Drodzy Czytelnicy!


Wiem, ze lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”… od 1995 ro­ku! Na­sza pra­ca ma wiec sens, a my czu­je­my ra­dość, bo ma­my mi­sje! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem. 🙂 Zmie­nia­my się na lep­sze. Bę­dzie­my po­ma­gać Wam w przy­go­to­wa­niach do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. For­mu­le te nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r.

Te­raz bę­dzie­my mięć dwie okład­ki! A to dla­te­go, że każ­dy nu­mer bę­dzie się skła­dał z dwóch czę­ści. W pierw­szej sku­pi­my się na jed­nym kon­kret­nym – i cie­ka­wym – te­ma­cie.

Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­la się z Wa­mi wie­dzą. A Wa­si ró­wie­śni­cy po­dzie­lą się świa­dec­twa­mi. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach. Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne.

W dru­giej czę­ści – tej od dru­giej okład­ki – omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne w owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia lub umac­nia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ja już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać.

Za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, ze ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

W bie­żą­cym nu­me­rze pi­sze­my o po­wo­ła­niu. Dro­ga ży­cia każ­de­go z nas jest… świę­tość. Ma się prze­ja­wiać w na­szej co­dzien­no­ści, m.in. pil­nym od­ra­bia­niu za­dań i nie­ścią­ga­niu na kla­sów­kach. Nie je­ste­śmy jed­nak klo­na­mi.

I ca­łe szczę­ście! Ty i ja ma­my osią­gnąć zba­wie­nie w róż­ny spo­sób. Jed­ni do nie­ba idą w su­tan­nach i ha­bi­tach, in­ni za rę­kę z mał­żon­kiem i z dzieć­mi. Za­da­niem każ­de­go z nas jest od­kryć, ja­ka dro­gę ży­cia wy­brał dla nas Bóg. A póź­niej się jej trzy­mać i sta­rać się ani na chwi­le z niej nie zba­czać. Na­wet na krok. A je­śli tak się sta­nie? Nic strasz­ne­go.

Wy­star­czy się po­pra­wić, wy­spo­wia­dać, po­biec do Je­zu­sa i przy­tu­lić się do Je­go ser­ca, bo On ko­cha nas w każ­dej se­kun­dzie na­sze­go ży­cia. Na­wet gdy grze­szy­my. My mu­si­my na ma­ska do­brze ro­bić to, do cze­go nas On po­wo­łał. Mó­wi o tym ks. Mar­cin Ba­ran.

W czę­ści dla przy­go­to­wu­ją­cych się do Bierz­mo­wa­nia wy­ja­śnia­my, dla­cze­go na­zy­wa się go sa­kra­men­tem doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Dzie­li­my się tez z Wa­mi se­kre­tem – jak od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go szczę­ścia.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Światło dotrze tam, gdzie otworzysz okno

Pierw­sze sko­ja­rze­nia ze sło­wem „bierz­mo­wa­nie” to „sa­kra­ment doj­rza­ło­ści” i „doj­rza­łość chrze­ści­jań­ska”. Ale… jak zmie­rzyć doj­rza­łość? I dla­cze­go nie­któ­rzy przyj­mu­ją bierz­mo­wa­nie ja­ko nie­mow­lę­ta?

Od pierw­szych wie­ków bierz­mo­wa­nie na­stę­po­wa­ło po chrzcie. Jed­nak to „po” wy­glą­da­ło róż­nie. I tak na pew­nych eta­pach udzie­la­no bierz­mo­wa­nia bez­po­śred­nio po chrzcie, jak jest do dzi­siaj choć­by w Ko­ścio­łach Wschod­nich, gdzie bierz­mu­je się nie­mow­lę­ta. Naj­czę­ściej jed­nak do bierz­mo­wa­nia do­pusz­cza­no chrze­ści­jan, któ­rzy swo­ją wia­rę już przez pe­wien czas świa­do­mie i ro­zum­nie prak­ty­ko­wa­li. Ka­te­chizm za­zna­cza, że dzi­siaj do otrzy­ma­nia bierz­mo­wa­nia wy­ma­ga się po pro­stu „wie­ku ro­ze­zna­nia” (KKK 1307), przy czym szcze­gó­ło­we gra­ni­ce wie­ko­we w po­szcze­gól­nych kra­jach usta­la­ją bi­sku­pi. Oni też są sza­fa­rza­mi te­go sa­kra­men­tu. Oczy­wi­ście, bierz­mo­wa­nia w nie­bez­pie­czeń­stwie śmier­ci nie tyl­ko mo­że, ale i po­wi­nien udzie­lić każ­dy ka­płan (por. KKK 1314). Przy za­gro­że­niu ży­cia bierz­mu­je się na­wet ma­leń­kie dzie­ci (por. KKK 1307). No do­brze, zna­my już mniej wię­cej „dol­ną gra­ni­cę” przy­ję­cia te­go sa­kra­men­tu, któ­ra w Pol­sce za­wie­ra się mniej wię­cej w prze­dzia­le 13 – 16 lat. A czy ist­nie­je gra­ni­ca gór­na? Oczy­wi­ście, że nie! Co­raz czę­ściej do bierz­mo­wa­nia zgła­sza­ją się lu­dzie do­ro­śli. I to wca­le nie z przy­mu­su! Chcą po­głę­bić swo­ją wia­rę i przy­jąć peł­nię da­rów Du­cha Świę­te­go. Mi­mo że przez la­ta ze­wnętrz­ny ryt bierz­mo­wa­nia ule­gał mo­dy­fi­ka­cjom, to sa­ma isto­ta za­wsze by­ła nie­zmien­na: cho­dzi tu o udzie­le­nie i po­mno­że­nie w czło­wie­ku da­rów Du­cha! I to jest wła­śnie praw­dzi­wa doj­rza­łość w wie­rze.

fot. www.pixabay.com/FreePhotos

Cze­mu „bierz­mo”?

Bierz­mo­wa­nie to po ła­ci­nie: „con­fir­ma­tio”, co do­słow­nie tłu­ma­czy się ja­ko „po­twier­dze­nie”, „umoc­nie­nie”. To do­brze od­da­je sens te­go sa­kra­men­tu. Cho­dzi bo­wiem o „udo­sko­na­le­nie ła­ski chrztu”, jak uczy nas Ka­te­chizm (KKK 1316). Na­zwa pol­ska po­cho­dzi od sta­ro­pol­skie­go sło­wa „bierz­mo”, któ­re mia­ło dwa zna­cze­nia. Po pierw­sze: „pięt­no”, „zna­mię”. Po dru­gie – do dziś na­zy­wa się „bierz­mem” bel­kę pod­trzy­mu­ją­cą strop. Pol­skie okre­śle­nie jest bo­ga­te zna­cze­nio­wo. Oby­dwa je­go zna­cze­nia po­sze­rza­ją spoj­rze­nie na sens sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wa­nie jak dach – wień­czy otrzy­my­wa­ne przez nas sa­kra­men­ty wta­jem­ni­cze­nia, a jed­no­cze­śnie „wy­ci­ska w du­szy czło­wie­ka du­cho­we zna­mię” (KKK 1317), jak­by „pie­czę­tu­jąc” de­cy­zję o na­le­że­niu do Je­zu­sa.

Czy je­stem go­to­wy?

Sło­wo „doj­rza­łość” mo­że nie­któ­rych tro­chę onie­śmie­lać. Sko­ro mam być bierz­mo­wa­ny – co z tą mo­ją doj­rza­ło­ścią? Weź spo­koj­ny wdech. Zo­bacz, jak ła­god­nie tłu­ma­czy to Ko­ściół: „Je­śli mó­wi się cza­sem o bierz­mo­wa­niu ja­ko o sa­kra­men­cie doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej, to nie na­le­ży my­lić doj­rza­łe­go wie­ku wia­ry z doj­rza­łym wie­kiem roz­wo­ju na­tu­ral­ne­go” (KKK 1308). Już le­piej, praw­da? Bądź spo­koj­ny. Pa­mię­taj, że wiek mło­dzień­czy kie­ru­je się swo­imi pra­wa­mi. Masz pra­wo po­peł­niać błę­dy, a pew­ne swo­je sła­bo­ści do­pie­ro za­czy­nasz po­zna­wać. Trud­no wy­ma­gać od na­sto­lat­ka, by był już ży­cio­wo doj­rza­ły, sko­ro ca­łe ży­cie do­pie­ro przed nim. Cho­dzi tu­taj ra­czej o we­wnętrz­ną go­to­wość, o sil­ne pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia wia­ry. Ko­chasz Je­zu­sa? Chcesz być w peł­ni wy­po­sa­żo­ny w da­ry Du­cha Świę­te­go? Pra­gniesz skoń­czyć ze wsty­dli­wym ukry­wa­niem swo­jej przy­na­leż­no­ści do Ko­ścio­ła? Pięk­nie! Oto wła­śnie jest two­ja doj­rza­łość. Je­steś go­to­wy!

Jak się przy­go­to­wać?

Je­śli chcesz przy­jąć bierz­mo­wa­nie w try­bie „nor­mal­nym”, czy­li ra­zem z ró­wie­śni­ka­mi, w cza­sie wy­zna­czo­nym przez Ko­ściół, to pa­mię­taj, że w przy­go­to­wa­niu nie je­steś zda­ny tyl­ko na sie­bie. To na two­jej pa­ra­fii „spo­czy­wa szcze­gól­na od­po­wie­dzial­ność za przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów do bierz­mo­wa­nia” (KKK 1309). Za­ufaj swo­im ka­pła­nom. Na pew­no po­mo­gą ci od­po­wied­nio przy­go­to­wać ser­ce. Są jed­nak ta­kie ob­sza­ry przy­go­to­wa­nia, któ­rych nikt za cie­bie nie zro­bi. Pa­ra­fia nie wy­rę­czy cię we wszyst­kim. Na­wet naj­lep­szy pro­gram, sam z sie­bie, nie uczy­ni cię świę­tym „z au­to­ma­tu”. Je­śli więc chcesz dać z sie­bie wszyst­ko, by czas przed bierz­mo­wa­niem prze­żyć naj­le­piej, jak to moż­li­we, to naj­pierw… du­żo się módl! Weź przy­kład z Apo­sto­łów! Oni ocze­ki­wa­li swe­go bierz­mo­wa­nia „na mo­dli­twie” (Dz 1, 14). „Bar­dziej in­ten­syw­na mo­dli­twa po­win­na przy­go­to­wać na przy­ję­cie mo­cy i ła­ski Du­cha Świę­te­go” (KKK 1310) – pod­po­wia­da ci Ko­ściół. A mo­że za­czął­byś mo­dlić się Pi­smem Świę­tym? Al­bo cza­sa­mi ad­o­ro­wać Pa­na Je­zu­sa? A mo­że war­to przy­cho­dzić na Mszę pa­rę mi­nut wcze­śniej i po­sie­dzieć w ci­szy z Naj­lep­szym Przy­ja­cie­lem?

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Największy specjalista od szczęścia

Stwo­rze­ni do ra­do­ści

Każ­dy czło­wiek pra­gnie być szczę­śli­wy. Nikt z nas nie chce być osa­mot­nio­ny, za­ła­ma­ny, uza­leż­nio­ny, cho­ry czy w roz­pa­czy. Na­sze pra­gnie­nie szczę­ścia jest aż tak wiel­kie, że aby być nie­szczę­śli­wym, nie trze­ba być nie­szczę­śli­wym. Wy­star­czy, że nie czu­je­my ra­do­ści i już jest nam źle, a ży­cie za­czy­na nam cią­żyć. Ra­dość to je­dy­ny nor­mal­ny spo­sób ist­nie­nia czło­wie­ka. Bóg stwo­rzył nas na swo­je po­do­bień­stwo, a On jest nie tyl­ko mi­ło­ścią i mą­dro­ścią. Jest też ra­do­ścią i po­wo­łu­je nas do niej: „To wam po­wie­dzia­łem, aby ra­dość mo­ja w was by­ła i aby ra­dość wa­sza by­ła peł­na” (J 15, 11). To dla­te­go od dzie­ciń­stwa ma­rzy­my o tym, co nas cie­szy. Przy­naj­mniej w tym jed­nym wszy­scy lu­dzie – tak­że ate­iści – zga­dza­ją się z Bo­giem. On pra­gnie na­sze­go szczę­ścia i my pra­gnie­my te­go sa­me­go. Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wszy­scy są szczę­śli­wi?

fot. www.123rf.com

Nie­szczę­śli­wi od­da­la­ją nas od szczę­ścia

Gdy ktoś z lu­dzi w na­szym oto­cze­niu jest szczę­śli­wy, to cie­szy się z na­sze­go ist­nie­nia i po­ma­ga nam, że­by­śmy i my sta­wa­li się co­raz bar­dziej szczę­śli­wy­mi. Je­śli jed­nak ktoś ży­ją­cy bli­sko nas jest nie­szczę­śli­wy, to ro­bi wszyst­ko – czę­sto nie­świa­do­mie – że­by­śmy i my też by­li ma­ło szczę­śli­wi. Czy­ni tak dla­te­go, że na ra­zie nic in­ne­go nie po­tra­fi. Po dru­gie, czy­ni tak, gdyż by­cie nie­szczę­śli­wym w osa­mot­nie­niu jest nie do znie­sie­nia. To dla­te­go na­sto­la­tek, któ­ry krzyw­dzi sa­me­go sie­bie, bo na przy­kład się­ga po al­ko­hol czy nar­ko­ty­ki, dą­ży do te­go, że­by je­go ko­le­dzy i ko­le­żan­ki po­stę­po­wa­li po­dob­nie jak on. Przy­kła­dem ta­kiej sy­tu­acji jest hi­sto­ria szla­chet­ne­go chło­pa­ka ze Sta­re­go Te­sta­men­tu, któ­ry miał za­zdro­snych bra­ci. To Jó­zef, naj­młod­szy syn Ja­ku­ba (por. Rdz 36). Przez wła­snych bra­ci zo­stał sprze­da­ny do nie­wo­li. Tak­że tam nikt nie zdo­łał prze­szko­dzić mu w by­ciu za­przy­jaź­nio­nym z Bo­giem, szla­chet­nym i szczę­śli­wym. Je­go lo­sy po­twier­dza­ją, że in­ni lu­dzie mo­gą nas skrzyw­dzić, lecz nie ma­ją ta­kiej wła­dzy, by nas uniesz­czę­śli­wić wbrew na­szej wo­li. Je­śli nie krzyw­dzi­my sa­mych sie­bie i je­śli sa­mi nie od­da­la­my się od szczę­ścia, to je­ste­śmy w sta­nie obro­nić się przed ty­mi, któ­rzy pro­po­nu­ją nam dro­gę prze­kleń­stwa i śmier­ci.

Sa­mi dla sie­bie je­ste­śmy za­gro­że­niem

Naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo po­ja­wia się wte­dy, gdy to my sa­mi so­bie prze­szka­dza­my w by­ciu szczę­śli­wy­mi. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ule­ga­my sła­bo­ściom i gdy szu­ka­my szczę­ścia tam, gdzie ono nie ist­nie­je. Tak wła­śnie po­stą­pił syn mar­no­traw­ny z przy­po­wie­ści Je­zu­sa. Wmó­wił so­bie, że bę­dzie szczę­śli­wy w ła­twy spo­sób: bez wy­sił­ku i so­lid­nej pra­cy, bez po­mo­cy Bo­ga i ro­dzi­ców, bez mał­żeń­stwa i ro­dzi­ny, bez re­spek­to­wa­nia De­ka­lo­gu i norm mo­ral­nych. Był bar­dzo„ „no­wo­cze­sny i po­stę­po­wy„. Uwa­żał, że do szczę­ścia wy­star­czą mu pie­nią­dze oj­ca oraz roz­ryw­ko­wy tryb ży­cia: wi­no, dziew­czy­ny i śpiew. Udał się w da­le­ką kra­inę, czy­li da­le­ko od Bo­ga i lu­dzi, któ­rzy go ko­cha­li, da­le­ko od mi­ło­ści i mą­dro­ści. Wy­lą­do­wał w chle­wie, gło­dzie, po­ni­że­niu i osa­mot­nie­niu. Na szczę­ście prze­my­ślał swo­je ży­cie, zro­bił uczci­wy ra­chu­nek su­mie­nia i wró­cił do oj­ca.

Kto nam po­ma­ga w szu­ka­niu szczę­ścia?

Wo­kół nas są nie tyl­ko lu­dzie nie­szczę­śli­wi, któ­rzy chcą nas wcią­gać w nie­szczę­sne spo­so­by po­stę­po­wa­nia. Są też ta­cy, któ­rzy są szczę­śli­wi i któ­rzy na­praw­dę nas ko­cha­ją. Oni nie tyl­ko pra­gną, by­śmy do­świad­cza­li trwa­łej ra­do­ści ist­nie­nia, ale też wie­dzą, gdzie tę ra­dość mo­że­my zna­leźć. To dla­te­go ko­cha­ją­cy ro­dzi­ce, księ­ża i in­ni wy­cho­waw­cy mo­bi­li­zu­ją nas do pra­cy nad wła­snym cha­rak­te­rem i przy­pro­wa­dza­ją nas do Bo­ga. Lu­dzie szczę­śli­wi to ci, któ­rzy już od­kry­li, że ra­dość przy­no­si tyl­ko po­stę­po­wa­nie zgod­ne ze wszyst­ki­mi przy­ka­za­nia­mi De­ka­lo­gu i ucze­nie się wier­nej mi­ło­ści, do któ­rej każ­dy z nas jest zdol­ny, gdyż Bóg nie stwa­rza lu­dzi dru­giej ka­te­go­rii. Z Je­go po­mo­cą wszy­scy je­ste­śmy w sta­nie wier­nie i mą­drze ko­chać – w mał­żeń­stwie, ka­płań­stwie czy ży­ciu kon­se­kro­wa­nym.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Marzenia Boga

O do­brym wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej i o tym, czy bab­cia mo­że nas zmu­sić do zo­sta­nia księ­dzem, z ks. Mar­ci­nem Ba­ra­nem, dy­rek­to­rem Wy­dzia­łu Dusz­pa­ster­stwa Mło­dzie­ży Ku­rii Die­ce­zjal­nej w Tar­no­wie, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Czym jest po­wo­ła­nie czło­wie­ka?

– Jest od­kry­ciem Bo­że­go pla­nu i ma­rze­nia, ja­kie Bóg ma wzglę­dem każ­de­go z nas.

Ja­kie dro­gi ży­cio­we mo­że­my wy­brać?

– Ka­płań­stwo, ży­cie za­kon­ne lub mał­żeń­stwo. Jest jesz­cze po­wo­ła­nie do sa­mot­no­ści (ale nie ży­cia sa­mot­ne­go!), by re­ali­zo­wać ja­kieś dzie­ło na rzecz kon­kret­nych osób. Przy­kła­dem ta­kie­go ży­cia jest dla mnie świec­ka mi­sjo­nar­ka, któ­ra od po­nad dwu­dzie­stu lat pra­cu­je na mi­sjach. Jest ra­do­sna po­mi­mo zmę­cze­nia, bo po­świę­ci­ła się Bo­gu i lu­dziom, któ­rych ko­cha. Ta­kie ży­cie wio­dą też m.in. sa­mot­ne na­uczy­ciel­ki, któ­re po­świę­ca­ją swój czas, że­by wy­cho­wy­wać uczniów i po­ma­gać im w wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej.

Mo­że się zda­rzyć po­wo­ła­nie w po­wo­ła­niu?

– Cza­sa­mi by­wa, że re­ali­zu­jąc jed­no po­wo­ła­nie, od­kry­wa­my dru­gie. Są mał­żeń­stwa i księ­ża, któ­rzy wy­jeż­dża­ją na mi­sje. To no­we pra­gnie­nie, któ­re ro­dzi się w ich ser­cach, nie jest sprzecz­ne z ich głów­nym po­wo­ła­niem.

Je­śli jed­nak star­sza pa­ni prze­sia­du­je ca­ły­mi dnia­mi w ko­ście­le za­pa­trzo­na w Naj­święt­szy Sa­kra­ment, mo­dli się, od­ma­wia ró­ża­niec, a za­nie­dbu­je mę­ża, to wte­dy ma miej­sce po­my­le­nie dróg ży­cia. Mu­si­my być do koń­ca wier­ni te­mu po­wo­ła­niu, któ­re wy­bie­rze­my.

fot. www.123rf.com

Ist­nie­je spo­sób na ro­ze­zna­nie, ja­kie dro­gę ży­cia przy­go­to­wał dla nas Bóg?

– Trze­ba py­tać Go o nią i mo­dlić się co­dzien­nie o jej ro­ze­zna­nie. Od­kry­wać swo­je ta­len­ty i zdol­no­ści oraz wy­słu­chać opi­nii do­ro­słych, któ­rzy nas zna­ją i do któ­rych ma­my za­ufa­nie np. ro­dzi­ców lub dziad­ków. By­wa, że czu­je­my się nie­do­war­to­ścio­wa­ni i ogra­ni­cza­my się do te­go, co ma­my. Bo­imy się zro­bić wię­cej. Uwa­ża­my, że nie stać nas na coś więk­sze­go, lep­sze­go, że się do cze­goś nie na­da­je­my. Przez to nie pró­bu­je­my. Nie ma­rzy­my lub nie re­ali­zu­je­my ma­rzeń. Ma­jąc kil­ka­dzie­siąt lat, na­rze­ka­my, że źle wy­bra­li­śmy, a wte­dy mo­że­my mieć pre­ten­sje tyl­ko do sie­bie, sko­ro ni­gdy wcze­śniej nie py­ta­li­śmy o swo­je po­wo­ła­nie Bo­ga lub py­ta­li­śmy Go za ma­ło.

Naj­waż­niej­szym po­wo­ła­niem jest to do świę­to­ści.

– Tak. Gdy zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni, Bóg we­zwał nas do świę­to­ści. A my wąt­pi­my, czy ją kie­dy­kol­wiek osią­gnie­my lub od­kła­da­my ją na póź­niej. Wszyst­ko przez to, że wi­dzi­my, że je­ste­śmy sła­bi i cią­gle upa­da­my. A gdy­by dzi­siaj Bóg we­zwał mnie do sie­bie, to mu­szę być go­to­wy na py­ta­nie: „Mar­ci­nie, czy ko­chasz mnie bar­dziej niż to, co ro­bisz i to, co spra­wia ci naj­więk­szą przy­jem­ność?” Nie moż­na w jed­nej chwi­li po­ko­chać Bo­ga.

Jak być świę­tym już te­raz?

– Świę­tość to na­sze co­dzien­ne ży­cie. Ma­my się cie­szyć tym, co ro­bi­my. Nie mu­si­my ro­bić nad­zwy­czaj­nych rze­czy. Wy­star­czy, że ro­bi­my jak naj­le­piej umie­my to, do cze­go nas Pan Bóg we­zwał. Moż­na być świę­tym uczniem – pil­nym, su­mien­nym, nie od­kła­da­ją­cym na­uki na ostat­nią chwi­lę i nie ścią­ga­ją­cym na kart­ków­kach. Moż­na być wspa­nia­łym ta­tą, któ­ry choć nie pra­cu­je w wiel­kiej fir­mie i nie jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie, to wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę naj­le­piej, jak po­tra­fi, ko­cha ro­dzi­nę i spę­dza z nią du­żo cza­su. Mu­si­my się sta­rać re­ali­zo­wać na­sze po­wo­ła­nie na mak­sa i czę­sto ro­bić ra­chu­nek su­mie­nia z te­go, jak je wy­peł­nia­my.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.