Drodzy Czytelnicy!

Me­dia kreu­ją ide­ały pięk­na ko­bie­ce­go i mę­skie­go. Bu­dzą w nas pra­gnie­nie, by dą­żyć do tych wzo­rów. Za­po­mi­na­my, że zdję­cia te bar­dzo czę­sto są re­tu­szo­wa­ne. Na­si zna­jo­mi wrzu­ca­ją na por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we fot­ki, a to z fe­rii, a to z wa­ka­cji. Na wszyst­kich pięk­nie wy­glą­da­ją. Ośle­pia­ją nas ich pięk­ne uśmie­chy. Czę­sto jed­nak do po­wsta­nia jed­ne­go uję­cia po­trzeb­nych im by­ło kil­ka­dzie­siąt in­nych, mniej uda­nych.

Pa­mię­taj­my, że nie mu­si­my być ide­al­ni. Pan Bóg ko­cha nas ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­śmy. Każ­de­go: te­go z od­sta­ją­cy­mi usza­mi, te­go z nad­wa­ga, te­go z pie­ga­mi, te­go po­ru­sza­ją­ce­go się na wóz­ku in­wa­lidz­kim, te­go nie­wi­do­me­go, te­go nie­do­sły­szą­ce­go i te­go z krzy­wa trój­ka też. Mnie ko­cha w oku­la­rach, przez któ­re prze­pła­ka­łam wie­le dni w szko­le pod­sta­wo­wej i w pierw­szej kla­sie li­ceum. Dla Bo­ga każ­dy z nas jest pięk­ny. Od­kry­cie tej praw­dy wy­zwa­la z ka­no­nów pięk­na, na­rzu­ca­nych przez świat. Po­zwa­la ode­tchnąć, po­lu­bić sie­bie i z mi­ło­ścią spoj­rzeć so­bie w oczy w lu­strze w ła­zien­ce.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych pi­sze­my o ro­li, ja­ka peł­ni świa­dek do Bierz­mo­wa­nia, wy­li­cza­my do­wo­dy na to, ze Je­zus na­praw­dę cho­dził po zie­mi i po­da­je­my wa­run­ki do­brej spo­wie­dzi. Dzie­li­my się też z Wa­mi świa­dec­twa­mi Krzyś­ka, któ­ry nie wsty­dzi się swo­jej wia­ry i Ar­tu­ra, któ­ry wy­brał ży­cie w czy­sto­ści.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Wygraj z kompleksami

Kie­dy ro­dzą się w lu­dziach kom­plek­sy? Ra­czej nie wi­dzi­my prze­cież, by przed­szko­lak przej­mo­wał się tym, że ma nad­wa­gę czy ru­de wło­sy, że tak po­zwo­lę so­bie się­gnąć po ste­reo­ty­py…

- Kom­plek­sy da­ją o so­bie szcze­gól­nie znać w okre­sie doj­rze­wa­nia. To czas, kie­dy mło­dy czło­wiek sta­je się szcze­gól­nie wraż­li­wy na opi­nię na swój te­mat wy­ra­ża­ną przez in­ne oso­by, zwłasz­cza z gru­py ró­wie­śni­czej. Wcze­śniej naj­waż­niej­sza jest dla nie­go opi­nia ro­dzi­ców i naj­bliż­sze­go oto­cze­nia. Okres doj­rze­wa­nia wią­że się z bar­dzo sil­ną po­trze­bą by­cia ak­cep­to­wa­nym. Je­śli nie jest on ak­cep­to­wa­ny przez gru­pę ró­wie­śni­czą, ro­dzi się w nim po­czu­cie by­cia gor­szym.

fot. Ka­ta­rzy­na Bia­ła­sie­wicz © 123RF.com

Ja­kie mo­gą być przy­czy­ny te­go bra­ku ak­cep­ta­cji?

- Zda­rza się, że dziec­ko po­sia­da pew­ne ce­chy, któ­re nie są mi­le wi­dzia­ne w je­go oto­cze­niu. Je­śli idzie o ce­chy cha­rak­te­ru, dziec­ko mo­że mieć np. skłon­ność do po­pa­da­nia w sil­ne emo­cje, ła­two iry­to­wać się pod wpły­wem prze­ciw­no­ści lo­su. Przez in­ne dzie­ci bę­dzie ono wte­dy po­strze­ga­ne ja­ko oso­ba nie­bu­dzą­ca sym­pa­tii.

Ma­ło te­go, czę­sto zda­rza się, że w przy­pad­ku in­cy­den­tów z udzia­łem ta­kie­go dziec­ka, na­uczy­ciel bie­rze stro­nę agre­so­ra, dzi­wiąc się, że np. na wy­zwi­sko w ro­dza­ju „Ty głup­ku” dziec­ko re­agu­je pła­czem bądź fu­rią.

A po­za ce­cha­mi cha­rak­te­ru? Ja­kie zna­cze­nie dla po­wsta­wa­nia kom­plek­sów mo­gą mieć nie­do­sko­na­ło­ści wy­glą­du czy choć­by brak no­we­go, za­awan­so­wa­ne­go te­le­fo­nu?

- To wszyst­ko za­le­ży od kon­tek­stu. Dziec­ko oty­łe mo­że być ne­ga­tyw­nie po­strze­ga­ne przez in­ne, ale nie w kla­sie, gdzie więk­szość dzie­ci jest oty­ła (a to się co­raz czę­ściej zda­rza). Źró­dłem kom­plek­sów i prze­śla­do­wa­nia jest bo­wiem wszyst­ko to, co spra­wia, że mło­dy czło­wiek od­sta­je w za­uwa­żal­ny spo­sób od resz­ty. Na­wet to, że jest on np. szcze­gól­nie uta­len­to­wa­ny. Z jed­nym oczy­wi­ście wy­jąt­kiem – dziec­ko bo­ga­te, wku­pu­ją­ce się w ła­ski ró­wie­śni­ków upo­min­ka­mi, za­wsze bę­dzie po­pu­lar­ne.

Ale od ne­ga­tyw­ne­go po­strze­ga­nia ko­goś do wy­śmie­wa­nia czy prze­mo­cy ró­wie­śni­czej jest jesz­cze chy­ba ka­wa­łek dro­gi?

- Da­ją­ca się za­uwa­żyć agre­sja fi­zycz­na bądź wer­bal­na to zwy­kle po­ziom, na któ­rym na­uczy­cie­le czy ro­dzi­ce po­dej­mu­ją re­ak­cję. Ale dla dziec­ka to jest bar­dzo póź­no. Nie­ste­ty, do­ro­śli rzad­ko re­agu­ją wcze­śniej, gdyż po pro­stu nie za­uwa­ża­ją pro­ble­mu. Trud­no na pierw­szy rzut oka po­strze­gać ja­ko po­wód do nie­po­ko­ju to, że ja­kieś dziec­ko sie­dzi sa­mo na ko­ry­ta­rzu i czy­ta so­bie książ­kę al­bo gra na smart­fo­nie. Nikt prze­cież jesz­cze się nad ni­kim nie znę­ca.

Prze­moc, naj­pierw słow­na – wy­śmie­wa­nie, po­ja­wia się do­pie­ro po pew­nym okre­sie izo­la­cji. I dziec­ko jej pod­da­ne re­agu­je czę­sto w prze­sad­ny spo­sób, co jesz­cze bar­dziej „na­krę­ca” prze­śla­dow­ców. Ale nikt nie za­sta­na­wia się nad tym, że to gru­pa ró­wie­śni­cza sa­ma so­bie ta­kie dziec­ko „wy­ho­do­wa­ła” po­przez izo­la­cję.

A co mo­że zro­bić mło­dy czło­wiek?

- Są trzy spraw­dzo­ne ochro­ny. Pierw­szym jest do­bra re­la­cja z ro­dzi­ca­mi, świa­do­mość, że mło­dy czło­wiek mo­że li­czyć na nich ja­ko swo­ich „prze­wod­ni­ków”. Dru­gi czyn­nik to wia­ra i uczest­nic­two w prak­ty­kach re­li­gij­nych. Trze­cim jest do­bra at­mos­fe­ra w kla­sie; at­mos­fe­ra, w któ­rej ucznio­wie się lu­bią i ak­cep­tu­ją.

- A gdy się wsty­dzi­my zwró­cić do na­uczy­cie­li i ro­dzi­ców?

- Mu­si­my wte­dy po­szu­kać so­bie śro­do­wi­ska, w któ­rym bę­dzie­my ak­cep­to­wa­ni. Być mo­że po­za szko­łą. Cho­ciaż nie­ko­niecz­nie do­ra­dzam sub­kul­tu­ry.

Dla­cze­go?

- By­wa­ją śro­do­wi­ska, któ­re ak­cep­tu­ją każ­de­go, ale tyl­ko dla­te­go, że sa­me od­rzu­ca­ją nor­my spo­łecz­ne. Tro­chę na za­sa­dzie: „Je­steś od­rzut­kiem, a więc przyjdź do nas, my cię oce­niać nie bę­dzie­my”. W te­go ro­dza­ju gru­pach mło­dy czło­wiek wejść mo­że w za­cho­wa­nia ry­zy­kow­ne – eks­pe­ry­men­ty z al­ko­ho­lem czy nar­ko­ty­ka­mi. Na­sto­la­tek mu­si po­szu­kać śro­do­wi­ska, któ­re go ak­cep­tu­je, ale któ­re jest po­zy­tyw­ne, po­ma­ga mu roz­wi­jać je­go moc­ne stro­ny.

To co Pa­ni po­le­ca?

- Dusz­pa­ster­stwa i wo­lon­ta­ria­ty. Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać. Wy­ko­nu­jąc na­wet naj­prost­sze pra­ce, roz­da­jąc choć­by bez­dom­nym zu­pę na uli­cy, mło­dy czło­wiek zy­sku­je po­czu­cie, że ro­bi coś waż­ne­go, że re­al­nie ko­muś po­ma­ga. W ta­kich oko­licz­no­ściach za­wią­zu­ją się też trwa­łe i szcze­re przy­jaź­nie.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać.

O spo­so­bach ra­dze­nia so­bie z kom­plek­sa­mi i szu­ka­niu praw­dzi­wych, trwa­łych przy­jaź­ni z Bo­gną Bia­łec­ką, psy­cho­lo­giem, roz­ma­wiał Ka­rol Woj­te­czek.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Święty egoizm

Czy w mi­ło­sier­dziu jest miej­sce na… od­mo­wę po­mo­cy?

Wy­ja­śnij­my so­bie coś

Wie­lu z nas ko­ja­rzy ego­izm z kon­cen­tro­wa­niem się na so­bie. Czy to słusz­na de­fi­ni­cja? I tak, i nie. Bo z jed­nej stro­ny w ego­izmie cho­dzi o sku­pia­nie się na „ja”, ale z dru­giej – nie da się żyć, kom­plet­nie po­mi­ja­jąc sie­bie sa­me­go. Ja­ka za­tem jest mia­ra? – Ego­izm to kon­cen­tro­wa­nie się wy­łącz­nie na so­bie – wy­ja­śnia tę kwe­stię o. Krzysz­tof Dy­rek. Nie moż­na więc tak po pro­stu na­zwać ego­istą czło­wie­ka, któ­ry szu­ka wła­sne­go do­bra. Mia­rą ego­izmu nie jest sam fakt „sku­pia­nia na so­bie. Ego­ista to ktoś, kto szu­ka „wy­łącz­nie” wła­sne­go do­bra.

fot. Si­be­ria © 123RF.com

Jak tu wsze­dłeś?!

A skąd się wła­ści­wie bie­rze ego­izm? Zda­rza się, że czło­wiek nie do­świad­cza w ży­ciu zbyt wie­le mi­ło­ści. I nie cho­dzi tu wy­łącz­nie o dzie­ci po­zba­wio­ne ro­dzi­ców czy in­ne tra­ge­die. Tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy w środ­ku bar­dzo de­li­kat­ni. I cza­sem wy­star­czy kil­ka sy­tu­acji, w któ­rych po pro­stu „za­bra­kło” nam mi­ło­ści ze stro­ny osób, od któ­rych mie­li­śmy pra­wo jej ocze­ki­wać. Wów­czas po­ja­wia się ból. Je­śli się to po­wta­rza, czło­wiek (zwłasz­cza dziec­ko!) za­czy­na po­strze­gać sie­bie ja­ko nie­god­ne­go mi­ło­ści. I nie uczy się doj­rza­le sie­bie ko­chać. Bo prze­cież to od in­nych uczy­my się mi­ło­ści. Tak­że tej „au­to­mi­ło­ści”. Gdy ra­na ser­ca bo­li, oso­ba za­czy­na się na niej kon­cen­tro­wać. Chce za­spo­ko­ić swój de­fi­cyt wszę­dzie, gdzie się da. To „tu­taj” moż­na (choć nie trze­ba) stać się ego­istą. Ks. Bo­gu­sław Szpa­kow­ski stwier­dza, że „ego­izm to ze­msta nie­ko­cha­ne­go ja, Ego­ista to ktoś, kto nie po­tra­fi ko­chać in­nych, bo nie po­tra­fi doj­rza­le ko­chać sie­bie. Z po­wo­du bra­ku mi­ło­ści do sie­bie czu­je się we­wnętrz­nie pu­sty. Za­chłan­nie usi­łu­je wy­cią­gnąć z in­nych to, co się da, by przy­naj­mniej na chwi­lę po­czuć za­do­wo­le­nie” – pod­su­mo­wu­je ks. Szpa­kow­ski. Wg wie­lu psy­cho­lo­gów, to wła­śnie brak mi­ło­ści do sie­bie jest jed­ną z naj­waż­niej­szych przy­czyn psy­chicz­nych pro­ble­mów.

Jak sie­bie”, czy­li: nie mniej i nie wię­cej…

Wie­my już, że ego­ista ko­cha in­nych „za ma­ło”, bo tak na­praw­dę nie po­tra­fi roz­sąd­nie ko­chać sie­bie. Ale sto­su­nek do bliź­nich mo­że być zde­for­mo­wa­ny tak­że w dru­gą stro­nę. „Ileż to ra­zy słu­cha­li­śmy ka­zań, któ­re na­wo­ły­wa­ły nas do ry­go­ry­stycz­ne­go za­par­cia się sie­bie i bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści bliź­nie­go. Jak­że ła­two by­ło nam utwo­rzyć prze­ko­na­nie, że bliź­nie­go na­le­ży ko­chać po­nad wszyst­ko, ale sie­bie nie. Otóż za­po­mnie­nie o so­bie wzię­te do­słow­nie jest groź­ne. Wów­czas po­mi­ja­my istot­ny ele­ment przy­ka­za­nia mi­ło­ści – że ma­my ko­chać in­nych tak, jak sie­bie” – pi­sze ks. Szpa­kow­ski.

Czy ego­izm mo­że być świę­ty?

Świę­ty ego­izm” to pew­ne uprosz­cze­nie. O. Dy­rek pre­cy­zu­je: „Świę­to­ści tu nie ma, po­nie­waż wa­da nie jest świę­ta. Ale w ję­zy­ku po­tocz­nym po­ję­cie to funk­cjo­nu­je ja­ko sy­no­nim aser­tyw­no­ści”. „Aser­tyw­ność ko­ja­rzy się ze sprze­ci­wem. Ale w nim się za­wie­ra tak­że po­dej­ście do sie­bie sa­me­go: przy­zna­wa­nie so­bie pra­wa do wła­sne­go zda­nia, wy­ra­ża­nie go, sza­cu­nek do sie­bie i wła­snej wraż­li­wo­ści, a gdy trze­ba – ochro­na sie­bie. A to już nie ego­izm, ale ra­czej doj­rza­łość. Po­sta­wa wol­no­ści. Aser­tyw­ność to nic in­ne­go, jak umie­jęt­ność sta­wia­nia wła­snych gra­nic, z po­sza­no­wa­niem gra­nic in­nych” – wy­ja­śnia je­zu­ita. Trze­ba tu ko­niecz­nie pod­kre­ślić, że aser­tyw­ność to nie ce­cha. To zdol­ność na­by­ta. Da się te­go na­uczyć. Tyl­ko jak?

Prak­ty­ka czy­ni mi­strza

Ucze­nie się aser­tyw­no­ści jest po­trzeb­ne wszyst­kim, a zwłasz­cza oso­bom o ni­skim po­czu­ciu wła­snej war­to­ści, po­dat­nym na ma­ni­pu­la­cję czy ze zra­nio­ną god­no­ścią. Wbrew po­zo­rom to nie tyl­ko mó­wie­nie in­nym: „nie”. Po­czą­tek na­uki to mó­wie­nie wpierw do sie­bie sa­me­go: „mam pra­wo do…”: nie tyl­ko do ro­bie­nia, ale tak­że do nie­ro­bie­nia cze­goś. Do­pie­ro za tym idzie sta­wia­nie od­po­wied­nich gra­nic. Weź­my przy­kład z co­dzien­no­ści: ko­le­ga pro­si o po­moc w na­uce, a ty ko­niecz­nie mu­sisz się wy­spać na spraw­dzian. Sie­dzia­łeś dłu­go nad książ­ką, zo­sta­ło ci kil­ka go­dzin snu. Co te­raz? Z jed­nej stro­ny wiesz, że sen jest ci naj­bar­dziej po­trzeb­ny, a z dru­giej – na­ra­zić się ko­le­dze? Trud­na spra­wa. O. Dy­rek za­uwa­ża, że w ta­kich oko­licz­no­ściach brak aser­tyw­no­ści rów­nież mo­że być ego­izmem: „bo­ję się od­mó­wić, bo chcę mieć do­brą opi­nię”. Oso­ba aser­tyw­na, czy­li doj­rza­ła, po­wie so­bie: „mia­łem obo­wią­zek się na­uczyć, a te­raz mam pra­wo do snu”. I grzecz­nie od­mó­wi ko­le­dze. Nie moż­na się ob­wi­niać, gdy od­ma­wia się ko­muś po­mo­cy, by mą­drze chro­nić sie­bie. „Le­kar­stwem na brak aser­tyw­no­ści jest mi­łość: mi­łość do sie­bie sa­me­go. Otwar­ta na in­nych, lecz sza­nu­ją­ca sie­bie, któ­ry je­stem nie bar­dziej i nie mniej waż­ny od bliź­nie­go” – stwier­dza o. Dy­rek i za wzór po­da­je sa­me­go Chry­stu­sa: „Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek. Szczyt ludz­kiej doj­rza­ło­ści to Je­go po­sta­wa w cza­sie Mę­ki: wo­bec zdraj­ców – opa­no­wa­ny; wy­ra­ża ból, ale nie bła­ga o li­tość; mó­wi praw­dę, ale nie gar­dzi roz­mów­ca­mi; po­tra­fi od­po­wie­dzieć, ale ma tak­że od­wa­gę nic nie od­po­wia­dać. Da­je się przy­bić do krzy­ża, ale zna swo­ją god­ność”.

Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek.

Naj­pierw obro­na, po­tem ro­ze­zna­wa­nie

Aser­tyw­no­ści się uczy­my. Pierw­sze kro­ki są tro­chę skraj­ne i prze­ry­so­wa­ne. I do­brze. Tu­taj głów­ną po­sta­wą jest obro­na. Póź­niej czło­wiek na­bie­ra pew­no­ści sie­bie. I ten stan wy­ma­ga ostroż­no­ści. Po „eta­pie obro­ny”, gdy czło­wiek zna już swo­je pra­wa i umie sta­wiać gra­ni­ce, po­trzeb­ny jest etap dru­gi, czy­li: ro­ze­zna­wa­nie. Bo szczy­tem doj­rza­ło­ści nie jest kie­ro­wa­nie się obro­ną, ale kie­ro­wa­nie się mi­ło­ścią! O. Krzysz­tof Dy­rek prze­strze­ga: „Cza­sa­mi oso­by nie­aser­tyw­ne, gdy na­uczą się aser­tyw­no­ści, sta­ją się bun­tow­ni­ka­mi, a na­wet ego­ista­mi. Pod­kre­śla­ją swo­je pra­wa, a za­po­mi­na­ją o obo­wiąz­kach. Osią doj­rza­ło­ści nie jest po­wie­dze­nie so­bie: to ja je­stem naj­waż­niej­szy, ale ra­czej: naj­waż­niej­sze, bym zro­bił to, co zro­bił­by te­raz Je­zus na mo­im miej­scu”.

Czło­wiek, któ­ry w na­uce aser­tyw­no­ści za­trzy­ma się tyl­ko na eta­pie „obro­ny”, nie osią­gnie doj­rza­ło­ści. I wciąż nie bę­dzie po­tra­fił doj­rza­le ko­chać. Trze­ba za­tem ro­ze­zna­wać. A co? Oko­licz­no­ści ze­wnętrz­ne oraz we­wnętrz­ną mo­ty­wa­cję. Za­sta­nów się, po­módl do Je­zu­sa i za­py­taj, co On by te­raz zro­bił. A w spra­wach waż­niej­szych – po­dej­mij te­mat ze spo­wied­ni­kiem.

Prak­tycz­ne wska­zów­ki

  1. Wy­słu­chaj propozycji/prośby.
  2. Daj so­bie czas na de­cy­zję! Czę­sto „wko­pu­ją nas” zbyt szyb­kie de­kla­ra­cje, któ­rych po­tem się ża­łu­je. Tu­taj bar­dzo po­moc­ne są „go­tow­ce”, któ­ry­mi ni­ko­go nie ob­ra­zisz. Np.: „Słu­chaj, prze­my­ślę to i dam Ci po­tem znać”; „Cze­kaj, zer­k­nę w ter­mi­narz i Ci po­wiem”; „Po­sor­tu­ję my­śli i od­dzwo­nię!”.
  3. Wsłu­chaj się we wła­sne ser­ce: cze­go pra­gniesz? Czy ta spra­wa nie go­dzi w two­je su­mie­nie? Czy masz w ser­cu po­kój?
  4. Za­sta­nów się, czy masz na to czas. Od­po­wied­nio usta­wiaj prio­ry­te­ty.
  5. Pa­mię­taj: pro­szą­cy nie jest wro­giem. Mów so­bie: „On ma pra­wo pro­sić, a ja mam pra­wo od­mó­wić”.
  6. Zapy­taj o wła­sne in­ten­cje. Dla­cze­go chcę się zgodzić/odmówić? Z lę­ku o opi­nię? Z le­ni­stwa? A mo­że z mi­ło­ści, bądź po pro­stu z ocho­ty?
  7. Daj od­po­wiedź. Zrób to z mi­ło­ścią… do pro­szą­ce­go, i do sie­bie.

Krzysz­tof Dy­rek SJ

Je­zu­ita, fi­lo­zof, teo­log i psy­cho­log. Pro­wa­dzi szko­le­nia i te­ra­pie, pu­bli­ku­je.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Istnienia Jezusa nie da się podważyć!

Tak­że dziś lu­dzie pod­li naj­chęt­niej po raz dru­gi ska­za­li­by Je­zu­sa na śmierć i pil­no­wa­li, że­by już ni­gdy nie wy­szedł z gro­bu. Jed­nym ze spo­so­bów „no­wo­cze­sne­go” ska­zy­wa­nia Je­zu­sa na śmierć jest twier­dze­nie, że On ni­gdy nie ist­niał.

Co ja­kiś czas po­ja­wia­ją się lu­dzie, któ­rzy pod­da­ją w wąt­pli­wość to, czy Je­zus ist­niał na­praw­dę. Jak to jest moż­li­we, że ktoś uzna­je za po­stać mi­to­lo­gicz­ną ko­goś naj­bar­dziej zna­ne­go w hi­sto­rii ludz­ko­ści, kto w ra­dy­kal­ny spo­sób zmie­nił dzie­je te­go świa­ta, za ko­go mi­lio­ny mę­czen­ni­ków od­da­ło ży­cie i kto jest naj­więk­szym au­to­ry­te­tem mo­ral­nym dla co naj­mniej mi­liar­da osób w na­szych cza­sach? Od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie sta­nie się oczy­wi­sta wte­dy, gdy uświa­do­mi­my so­bie, czym cha­rak­te­ry­zu­je się czło­wiek świę­ty.

Chry­stus nio­są­cy krzyż, El Gre­co, ok. 1578 r.

Lu­dzie pod­li bo­ją się świę­to­ści

Czło­wiek świę­ty to ktoś, kto cie­szy i fa­scy­nu­je lu­dzi szla­chet­nych, kto nie­po­koi tych, któ­rzy grze­szą i ko­go chcą za­bić lu­dzie pod­li. Tak by­ło na przy­kład ze św. Ja­nem Paw­łem II. Lu­dzie szla­chet­ni przy­jeż­dża­li do nie­go z ca­łe­go świa­ta, że­by cho­ciaż na chwi­lę go zo­ba­czyć. Grzesz­ni­kom przy Pa­pie­żu trzę­sły się rę­ce z nie­po­ko­ju i po­czu­cia wi­ny, a lu­dzie pod­li wy­sła­li płat­ne­go mor­der­cę, że­by go za­strze­lił. Po­dob­nie by­ło z ks. Je­rzym Po­pie­łusz­ką. Lu­dzie uczci­wi wszę­dzie go szu­ka­li, grzesz­ni­cy przy nim się nie­po­ko­ili, a lu­dzie prze­wrot­ni po­rwa­li go i w be­stial­ski spo­sób za­mę­czy­li na śmierć. Naj­więk­szym świę­tym, ja­ki cho­dził po tej Zie­mi, był wcie­lo­ny Syn Bo­ży, Je­zus Chry­stus. On był sa­mą mi­ło­ścią i świę­to­ścią, we wszyst­kim po­dob­ny do nas, oprócz grze­chu. To wła­śnie dla­te­go lu­dzie szla­chet­ni szli za Nim z en­tu­zja­zmem na­wet na pu­sty­nię. Lu­dzie grzesz­ni spusz­cza­li przed Nim gło­wy i bła­ga­li Go o li­tość, a lu­dzie pod­li po­sta­no­wi­li Go za­bić i ska­za­li Go na śmierć krzy­żo­wą.

Wo­bec Je­zu­sa nikt z lu­dzi nie jest w sta­nie przejść obo­jęt­nie. Każ­dy z nas czu­je, że to ktoś wy­jąt­ko­wy i je­dy­ny w ca­łej hi­sto­rii. Tak­że w na­szych cza­sach ci, któ­rzy ko­cha­ją, szcze­rym ser­cem szu­ka­ją Je­zu­sa i ży­ją z Nim w przy­jaź­ni. Ci, któ­rzy grze­szą i chcą się na­wra­cać, przy­cho­dzą do Je­zu­sa za­wsty­dze­ni, wy­zna­ją swo­je wi­ny jak syn mar­no­traw­ny i pro­szą Go o mi­ło­sier­dzie. Na­to­miast ci, któ­rzy nie ko­cha­ją i nie chcą się zmie­niać, pa­trzą na Je­zu­sa z nie­na­wi­ścią, gdyż Je­go ist­nie­nie jest dla nich nie­zno­śnym wy­rzu­tem su­mie­nia. W swo­jej na­iw­no­ści my­ślą, że zło, któ­re czy­nią, nie jest aż tak wiel­kim złem, je­śli so­bie wmó­wią, że Bóg nie ist­nie­je. To wła­śnie dla­te­go tak­że w XXI wie­ku lu­dzie pod­li naj­chęt­niej po raz dru­gi ska­za­li­by Je­zu­sa na śmierć i pil­no­wa­li, że­by już ni­gdy nie wy­szedł z gro­bu. Jed­nym ze spo­so­bów „no­wo­cze­sne­go” ska­zy­wa­nia Je­zu­sa na śmierć jest twier­dze­nie, że On ni­gdy nie ist­niał.

Po­gań­scy hi­sto­ry­cy o Je­zu­sie

Po­wąt­pie­wa­nie w to, czy Je­zus jest po­sta­cią hi­sto­rycz­ną, świad­czy o nie­wie­dzy tych, któ­rzy ta­kie twier­dze­nia wy­po­wia­da­ją. O Je­go ist­nie­niu świad­czą nie tyl­ko Li­sty św. Paw­ła, na­pi­sa­ne 25–30 lat po śmier­ci Je­zu­sa oraz Ewan­ge­lie, któ­re po­wsta­ły kil­ka­dzie­siąt lat po wy­da­rze­niach, któ­re opi­su­ją i któ­rych świad­ka­mi by­ły ty­sią­ce lu­dzi. Rze­czy­wi­ste ist­nie­nie Je­zu­sa po­twier­dza­ją tak­że sta­ro­żyt­ni hi­sto­ry­cy po­gań­scy, któ­rzy by­li Mu nie­życz­li­wi, a w naj­lep­szym przy­pad­ku neu­tral­ni wo­bec Nie­go. Po­pa­trz­my na nie­któ­re z hi­sto­rycz­nych za­pi­sów.

Pierw­szym nie­chrze­ści­jań­skim au­to­rem, któ­ry na­pi­sał o Je­zu­sie, był ży­dow­ski hi­sto­ryk Jó­zef Fla­wiusz. Oko­ło ro­ku 93 po na­ro­dzi­nach Je­zu­sa wy­dał on „Daw­ne dzie­je Izra­ela”. W swo­jej kro­ni­ce pi­sze m.in.: „W tym cza­sie żył Je­zus, czło­wiek mą­dry, je­że­li w ogó­le moż­na go na­zwać czło­wie­kiem. Czy­nił bo­wiem rze­czy nie­zwy­kłe i był na­uczy­cie­lem lu­dzi, któ­rzy z ra­do­ścią przyj­mo­wa­li praw­dę. Po­szło za nim wie­lu Ży­dów, ja­ko też po­gan. On to był Chry­stu­sem. A gdy wsku­tek do­nie­sie­nia naj­zna­ko­mit­szych u nas mę­żów, Pi­łat za­są­dził go na śmierć krzy­żo­wą, je­go daw­ni wy­znaw­cy nie prze­sta­li go mi­ło­wać. Al­bo­wiem trze­cie­go dnia uka­zał im się znów ja­ko ży­wy. I od­tąd, aż po dzień dzi­siej­szy, ist­nie­je spo­łecz­ność chrze­ści­jan, któ­rzy od nie­go otrzy­ma­li tę na­zwę”.

O Je­zu­sie pi­sze też hi­sto­ryk Ta­cyt, któ­ry żył w la­tach 56–120: „Aby zni­we­czyć ha­ła­śli­we wie­ści, Ne­ron pod­su­nął win­nych i na naj­bar­dziej wy­szu­ka­ne ka­ry od­dał tych, któ­rych lud­ność ja­ko znie­na­wi­dzo­nych z po­wo­du ich zbrod­ni na­zy­wa chrze­ści­ja­na­mi. Twór­ca tej na­zwy Chry­stus za rzą­dów Ty­be­riu­sza zo­stał przez pro­ku­ra­to­ra Pon­cju­sza Pi­ła­ta ska­za­ny na śmierć”. Fakt ist­nie­nia Je­zu­sa po­twier­dza­ją in­ni hi­sto­ry­cy sta­ro­żyt­no­ści – Pli­niusz Młod­szy (62–113), Lu­kian z Sa­mo­sa­ty (ok. 125 – 180) i Cel­sus (II w.). Lu­kian na­pi­sał: „Do dziś czczą jak wia­do­mo tam­te­go wiel­kie­go czło­wie­ka, ukrzy­żo­wa­ne­go w Pa­le­sty­nie za to, że wpro­wa­dził mię­dzy lu­dzi te no­we ob­rzę­dy”. O hi­sto­rycz­no­ści Je­zu­sa pi­szą po­nad­to au­to­rzy ży­dow­scy czy­li ra­bi­ni, zwłasz­cza w Tal­mu­dzie Ba­bi­loń­skim.

Współ­cze­śni na­śla­dow­cy He­ro­da

W słyn­nym mu­si­ca­lu „Je­sus Christ Su­per­star” jest sce­na szcze­gól­nie za­pa­da­ją­ca w pa­mięć. Oto Je­zu­sa ska­za­ne­go na śmierć pro­wa­dzą do kró­la He­ro­da, któ­ry mógł­by Go jesz­cze ura­to­wać. He­rod jest czło­wie­kiem nie­mo­ral­nym i pró­bu­je so­bie kpić z Je­zu­sa. W prze­śmiew­czy spo­sób żą­da od Nie­go ja­kie­goś cu­du. W tej sy­tu­acji Je­zus w ogó­le się nie od­zy­wa. He­rod nie wy­trzy­mu­je kon­fron­ta­cji ze spo­ko­jem Je­zu­sa i wy­krzy­ku­je: „get out from my li­fe!” (wy­noś się z mo­je­go ży­cia!).

Na grun­cie na­uki ża­den czło­wiek nie jest w sta­nie za­prze­czyć hi­sto­rycz­ne­mu ist­nie­niu Je­zu­sa. Do­wo­dy na Je­go ist­nie­nie są zbyt oczy­wi­ste. W tej sy­tu­acji nie­któ­rzy pró­bu­ją za­prze­czać te­mu, że Je­zus zmar­twych­wstał i że po­wró­cił do apo­sto­łów. Ta­cy lu­dzie twier­dzą, że Je­zus wpraw­dzie ist­niał i był wręcz naj­bar­dziej szla­chet­nym czło­wie­kiem w hi­sto­rii ludz­ko­ści, ale że nie był Bo­giem. Te­go ty­pu twier­dze­nie jest nie­lo­gicz­ne i sprzecz­ne z oczy­wi­sty­mi fak­ta­mi. Otóż Je­zus wprost mó­wił, że sta­no­wi ze swo­im Oj­cem w Nie­bie jed­no, że dzia­ła w imie­niu Bo­ga i że ma wła­dzę rów­ną Bo­gu. Czy­ni cu­da, wskrze­sza i od­pusz­cza grze­chy. Zo­stał ska­za­ny na śmierć przez An­na­sza i Kaj­fa­sza wła­śnie za to, że uwa­żał sie­bie za Bo­ga. Je­śli ktoś twier­dzi, że Je­zus był naj­bar­dziej szla­chet­nym czło­wie­kiem w hi­sto­rii ludz­ko­ści, a jed­no­cze­śnie twier­dzi, że nie był Bo­giem, to czy­ni z Je­zu­sa kłam­cę lub cho­re­go psy­chicz­nie. A kłam­ca czy ktoś za­bu­rzo­ny nie mo­że być uzna­wa­ny za naj­bar­dziej wy­jąt­ko­we­go czło­wie­ka w ca­łej hi­sto­rii.

Za lub prze­ciw Je­zu­so­wi

Je­zus nie zo­sta­wia nam wy­bo­ru: al­bo za­chwy­ca­my się Je­go mą­dro­ścią i Je­go mi­ło­ścią aż do od­da­nia za nas ży­cia na krzy­żu, al­bo wma­wia­my so­bie, że był to ja­kiś nie­szczę­śnik, któ­ry nie wie­dział, kim jest. Gdy ktoś po­stę­pu­je w spo­sób nie­god­ny czło­wie­ka, to dla „uspo­ko­je­nia” su­mie­nia cho­wa się przed Je­zu­sem i wma­wia so­bie, że On w ogó­le nie ist­niał, że nie był Bo­giem, al­bo że nie jest dla nas waż­ny.

Dwa ty­sią­ce lat te­mu ten Bóg przy­szedł do nas oso­bi­ście, cho­ciaż z gó­ry wie­dział, że źli lu­dzie ska­rzą Go na śmierć. Od­tąd już wie­my, że Bóg nie tyl­ko ist­nie­je, ale że Twój i mój los jest dla Nie­go waż­niej­szy niż Je­go wła­sny los.

Na grun­cie na­uki ża­den czło­wiek nie jest w sta­nie za­prze­czyć hi­sto­rycz­ne­mu ist­nie­niu Je­zu­sa. Do­wo­dy na Je­go ist­nie­nie są zbyt oczy­wi­ste.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.