie chłop­ca, skło­ni­ły pro­bosz­cza wio­ski do klu­czo­wej de­cy­zji. Za po­zwo­le­niem ro­dzi­ców przed­sta­wił Do­mi­ni­ka swo­je­mu dłu­go­let­nie­mu ko­le­dze, księ­dzu Ja­no­wi Bo­sco, któ­ry w Tu­ry­nie za­ło­żył tzw. ora­to­rium dla chłop­ców. Ora­to­rium księ­dza Bo­sco sku­pia­ło 400 ubo­gich i za­nie­dba­nych chłop­ców. Nie­któ­rzy miesz­ka­li na miej­scu, a in­ni przy­cho­dzi­li z uli­cy po po­si­łek, na za­ba­wę, bądź po pro­stu – by po­czuć wspól­no­tę. Do­mi­nik opu­ścił gniaz­do ro­dzin­ne, ma­jąc 12 lat. W ha­ła­śli­wym i tłocz­nym Tu­ry­nie do­świad­czył do­tych­czas nie­zna­nych wy­zwań. Je­go ła­god­ne uspo­so­bie­nie i duch po­słu­szeń­stwa czę­sto pro­wo­ko­wa­ły nie­okieł­zna­nych ko­le­gów. Do­mi­nik jed­nak nie dał się znie­chę­cić i w bar­dzo krót­kim cza­sie stał się przy­ja­cie­lem i przy­kła­dem dla wie­lu chłop­ców. Uwiel­biał roz­ra­biać z to­wa­rzy­sza­mi, ale w szko­le uczył się wzo­ro­wo i kar­mił ser­ce co­dzien­ną mo­dli­twą. Uskrzy­dlo­ny przez mą­dre ra­dy i ka­za­nia księ­dza Bo­sco, za­pra­gnął zo­stać świę­tym. Po­dob­nie jak w dniu Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej – po­twier­dził swo­ją de­cy­zję kon­kre­tem. Ra­zem z kil­ko­ma chłop­ca­mi za­ło­żył sto­wa­rzy­sze­nie Ma­ryj­ne.

Du­chow­ność Do­mi­ni­ka kwi­tła do­strze­gal­nie. Po­chło­nię­ty pra­gnie­niem mi­ło­wa­nia Bo­ga, do­zna­wał sta­nów mi­stycz­nych oraz na­tchnień, któ­re sta­no­wi­ły po­moc i ra­tu­nek dla bliź­nich. Kil­ka­krot­nie, przez na­tchnie­nie Do­min­ka, ksiądz Bo­sco zo­stał po­sła­ny z po­słu­gą do umie­ra­ją­cej oso­by. Fak­tem jest tak­że cu­dow­ne uzdro­wie­nie przez Do­mi­ni­ka je­go umie­ra­ją­cej mat­ki, do któ­rej przy­był z Tu­ry­nu, bez żad­nych wcze­śniej­szych in­for­ma­cji o jej sta­nie. Zdro­wie sa­me­go Do­min­ka sła­bło jed­nak bar­dzo szyb­ko. Z na­tu­ry de­li­kat­ny i wą­tły, tra­cił stop­nio­wo fi­zycz­ne si­ły i zmarł w ro­dzin­nym do­mu w 1857 r. Po śmier­ci ob­ja­wił się w słyn­nym śnie swo­je­mu wy­cho­waw­cy, księ­dzu Bo­sco… ale to już te­mat na in­ny tekst.

 

An­na Sła­wek

I odpuść nam nasze winy…

Bóg chce każ­de­mu od­pu­ścić grze­chy z prze­szło­ści, że­by­śmy tu i te­raz ży­li w mi­ło­ści i ra­do­ści. Wa­run­kiem da­ro­wa­nia win jest na­sze na­wró­ce­nie.

Grzech to ta­kie za­cho­wa­nie, przez któ­re wy­rzą­dza­my krzyw­dę sa­mym so­bie lub in­nym lu­dziom, bo nie słu­cha­my Bo­ga. Stwór­ca nie ob­ra­ża się wte­dy – ani nas nie ka­rze – lecz cier­pi z na­mi oraz z ty­mi, któ­rych krzyw­dzi­my. Bóg przy­szedł do nas oso­bi­ście w ludz­kiej na­tu­rze, gdyż chciał być ostat­nim skrzyw­dzo­nym. Pra­gnie, że­by­śmy, wzru­sze­ni Je­go mi­ło­ścią aż do krzy­ża, od­tąd jed­ni dru­gich ko­cha­li. Wte­dy znik­ną krzyw­dy i cier­pie­nia. Gdy nie kie­ru­je­my się De­ka­lo­giem i mi­ło­ścią Bo­ga, to sta­je­my się po­dob­ni do sy­nów Ja­ku­ba, któ­rzy wła­sne­go bra­ta sprze­da­li do nie­wo­li egip­skiej. Je­ste­śmy też wte­dy po­dob­ni do sy­na mar­no­traw­ne­go, któ­ry nie­mal śmier­tel­nie skrzyw­dził sa­me­go sie­bie. Uzna­nie wła­snych grze­chów i po­sta­no­wie­nie po­pra­wy to wa­run­ki, że­by Bóg prze­ba­czył nam złą prze­szłość. Bóg nie sta­wia gra­nic swe­mu mi­ło­sier­dziu, jed­nak nie wszy­scy ko­rzy­sta­ją z Je­go mi­ło­sier­nej mi­ło­ści. Gdyż nie wszy­scy uzna­ją swo­je wi­ny, na­wra­ca­ją się i za­czy­na­ją ko­chać.

Fot. pixabay.com

Ja­ko i my od­pusz­cza­my…

Dru­gim, obok na­wró­ce­nia, wa­run­kiem od­pusz­cze­nia grze­chów, jest na­sze mi­ło­sier­dzie wo­bec bliź­nich. Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza. Gdy ktoś nas skrzyw­dził, to w ser­cu od ra­zu po­win­ni­śmy prze­ba­czyć. Jed­nak po­wie­my o tym krzyw­dzi­cie­lo­wi do­pie­ro wte­dy, gdy prze­sta­nie nas krzyw­dzić, gdy na­wró­ci się, gdy prze­pro­si i za­cznie wy­na­gra­dzać. Je­śli na­to­miast na­dal pró­bu­je nas krzyw­dzić, to po­win­ni­śmy mi­mo to go ko­chać i ni­gdy się nie mścić. Na­to­miast tu i te­raz po­win­ni­śmy się przed nim sta­now­czo bro­nić po to, że­by nie stał się jesz­cze więk­szym krzyw­dzi­cie­lem. Trze­ba od­róż­niać prze­ba­cze­nie od po­jed­na­nia. To, czy prze­ba­czę wi­no­waj­cy, za­le­ży ode mnie. Na­to­miast to, czy doj­dzie mię­dzy na­mi do po­jed­na­nia, za­le­ży od po­sta­wy krzyw­dzi­cie­la. By­ło­by na­iw­no­ścią oka­zy­wa­nie prze­ba­cze­nia ko­muś, kto się nie na­wra­ca i kto na­dal usi­łu­je nas krzyw­dzić.

Bóg utoż­sa­mia się z na­mi

Stwór­ca ko­cha nas do te­go stop­nia, że utoż­sa­mia się z każ­dym krzyw­dzo­nym czło­wie­kiem. Wy­ja­śnia, że co­kol­wiek czy­ni­my jed­ne­mu z naj­mniej­szych bra­ci czy sióstr, to Je­mu sa­me­mu czy­ni­my. Nie sły­sza­łem, że­by ktoś z bar­dzo na­wet ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców po­wie­dział sy­no­wi czy cór­ce: Je­śli skrzyw­dzisz ko­goś z ro­dzeń­stwa, to mnie skrzyw­dzisz. Je­śli ude­rzysz bra­ta czy sio­strę, to mnie ude­rzysz. Je­śli ktoś bę­dzie przez cie­bie pła­kał, to ja – ma­ma czy ta­ta – bę­dę pła­kać przez cie­bie i bę­dę cier­pieć jesz­cze bar­dziej niż czło­wiek, któ­re­go skrzyw­dzisz. A Je­zus przyj­mu­je ta­ką wła­śnie po­sta­wę! Nikt nie czy­ni aż tak wie­le jak Bóg, by­śmy już nie krzyw­dzi­li ani sa­mych sie­bie, ani in­nych lu­dzi. Stwór­ca pra­gnie, by­śmy ży­li w ro­dzi­nach, w któ­rych każ­dy ko­cha każ­de­go.

Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza.

Dla­cze­go prze­ba­czać wi­no­waj­com?

Gdy prze­ba­cza­my wi­no­waj­com, to prze­sta­je­my roz­dra­py­wać ra­ny z prze­szło­ści. Wte­dy szyb­ciej się one go­ją. Po dru­gie, ła­twiej nam wte­dy uwie­rzyć w to, że Bóg nam prze­ba­cza na­sze wi­ny. Po trze­cie, ła­twiej nam wte­dy prze­ba­czyć sa­me­mu so­bie. Nie­któ­rzy nie­na­wi­dzą sie­bie i za­drę­cza­ją sie­bie z te­go po­wo­du, że wcze­śniej grze­szy­li. In­ni po­bła­ża­ją so­bie, czy­li na­iw­nie prze­ba­cza­ją so­bie złą prze­szłość, mi­mo że na­dal grze­szą. Wte­dy tak­że ich te­raź­niej­szość jest zła. Oj­ciec z przy­po­wie­ści Je­zu­sa oka­zu­je mi­ło­sier­dzie mar­no­traw­ne­mu sy­no­wi wte­dy, gdy ten wra­ca prze­mie­nio­ny. I ani se­kun­dy wcze­śniej. Od­pusz­cze­nie grze­chów nie ma nic wspól­ne­go z na­iw­no­ścią czy z po­bła­ża­niem złu. Bóg prze­ba­cza nam grze­chy z prze­szło­ści po to, że­by­śmy ko­cha­li i by­li szczę­śli­wi w te­raź­niej­szo­ści.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki