Drodzy Czytelnicy!

W nu­me­rze, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, po­ru­sza­my dwa bar­dzo trud­ne te­ma­ty: sa­mo­oka­le­cze­nie i de­pre­sja. Wy­da­wać by się mo­gło, że jed­no i dru­gie do­ty­ka nie­zna­nych nam Ko­wal­skich i nie mo­że spo­tkać nas oso­bi­ście. A to nie­praw­da. O ska­li obu pro­ble­mów świad­czą li­sty nad­sy­ła­ne do re­dak­cji. Pi­sa­li­ście do nas ano­ni­mo­wo, że­by­śmy przy­go­to­wa­li nu­mer o sa­mo­oka­le­cze­niach i o de­pre­sji.

Z de­pre­sją zma­ga się czte­ry proc. na­sto­lat­ków, ale ob­ja­wy de­pre­syj­ne mo­że prze­ja­wiać aż co pią­ta oso­ba. Naj­now­sze ba­da­nia po­ka­zu­ją rów­nież, że co szó­sty na­sto­la­tek oka­le­cza się. Fak­ty są alar­mu­ją­ce.

Za­chę­cam do prze­czy­ta­nia tek­stów, któ­re przy­bli­żą oba pro­ble­my i po­ka­żą, że z jed­ne­go i dru­gie­go jest wyj­ście. Wła­śnie tak! W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych znaj­dzie­cie spo­so­by na przy­go­to­wa­nie ser­ca do przy­ję­cia sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Do­wie­cie się, co do­kład­nie wy­ra­ża­ją po­sta­wy sie­dzą­ca, sto­ją­ca i klę­czą­ca, któ­re przyj­mu­je­my w cza­sie każ­dej Mszy św. Prze­czy­ta­cie o Sa­kra­men­tach i cu­dow­nym uzdro­wie­niu cho­rej dziew­czy­ny. Po­zna­cie Mar­tę, któ­ra ewan­ge­li­zu­je śpie­wem oraz Tom­ka, któ­ry dzie­li się świa­dec­twem ży­cia w czy­sto­ści.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Ważne: Postawa w czasie Mszy

Czę­sto w trak­cie Eu­cha­ry­stii nie ro­zu­mie­my po­staw, ja­kie przyj­mu­je­my. Że­by do­brze prze­żyć czas Mszy świę­tej, waż­ne jest po­zna­nie wszyst­kich jej ele­men­tów. Tym­cza­sem nie­raz pew­ne rze­czy wy­ko­nu­je­my zu­peł­nie „bez­wied­nie”, nie za­sta­na­wia­jąc się w ogó­le, po co to ro­bi­my.

Wie­my z lek­cji re­li­gii, a mo­że i z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii przyj­mu­je­my trzy głów­ne po­sta­wy: sto­ją­cą, sie­dzą­cą i klę­czą­cą.

Po­sta­wa sto­ją­ca: go­to­wość

Po­sta­wę sto­ją­cą przyj­mu­je­my głów­nie na po­cząt­ku Eu­cha­ry­stii, w cza­sie Ewan­ge­lii, w nie­któ­rych mo­men­tach mo­dli­twy eu­cha­ry­stycz­nej i w chwi­li ro­ze­sła­nia. Ozna­cza na­szą go­to­wość. Tro­chę jak żoł­nierz sto­ją­cy na bacz­ność, cze­ka­ją­cy na ko­lej­ne „roz­ka­zy”. Głów­nie w cza­sie Ewan­ge­lii, któ­rej słu­cha­my w po­sta­wie sto­ją­cej, po­ka­zu­je­my go­to­wość, by wdra­żać w ży­cie jej prze­kaz. Na ko­niec Eu­cha­ry­stii, kie­dy sły­szy­my sło­wa: „Idź­cie w po­ko­ju Chry­stu­sa”, rów­nież da­je­my znak go­to­wo­ści do dzia­ła­nia, by to, co się wy­da­rzy­ło w cza­sie mi­nio­nej go­dzi­ny, nie zo­sta­ło zmar­no­wa­ne, ale wręcz sta­ło się tre­ścią na­szej mi­sji.

Fot. pixabay.com

Po­sta­wa sie­dzą­ca: za­słu­cha­nie

Sie­dzi­my w cza­sie Eu­cha­ry­stii głów­nie w cza­sie czy­tań i ho­mi­lii. Ta po­sta­wa ozna­cza na­sze za­słu­cha­nie. Gdy sie­dzi­my, nie an­ga­żu­je­my zbyt moc­no swo­je­go cia­ła. W tym cza­sie pra­cu­je nasz umysł, któ­ry te­raz po­wi­nien być sku­pio­ny na słu­cha­niu Sło­wa Bo­że­go i prze­kła­da­niu je na wła­sne ży­cie. Czło­wiek sie­dzą­cy ko­ja­rzy się z kimś za­my­ślo­nym. I wła­śnie to ma wy­ra­żać po­sta­wa w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii. Za­słu­cha­nie i za­my­śle­nie. Sku­piam się nad tym, co waż­ne, pró­bu­ję wy­cią­gać mą­dre wnio­ski, sta­wiam so­bie waż­ne, a cza­sa­mi trud­ne, py­ta­nia.

War­to wło­żyć ser­ce w to, co ro­bię. Wte­dy nie bę­dę mógł się nu­dzić.

Po­sta­wa klę­czą­ca: po­ko­ra

Po­sta­wę klę­czą­cą przyj­mu­je­my głów­nie w dwóch mo­men­tach Eu­cha­ry­stii: w cza­sie prze­isto­cze­nia i w chwi­li pod­nie­sie­nia Kon­se­kro­wa­nej Ho­stii, gdy śpie­wa­my „Ba­ran­ku Bo­ży”. To są dwa bar­dzo waż­ne mo­men­ty Eu­cha­ry­stii. Ka­płan uka­zu­je nam isto­tę te­go, po co tu przy­szli­śmy, czy­li sa­me­go Bo­ga, ukry­te­go pod po­sta­cią bia­łe­go chle­ba. Pa­dam na ko­la­na, bo w tym bia­łym ka­wał­ku chle­ba mo­je ser­ce do­strze­ga Bo­ga – Stwór­cę świa­ta. Choć oczy cia­ła wi­dzą tyl­ko ka­wa­łek chle­ba, ser­ce wi­dzi wię­cej i ka­że paść na ko­la­na. Ta po­sta­wa wy­ra­ża też na­szą po­ko­rę wo­bec wiel­kiej ta­jem­ni­cy, ja­ka do­ko­nu­je się w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii. War­to mieć też świa­do­mość, że ten Bóg, przed któ­rym te­raz klę­kam, za chwi­lę da mi sie­bie sa­me­go do spo­ży­cia, sta­nie się nie­ro­ze­rwal­ną czę­ścią mo­je­go ży­cia.

Zna­ki po­trzeb­ne nam sa­mym

War­to zwra­cać uwa­gę na to, ja­kie przyj­mu­je­my po­sta­wy w cza­sie Eu­cha­ry­stii, ja­kie wy­ko­nu­je­my zna­ki i ge­sty. Nie po to, że­by się ko­mu­kol­wiek po­do­bać: czy to lu­dziom czy na­wet sa­me­mu Bo­gu. Te ge­sty, zna­ki i po­sta­wy są po­trzeb­ne nam sa­mym. Po­ma­ga­ją w spo­sób zro­zu­mia­ły wy­ra­żać pew­ne ukry­te tre­ści, a po­za tym nam sa­mym po­ma­ga­ją le­piej prze­ży­wać to, co się dzie­je. Gdy­by­śmy ca­łą Eu­cha­ry­stię „prze­sie­dzie­li”, to na­sza po­sta­wa z za­du­my i za­my­śle­nia prze­ro­dzi­ła­by się w „za­nu­dze­nie”. Ale cza­sa­mi przyj­mu­je­my ko­lej­ne po­sta­wy tak, jak­by­śmy by­li znu­dze­ni. War­to wło­żyć ser­ce w to, co ro­bię. Ser­ce za­an­ga­żo­wa­ne w ze­wnętrz­ne zna­ki czy po­sta­wy bę­dzie mi ca­ły czas przy­po­mi­na­ło, po co to ro­bię. Wte­dy nie bę­dę mógł się nu­dzić. Pan Bóg da­je ła­skę w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii, ale to ode mnie za­le­ży, na ile się na tę ła­skę otwo­rzę i ile jej przyj­mę.

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Depresja to nie „foch”

Z de­pre­sją zma­ga się czte­ry proc. na­sto­lat­ków, ale ob­ja­wy de­pre­syj­ne mo­że prze­ja­wiać aż co pią­ta oso­ba. Jak ją od­róż­nić od przed­wio­sen­ne­go spad­ku for­my czy chwi­lo­we­go przy­gnę­bie­nia?

Naj­waż­niej­sze na po­czą­tek: de­pre­sja to cho­ro­ba. Nie tak ła­twa do po­ko­na­nia jak gry­pa, ale do okieł­zna­nia z po­mo­cą spe­cja­li­stów. Nie­le­czo­na mo­że mieć po­waż­ne skut­ki ubocz­ne, z pró­ba­mi sa­mo­bój­czy­mi włącz­nie.

Trud­ne doj­rze­wa­nie

Za­cznij­my od prze­strze­ni, w któ­rej mo­że po­ja­wić się cho­ro­ba. Cóż, Ame­ry­ki nie od­kry­je­my, je­śli po­wie­my, że okres doj­rze­wa­nia to je­den z naj­trud­niej­szych eta­pów w ży­ciu. Zmie­nia się wszyst­ko: ty­po­wo ko­le­żeń­ska re­la­cja mo­że się prze­ro­dzić w pierw­szą mi­łość, doj­rze­wa­ją­ce cia­ło mo­że bu­dzić nie­po­kój i za­wsty­dze­nie, po­ja­wia­ją się no­we szko­ły i gru­py ró­wie­śni­cze, w któ­rych trze­ba „za­wal­czyć” o swo­ją po­zy­cję. W do­dat­ku co­raz ja­skra­wiej ry­su­ją się wszel­kie nie­do­sko­na­ło­ści ro­dzi­ców, któ­rzy na­gle prze­sta­ją być wszech­wie­dzą­cy i wszech­wład­ni. I ten świat – ta­ki nie­spra­wie­dli­wy, pe­łen hi­po­kry­zji, z upa­dły­mi au­to­ry­te­ta­mi… To na­praw­dę moż­ne czło­wie­ka przy­gnę­bić.

Fot. Da­vid Pe­re­iras Vil­la­gra¡ © 123RF.com

Tu mu­si­my się za­trzy­mać: choć okres doj­rze­wa­nia jest obiek­tyw­nie trud­ny, z bu­zu­ją­cy­mi emo­cja­mi i skłon­no­ścia­mi do na­prze­mien­nej apa­tii i wy­bu­cho­wo­ści, tłu­ma­cze­nie prze­dłu­ża­ją­cych się sta­nów izo­la­cji, chan­dry czy otę­pie­nia nie moż­na za­wsze z gó­ry uza­sad­niać „trud­nym wie­kiem”. O de­pre­sji nie da się po­wie­dzieć: aha, to cha­rak­te­ry­stycz­ne dla okre­su doj­rze­wa­nia, mi­nie z wie­kiem. Bo nie­le­czo­na de­pre­sja nie mi­nie.

Krzyw­dzą­ce mi­ty

To był pierw­szy mit: że „fo­chy na­sto­lat­ków” to po pro­stu „fo­chy na­sto­lat­ków” a nie żad­na tam cho­ro­ba psy­chicz­na.

Mit dru­gi gło­si, że na de­pre­sję cho­ru­ją dzie­ci uza­leż­nio­nych ro­dzi­ców (al­ko­ho­li­ków, nar­ko­ma­nów…), na­sto­lat­ki, któ­re sa­me się­ga­ją po pro­cen­ty lub do­pa­la­cze, dzie­ci z bied­nych ro­dzin i sze­ro­ko po­ję­tych „trud­nych śro­do­wisk”. W rze­czy­wi­sto­ści za­cho­ro­wać mo­gą tak­że dzie­ci z „do­brych do­mów”, któ­re ma­ją kil­ka­set zło­tych kie­szon­ko­we­go i na­praw­dę faj­nych ro­dzi­ców.

Mit trze­ci: „on nie ma de­pre­sji, to po pro­stu okrop­ny leń!”. Tym­cza­sem rze­ko­me „le­ni­stwo” w przy­pad­ku osób cho­rych na de­pre­sję to po pro­stu ob­ja­wy cho­ro­by m.in. smu­tek, nie­moż­ność prze­ży­wa­nia ra­do­ści („nic mnie nie cie­szy”), po­rzu­ce­nie swo­je­go hob­by, spo­wol­nie­nie, zmę­cze­nie, brak ener­gii i lęk. Na­sto­lat­ki z ob­ja­wa­mi de­pre­syj­ny­mi mie­wa­ją trud­no­ści w kon­cen­tra­cji i za­pa­mię­ty­wa­niu, cze­go efek­tem by­wa po­gor­sze­nie wy­ni­ków w na­uce.

Mit czwar­ty po­głę­bia błęd­ne prze­ko­na­nie, że za­gro­że­ni de­pre­sją są co naj­wy­żej wy­co­fa­ni in­tro­wer­ty­cy. „Kaś­ka? Ta sza­lo­na i prze­bo­jo­wa du­sza to­wa­rzy­stwa, kró­lo­wa każ­dej im­pre­zy? Ona ma de­pre­sję? Chy­ba żar­tu­jesz!”. Tyl­ko jak po­go­dzić to prze­ko­na­nie z fak­tem, że w ga­bi­ne­cie psy­cho­te­ra­peu­ty nie­je­den na­sto­la­tek przy­zna­je, iż ra­do­snym cwa­nia­kiem jest tyl­ko „na ze­wnątrz”? Oczy­wi­ście, do cza­su, kie­dy de­pre­sja nie po­zwo­li mu wstać z łóż­ka. Na de­pre­sję mo­gą cier­pieć wzo­ro­wi ucznio­wie i kla­so­we bła­zny. Sza­re mysz­ki i draż­li­wi awan­tur­ni­cy. To cho­ro­ba de­mo­kra­tycz­na – mo­że do­tknąć każ­de­go.

De­pre­sja czy chan­dra?

Za­tem po czym po­znać, czy ob­ni­że­nie na­stro­ju to zwy­kłe zi­mo­we prze­si­le­nie, czy mo­że już po­wód do kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­stą? Oprócz wy­mie­nio­nych wy­żej cech cha­rak­te­ry­stycz­nych de­pre­sji, nie­rzad­ko my­lo­nych z ob­ra­zem „na­sto­lat­ka-le­nia”, war­to jesz­cze wy­mie­nić draż­li­wość, chwiej­ność na­stro­ju i po­bu­dze­nie psy­cho­ru­cho­we. Oso­by w sta­nach de­pre­syj­nych po­rzu­ca­ją kon­tak­ty z przy­ja­ciół­mi, czę­sto wy­co­fu­jąc się do świa­ta wir­tu­al­ne­go. Ra­no z tru­dem wy­cho­dzą spod koł­dry, za to wie­czo­rem zmie­nia­ją się w „noc­ne mar­ki”. Po­ja­wia­ją się u nich zmia­ny ape­ty­tu – mie­wa­ją na­pa­dy gło­du lub prze­ciw­nie – nie czu­ją go nie­mal w ogó­le. Sy­gna­łem alar­mo­wym mo­że też być za­nie­cha­nie dba­ło­ści o wy­gląd („wszyst­ko mi jed­no, jak wy­glą­dam”). Na­sto­lat­ki w de­pre­sji skar­żą się na bó­le brzu­cha, gło­wy, mo­gą się sa­mo­oka­le­czać, a tak­że nad­mier­nie in­te­re­su­ją się śmier­cią, sa­mo­bój­stwa­mi. To o wie­le po­waż­niej­szy stan od chwi­lo­we­go: „nic mi się nie chce, zo­sta­ję dziś w do­mu”. Okre­so­wa nie­moc do­pa­da cza­sem każ­de­go z nas. Zwy­kle wy­star­czy się wy­spać, obej­rzeć do­bry film, zjeść cze­ko­la­dę i po­plot­ko­wać ze zna­jo­my­mi. Z kla­sycz­ną de­pre­sją ża­den z tych „do­mo­wych spo­so­bów” so­bie nie po­ra­dzi. Tu jest po­trzeb­na psy­cho­te­ra­pia, za­ży­wa­nie le­ków a w po­waż­nych sta­nach – po­byt w szpi­ta­lu. De­pre­sji nie wol­no ani le­czyć, ani dia­gno­zo­wać na wła­sną rę­kę (tak­że przy po­mo­cy te­go ar­ty­ku­łu)!

O de­pre­sji nie da się po­wie­dzieć: aha, to cha­rak­te­ry­stycz­ne dla okre­su doj­rze­wa­nia, mi­nie z wie­kiem. Bo nie­le­czo­na de­pre­sja nie mi­nie.

S.O.S.!

Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat te­mu o oso­bach cier­pią­cych na za­bu­rze­nia psy­chicz­ne mó­wi­ło się, że to wa­ria­ci al­bo świ­ry. Świa­do­mość spo­łecz­na się zmie­nia i cho­ro­by psy­chicz­ne są już oswo­jo­ne. Tak­że de­pre­sja na­sto­lat­ków, któ­ra szcze­gól­nie w ostat­nich la­tach sta­ła się te­ma­tem go­rą­cym, głów­nie ze wzglę­du na du­ży nie­do­bór spe­cja­li­stów od mło­dzie­ży: psy­chia­trów, psy­cho­te­ra­peu­tów i psy­cho­lo­gów. Jed­nak mi­mo co­raz więk­szej wie­dzy o cho­ro­bie, nie każ­dy po­trze­bu­ją­cy na­sto­la­tek znaj­du­je em­pa­tycz­ne wspar­cie wśród swo­ich ro­dzi­ców czy na­uczy­cie­li. „Dzi­siaj w szko­le do­sta­łam ta­kie­go ata­ku pa­ni­ki, że sły­sza­łam krzy­ki, któ­re wręcz roz­sa­dza­ły mi gło­wę – na­pi­sa­ła na jed­nym z fo­rów We­ro­ni­ka. – Pie­lę­gniar­ka szkol­na mó­wi­ła mi, że to wszyst­ko sie­dzi tyl­ko w mo­jej gło­wie i mu­szę my­śleć po­zy­tyw­nie. Ja po­wie­dzia­łam, że to tak nie dzia­ła, nie umiem. Do­sta­łam ochrzan za to, że so­bie wma­wiam ta­kie rze­czy i po­ucze­nie, że­by za­kła­dać dłuż­sze spód­ni­ce, bo wstyd, że in­ni mo­gą zo­ba­czyć bli­zny po tym, jak się cię­łam”…

Cza­sem pierw­szy krok ła­twiej po­sta­wić wir­tu­al­nie. War­to zaj­rzeć na www.forumprzeciwdepresji.pl lub za­dzwo­nić do an­ty­de­pre­syj­ne­go te­le­fo­nu za­ufa­nia (dzia­ła w każ­dą śro­dę i czwar­tek w go­dzi­nach 17.00–19.00 pod nu­me­rem 22 594 91 00).

Kie­dy w naj­bliż­szym oto­cze­niu trud­no zna­leźć za­ufa­ną oso­bę, któ­rej moż­na by się zwie­rzyć, war­to ro­zej­rzeć się da­lej, sze­rzej. A gdy­by tak umó­wić się z ulu­bio­ną cio­cią, li­de­rem wspól­no­ty al­bo ma­mą ko­le­żan­ki? To waż­ne, aby w tak trud­nej sy­tu­acji nie zo­stać sa­me­mu.

Mag­da Gu­ziak-No­wak

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

 

Problem. Reakcja. Blizna

Czy w ży­ciu wszyst­kie­go trze­ba spró­bo­wać? Z Agniesz­ką Bo­is­se, psy­cho­lo­giem i psy­cho­te­ra­peu­tą z Kli­ni­ki Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii, roz­ma­wia Mag­da Gu­ziak-No­wak.

Mo­ja ko­le­żan­ka al­bo mój ko­le­ga się sa­mo­oka­le­cza. Jak mo­gę po­móc, gdzie szu­kać po­mo­cy?

– War­to po­my­śleć o oso­bie do­ro­słej, do któ­rej mo­że­my się zwró­cić z tym pro­ble­mem, na­wet je­śli nie są to ro­dzi­ce. Oso­bą, u któ­rej moż­na szu­kać wspar­cia mo­że być ktoś z ro­dzi­ny, szkol­ny pe­da­gog, wy­cho­waw­ca czy za­ufa­ny na­uczy­ciel. Cza­sem war­to za­pro­po­no­wać, że wspól­nie po­szu­ka­my oso­by, z któ­rą o tym po­ga­da­my. A ta­ka po­moc mo­że się oka­zać nie­odzow­na.

Fot. Vik­to­ria Lu­ko­ni­na © 123RF.com

Po dru­gie – to bar­dzo waż­ne – sta­raj­my się być przy­ja­cie­lem a nie te­ra­peu­tą al­bo ro­dzi­cem. Mło­dzi lu­dzie ma­ją ce­chę, któ­ra jest szla­chet­na, ale też czę­sto nie­bez­piecz­na – chcą wszyst­kim po­ma­gać, ma­ją du­żo em­pa­tii, są wraż­li­wi na cier­pie­nie in­nych. Gdy ma­my do czy­nie­nia z sa­mo­oka­le­cze­nia­mi, trze­ba uwa­żać, aby nie brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za tę sy­tu­ację. War­to roz­ma­wiać i wspie­rać, ale nie fun­do­wać ko­le­żan­ce czy przy­ja­cie­lo­wi „te­ra­pii na wła­sną rę­kę”, bo spra­wa mo­że być zbyt po­waż­na.

I jesz­cze jed­no. Przy­ja­ciel mo­że nam szep­nąć do ucha: „Po­wiem ci coś w se­kre­cie”. Oczy­wi­ście, je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, ale jest tu je­den wy­ją­tek. Gdy­by je­go zdro­wie lub ży­cie by­ło za­gro­żo­ne, mu­si­my o tym po­in­for­mo­wać oso­by do­ro­słe.

A je­śli przy­ja­ciel nie przyj­dzie do nas ze swo­im se­kre­tem, ale do­my­śla­my się, że coś jest nie tak? Co po­win­no wzbu­dzić nasz nie­po­kój?

– Je­śli do­brze zna­my dru­gie­go czło­wie­ka, to ła­twiej bę­dzie nam za­uwa­żyć, że coś jest nie tak. Sy­gna­łem do za­in­te­re­so­wa­nia mo­gą być nie­ty­po­we zmia­ny, któ­re za­szły w funk­cjo­no­wa­niu tej oso­by. Na­szą uwa­gę mo­że zwró­cić izo­la­cja, od­cię­cie się od świa­ta, ucie­ka­nie z kon­tak­tu, wy­co­fa­nie, przy­gnę­bie­nie, smu­tek, płacz­li­wość, roz­draż­nie­nie. Za­sta­na­wia­ją­cy jest też nie­ty­po­wy ubiór – dla­cze­go ko­le­żan­ka no­si dłu­gą, gru­bą blu­zę w upal­ny, czerw­co­wy dzień?

Ok, za­uwa­ży­li­śmy, że coś jest nie tak. Co da­lej?

– Za­py­taj­my: „Wi­dzę, że coś się dzie­je. Czy mo­gę ci po­móc? Czy chcesz się ze mną czymś po­dzie­lić?”. Na­wet je­śli wi­dzi­my sa­mo­oka­le­cze­nia, nie ko­men­tuj­my ich. Za­miast mó­wić: „Wi­dzę, że się po­cię­łaś”, za­ga­daj­my: „Czy w two­im ży­ciu coś się sta­ło, zmie­ni­ło?”.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na, któ­ra mo­że spra­wić, że dru­ga stro­na za­mknie się na roz­mo­wę. Po­za tym sa­mo­oka­le­cze­nia naj­czę­ściej nie są cho­ro­bą psy­chicz­ną, ale ob­ja­wem in­nych kło­po­tów. Np. ktoś się tnie, bo ma pro­ble­my w na­uce, roz­stał się z dziew­czy­ną al­bo je­go ro­dzi­ce się roz­wo­dzą. Skie­ro­wa­nie go do psy­chia­try nie ma sen­su, bo gdy gro­żą mu trzy je­dyn­ki na świa­dec­twie, mo­że wy­star­czy go po pro­stu wy­słać na ko­re­pe­ty­cje.

To jak roz­po­znać, czy to cho­ro­ba, czy ob­jaw in­nych pro­ble­mów?

– Po­wiem tak: oso­by, któ­re się sa­mo­oka­le­cza­ją, nie za­wsze są cho­re psy­chicz­nie, ale za­wsze po­trze­bu­ją po­mo­cy. Tną się, bo ma­ją nie­roz­wią­za­ny pro­blem i sa­me już nie da­ją ra­dy go dźwi­gać. Cię­cie się mo­że być ob­ja­wem cho­ro­by np. de­pre­sji, ale jak po­wie­dzia­łam, naj­czę­ściej to ozna­ka in­nych kło­po­tów i spo­sób na ich od­re­ago­wa­nie. Nie sta­wiaj­my dia­gno­zy sa­mo­dziel­nie! Roz­róż­nie­nie, z czym ma­my do czy­nie­nia, zo­staw­my spe­cja­li­ście. To on oce­ni, czy jest po­trzeb­na np. te­ra­pia al­bo le­ki, czy wy­star­czy emo­cjo­nal­ne wspar­cie.

W czym te­ra­peu­ta jest lep­szy ode mnie – przy­ja­cie­la?

– Ma nie­zbęd­ną wie­dzę, jest pro­fe­sjo­nal­nie przy­go­to­wa­ny do nie­sie­nia po­mo­cy. Po­tra­fi spoj­rzeć na spra­wę z dy­stan­sem, na chłod­no, co jest bar­dzo waż­ne, bo gdy je­ste­śmy emo­cjo­nal­nie za­an­ga­żo­wa­ni, mo­że­my nie wy­chwy­cić waż­nych szcze­gó­łów. Waż­ne jest to, o czym mó­wi­łam wcze­śniej – przy­ja­cie­le ma­ją ten­den­cję do bra­nia od­po­wie­dzial­no­ści za czy­jeś kło­po­ty, a to na pew­no nie roz­wią­że pro­ble­mu sa­mo­oka­le­cza­nia. Przy­ja­ciel mo­że wspie­rać, ale to te­ra­peu­ta le­czy.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na.

Cza­sa­mi cię­cie się to spo­sób na szpan al­bo „wpi­so­we”, aby do­łą­czyć do ja­kiejś gru­py, bo „wszy­scy tak ro­bią”. Ale ja nie chcę. Jak w ta­kiej sy­tu­acji po­wie­dzieć „nie”?

– Nie bać się od­ma­wiać i ja­sno po­wie­dzieć „nie”, po pro­stu. Sze­ro­ko po­ję­ta aser­tyw­ność bar­dzo się przy­da­je. Po­cie­sza­ją­ca mo­że być myśl, że nie jest to ani pierw­sza, ani ostat­nia sy­tu­acja, kie­dy nie ma­my ocho­ty cze­goś ro­bić, mi­mo że ktoś te­go od nas ocze­ku­je. Nikt z nas nie uro­dził się z aser­tyw­no­ścią, trze­ba się jej na­uczyć.

Jak?

– Przy­glą­dać się so­bie i swo­im uczu­ciom. Za­da­wać so­bie py­ta­nia: „Czy ja mam na to ocho­tę? Ja­ka jest mo­ja mo­ty­wa­cja? Czy chcę to zro­bić tyl­ko po to, aby do­łą­czyć do gru­py?”. Je­śli od­po­wiedź na ostat­nie py­ta­nie brzmi „tak”, war­to się za­sta­no­wić, czy na­praw­dę chcę na­le­żeć do śro­do­wi­ska osób, któ­re nie po­dzie­la­ją mo­ich po­glą­dów. A mo­że le­piej po­szu­kać gru­py, któ­ra wy­zna­je war­to­ści po­dob­ne do mo­ich?

Je­śli czu­je­my, że nie chce­my ro­bić cze­goś wbrew so­bie np. pić al­ko­ho­lu, pa­lić pa­pie­ro­sów czy się sa­mo­oka­le­czać, po­zwól­my so­bie te­go nie chcieć, nie zmu­szaj­my się, nie prze­kra­czaj­my na si­łę swo­ich gra­nic. Skut­ka­mi ta­kiej de­cy­zji mo­gą być od­rzu­ce­nie i dez­apro­ba­ta ze stro­ny in­nych, ale też… sa­tys­fak­cja, że obro­ni­li­śmy swo­je war­to­ści. I na przy­szłość – im wię­cej ra­zy obro­ni­my swo­je gra­ni­ce, tym więk­szą ła­twość bę­dzie­my mieć w od­ma­wia­niu.

Pa­mię­taj­my, aby swo­je uczu­cia ko­mu­ni­ko­wać ja­sno i nie­agre­syw­nie. Na­sza od­mo­wa po­win­na być kon­kret­na, ale nie­obraź­li­wa.

Po­dob­no cię­cie się przy­no­si ulgę. Czy moż­na się od te­go uza­leż­nić?

– Jest ta­kie ry­zy­ko, szcze­gól­nie gdy cię­cie się to je­dy­ny lub głów­ny spo­sób roz­ła­do­wy­wa­nia na­pię­cia. War­to więc szu­kać in­nych po­my­słów. Nie­oce­nio­ne są wszel­kie for­my ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej np. jaz­da na ro­we­rze, pły­wa­nie czy choć­by re­gu­lar­ne spa­ce­ry. Po­moc­ne w roz­ła­do­wa­niu na­pię­cia są też roz­mo­wy z bli­ski­mi oso­ba­mi czy wszel­ka twór­czość np. pi­sa­nie, ma­lo­wa­nie. War­to po­znać róż­ne spo­so­by ko­mu­ni­ko­wa­nia oto­cze­niu, że mam trud­ną spra­wę, z któ­rą so­bie nie ra­dzę i chcia­ła­bym o niej po­ga­dać.

A gdy­by tak spró­bo­wać tyl­ko je­den raz…?

– Za­sad­ni­cze py­ta­nie brzmi: „Ale po co?”. Co chcę w ten spo­sób spraw­dzić? Czy chcę so­bie coś „udo­wod­nić”? Czy chcę się upodob­nić do ja­kiejś gru­py, na któ­rej z róż­nych przy­czyn mi za­le­ży, a mo­że po pro­stu spraw­dzić, czy bo­li?

Zo­ba­czyć z cie­ka­wo­ści.

– To nor­mal­ne, że cią­gnie nas do no­wych do­świad­czeń, ale czy w ży­ciu na­praw­dę trze­ba wszyst­kie­go spró­bo­wać? Nie. Po­dob­nie jest w skle­pie – wie­le rze­czy nas ku­si, ale prze­cież nie wszyst­ko ku­pu­je­my. Za­daj­my so­bie jesz­cze jed­no py­ta­nie: „Ja­kie bę­dą kon­se­kwen­cje mo­je­go wy­bo­ru, na­wet je­śli zro­bię to tyl­ko raz?”. Bli­zna i wspo­mnie­nie te­go wy­da­rze­nia po­zo­sta­nie w nas na za­wsze. Wra­ca­my do po­cząt­ku: „Ale po co mi to?”.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Pa­ni Agniesz­ka Bo­is­se jest te­ra­peu­tą w Kli­ni­ce Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii w Kra­ko­wie

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.