Drodzy Czytelnicy!

No­wy cykl za­czy­na­my od zmian, któ­re wy­ni­ka­ją z te­go, że uważ­nie wsłu­chu­je­my się w wa­sze ma­ilo­we gło­sy. „Dro­gę do Bierz­mo­wa­nia” chcą czy­tać rów­nież oso­by, któ­re nie są na eta­pie przy­go­to­wy­wa­nia się do Bierz­mo­wa­nia. Za­cho­wu­je­my więc część spe­cjal­nie dla kan­dy­da­tów do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej (pod ko­niec nu­me­ru), a w po­zo­sta­łej czę­ści pi­sma bę­dzie­my po­ru­szać waż­ne dla was te­ma­ty, prze­pro­wa­dzać wy­wia­dy z cie­ka­wy­mi oso­ba­mi, po­le­cać mło­dzie­żo­we wspól­no­ty. Nie za­brak­nie też roz­ryw­ki i kon­kur­sów z na­gro­da­mi.

Za­czy­na­my od trud­ne­go te­ma­tu, czy­li za­bu­rzeń od­ży­wia­nia. Na­le­żysz do osób, któ­re idąc uli­cą prze­glą­da­ją się w wi­try­nach skle­po­wych, by się do sie­bie uśmiech­nąć? Czy ra­czej do tych, któ­re kon­takt z lu­strem ogra­ni­cza­ją do nie­zbęd­ne­go mi­ni­mum? Jak wy­ja­śnia psy­cho­log Ma­ria Lan­ger-Fy­da, na po­wsta­nie tych za­bu­rzeń mo­że mieć wpływ m.in. ne­ga­tyw­ny ob­raz sie­bie. Jed­ną z przy­czyn je­go po­wsta­wa­nia jest to, że me­dia wtła­cza­ją nam do głów je­den kon­kret­ny ide­ał pięk­na, któ­ry sta­je się ucie­le­śnie­niem ma­rzeń wie­lu z nas. Sta­je­my się nie­ja­ko za­pro­gra­mo­wa­ni, by do te­go ide­ału dą­żyć za wszel­ką ce­nę, na­wet kosz­tem zdro­wia i – nie­ste­ty – cza­sem rów­nież ży­cia. Tak ro­dzą się np. ano­rek­sja i bu­li­mia, z któ­ry­mi mie­rzy się nie­ma­ło osób.

W nu­me­rze za­chę­ca­my do przy­ję­cia do wia­do­mo­ści kil­ku kom­plek­sów na punk­cie swo­jej uro­dy i do nie­wra­ca­nia już my­ślą do nich. Do spoj­rze­nia na sie­bie z mi­ło­ścią. Je­ste­śmy stwo­rze­ni na ob­raz i po­do­bień­stwo sa­me­go Pa­na Bo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki, psy­cho­log, tłu­ma­czy, że na­sze cia­ła zo­sta­ły stwo­rzo­ne, by… przyj­mo­wać i oka­zy­wać mi­łość.

Za naj­lep­szy wstęp do te­go te­ma­tu niech po­słu­żą sło­wa św. Au­gu­sty­na: „O ty­le sta­jesz się z dnia na dzień pięk­niej­szy, o ile wzra­sta w to­bie mi­łość. Bo mi­łość jest ozdo­bą du­szy, jest jej pięk­nem”. Sta­waj­my się pięk­niej­si z dnia na dzień w ta­ki wła­śnie spo­sób, nie szko­dząc na­szym cia­łom.

Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, jest grub­szy niż zwy­kle. Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki wpro­wa­dza w co­dzien­ność afry­kań­skich dzie­ci. Zo­ba­czy­cie, jak się uczą, o czym ma­rzą i ja­kie ma­ją pro­ble­my. A co naj­waż­niej­sze, do­wie­cie się, jak mo­że­cie po­móc.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szukał Allaha, znalazł Jezusa

Na­be­el Qu­re­shi ca­łym ser­cem szu­kał Bo­ga, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dzie Go w swo­jej mu­zuł­mań­skiej wie­rze. Li­czył też na to, że uda mu się na­wró­cić swo­ich chrze­ści­jań­skich przy­ja­ciół. Za­le­ża­ło mu na tym, że­by po­znać Praw­dę, ale dro­ga, ja­ką ob­rał, do­pro­wa­dzi­ła go do cze­goś zu­peł­nie in­ne­go niż mógł­by przy­pusz­czać.

Wy­cho­wy­wał się w ko­cha­ją­cej, po­ko­jo­wo na­sta­wio­nej ro­dzi­nie. Więk­szość ży­cia spę­dził w USA. Z po­dzi­wem pa­trzył na swo­je­go ta­tę i – jak on – mo­dlił się pięć ra­zy dzien­nie. Uczył się na pa­mięć Ko­ra­nu po an­giel­sku i po arab­sku. Jak na na­sto­lat­ka był świet­nie zo­rien­to­wa­ny w spra­wach wia­ry, cze­go nie moż­na by­ło po­wie­dzieć o je­go przy­ja­cio­łach ze szko­ły, któ­rzy za­zwy­czaj prze­gry­wa­li z nim w dys­ku­sjach, nie umie­jąc wy­tłu­ma­czyć mu pod­staw chrze­ści­jań­stwa. Bar­dzo chciał przy­bli­żyć im is­lam i stop­nio­wo skło­nić do zmia­ny re­li­gii.

Fot. pexels.com / Bra­dy Knoll

Is­lam a chrze­ści­jań­stwo

Do cza­su. W szko­le śred­niej po­znał w koń­cu ko­goś, ko­go rów­nie moc­no jak je­go po­cią­ga­ły kwe­stie wiary.Ten ktoś był chrze­ści­ja­ni­nem. Da­wid, je­go no­wy przy­ja­ciel, za­chę­cał go do kry­tycz­ne­go prze­czy­ta­nia tek­stu Ko­ra­nu i po­rów­na­nia go z Bi­blią.

Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Na­be­el zo­stał wy­cho­wa­ny w po­ko­jo­wej wer­sji is­la­mu i za­kła­dał, że te­go wła­śnie na­ucza je­go re­li­gia. Kie­dy jed­nak zgo­dził się spoj­rzeć kry­tycz­nie na wska­zów­ki pro­ro­ka Ma­ho­me­ta, zna­lazł wie­le przy­kła­dów, na­wo­łu­ją­cych do prze­mo­cy. Sta­rał się tłu­ma­czyć to so­bie na róż­ne spo­so­by. Jed­nak co­raz wy­raź­niej do­strze­gał róż­ni­ce po­mię­dzy ty­mi frag­men­ta­mi Ko­ra­nu a sło­wa­mi Je­zu­sa na­wo­łu­ją­ce­go do te­go, aby mi­ło­wać swo­ich nie­przy­ja­ciół i mo­dlić się za tych, któ­rzy nas prze­śla­du­ją.

Wie­dział, że po­rzu­ca­jąc is­lam, zgod­nie z wy­zna­wa­ny­mi przez sie­bie na­uka­mi, po­peł­nił­by bluź­nier­stwo i bar­dzo zra­nił­by swo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy wy­cho­wa­li go w wie­rze. Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Je­zus jest Bo­giem i kwe­stia Zmar­twych­wsta­nia

Zgod­nie z is­la­mem wie­rzył, że Je­zus jest pro­ro­kiem, ale nie w to, że miał­by być Bo­giem. Da­vid spo­koj­nie wska­zy­wał mu frag­men­ty Bi­blii, któ­re to po­twier­dza­ją. Mó­wi­ły o tym, aby wszy­scy od­da­wa­li część Sy­no­wi – tak jak od­da­ją cześć Oj­cu i te, w któ­rych Je­zus ak­cep­tu­je sło­wa Pio­tra: „Ty je­steś Me­sjasz, Syn Bo­ga Ży­we­go”. Je­że­li Chry­stus rze­czy­wi­ście uwa­żał się za Bo­ga, to zna­czy, że is­lam my­lił się, trak­tu­jąc Go je­dy­nie ja­ko jed­ne­go z pro­ro­ków. Ci prze­cież nie mó­wi­li o so­bie, że są Bo­giem. Czy moż­li­we, aby to chrze­ści­jań­stwo do­brze od­czy­ta­ło Je­go na­uki?

Pro­ble­mem by­ła też kwe­stia zmar­twych­wsta­nia Je­zu­sa, w któ­re mu­zuł­ma­nie nie wie­rzą. Da­wid i in­ni chrze­ści­jań­scy przy­ja­cie­le Na­abe­la przed­sta­wia­li hi­sto­rycz­ne do­wo­dy na jej praw­dzi­wość. Wcze­sny Ko­ściół zo­stał zbu­do­wa­ny na na­uce, gło­szą­cej, że Je­zus zmar­twych­wstał, a ci, któ­rzy Go wi­dzie­li, by­li go­to­wi od­dać ży­cie za tę praw­dę. Rze­czy­wi­ście, na prze­strze­ni wie­ków zda­rza­ło się, że lu­dzie umie­ra­li za fał­szy­we idee, ale ni­gdy nie zda­rzy­ło się, że­by ktoś umarł za ideę, o któ­rej wie­dział, że by­ła fał­szy­wa. Ten tok ro­zu­mo­wa­nia wy­klu­czał kłam­stwo uczniów Chry­stu­sa. Tak wie­lu po­twier­dzi­ło, że wi­dzia­ło Go po zmar­twych­wsta­niu, że nie­moż­li­wa wy­da­wa­ła się też hi­po­te­za, ja­ko­by wszy­scy w jed­nym mo­men­cie osza­le­li i trwa­li w tym sza­leń­stwie przez dłu­gie la­ta, aż do mę­czeń­skiej śmier­ci.

Czy więc praw­dą mo­gło oka­zać się, że istot­nie Je­zus Chry­stus jest Sy­nem Bo­żym, któ­ry zo­stał ukrzy­żo­wa­ny za na­sze grze­chy, a po trzech dniach zmar­twych­wstał?

De­cy­zja

Na­abel jesz­cze przez ja­kiś czas mo­co­wał się sam ze so­bą. Kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia i pro­sił mu­zuł­mań­skich uczo­nych o po­moc. Im głęb­sze ba­da­nia pro­wa­dził, tym sil­niej prze­ko­ny­wał się, że Pi­smo Świę­te rze­czy­wi­ście jest Sło­wem Bo­żym, a Ewan­ge­lie, pod­da­ne szcze­gó­ło­wej ana­li­zie, po­ka­zu­ją praw­dzi­wy ob­raz Chry­stu­sa.

Wie­dział, ile bę­dzie go kosz­to­wa­ło przy­ję­cie tej praw­dy. Mu­siał­by przy­znać, że ca­łe ży­cie tkwił w błę­dzie i trwa­le zra­zić do sie­bie ca­łą ro­dzi­nę. Jak wie­le był w sta­nie po­świę­cić? Czy nie le­piej by­ło­by uda­wać, że nic się nie sta­ło i żyć sta­rym ży­ciem?

Nie, nie po­tra­fił już te­go ro­bić. Otwo­rzył Bi­blię i czy­tał: „Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy się smu­cą, al­bo­wiem oni bę­dą po­cie­sze­ni. Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy cier­pią prze­śla­do­wa­nia dla spra­wie­dli­wo­ści, al­bo­wiem do nich na­le­ży Kró­le­stwo Nie­bie­skie”.

Pod­jął de­cy­zję.

Zna­lazł Je­zu­sa i niósł Go in­nym

Sta­ło się tak, jak my­ślał. Po­dzi­wia­ny oj­ciec i uko­cha­na mat­ka uzna­li, że stał się apo­sta­tą, utra­cił wiecz­ne zba­wie­nie i spla­mił ho­nor ro­dzi­ny. Nie wy­rze­kli się go, ale wi­dział w ich oczach ogrom­ny ból. Tak bar­dzo ma­rzył o tym, że­by i oni prze­szli kie­dyś dro­gę, któ­rą on po­ko­nał, ale na­wet nie chcie­li o tym sły­szeć.

Choć z wy­kształ­ce­nia był le­ka­rzem, po­sta­no­wił do­dat­ko­wo stu­dio­wać teo­lo­gię. Pro­wa­dził de­ba­ty z naj­le­piej wy­kształ­co­ny­mi oso­ba­mi ze świa­ta is­la­mu, wy­kła­dał na wie­lu uni­wer­sy­te­tach i na­pi­sał słyn­ną książ­kę „Szu­ka­jąc Al­la­ha, zna­la­złem Je­zu­sa”. Oże­nił się i uro­dzi­ła mu się cór­ka. Po­mi­mo wie­lu trud­nych sy­tu­acji i ata­ków ze stro­ny osób, któ­re uwa­ża­ły go za zdraj­cę, nie pod­da­wał się i nie ża­ło­wał wy­bo­ru Chry­stu­sa.

Naj­trud­niej­sza pró­ba mia­ła jed­nak do­pie­ro na­dejść.

Ostat­nia pró­ba

W wie­ku 34 lat pla­no­wał swo­ją przy­szłość, cie­szył się ro­dzi­ną. Ma­rzył, aby za­nieść Ewan­ge­lię na krań­ce świa­ta. Przy­szedł jed­nak pro­blem – przez kil­ka ty­go­dni zma­gał się z upo­rczy­wy­mi bó­la­mi brzucha.Przyjaciołom uda­ło się w koń­cu na­mó­wić go na wi­zy­tę u le­ka­rza.

Dia­gno­za by­ła dru­zgo­cą­ca: w je­go cie­le roz­wi­jał się rak. Na­stęp­ne mie­sią­ce po­ka­za­ły, że nic nie jest w sta­nie go za­trzy­mać.

Kie­dy zo­sta­ło Na­be­elo­wi zo­sta­ło już nie­wie­le cza­su, przy­je­chał do nie­go ta­to, któ­ry chciał się nim za­opie­ko­wać. Choć tak wie­le te­raz ich dzie­li­ło, na­dal ko­chał sy­na i zgo­dził się wy­stą­pić z nim na vlo­gu, na któ­rym ten czy­tał Bi­blię dla swo­ich wi­dzów.

Na­be­el dzię­ko­wał przy­ja­cio­łom za mo­dli­twy w in­ten­cji swo­je­go uzdro­wie­nia, ale jed­no­cze­śnie pod­kre­ślał, że przyj­mu­je Bo­żą wo­lę – jak­kol­wiek by ona nie by­ła. Przed śmier­cią na­pi­sał: „Je­zus był w sta­nie po­wstać z mar­twych. Po­ko­nał śmierć. A w tym ży­ciu nie cho­dzi tyl­ko o ży­cie, któ­re koń­czy się, kie­dy umie­ra­my. Nie ma ab­so­lut­nie ni­cze­go bar­dziej uwal­nia­ją­ce­go niż ta świa­do­mość”.

Ewa Rej­man

 

Ksiądz odpowiada

By­łam do spo­wie­dzi i nie od ra­zu od­pra­wi­łam po­ku­tę. Pod ko­niec dnia za­po­mnia­łam już, co to by­ło. Czy to ozna­cza, że mu­szę jesz­cze raz iść do spo­wie­dzi? Ka­sia

Ka­siu!

Po­ku­ta za­da­wa­na przez ka­pła­na jest jed­nym z pię­ciu wa­run­ków do­brej spo­wie­dzi, ja­ko „za­dość­uczy­nie­nie Pa­nu Bo­gu i bliź­nie­mu za po­peł­nio­ne grze­chy”.

Każ­dy grzech nie­sie za so­bą skut­ki, na­ru­sza na­szą więź z Pa­nem Bo­giem, ra­ni bliź­nie­go (na­wet je­śli bez­po­śred­nio go nie do­ty­ka) i ra­ni nas sa­mych. Pią­ty wa­ru­nek do­brej spo­wie­dzi za­kła­da za­dość­uczy­nie­nie, czy­li pró­bę na­pra­wie­nia wy­rzą­dzo­nej krzyw­dy. Oczy­wi­ście, tym, któ­ry przyj­mu­je na sie­bie po­ku­tę za na­sze grze­chy na pierw­szym miej­scu jest sam Chry­stus. To on umie­ra za nas na Krzy­żu! Na­sza po­ku­ta jest tyl­ko pró­bą uczest­nic­twa w Je­go cier­pie­niu za na­sze grze­chy.

Fot. pixabay.com / ge­ralt.

Ka­te­chizm Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go o po­ku­cie pi­sze tak: „O ile to moż­li­we, po­win­na od­po­wia­dać cię­ża­ro­wi i na­tu­rze po­peł­nio­nych grze­chów. Mo­że nią być mo­dli­twa, ja­kaś ofia­ra, dzie­ło mi­ło­sier­dzia, służ­ba bliź­nie­mu, do­bro­wol­ne wy­rze­cze­nie, cier­pie­nie, a zwłasz­cza cier­pli­wa ak­cep­ta­cja krzy­ża, któ­ry mu­si­my dźwi­gać”.

Po­ku­tę naj­le­piej wy­peł­nić moż­li­wie szyb­ko po spo­wie­dzi (chy­ba, że jej cha­rak­ter za­kła­da coś in­ne­go), że­by nie za­po­mnieć, co by­ło jej tre­ścią. Po przy­ję­ciu roz­grze­sze­nia, a przed wy­peł­nie­niem za­da­nej po­ku­ty, mo­że­my już przy­jąć Ko­mu­nię świę­tą. Po­nie­waż za­zwy­czaj za po­ku­tę otrzy­mu­je­my ja­kąś mniej lub bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną mo­dli­twę do od­mó­wie­nia. Gdy za­po­mnie­li­śmy po­ku­ty, trze­ba we­dług wła­sne­go su­mie­nia wy­brać in­ną for­mę mo­dli­twy, któ­rą chcie­li­by­śmy od­po­ku­to­wać za po­peł­nio­ne grze­chy. Za­tem je­śli za­po­mni­my, ja­ką ksiądz za­dał nam po­ku­tę (nie­któ­rym zda­rza się to na­wet za­raz po odej­ściu od kra­tek kon­fe­sjo­na­łu), to po­win­ni­śmy nadać so­bie do­wol­ną po­ku­tę i nie mu­si­my z te­go po­wo­du od ra­zu przy­stę­po­wać do spo­wie­dzi po raz ko­lej­ny.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

 

Kluczem do czystości jest wsparcie

Od­kąd pa­mię­tam – czy­stość przed­mał­żeń­ska by­ła waż­nym ele­men­tem mo­jej mło­do­ści. Wy­ni­ka­ło to z wy­cho­wa­nia, ja­kie otrzy­ma­łem od ro­dzi­ców, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim z wia­ry.

Wie­dzia­łem, że chcę być dla tej jed­nej je­dy­nej wy­bran­ki mo­je­go ser­ca w peł­ni da­rem. Tak: da­rem, bo czy­stość tak wła­śnie po­strze­gam – ja­ko pięk­ny pre­zent, któ­ry ofia­ro­wu­je się dru­giej oso­bie. W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło – „bę­dę żył w czy­sto­ści do ślu­bu i ko­niec”. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.. My­ślę, że jak więk­szość mło­dych chło­pa­ków mia­łem „pod gór­kę” z czy­sto­ścią. Pod­po­rą na tej trud­nej ścież­ce oka­za­ła się ona, wte­dy mo­ja dziew­czy­na, a te­raz wspa­nia­ła żo­na. Gdy­by nie ona, nie wiem, jak wie­le sy­tu­acji w na­szym ży­ciu by się po­to­czy­ło. To ona czę­sto w chwi­lach trud­nych, peł­nych pa­sji, na­mięt­no­ści (bo nie oszu­kuj­my się, że mię­dzy dwoj­giem ko­cha­ją­cych się osób jej nie ma) szyb­ko wra­ca­ła na zie­mię i mó­wi­ła: stop. Bo­że, dzię­ki Ci za nią!

Fot. pixabay.com / Pe­xels

Wra­cać na do­bry tor

Jej po­sta­wa też nie by­ła przy­pad­ko­wa. Ro­dzi­ce, a zwłasz­cza ma­ma, po­wta­rza­li jej, jak ta czy­sto­ści jest waż­na w bu­do­wa­niu szczę­śli­wej re­la­cji mał­żeń­skiej. Do­dat­ko­wo od mo­men­tu jej uro­dze­nia ma­ma mo­dli­ła się, by cór­ka do­cho­wa­ła czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej. To wspar­cie by­ło klu­czem i du­żo po­mo­gło nam w tej wal­ce, ja­ką od­by­wa­li­śmy co ja­kiś czas. Waż­ne by­ło, by mi­mo ta­kich drob­nych upad­ków wra­cać na do­bry tor. Szyb­ko, bo po rap­tem pół­to­ra ro­ku związ­ku oświad­czy­łem się. Wie­dzia­łem, że ko­bie­ta u me­go bo­ku jest tą je­dy­ną. W na­rze­czeń­stwie czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że mo­że wię­cej. I ja cza­sem po­su­wa­łem się za da­le­ko w swo­ich ge­stach. Ona jed­nak po­tra­fi­ła dać mi po ła­pach. Pa­mię­tam nie raz jej łzy smut­ku, wy­ni­ka­ją­ce z tych trud­nych mo­men­tów. Po ro­ku na­rze­czeń­stwa sta­li­śmy na ślub­nym ko­bier­cu. Szczę­śli­wi, mło­dzi, za­ko­cha­ni i ja­ko wspa­nia­łe da­ry dla sie­bie na­wza­jem.

W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.

Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści

Wy­da­je mi się, że aby wy­trwać w po­sta­no­wie­niu czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej, trze­ba mieć opar­cie tej dru­giej stro­ny. Trud­ne jest, że­by tyl­ko jed­na stro­na dba­ła o wszyst­ko i sta­ła na stra­ży. Wia­do­mo, że po wie­lu na­ci­skach, proś­bach i naj­lep­szy straż­nik ule­gnie. Dla­te­go tak waż­ne jest, by był to wspól­ny cel. Nie wy­obra­żam so­bie in­ne­go sce­na­riu­sza na­szej wspól­nej dro­gi. Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści, że ży­cie w związ­ku jest ta­kie pro­ste. Kie­dy czło­wiek ma przy bo­ku pięk­ną ko­bie­tę, to chy­ba jest z nim coś nie tak, je­śli nie czu­je tej na­mięt­no­ści. Pe­wien ka­płan po­wie­dział mi kie­dyś, że czło­wiek nie jest ma­te­ra­cem, że­by po nim ska­kać. To praw­da, bo kie­dy po­ku­sa jest wręcz na­chal­na, trud­no nie ule­gnąć. Wiem jed­no, że by­ło war­to i wi­dzę owo­ce w na­szym mał­żeń­stwie.

Ka­rol, 27 lat

Pytanie do psychologa

Dro­go, nic mi się nie chce ro­bić, a już zwłasz­cza od­ra­biać za­jęć. Smut­no mi przez ca­ły czas i słu­cham smut­nych pio­se­nek, no chy­ba że spo­ty­kam się z przy­ja­ciół­mi. Wte­dy śmie­je­my się i do­brze się ba­wię. Chy­ba nie wspo­mnia­łem, że moi ro­dzi­ce są w trak­cie roz­wo­du. Czy to jest de­pre­sja? Ty­le o niej sły­sza­łem. Je­stem cho­ry? Co mam zro­bić, Mi­chał

Mi­cha­le!

Pa­mię­taj, że nie da się po­sta­wić dia­gno­zy na pod­sta­wie kil­ku zdań. Jed­nak to, co na­pi­sa­łeś na­pa­wa opty­mi­zmem. Oso­ba w de­pre­sji zwy­kle nie po­tra­fi cie­szyć się z ni­cze­go, a pi­szesz, że spo­tka­nie pod­no­si Cię na du­chu. To wspa­nia­le mieć przy­ja­ciół!

Smu­tek wy­glą­da na na­tu­ral­ną re­ak­cję na prze­dłu­ża­ją­cy się stres. Na­wet je­śli ro­dzi­ce pod­cho­dzą do roz­wo­du w mak­sy­mal­nie kul­tu­ral­ny spo­sób, jest to na pew­no dla Cie­bie trud­ne. Każ­da du­ża zmia­na w ży­ciu po­wo­du­je tzw. re­ak­cję stre­so­wą, a co do­pie­ro wy­wró­ce­nie do­mo­we­go ży­cia do gó­ry no­ga­mi.

Czym jest stres?

Stres to nie­swo­ista re­ak­cja or­ga­ni­zmu na po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu, te od­po­wie­dzial­ne za prze­trwa­nie, re­agu­ją na moż­li­we za­gro­że­nie, przy­go­to­wu­jąc cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki. Po­ja­wia­ją się np. nie­po­kój, za­wę­że­nie uwa­gi, na­pię­cie mię­śni itp.

Fot. pixabay.com / ar­ha­vi­su­al.

Ty­po­wy przy­kład gdy ta­ka re­ak­cja się przy­da­je – wcho­dzisz na uli­cę i sły­szysz pisk opon. Na­tych­miast spię­ty od­ska­ku­jesz na chod­nik, a po­tem do­pie­ro do­cie­ra do Cie­bie, co się sta­ło. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu bły­ska­wicz­nie oce­ni­ły, że coś za­gra­ża Two­je­mu ży­ciu i za­re­ago­wa­ły, za­nim po­my­śla­łeś. Włą­czył się tzw. od­ruch orien­ta­cyj­ny, a za­raz po nim re­ak­cja stre­so­wa, któ­ra mo­bi­li­zu­je cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki.

Pro­blem po­le­ga na tym, że cia­ło po­dob­nie (choć wol­niej) mo­bi­li­zu­je czło­wie­ka do wal­ki ze stre­sem in­ne­go ro­dza­ju. Np. pro­ble­ma­mi mię­dzy­ludz­ki­mi. Gdy ro­dzi­ce się roz­wo­dzą, za­ni­ka po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu pod­po­wia­da­ją: za­walcz z tym lub uciek­nij od tej sy­tu­acji. W cia­ło wkra­da się nie­ustan­ne na­pię­cie, my­śli krą­żą upo­rczy­wie wo­kół pro­ble­mu. Cia­ło pro­du­ku­je nie­na­tu­ral­nie du­że por­cje kok­taj­lu hor­mo­nal­ne­go, któ­ry pod­trzy­mu­je or­ga­nizm w go­to­wo­ści do wal­ki lub uciecz­ki. Ty­le że od te­go nie uciek­niesz, bo nie masz wpły­wu na de­cy­zje swo­ich ro­dzi­ców. Dla­te­go po­ja­wia się wy­czer­pa­nie, znie­chę­ce­nie, smu­tek, po­czu­cie bez­rad­no­ści, nie­chęć do ro­bie­nia cze­go­kol­wiek.

Play­li­stą w smu­tek!

To, co mo­żesz zro­bić, co od Cie­bie za­le­ży, to wal­ka ze skut­ka­mi stre­su. Słu­cha­nie smut­nej mu­zy­ki mo­że po­móc, po­dob­nie jak wy­pła­ka­nie się, jed­nak na dłuż­szą me­tę mo­że utrwa­lać przy­gnę­bie­nie. Dla­te­go war­to przy­go­to­wać so­bie play­li­stę wy­pro­wa­dza­ją­cą ze złe­go na­stro­ju. Za­czy­nasz od ulu­bio­nych smut­nych pio­se­nek, ale stop­nio­wo do­da­jesz do play­li­sty pio­sen­ki co­raz bar­dziej ra­do­śniej­sze.

Do­sko­na­łym po­my­słem jest też spo­ty­ka­nie się z przy­ja­ciół­mi. Ba­da­nia po­ka­zu­ją, że pod­trzy­mu­ją­cy na du­chu przy­ja­cie­le są naj­lep­szym le­kar­stwem na stres. Na­wet nie mu­szą z To­bą roz­ma­wiać o pro­ble­mie, sa­mo ich wspie­ra­ją­ce to­wa­rzy­stwo i ro­bie­nie wspól­nie cze­goś przy­jem­ne­go po­ma­ga w wal­ce z na­pię­ciem.

Na pew­no war­to też byś za­in­te­re­so­wał się spor­tem któ­ry po­zwo­li z jed­nej stro­ny roz­ła­do­wać na­pię­cie gro­ma­dzą­ce się w cie­le, z dru­giej do­da ener­gii po­trzeb­nej do ży­cia.

Dru­gi czło­wiek

Jesz­cze jed­na rzecz – war­to zna­leźć w ro­dzi­nie ko­goś, z kim moż­na po­ga­dać o Two­ich pro­ble­mach. Ro­dzi­ce z pew­no­ścią są tak po­grą­że­ni we wła­snych, że na­wet mi­mo do­brych chę­ci bę­dą sku­pie­ni na roz­wo­dzie. Pa­mię­tasz? Stres po­wo­du­je za­wę­że­nie uwa­gi i cią­głe roz­my­śla­nie o pro­ble­mie – oni też do­świad­cza­ją dłu­go­trwa­łe­go stre­su. Dla­te­go za­sta­nów się, kto z ro­dzi­ny mo­że być dziś dla Cie­bie wspar­ciem – mo­że bab­cia lub dzia­dek? Mo­że ja­kaś cio­cia czy wu­jek? A mo­że ro­dzi­ce chrzest­ni? Do­brze mieć ko­goś bli­skie­go, przed kim moż­na otwo­rzyć ser­ce, kto Cię przy­tu­li i po­wie, że cię ko­cha i ro­zu­mie.

Pa­mię­taj też, że to, co na­pi­sa­łam opie­ra się na kil­ku zda­niach Two­je­go zwie­rze­nia, więc na pew­no nie wy­czer­pu­je te­ma­tu. War­to, byś spo­tkał się z za­ufa­nym psy­cho­lo­giem w spo­tka­niu na ży­wo, a on pod­po­wie Ci, jak prze­trwać ten trud­ny okres.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log