Drodzy Czytelnicy!

Paź­dzier­nik. Ja­dę au­to­bu­sem ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Sły­szę roz­mo­wę dwóch chło­pa­ków. Roz­ma­wia­ją o stu­diach, ko­lej­kach po od­biór in­dek­sów. Je­den py­ta ko­le­gę, dla­cze­go wy­brał swój kie­ru­nek stu­diów. „To był przy­pa­dek – brzmi od­po­wiedź. – Nie wie­dzia­łem, co wy­brać. Zo­ba­czę, jak bę­dzie”. Od­po­wiedź za­ska­ku­ją­ca? A mo­że jed­nak wprost prze­ciw­nie?
Są oso­by, któ­re już od przed­szko­la wie­dzą, kim chcą zo­stać. I ta­ki za­wód wy­bie­ra­ją ja­ko do­ro­śli. In­ni dłu­żej po­szu­ku­ją swo­jej dro­gi, pró­bu­ją, eks­pe­ry­men­tu­ją z róż­ny­mi za­wo­da­mi, by w koń­cu tra­fić na ten, któ­ry spra­wia im przy­jem­ność i pa­su­je do nich jak ulał. Jest jak­by szy­ty na mia­rę spe­cjal­nie dla nich. Są róż­ne dro­gi do sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej pra­cy. Jed­ni bę­dą się speł­niać w pra­cy cho­re­ogra­fa, in­ni gra­fi­ka, a jesz­cze in­ni ku­cha­rza. Wy­brać mu­sisz sam. Bo pra­ca bę­dzie istot­nym ele­men­tem two­je­go ży­cia. W nu­me­rze pod­po­wia­da­my, jak do­ko­nać do­bre­go wy­bo­ru.

Kan­dy­da­tów do Bierz­mo­wa­nia za­chę­ca­my do roz­mo­wy z ro­dzi­ca­mi o sa­kra­men­cie, do któ­re­go się przy­go­to­wu­ją. Czy coś stoi na prze­szko­dzie, że­by ich za­py­tać, dla­cze­go chcą, że­by­ście go przy­ję­li? Na ostat­nich stro­nach znaj­dzie­cie świa­dec­two o. Łu­ka­sza Buk­sy OMF, któ­ry opo­wie o tym, jak to się sta­ło, że wy­brał to­wa­rzy­stwo ró­wie­śni­ków z dwor­ca, by póź­niej od­na­leźć Bo­ga.

Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach jest wy­jąt­ko­wy. Spe­cjal­ny do­da­tek przy­go­to­wa­ło Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka. Do­wie­cie się, w ja­ki spo­sób moż­na trosz­czyć się o ży­cie bez­bron­nych, po­czę­tych dzie­ci. Zdo­bę­dzie­cie ar­gu­men­ty do roz­mo­wy o te­ma­tach pro-li­fe, któ­ry­mi ży­je­my na co dzień. Do­wie­cie się, czym jest na­pro­tech­no­lo­gia a czym in vi­tro. Po­zna­cie Fel­ka, któ­ry ra­zem ze swo­ją ro­dzi­ną pod­bił ser­ca se­tek ty­się­cy (!) in­ter­nau­tów. Niech w wa­szych ser­cach za­go­ści ha­sło Sto­wa­rzy­sze­nia – „Tyl­ko ży­cie ma przy­szłość!”. Krop­ka.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szalony z Miłości

Bóg co­dzien­nie, nie­ustan­nie, szep­cze ci do ucha: „Ko­cham cię”! Każ­dy twój od­dech jest Je­go wes­tchnie­niem z mi­ło­ści.

Czę­sto mó­wi się o tym, że Pan Bóg cię ko­cha, że Bóg jest mi­ło­ścią i że naj­waż­niej­szym wy­mia­rem chrze­ści­jań­stwa jest mi­łość. Za­pew­ne wszy­scy sły­sze­li­śmy już nie­je­den raz o tym, że Je­zus umarł za nas z mi­ło­ści i dla­te­go po­win­ni­śmy być wdzięcz­ni. Dzie­ciom przy­po­mi­na się, że to wła­śnie z te­go po­wo­du po­win­ny być „grzecz­ne”.

I zwy­kle jest tak, że jak coś sły­szy­my czę­sto, to prze­sta­je­my się za­sta­na­wiać nad zna­cze­niem tych słów. Jak wie­lu z nas za­sta­na­wia się nad tre­ścią mo­dli­twy Oj­cze nasz, po­wta­rza­nej co­dzien­nie? Na­wet gdy­by ktoś po­wta­rzał nam co­dzien­nie, że nas ko­cha, to rów­nież po ja­kimś cza­sie za­czę­li­by­śmy przyj­mo­wać to za pew­nik. A mo­że na­wet by­śmy się nie za­sta­na­wia­li nad głę­bią tych słów i co one dla nas ozna­cza­ją.

Nie mu­sisz ni­gdzie iść, w ża­den spo­sób so­bie na nią za­słu­gi­wać, ani tym bar­dziej jak­kol­wiek pła­cić za nią.

Po­wie­dzieć ko­muś „ko­cham cię” ozna­cza bar­dzo wie­le. To nie tyl­ko wy­ra­że­nie emo­cji, uczuć, ale przede wszyst­kim zo­bo­wią­za­nie. Dla­te­go po­win­ni­śmy być ostroż­ni w wy­ra­ża­niu mi­ło­ści, ale jed­no­cze­śnie nie zbyt oszczęd­ni.

Fot. unsplash.com / Ni­ne Köp­fer

Naj­za­baw­niej­sze jest to, że Pan Bóg co­dzien­nie, nie­ustan­nie, szep­cze ci do ucha: „Ko­cham cię”! Każ­dy twój od­dech jest Je­go wes­tchnie­niem z mi­ło­ści. Każ­de ude­rze­nie two­je­go ser­ca jest mo­men­tem, w któ­rym On udo­wad­nia mi­łość do cie­bie. I ca­ły pro­blem po­le­ga na tym, że to wszyst­ko jest tak bar­dzo na­tu­ral­ne, że prze­sta­je­my do­strze­gać nie­zwy­kłość tych chwil.

Bóg ci to udo­wad­nia

Tak, Pan Bóg cię ko­cha. Udo­wad­nia to w każ­dej se­kun­dzie two­je­go ży­cia. Świę­ty Pa­weł w pią­tym roz­dzia­le li­stu do Rzy­mian pi­sze tak: „Mi­łość Bo­ża roz­la­na jest w ser­cach na­szych przez Du­cha Świę­te­go, któ­ry zo­stał nam da­ny” (Rz 5, 3b). Te­raz, w tym mo­men­cie, gdy czy­tasz ten tekst, masz do niej do­stęp. Nie mu­sisz ni­gdzie iść, w ża­den spo­sób so­bie na nią za­słu­gi­wać, ani tym bar­dziej jak­kol­wiek pła­cić za nią. Jest da­na zu­peł­nie za dar­mo. Jest roz­la­na, więc jest w ob­fi­to­ści. Już sa­ma świa­do­mość obec­no­ści tej mi­ło­ści mo­że prze­mie­nić two­je ży­cie. Przy­po­mi­naj so­bie o tym ca­ły czas, gdy je­steś w szko­le, na uczel­ni, w do­mu czy na bo­isku. Bóg ko­cha cię cał­ko­wi­cie i ze swo­ją mi­ło­ścią jest obec­ny w two­im ży­ciu nie­ustan­nie.

Umarł za nas, gdy­śmy by­li jesz­cze grzesz­ni­ka­mi

Naj­pięk­niej­szym wy­mia­rem Je­go mi­ło­ści jest oczy­wi­ście Krzyż. Bo nie jest to znak mi­ło­ści, na któ­rą się za­słu­gu­ję. Pan Bóg przez Krzyż nie mó­wi, że Je­zus umrze za nas, gdy bę­dzie­my „grzecz­ni” i nie bę­dzie­my grze­szyć, ale wręcz prze­ciw­nie: „Bóg zaś oka­zu­je nam swo­ją mi­łość [wła­śnie] przez to, że Chry­stus umarł za nas, gdy­śmy by­li jesz­cze grzesz­ni­ka­mi” (Rz 5, 8). To jest mi­łość, na któ­rą nie da się w ża­den spo­sób za­słu­żyć czy za­pra­co­wać. Jest da­na zu­peł­nie za dar­mo. Moż­na by na­wet po­wie­dzieć, że po ludz­ku to sza­lo­na mi­łość. Czło­wiek zwy­kle ko­cha za coś lub do ja­kie­goś cza­su (choć po­wi­nien za­wsze i za dar­mo), ale Bóg ko­cha mi­mo wszyst­ko. Ri­chard Rohr w książ­ce „Tak, ale… Me­dy­ta­cje co­dzien­ne” tak pi­sze o sza­lo­nej mi­ło­ści Bo­ga: „To nie­praw­da, że Bóg bę­dzie nas ko­chał, je­śli się zmie­ni­my; Bóg ko­cha nas po to, by­śmy mo­gli się zmie­nić”. I da­lej: „Bóg nie ko­cha nas dla­te­go, że je­ste­śmy do­brzy. Bóg nas ko­cha, po­nie­waż jest do­bry”.

Wi­dzisz sza­lo­ną mi­łość Bo­ga do cie­bie? Wsłu­chaj się w bi­cie two­je­go ser­ca, w twój nie­ustan­ny od­dech. Tam usły­szysz ci­chy szept Bo­ga, po­wta­rza­ją­ce­go „Ko­cham cię!” Wejdź w ci­szę mo­dli­twy i po­zwól so­bie na by­cie uko­cha­nym dziec­kiem Sza­lo­ne­go z Mi­ło­ści Bo­ga.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Upadłam, ale powstałam

Mo­dlę się o wspa­nia­łe­go mę­ża i ży­cie w czy­sto­ści, czy­sto­ści dru­giej szan­sy.

Wy­cho­wa­ła mnie ma­ma. To ona prze­ka­za­ła mi wia­rę. Uczy­ła mo­dlić się, pro­wa­dzi­ła na Msze św. Od dziec­ka an­ga­żo­wa­łam się w ży­cie pa­ra­fii. Przez pa­rę lat śpie­wa­łam w dzie­cię­cej, a póź­niej mło­dzie­żo­wej, scho­li. Na­le­ża­łam do pa­ra­fial­nej gru­py mło­dzie­żo­wej. Na co­ty­go­dnio­wych spo­tka­niach bra­li­śmy udział w Mszy św., dzie­li­li­śmy się do­świad­cze­niem obec­no­ści Bo­ga w na­szym ży­ciu. Po­ma­ga­li­śmy pro­wa­dzić księ­dzu ró­ża­niec, przy­go­to­wy­wa­li­śmy oko­licz­no­ścio­we wy­stą­pie­nia – np. za­dusz­ki. Kształ­to­wa­li­śmy wia­rę, przy oka­zji umac­nia­jąc ko­le­żeń­skie wię­zi, któ­re prze­no­si­ły się po­za przy­ko­ściel­ną sal­kę – a to do piz­ze­rii, a to do sa­li ki­no­wej. Przy­kład mo­ich ko­le­ża­nek i ko­le­gów bar­dzo mi po­mógł. Dał mi si­łę, że­by nie wsty­dzić się wia­ry. Cie­szy­łam się, że mam wo­kół sie­bie lu­dzi, któ­rzy my­ślą i czu­ją to sa­mo, co­ja. Idla któ­rych Pan Bóg jest na pierw­szym miej­scu. Po­do­ba­ły mi się wy­jaz­dy na re­ko­lek­cje, z któ­rych za każ­dym ra­zem wra­ca­łam na­peł­nio­na no­wą ener­gią i z od­no­wio­ną mi­ło­ścią do Bo­ga.

Fot. unsplash.com / Ja­mie Stre­et

No­we py­ta­nia

Gdy nad­szedł czas do­ra­sta­nia, przez dłuż­szy czas in­te­re­so­wa­ły mnie wy­łącz­nie książ­ki i na­uka, choć nie by­łam ku­jo­nem. Przy­szedł jed­nak w koń­cu i na mnie czas, gdy za­czę­łam się in­te­re­so­wać chło­pa­ka­mi. Prze­ży­łam pierw­sze mi­ło­ści i – nie­ste­ty ‑ty­le sa­mo ra­zy mia­łam zła­ma­ne ser­ce. W tym okre­sie szcze­gól­nie po­trze­bo­wa­łam po­mo­cy w ro­ze­zna­niu, czy po­ca­łu­nek to już grzech czy jesz­cze nie. Póź­niej za­czę­ły do te­go do­cho­dzić co­raz to no­we py­ta­nia. By­ły chwi­le, gdy nie by­ło mi ła­two. Za­ko­cha­nie po­tra­fi prze­wró­cić czło­wie­ko­wi w gło­wie. Nie my­śli się wte­dy ra­cjo­nal­nie. Kie­ro­wa­ły mną w ta­kich mo­men­tach emo­cje. Na szczę­ście, za­wsze mia­łam z ty­łu gło­wy to, jak waż­na jest czy­stość. Po­mo­gły mi książ­ki z te­ma­ty­ki sek­su­al­no­ści, za­ko­cha­nia, mi­ło­ści, któ­re pod­su­wa­ły mi ma­ma i bab­cia.

Nie chcia­łam tak żyć

Od za­wsze chcia­łam żyć w czy­sto­ści. Chcia­łam, by i mój mąż do­cho­wał czy­sto­ści dla mnie. Ma­rzy­łam o tym, że obo­je w cza­sie no­cy po­ślub­nej ofia­ru­je­my so­bie sie­bie w pre­zen­cie. Tak się jed­nak nie sta­ło. W cza­sie stu­diów po­zna­łam chło­pa­ka, któ­ry jak ża­den in­ny za­wró­cił mi w gło­wie. Był to dla mnie trud­ny okres, po­nie­waż nie­daw­no zmar­ła mo­ja uko­cha­na ma­ma. Chy­ba dla­te­go tak mnie za­śle­pi­ła mi­łość. Chło­pak po krót­kim cza­sie by­cia ra­zem za­czął mi pro­po­no­wać seks. Po­cząt­ko­wo się opie­ra­łam. Nie tak chcia­łam żyć. Nie ta­kie by­ło mo­je ma­rze­nie. Nie­ste­ty, im dłu­żej trwa­ły je­go na­mo­wy i prze­ko­ny­wa­nia, tym mniej już mia­łam ar­gu­men­tów. Po­ka­zy­wał mi pa­ry, któ­re tak ży­ją. Ule­głam.

Ni­gdy nie jest za póź­no

W głę­bi ser­ca wie­dzia­łam jed­nak, że źle ro­bię. Su­mie­nie nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Cho­dzi­łam re­gu­lar­nie do spo­wie­dzi, choć wie­le ra­zy upa­da­łam. Tro­chę to wszyst­ko trwa­ło, ale w koń­cu nad­szedł jed­nak czas, że ze­rwa­łam z tym chło­pa­kiem i ży­ję w czy­sto­ści już pięć lat. Mo­dlę się o wspa­nia­łe­go mę­ża i wy­trwa­łość na dro­dze do ży­cia w czy­sto­ści dru­giej szan­sy. Bo ni­gdy nie jest za póź­no na zmia­nę.

Agniesz­ka, 27 lat

 

Święć się imię Twoje

Kto sza­nu­je dru­gą oso­bę, ten z sza­cun­kiem i wdzięcz­no­ścią wy­ma­wia jej imię.

Bóg sam ob­ja­wił lu­dziom swo­je imię. Po­dał Moj­że­szo­wi, że Je­go imię to Jah­we. Po he­braj­sku sło­wo to ozna­cza ko­goś, kto jest. Bóg nie tyl­ko jest w tym zna­cze­niu, że ist­nie­je. Bóg jest obec­ny, czy­li jest cią­gle przy nas, dla nas, z na­mi. On wczu­wa się w na­sze my­śli i prze­ży­cia, sku­pia się na każ­dym z nas, jak by­śmy by­li je­dy­ni na tej zie­mi. Naj­bar­dziej na­wet ko­cha­ją­cy ro­dzi­ce nie są w sta­nie być dzień i noc przy swo­ich dzie­ciach. Cza­sa­mi mu­szą za­jąć się so­bą czy in­ny­mi ludź­mi. Bóg ni­gdy nie zaj­mu­je się so­bą. On jest Em­ma­nu­elem, czy Bo­giem z na­mi. Ko­chać to być obec­nym dla ko­cha­nej oso­by.

Mi­łość i świę­tość to naj­więk­sze po­wo­dy do świę­to­wa­nia.

Je­zus po­dał jesz­cze jed­no imię Bo­ga. Wy­ja­śnił, że Stwór­ca to Ab­ba, czy­li czu­le ko­cha­ją­cy ta­tuś. Bóg nie jest ani ko­bie­tą, ani męż­czy­zną, gdyż jest peł­nią. Stwór­ca nie jest ogra­ni­czo­ny by­ciem na spo­sób jed­nej z płci. Mo­że­my na­zy­wać Go naj­bar­dziej i naj­czu­lej ko­cha­ją­cym Ro­dzi­cem. Każ­dy z nas ma pra­wo w ser­cu na­zy­wać Bo­ga na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób, po­dob­nie jak uko­cha­ni na­zy­wa­ją sie­bie po swo­je­mu.

Fot. unsplash.com / ale­xan­der brac­ken

Bóg nie po­trze­bu­je re­kla­my

Po­win­ni­śmy świę­cić imię Bo­ga dla­te­go, że On jest świę­ty, a nie dla­te­go, że­by ro­bić Mu re­kla­mę al­bo wy­ra­biać Mu do­brą opi­nię. Ta­kich rze­czy Bóg nie po­trze­bu­je. W świę­to­wa­niu imie­nia Bo­ga cho­dzi o na­szą po­sta­wę wo­bec Nie­go. Im bar­dziej od­kry­wa­my, jak wier­nie i ofiar­nie Bóg nas ko­cha, tym wię­cej jest w nas wzru­sze­nia i za­chwy­tu Nim i Je­go wy­jąt­ko­wą mi­ło­ścią. Imię Bo­ga to sy­no­nim mą­dro­ści, mi­ło­ści, wier­no­ści, czu­ło­ści, ofiar­no­ści, bli­sko­ści, szczę­ścia. Gdy świę­ci­my imię Bo­ga, wte­dy za­chwy­ca­my się Je­go mi­ło­ścią i uczy­my się od­po­wia­dać mi­ło­ścią na mi­łość. Po­win­ni­śmy świę­to­wać imię Bo­ga nie­skoń­cze­nie bar­dziej ra­do­śnie niż świę­tu­je­my imie­ni­ny czy uro­dzi­ny lu­dzi, któ­rych bar­dzo ko­cha­my. Mi­łość i świę­tość to naj­więk­sze po­wo­dy do świę­to­wa­nia. Imię Bo­ga ozna­cza Ko­goś, kto jest mi­ło­ścią i świę­to­ścią, i kto przy­no­si nam ra­dość, ja­kiej ten świat dać ani za­brać nie mo­że.

Jak świę­to­wać Imię Bo­ga?

Każ­dy z nas po swo­je­mu do­świad­cza mi­ło­ści Bo­ga. Każ­dy z nas ma też pra­wo na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób świę­to­wać Je­go imię. Kto nie ma sza­cun­ku do imie­nia Bo­ga, ten lek­ce­wa­ży Je­go i Je­go mi­łość. Kto nie sza­nu­je imie­nia Bo­ga, ten nie od­bie­ra Stwór­cy do­bre­go imie­nia, lecz krzyw­dzi sa­me­go sie­bie. Po­dob­nie dzie­je się mię­dzy ludź­mi. Gdy ja­kiś na­sto­la­tek wpa­da w nar­ko­ma­nię czy in­ne uza­leż­nie­nie, a mi­mo to jest ko­cha­ny przez ro­dzi­ców, to by­wa, że im zło­rze­czy i wy­ma­wia ich imio­na bez sza­cun­ku – po to, że­by za­głu­szyć wy­rzu­ty su­mie­nia. Na­sze do­bre lub złe imię nie za­le­ży od oce­ny lu­dzi, lecz od na­sze­go po­stę­po­wa­nia. Nie je­ste­śmy w sta­nie do­bre­mu Bo­gu ani do­brym lu­dziom ode­brać do­bre­go imie­nia, ale mo­że­my to do­bre imię znie­wa­żyć. Wte­dy da­je­my świa­dec­two o so­bie, a nie o Bo­gu czy Bo­żych lu­dziach. Kto bez sza­cun­ku mó­wi o Bo­gu, ten wcze­śniej czy póź­niej za­cznie prze­kli­nać in­nych i sa­me­go sie­bie. Kto świę­tu­je imię Bo­ga, ten wcho­dzi na dro­gę ra­do­snej świę­to­ści.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

In vitro. Za wszelką cenę

Sta­ty­stycz­nie, aby mo­gło się uro­dzić jed­no dziec­ko po­czę­te przy po­mo­cy me­to­dy in vi­tro, mu­si po­wstać aż 17 em­brio­nów. Ozna­cza to, że 16 z nich, bę­dą­cych je­go ro­dzeń­stwem, mu­si zgi­nąć.

Jed­ną z naj­więk­szych trud­no­ści, a na­wet dra­ma­tem, któ­re­mu mu­si sta­wić czo­ła na­wet co pią­ta pa­ra, jest nie­płod­ność. Ter­mi­nem tym okre­śla­my nie­moż­ność po­czę­cia dziec­ka przez ko­bie­tę i męż­czy­znę w spo­sób na­tu­ral­ny po okre­sie co naj­mniej ro­ku sta­rań.

Me­dy­cy­na roz­wi­nę­ła się tak bar­dzo, że wie­lu nie­płod­nym pa­rom mo­że po­móc do­cze­kać się upraw­nio­ne­go po­tom­stwa. W le­cze­niu nie­płod­no­ści le­ka­rze naj­czę­ściej się­ga­ją po far­ma­ko­te­ra­pię (po­daż od­po­wied­nich le­ków) oraz le­cze­nie za­bie­go­we przy uży­ciu naj­no­wo­cze­śniej­szych tech­nik, w tym mi­kro­chi­rur­gii.

Fot. 123rf.com / helenap2014

Mi­mo tak sze­ro­kich moż­li­wo­ści sku­tecz­ne­go po­stę­po­wa­nia wie­le par de­cy­du­je się na in vi­tro. Tu ce­lem rów­nież jest do­pro­wa­dze­nie do po­czę­cia, ale in­ny­mi me­to­da­mi.

Mi­mo że nie­któ­re kli­ni­ki in vi­tro re­kla­mu­ją się ja­ko dzia­ła­ją­ce zgod­nie z na­ucza­niem Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, w prak­ty­ce de­kla­ra­cje te nie ma­ją nic wspól­ne­go z praw­dą. Pro­ce­du­ra za­płod­nie­nia po­za­ustro­jo­we­go ro­dzi wie­le pro­ble­mów na­tu­ry mo­ral­nej.

Za­nim jed­nak za­sta­no­wi­my się, na czym po­le­ga zło mo­ral­ne in vi­tro, przyj­rzyj­my się je­go ko­lej­nym eta­pom.

Eta­py in vi­tro

Za­płod­nie­nie po­za­ustro­jo­we, czy­li za­płod­nie­nie in vi­tro po­le­ga na do­pro­wa­dze­niu do po­łą­cze­nia ko­mór­ki ja­jo­wej i plem­ni­ka po­za or­ga­ni­zmem ko­bie­ty, w wa­run­kach la­bo­ra­to­ryj­nych. Tak po­wsta­ły za­ro­dek, czy­li isto­ta ludz­ka na naj­wcze­śniej­szym eta­pie roz­wo­ju, zo­sta­je prze­nie­sio­ny do ma­ci­cy.

  1. Pierw­szym kro­kiem pro­ce­du­ry jest tzw. kon­tro­lo­wa­na te­ra­pia hor­mo­nal­na, pro­wa­dzą­ca do hi­per­sty­mu­la­cji jaj­ni­ków. Ko­bie­ta przyj­mu­je bar­dzo wy­so­kie daw­ki hor­mo­nów, a ce­lem ta­kie­go po­stę­po­wa­nia jest jed­no­cze­sny wzrost i roz­wój wie­lu ko­mó­rek ja­jo­wych w trak­cie jed­ne­go cy­klu mie­sięcz­ne­go. Z re­gu­ły po za­sto­so­wa­niu hi­per­sty­mu­la­cji doj­rze­wa ich 5–15, na­to­miast pod­czas jed­ne­go na­tu­ral­ne­go cy­klu mie­sięcz­ne­go doj­rze­wa jed­na ko­mór­ka ja­jo­wa.
  2. Dru­gim kro­kiem w pro­ce­du­rze in vi­tro jest po­bra­nie na­sie­nia od oj­ca oraz ko­mó­rek ja­jo­wych od mat­ki.
  3. Na­stęp­nie ga­me­ty (ko­mór­ki roz­rod­cze) umiesz­cza się na szal­ce Pe­trie­go (stąd po­cho­dzi na­zwa pro­ce­du­ry – „in vi­tro” ozna­cza „w szkle”). Tam w cią­gu jed­nej do­bry do­cho­dzi do za­płod­nie­nia i po­wsta­nia zwy­kle kil­kor­ga lub kil­ka­na­ścior­ga, a cza­sem na­wet po­nad dwa­dzie­ścior­ga dzie­ci w sta­dium em­brio­nal­nym.
  4. Po­tem na­stę­pu­je tzw. ho­dow­la ludz­kich za­rod­ków. Em­brio­log ob­ser­wu­je ich roz­wój i oce­nia, któ­re, je­go zda­niem, ma­ją naj­więk­szą szan­sę na za­gnież­dże­nie się w ma­ci­cy. To dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na.

5a. Da­lej jed­no, dwo­je lub tro­je dzie­ci na naj­wcze­śniej­szym eta­pie roz­wo­ju zo­sta­je prze­nie­sio­nych do ma­ci­cy mat­ki (to tzw. em­brio­trans­fer). Ko­bie­ta na­dal przyj­mu­je hor­mo­ny, aby zwięk­szyć szan­se na za­gnież­dże­nie i pra­wi­dło­wy roz­wój za­rod­ków. Dzie­ci bę­dą ro­sły w ma­ci­cy aż do po­ro­du, o ile nie wy­stą­pią po­wi­kła­nia. Je­śli wszyst­kie za­rod­ki za­im­plan­tu­ją się w ma­ci­cy, mat­ka bę­dzie w cią­ży mno­giej.

5b. Co z po­zo­sta­ły­mi za­rod­ka­mi? Dzie­ci w sta­nie em­brio­nal­nym, któ­re nie zo­sta­ły prze­nie­sio­ne do ma­ci­cy mat­ki, naj­czę­ściej zo­sta­ją za­mro­żo­ne z my­ślą o ewen­tu­al­nej póź­niej­szej im­plan­ta­cji. Są prze­cho­wy­wa­ne w ter­mo­sie z cie­kłym azo­tem w tem­pe­ra­tu­rze mi­nus 196 °C. Na­zy­wa­my to krio­kon­ser­wa­cją. Mo­że się też zda­rzyć, że le­karz oce­ni za­rod­ki ja­ko sła­be, nie­zdol­ne do dal­sze­go roz­wo­ju. Wte­dy nie zo­sta­ną za­mro­żo­ne, ale znisz­czo­ne od ra­zu.

Mi­mo że w in vi­tro dzie­ci po­wsta­ją po­za or­ga­ni­zmem mat­ki, od pierw­szych chwil ich ży­cia przy­słu­gu­je im nie­na­ru­szal­na god­ność oso­by ludz­kiej. Po­win­ny im przy­słu­gi­wać wszel­kie pra­wa czło­wie­ka, przede wszyst­kim naj­waż­niej­sze – pra­wo do ży­cia. Nie­ste­ty, jest ono na­ru­sza­ne na wie­lu eta­pach pro­ce­du­ry.

Moż­na, ale czy wol­no?

Wo­bec bar­dzo na­chal­nej re­kla­my in vi­tro, gło­szą­cej „pra­wo do dziec­ka” dla każ­de­go ro­dzi­ca, cza­sem trud­no zro­zu­mieć, na czym po­le­ga nie­go­dzi­wość tej pro­ce­du­ry. Naj­kró­cej moż­na by od­po­wie­dzieć, że coś ta­kie­go jak „pra­wo do dziec­ka” nie ist­nie­je, że dzie­ci nie mo­gą stać się czy­jąś wła­sno­ścią czy też pro­duk­tem na za­mó­wie­nie. God­ność czło­wie­ka, tak­że nie­na­ro­dzo­ne­go, nie mo­że być po­świę­co­na na rzecz chę­ci po­sia­da­nia dziec­ka. Mi­mo że w in vi­tro dzie­ci po­wsta­ją po­za or­ga­ni­zmem mat­ki, od pierw­szych chwil ich ży­cia na szal­ce Pe­trie­go przy­słu­gu­je im nie­zby­wal­na i nie­na­ru­szal­na god­ność oso­by ludz­kiej. Ich ży­cie już się roz­po­czę­ło i jest tak sa­mo peł­no­war­to­ścio­we, jak ży­cie dzie­ci po­czę­tych na­tu­ral­nie. Po­win­ny im przy­słu­gi­wać wszel­kie pra­wa czło­wie­ka, przede wszyst­kim naj­waż­niej­sze z nich – pra­wo do ży­cia. Nie­ste­ty, jest ono na­ru­sza­ne na wie­lu eta­pach pro­ce­du­ry. Przyj­rzyj­my się im.

Pro­duk­cja za­rod­ków

W trak­cie pro­ce­du­ry in vi­tro szan­sę na ży­cie do­sta­ją tyl­ko naj­sil­niej­sze za­rod­ki. „Naj­le­piej ro­ku­ją­ce” wska­zu­je le­karz, przyj­mu­ją­cy ro­lę sę­dzie­go, a na­wet Bo­ga. Nie­za­prze­czal­nie jed­nym z naj­po­waż­niej­szych wy­kro­czeń mo­ral­nych zwią­za­nych z in vi­tro jest wy­twa­rza­nie „nad­licz­bo­wych” za­rod­ków, aby moż­na wy­brać „naj­lep­sze”. „To pierw­szy w hi­sto­rii czło­wie­ka przy­pa­dek, że umyśl­nie po­wo­łu­je się do ży­cia lu­dzi trak­to­wa­nych ja­ko nie­po­trzeb­nych, któ­rych w nie­któ­rych przy­pad­kach trze­ba gdzieś zma­ga­zy­no­wać do póź­niej­sze­go wy­ko­rzy­sta­nia („Wo­bec in vi­tro”, Jed­ność 2017, s. 63). Lub od ra­zu znisz­czyć.

Krio­kon­ser­wa­cja

Każ­de­go ro­ku li­kwi­du­je się wie­le nie­wy­ko­rzy­sta­nych em­brio­nów. Sza­cu­je się, że w USA w 2014 r. w ter­mo­sach krio­ge­nicz­nych za­mro­żo­nych by­ło po­nad 800 tys. za­rod­ków, w Pol­sce ma­my ich praw­do­po­dob­nie po­nad 150 tys. Nie­jed­na pa­ra de­cy­du­je się na za­płod­nie­nie wie­lu ko­mó­rek, choć od po­cząt­ku za­kła­da, że pra­gnie tyl­ko jed­ne­go dziec­ka, więc po za­mro­żo­ne ro­dzeń­stwo na pew­no do kli­ni­ki nie wró­ci. Pro­ble­mem jest też od­mra­ża­nie za­rod­ków – pro­ces ten na­ra­ża je na śmierć i po­waż­ne pro­ble­my zdro­wot­ne. Wa­ty­kań­ski do­ku­ment Di­gni­tas per­so­nae stwier­dza, że ist­nie­nie ty­się­cy za­mro­żo­nych za­rod­ków to „sy­tu­acja nie­spra­wie­dli­wo­ści nie do na­pra­wie­nia”.

Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na

Ta me­to­da po­zwa­la na ge­ne­tycz­ną ana­li­zę ko­mó­rek ja­jo­wych lub za­rod­ków przed ich trans­fe­rem do ma­ci­cy. Po­czę­te dzie­ci są pod­da­ne kon­tro­li ja­ko­ścio­wej i ilo­ścio­wej, któ­ra osta­tecz­nie za­wsze pro­wa­dzi do za­bi­cia nie­któ­rych z nich.

Abor­cja se­lek­tyw­na

Kie­dy wie­le za­rod­ków za­gnieź­dzi się w ma­ci­cy, ko­bie­ta znaj­du­je się w cią­ży mno­giej. A je­śli chcia­ła mieć tyl­ko jed­no dziec­ko? Nie­raz do­ko­nu­je się wów­czas tzw. se­lek­tyw­nej abor­cji, za­bi­ja­jąc „nad­licz­bo­we” dzie­ci. W Pol­sce prak­ty­ka ta jest za­bro­nio­na.

Re­kla­ma­cje

Sąd we Fran­cji na­ka­zał kli­ni­ce in vi­tro wy­pła­ca­nie ro­dzi­com do­ży­wot­nie­go od­szko­do­wa­nia za uro­dze­nie cho­re­go dziec­ka. Sąd w USA tak­że przy­znał mał­żon­kom od­szko­do­wa­nie – kli­ni­ka za­pła­ci­ła za uro­dze­nie przez ko­bie­tę troj­ga dzie­ci. W umo­wie by­ło za­pi­sa­ne, że chcia­ła tyl­ko dwo­je. Dziec­ko jest ewi­dent­nie spro­wa­dzo­ne do ka­te­go­rii pro­duk­tu, któ­ry – w tych wy­pad­kach – nie speł­nił wy­ma­gań klien­tów (ro­dzi­ców).

Cho­ro­by i za­bu­rze­nia, ry­zy­ko dla mat­ki

Dzie­ci z in vi­tro 1,7 ra­zy czę­ściej po­trze­bu­ją po­mo­cy me­dycz­nej. Ry­zy­ko wy­stą­pie­nia u nich po­ra­że­nia mó­zgo­we­go jest 3,7 ra­zy wyż­sze, a opóź­nie­nia roz­wo­jo­we­go – czte­ro­krot­nie wyż­sze. Czę­ściej ro­dzą się wcze­śnia­ki, czę­ściej dzie­ci ma­ją ni­ską wa­gę uro­dze­nio­wą. Rów­nież śmier­tel­ność oko­ło­po­ro­do­wa jest wyż­sza, a wa­dy roz­wo­jo­we zda­rza­ją się u 5,4 proc. dzie­ci. In vi­tro po­cią­ga tak­że kon­se­kwen­cje zdro­wot­ne dla mat­ki (wię­cej na ten te­mat na www.pro-life.pl).

To tyl­ko nie­któ­re za­rzu­ty wo­bec pro­ce­du­ry in vi­tro. Za­chę­ca­my do zgłę­bie­nia te­go te­ma­tu, gdyż w pu­blicz­nej de­ba­cie bę­dzie on wra­cał ca­ły czas.

Mar­cin No­wak