Drodzy Czytelnicy!


Za­wsze w dniu, w któ­rym od­da­je do dru­ku ko­lej­ny nu­mer „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia” pod­no­si mi się po­ziom ad­re­na­li­ny. Nie jest mi po­trzeb­na ka­wa, by się po­bu­dzić. Chce, że­by wszyst­ko by­ło do­pię­te na ostat­ni gu­zik. Nie chce ni­cze­go prze­oczyć. Po raz ostat­ni czy­tam ca­ły nu­mer, że­by wy­ła­pać li­te­rów­ki, któ­re wcze­śniej mi umknę­ły. Przez ca­ły dzień. to­wa­rzy­szy mi stres.

W tym nu­me­rze roz­kła­da­my stres na czyn­ni­ki pierw­sze. Pi­sze­my, skąd się bie­rze i pod­po­wia­da­my, jak go unik­nąć. Chce­cie mieć lep­sze oce­ny? Z pew­no­ścią: ) Jak je zdo­by­wać? – wy­ja­śni dr Klau­dia Mar­ty­now­ska. Pi­sze­my też o do­brym od­po­czyn­ku. Jest on bar­dzo waż­ny, je­śli chce się mniej stre­so­wać.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych prze­czy­ta­cie, dla­cze­go za­le­ca się, że­by w cza­sie Bierz­mo­wa­nia zo­sta­wić imię, któ­re otrzy­ma­li­śmy przy Chrzcie św. Do­wie­cie się, jak zo­stać rycerzem/rycerka Bo­ga i po­zna­cie chło­pa­ka, któ­ry stwo­rzył apli­ka­cje, któ­ra po­ma­ga w przy­go­to­wa­niu się do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Spotkać Miłość

Gdy mia­łem sie­dem lat, od­kry­łem, że ma­ma cho­dzi­ła co­dzien­nie na Eu­cha­ry­stię. Wy­cho­dzi­ła o 5.30 i szła pie­szo dwa ki­lo­me­try do ko­ścio­ła, że­by za­osz­czę­dzić na au­to­bu­sie. W tam­tych cza­sach li­czył się każ­dy grosz. Po­pro­si­łem ją, by nie cho­dzi­ła co­dzien­nie do ko­ścio­ła, bo wte­dy mo­że dłu­żej spać i bę­dzie mia­ła wię­cej sił. Ma­ma uśmiech­nę­ła się i od­po­wie­dzia­ła: „Mam si­łę wła­śnie dla­te­go, że co­dzien­nie spo­ty­kam się z Je­zu­sem i no­szę Go w ser­cu”.

fot. pixabay.com – he­bi­moh

 Wy­obraź­my so­bie, że któ­re­goś dnia przy wyj­ściu ze szko­ły pięt­na­sto­let­ni chło­pak pro­po­nu­je swo­jej ko­le­żan­ce z kla­sy, że od­pro­wa­dzi ją do do­mu. Lu­bią ze so­bą roz­ma­wiać, więc ona chęt­nie się zga­dza. Gdy są już bli­sko jej do­mu, chło­pak wi­dzi, że prze­jeż­dża­ją­cy wła­śnie obok nich sa­mo­chód wjeż­dża na chod­nik pro­sto w dziew­czy­nę. Rzu­ca się w jej kie­run­ku, że­by uchro­nić ją przed ude­rze­niem au­ta. Uda­je mu się, ale sam zo­sta­je po­waż­nie ran­ny. Dziew­czy­na jest wzru­szo­na do łez tym, że chło­pak za­ry­zy­ko­wał dla niej ży­cie. Bę­dzie co­dzien­nie – wzru­szo­na i wdzięcz­na za je­go po­świę­ce­nie – od­wie­dzać go w szpi­ta­lu, a póź­niej w do­mu. Śla­dy ran na je­go cie­le bę­dą jej cią­gle przy­po­mi­na­ły, jak waż­na jest dla te­go chło­pa­ka i jak on stał się waż­ny dla niej. Każ­da wi­zy­ta u ran­ne­go ko­le­gi bę­dzie jej do­da­wa­ła sił, że­by mą­drze po­stę­po­wać i ko­rzy­stać z da­ru ist­nie­nia, sko­ro ktoś za­ry­zy­ko­wał ży­cie, że­by ona mo­gła żyć.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Nowe życie – nowy ja!

Abra­mo­wi Bóg zmie­nił imię na Abra­ham, Ja­kub zo­stał Izra­elem, Szy­mon Pio­trem, a Sza­weł stał się Paw­łem. A ty kim zo­sta­niesz?

fot. pixabay.com – Fo­to­rech

Zmia­na imie­nia w tra­dy­cji chrze­ści­jań­skiej jest obec­na od wie­ków. W świe­cie po­gań­skim gdy ktoś przyj­mo­wał chrzest i sta­wał się chrze­ści­ja­ni­nem, zmie­niał rów­nież swo­je imię. Każ­dy no­wo wy­bra­ny pa­pież wy­bie­ra so­bie no­we imię. Po­dob­nie za­kon­ni­cy i za­kon­ni­ce przy skła­da­niu ślu­bów wie­czy­stych.

Imię, czy­li po­wo­ła­nie

No­we imię ozna­cza no­we­go czło­wie­ka. Każ­da z po­wyż­szych sy­tu­acji wią­że się z waż­ną zmia­ną w ży­ciu, no­wym po­wo­ła­niem, do któ­re­go wzy­wał Bóg. Przy chrzcie do­ro­słe­go no­we imię ozna­cza zu­peł­nie no­we­go czło­wie­ka, za­nu­rzo­ne­go w Chry­stu­sie. Jest to zmia­na, któ­ra do­ko­nu­je się w głę­bi ser­ca, a jej zna­kiem jest wła­śnie zmia­na imie­nia. W świe­cie bi­blij­nym imię zwy­kle ma ja­kieś głęb­sze zna­cze­nie, ko­ja­rzy się z kon­kret­nym za­da­niem, do któ­re­go wzy­wa Bóg. Piotr, czy­li opo­ka, miał stać się ska­łą i opar­ciem dla ca­łe­go Ko­ścio­ła. Abra­ham stał się oj­cem wie­lu na­ro­dów. Wy­bór imie­nia za­tem nie mo­że być czymś przy­pad­ko­wym, wią­że się bo­wiem z no­wym wy­zwa­niem; dro­gą, któ­rą dla czło­wie­ka wy­bie­ra Bóg.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Postaw dobrze żagle

Z dr Klau­dią Mar­ty­now­ską, psy­cho­lo­giem, o stre­sie i ma­lo­wa­niu kred­ka­mi wy­obraź­ni roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

fot. pixabay.com – na­stya gepp

Czym jest stres?

- Stres jest re­ak­cją na­sze­go or­ga­ni­zmu na sy­tu­acje, któ­rych do­świad­cza­my w ży­ciu. Kie­dy się stre­su­je­my, nasz or­ga­nizm my­śli, że sy­tu­acja jest za­gro­że­niem i au­to­ma­tycz­nie uru­cha­mia me­cha­nizm: „wal­ka al­bo uciecz­ka”. Naj­ła­twiej jest to zro­zu­mieć, prze­no­sząc się do świa­ta zwie­rząt. Kie­dy dra­pież­ca zbli­ża się do ofia­ry, np. lew do an­ty­lo­py, wów­czas or­ga­nizm an­ty­lo­py mo­bi­li­zu­je si­ły do uciecz­ki lub do wal­ki. Jej mózg wy­dzie­la „do­dat­ko­we pa­li­wo” w po­sta­ci hor­mo­nów, np. ad­re­na­li­nę, któ­ra przy­spie­sza bi­cie ser­ca i do­star­cza wię­cej tle­nu do mię­śni. Dzię­ki te­mu an­ty­lo­pa szyb­ko za­bie­ra się do uciecz­ki.

A jak to jest u lu­dzi?

- Gdy się stre­su­je­my, czę­sto od­czu­wa­my przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Na­sze cia­ło po­ci się, nie­któ­rzy z nas ob­le­wa­ją się ru­mień­cem, a in­ni „za­mie­ra­ją”. Ta ostat­nia re­ak­cja na­sze­go or­ga­ni­zmu czę­sto to­wa­rzy­szy uczniom pod­czas ust­nej od­po­wie­dzi, kie­dy oka­zu­je się, że nie pa­mię­ta­ją ma­te­ria­łu, któ­re­go uczy­li się dzień wcze­śniej lub nie są w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Idę uli­cą i wi­dzę lu­dzi ze smart­fo­na­mi w dło­niach. Scrol­lu­ją, pi­szą SMS-y, roz­ma­wia­ją, twe­etu­ją, laj­ku­ją i udo­stęp­nia­ją mnó­stwo rze­czy o tym, co ro­bią. Nie­raz się po­tkną, bo nie za­uwa­żą krzy­wej pły­ty chod­ni­ko­wej, nie­raz w ostat­niej chwi­li za­trzy­ma­ją się na czer­wo­nym świe­tle. Naj­smut­niej­sze jest jed­nak to, że z no­sa­mi w smart­fo­nach prze­ga­pia­ją to, co naj­waż­niej­sze. Dru­gie­go czło­wie­ka. Czy to znak cza­su?

Tech­no­lo­gia nie jest ani do­bra, ani zła. Do­bry lub zły mo­że być spo­sób, w ja­ki z niej ko­rzy­sta­my. Za­pra­szam Was w po­dróż do świa­ta tech­no­lo­gii, bez któ­rej nie wy­obra­ża­my so­bie ży­cia i do od­kry­cia, że waż­niej­szy jest uśmiech w re­alu od laj­ka na Fej­sie.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych znaj­dzie­cie tekst ks. To­ma­sza Pod­lew­skie­go o Du­chu Świę­tym. Do­wie­cie się, czy każ­dy z nas do­stał od Nie­go ja­kiś cha­ry­zmat. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o chrzcie, któ­ry po­rów­nu­je do szcze­pion­ki Mi­ło­ści, a od­waż­ny świa­dek wia­ry, Ja­kub Maj­chrzak, dzie­li się swo­im świa­dec­twem. Wy­obraź­cie so­bie, jak cho­dzi po uli­cach Po­zna­nia i opo­wia­da prze­chod­niom o Bo­gu.

Ten nu­mer jest wy­jąt­ko­wy, po­nie­waż Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki przed­sta­wia w nim co­dzien­ność lu­dzi miesz­ka­ją­cych na tym kon­ty­nen­cie. To, co my uzna­je­my za oczy­wi­stość – bie­żą­ca wo­da, ka­na­li­za­cja, ze­szy­ty do szko­ły, dla na­szych ró­wie­śni­ków jest luk­su­sem. Prze­czy­taj­cie, jak mo­że­my po­móc na­szym afry­kań­skim sio­strom i bra­ciom.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szczepionka Miłości

Sa­kra­men­ty to szcze­gól­na po­moc Bo­ga. Bo­ga, któ­ry ko­cha czło­wie­ka i pra­gnie, by każ­dy w ra­do­sny i bło­go­sła­wio­ny spo­sób żył tu i te­raz, a nie do­pie­ro kie­dyś po śmier­ci do­cze­snej w Nie­bie. Owoc­ne ko­rzy­sta­nie z po­mo­cy te­go sa­kra­men­tu po­mo­cy za­le­ży od te­go, czy doj­rza­le ro­zu­mie­my to, cze­go Bóg w nim do­ko­nu­je. Oraz od te­go, w ja­ki spo­sób po­win­ni­śmy od­po­wie­dzieć na otrzy­ma­ne od Nie­go da­ry.

Zwy­kle mó­wi­my, że sa­kra­ment chrztu gła­dzi grzech pier­wo­rod­ny. Ta­kie stwier­dze­nie mo­że wpro­wa­dzać w błąd, su­ge­ru­jąc, że ko­lej­ne po­ko­le­nia lu­dzi są od­po­wie­dzial­ne za grze­chy po­przed­ni­ków. Bóg ni­ko­mu z nas nie przy­pi­su­je grze­chów, któ­re po­peł­nił ktoś in­ny. Grzech ani wi­na się nie dzie­dzi­czą. Grzech pier­wo­rod­ny to grzech Ada­ma i Ewy. Ob­cią­ża su­mie­nia wy­łącz­nie tych pierw­szych lu­dzi. My po­no­si­my na­to­miast skut­ki ich pierw­sze­go grze­chu. Po­no­si­my też skut­ki grze­chów lu­dzi z ko­lej­nych po­ko­leń. Gdy ktoś, kto ma bez­po­śred­ni wpływ na na­sze ży­cie, nie słu­cha Bo­ga i czy­ni zło, to za­da­je nam nie­za­wi­nio­ne przez nas cier­pie­nie. By­wa ono cza­sem bo­le­sne. Dzie­je się tak na przy­kład wte­dy, gdy ktoś z na­szych ro­dzi­ców prze­sta­je ko­chać, al­bo gdy po­pa­da w ja­kieś uza­leż­nie­nie. Po­dob­nie za­czy­na­my cier­pieć wte­dy, gdy ktoś z na­szych ró­wie­śni­ków, któ­rych trak­to­wa­li­śmy jak przy­ja­ciół, za­czy­na nas krzyw­dzić.

fot. pixabay.com
- ge­ralt

Skut­ki

Bóg nie tyl­ko nas ko­cha, ale też we wszyst­kim ro­zu­mie. On wie, że to, co czy­nią lu­dzie wo­kół nas, wpły­wa na na­szą sy­tu­ację ży­cio­wą. Gdy in­ni czy­nią coś złe­go, to kom­pli­ku­ją na­sze ży­cie. To jest nie­spra­wie­dli­we. Nie jest to jed­nak wi­na Bo­ga, gdyż ra­nią nas je­dy­nie ci lu­dzie, któ­rzy Bo­ga nie słu­cha­ją. Z ko­lei ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z De­ka­lo­giem, od­no­szą się do nas z mi­ło­ścią, cier­pli­wo­ścią, de­li­kat­no­ścią. Ta­cy lu­dzie – bez na­szej za­słu­gi – spra­wia­ją, że ła­twiej jest nam żyć.

Dzie­ci ro­dzi­ców i Bo­ga

Co w ta­kim ra­zie do­ko­nu­je się w sa­kra­men­cie chrztu? Chrzest ma po­dwój­ne zna­cze­nie. Po pierw­sze, w cza­sie chrztu Bóg przy­po­mi­na na­szym ro­dzi­com o tym, że je­ste­śmy nie tyl­ko ich dzieć­mi, lecz tak­że – i przede wszyst­kim – dzieć­mi sa­me­go Bo­ga. Stwór­ca przy­po­mi­na ro­dzi­com i ro­dzi­com chrzest­nym, że je­ste­śmy Je­go uko­cha­ny­mi sy­na­mi i cór­ka­mi. Oraz że On oso­bi­ście trosz­czy się o każ­de­go z nas jak naj­lep­sza ma­ma i naj­lep­szy ta­ta jed­no­cze­śnie. Je­zus szcze­gól­nie czu­le oka­zy­wał mi­łość wła­śnie dzie­ciom. Brał je w ra­mio­na i bło­go­sła­wił, a do­ro­słym przy­po­mi­nał o wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści za oka­zy­wa­nie mi­ło­ści i re­li­gij­ne wy­cho­wa­nie po­tom­stwa. Nie­zwy­kle ostro prze­strze­gał tych, któ­rzy krzyw­dzą i gor­szą nie­let­nich. Chrzest mo­bi­li­zu­je ro­dzi­ców do ofiar­nej i czu­łej tro­ski. Ta­ka tro­ska z ich stro­ny po­ma­ga nam w dzie­ciń­stwie ra­dzić so­bie z kon­se­kwen­cja­mi grze­chu pier­wo­rod­ne­go, czy­li z fak­tem, że ła­twiej przy­cho­dzi nam czy­nić zło, któ­re­go nie chce­my niż do­bro, któ­re­go pra­gnie­my.

Mi­łość chro­ni

Dru­gi wy­miar chrztu to bez­po­śred­nia po­moc Bo­ga dla dziec­ka, któ­re otrzy­mu­je ten sa­kra­ment. Ten dru­gi wy­miar moż­na na­zwać szcze­pion­ką Bo­żej mi­ło­ści. Bóg bie­rze z mi­ło­ścią ochrzczo­ne dziec­ko i przy­tu­la je do swe­go ser­ca. Od­tąd ni­gdy nas nie opu­ści. Bę­dzie nas kar­mił bli­sko­ścią, mi­ło­ścią, mą­dro­ścią, czu­ło­ścią, a tak­że swo­im prze­ba­cze­niem przez ca­łe na­sze ży­cie do­cze­sne. Szcze­pion­ka me­dycz­na dzia­ła tak­że wte­dy, gdy nie zda­je­my so­bie z te­go spra­wy. Tym bar­dziej nie­za­wod­nie dzia­ła szcze­pion­ka Bo­żej mi­ło­ści. Ba­da­nia po­twier­dza­ją, że nie­mow­lę­ta, któ­rym ro­dzi­ce oka­zu­ją szcze­gól­nie czu­łą mi­łość, roz­wi­ja­ją się le­piej fi­zycz­nie i są bar­dziej od­por­ne na cho­ro­by, mi­mo że prze­cież nie są jesz­cze świa­do­me te­go, jak bar­dzo są ko­cha­ne. Mi­łość nas chro­ni i umac­nia od po­czę­cia, nie­za­leż­nie od te­go, na ile w da­nej fa­zie ży­cia je­ste­śmy te­go świa­do­mi.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Bierzmowanie – jak to ogarnąć?

Są ta­kie Msze, któ­re nie przy­sta­ją do tych nie­dziel­nych. Nie trze­ba być or­łem li­tur­gii, aby z grub­sza stwier­dzić, że Msza ślub­na róż­ni się nie­co od chrzciel­nej, a wiel­ka­noc­na od po­grze­bo­wej. Tak­że Msza z udzie­le­niem sa­kra­men­tu bierz­mo­wa­nia jest nie­co bo­gat­sza od ty­po­wej. Ja­kie to róż­ni­ce? Ile ich jest? I jak się w nich od­na­leźć?

Po­czą­tek za­sad­ni­czo jest ten sam. No­wo­ścią jest tyl­ko po­wi­ta­nie księ­dza bi­sku­pa. Wy­pa­da, aby tekst po­wi­ta­nia wy­gła­sza­ny był przez pro­bosz­cza, ro­dzi­ców, bądź sa­mych kan­dy­da­tów. Ma­ła wska­zów­ka dla tych, któ­rzy wi­ta­ją sza­fa­rza sa­kra­men­tu – w po­wi­ta­niach bi­sku­pa ra­czej uni­ka się na­zy­wa­nia go „go­ściem”. Bi­skup jest bo­wiem pierw­szym go­spo­da­rzem każ­dej pa­ra­fii na te­re­nie je­go die­ce­zji. Pro­boszcz „rzą­dzi” w tym miej­scu dla­te­go, że to wła­śnie bi­skup po­dzie­lił się z nim swo­ją dusz­pa­ster­ską wła­dzą. Po po­wi­ta­niu Msza świę­ta aż do koń­ca Ewan­ge­lii prze­bie­ga tak, jak za­wsze: akt po­ku­ty (przy bierz­mo­wa­niu jest to naj­czę­ściej po­kro­pie­nie wo­dą świę­co­ną), hymn Chwa­ła na wy­so­ko­ści Bo­gu, ko­lek­ta (mo­dli­twa od­ma­wia­na przez ce­le­bran­sa) i czy­ta­nia z psal­mem. Ale uwa­ga! Po od­czy­ta­niu Ewan­ge­lii nie sia­daj jesz­cze na ka­za­nie!

fot. 123rf.com

 

Czy ty w ogó­le wiesz?

W chwi­li, w któ­rej od­ru­cho­wo sia­dasz, na­stę­pu­je waż­ny dia­log. Ka­płan w imie­niu kan­dy­da­tów pro­si bi­sku­pa o udzie­le­nie im sa­kra­men­tu. Bi­skup py­ta: „Czy mło­dzież ta wie, jak wiel­ki dar otrzy­mu­je w tym sa­kra­men­cie i czy przy­go­to­wa­ła się na­le­ży­cie do je­go przy­ję­cia?”. Ka­płan za­pew­nia bi­sku­pa, że kan­dy­da­ci są od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ni oraz wy­spo­wia­da­ni. Wte­dy sza­farz zwra­ca się już bez­po­śred­nio do ocze­ku­ją­cych na bierz­mo­wa­nie z proś­bą: „Dro­ga mło­dzie­ży, po­wiedz­cie przed zgro­ma­dzo­nym tu Ko­ścio­łem, ja­kich łask ocze­ku­je­cie od Bo­ga w tym sa­kra­men­cie?”. Te­raz masz swo­je „pięć mi­nut”. Na ca­łym świe­cie, każ­dy bez wy­jąt­ku kan­dy­dat do bierz­mo­wa­nia od­po­wia­da bi­sku­po­wi tak: „Pra­gnie­my, aby Duch Świę­ty, któ­re­go otrzy­ma­my, umoc­nił nas do męż­ne­go wy­zna­wa­nia wia­ry i do po­stę­po­wa­nia we­dług jej za­sad”.

Czy wie­rzysz?

Po tym dia­lo­gu mo­żesz usiąść. Na­stę­pu­je ka­za­nie. Wy­zna­nie wia­ry, któ­re­go się te­raz słusz­nie spo­dzie­wasz, oczy­wi­ście się od­bę­dzie, ale na­stą­pi w nie­co in­nej, uro­czyst­szej for­mie. Do­kład­nie tak jak pod­czas chrztu od­bę­dzie się przez dia­log. Gdy bi­skup za­py­ta, „Czy wy­rze­kasz się…”, ty świa­do­mie od­po­wiedz: „Wy­rze­kam się”. Na py­ta­nia roz­po­czy­na­ją­ce się od słów: „Czy wie­rzysz”, świa­do­mie od­po­wiedz: „Wie­rzę”, sku­pia­jąc się na ko­lej­nych praw­dach, któ­re wy­zna­jesz. Po­tem roz­po­czy­na się wła­ści­wa li­tur­gia sa­kra­men­tu, czy­li mo­ment kul­mi­na­cyj­ny. Naj­pierw bi­skup od­mó­wi mo­dli­twę nad kan­dy­da­ta­mi. Póź­niej na­stę­pu­je chwi­la, na któ­rą naj­bar­dziej wszy­scy cze­ka­ją…

Świa­dek, nie widz!

O ile wstęp­ne dia­lo­gi, wy­zna­nie wia­ry i mo­dli­twę bi­sku­pa kan­dy­da­ci prze­ży­wa­ją ra­zem, o ty­le wła­ści­wą chwi­lę bierz­mo­wa­nia każ­dy prze­ży­wa in­dy­wi­du­al­nie. Są tu moż­li­we dwie opcje. W za­leż­no­ści od ilo­ści osób oraz wiel­ko­ści świą­ty­ni – al­bo bi­skup bierz­mu­je mło­dzież, prze­cho­dząc przez szpa­ler kan­dy­da­tów i ich świad­ków, al­bo to oni pod­cho­dzą ko­lej­no do księ­dza bi­sku­pa. (Na pew­no bę­dzie­cie to ćwi­czyć ze swo­im księ­dzem co naj­mniej kil­ka­krot­nie.) Gdy sta­niesz z bi­sku­pem twa­rzą w twarz, naj­pierw twój świa­dek po­ło­ży pra­wą dłoń na two­im pra­wym ra­mie­niu. Uwa­ga! W tym mo­men­cie twój świa­dek peł­ni zu­peł­nie in­ną ro­lę niż świa­dek w spra­wie są­do­wej. O ile w są­dzie „świa­dek” ozna­cza czło­wie­ka, po­twier­dza­ją­ce­go fak­ty, o ty­le tu­taj oso­bę, któ­ra swo­ją obec­no­ścią za­świad­cza przed bi­sku­pem, że za­słu­gu­jesz na bierz­mo­wa­nie.

Przyj­mij

Sa­mo bierz­mo­wa­nie rów­nież od­by­wa się przy dia­lo­gu. W tej chwi­li bi­skup zwró­ci się do cie­bie w dwóch imio­nach. We­zwie cię pierw­szym imie­niem z chrztu oraz imie­niem pa­tro­na, ja­kie­go wy­bra­łeś so­bie na bierz­mo­wa­nie. Skąd bę­dzie znał te imio­na? Moż­li­wo­ści są dwie – al­bo ty sam mu je naj­pierw po­wiesz, al­bo – co wy­god­niej­sze – ksiądz sto­ją­cy obok bi­sku­pa od­bie­rze od cie­bie kar­tecz­kę z two­imi imio­na­mi i po­da je bi­sku­po­wi. W prak­ty­ce dia­log ten wy­glą­da na­stę­pu­ją­co (imio­na są przy­pad­ko­we): „Klau­dio Mag­da­le­no, przyj­mij zna­mię da­ru Du­cha Świę­te­go”. Od­po­wia­dasz: „Amen”. Na ko­niec bi­skup po­zdra­wia cię, mó­wiąc: „Po­kój z to­bą”, a ty od­po­wia­dasz: „I z du­chem two­im”. Jed­no­cze­śnie do­ko­nu­je się two­je na­masz­cze­nie. Po­sta­raj się sku­pić. Pa­mię­taj, że za­wsze, gdy w li­tur­gii uży­wa się świę­te­go ole­ju, Ko­ściół przy­zy­wa szcze­gól­nej obec­no­ści Du­cha Świę­te­go. Bi­skup pal­cem, za­nu­rzo­nym uprzed­nio w Świę­tym Krzyż­mie, na­kre­śli na two­im czo­le znak krzy­ża, po­dob­nie jak mia­ło to miej­sce w cza­sie chrztu. Nic dziw­ne­go – bierz­mo­wa­nie to prze­cież do­peł­nie­nie pierw­sze­go sa­kra­men­tu. W cza­sie na­masz­cze­nia po­zo­sta­łe pal­ce oraz dru­ga dłoń bi­sku­pa spo­czną na two­jej gło­wie. Jest to tzw. po­dwój­ny gest: na­masz­cze­nie i na­ło­że­nie dło­ni w jed­nym cza­sie. Przez na­masz­cze­nie spły­wa na cie­bie ła­ska Bo­ża. Przez na­ło­że­nie dło­ni bi­sku­pa zstę­pu­je Duch Świę­ty, któ­re­go obec­ność sza­farz po­twier­dza sło­wa­mi, przy two­jej zgo­dzie, wy­ra­żo­nej w sło­wie: „Amen”.

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Egzamin na smartfona?

Ła­two za­po­mi­na­my o tym, jak bar­dzo po­tęż­nym na­rzę­dziem jest smart­fon, bo je­go ob­słu­ga jest in­tu­icyj­na. Na­wet trzy­lat­ki bły­ska­wicz­nie opa­no­wu­ją ro­bie­nie i prze­glą­da­nie zdjęć, oglą­da­nie ba­jek i gry. Dla­te­go nie zwra­ca­my uwa­gi na to, że smart­fon za­miast być po pro­stu uży­tecz­nym na­rzę­dziem, mo­że stać się tak waż­ną czę­ścią ży­cia, że bez nie­go sta­je­my się bez­rad­ni.

Czy wiesz, że kie­dyś lu­dzie prze­cho­wy­wa­li w pa­mię­ci dzie­siąt­ki nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych? Dziś część lu­dzi nie pa­mię­ta na­wet wła­sne­go nu­me­ru, tak bar­dzo po­le­ga­my na pa­mię­ci te­le­fo­nu. W ba­da­niach na­uko­wych wy­ka­za­no, że użyt­kow­ni­cy smart­fo­nów tra­cą zdol­ność za­pa­mię­ty­wa­nia nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych!

Wza­jem­na wkręt­ka

Jak bar­dzo je­ste­śmy uza­leż­nie­ni od smart­fo­nów ujaw­nia się w chwi­li, gdy tra­ci­my do nich do­stęp. Gdy smart­fon roz­ła­do­wu­je się, lub gdy trze­ba go zo­sta­wić, na­wet na kil­ka go­dzin, wie­le osób prze­ży­wa au­ten­tycz­ną pa­ni­kę, a jesz­cze wię­cej lu­dzi – sil­ny nie­po­kój. Zja­wi­sko to do­ro­bi­ło się na­wet wła­snej na­zwy – FOMO – fe­ar of mis­sing out, in­ny­mi sło­wy – lęk przed tym, że coś nas omi­nie i wy­pad­nie­my z by­cia na bie­żą­co. Lu­dzie do­świad­cza­ją­cy FOMO, nie­ste­ty, na­wza­jem pod­sy­ca­ją swój nie­po­kój. Być mo­że zda­rzy­ło ci się, że nie od­po­wie­dzia­łeś od ra­zu na po­wia­do­mie­nie, wia­do­mość czy SMS-a i nadaw­ca zru­gał cię, uzna­jąc to za ob­jaw lek­ce­wa­że­nia. A mo­że chcia­łeś spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, lecz po­nie­waż nie śle­dzi­łeś co chwi­la wy­mia­ny zdań na mes­sen­ge­rze, zmie­ni­li w ostat­niej chwi­li miej­sce spo­tka­nia i zo­sta­łeś na lo­dzie?

fot. 123rf.com

Łap­ka w dół

Kie­dyś pew­na przy­kle­jo­na na sta­łe do ekra­nu trzy­na­sto­lat­ka oświad­czy­ła, że to nie uza­leż­nie­nie, lecz styl ży­cia. Pół go­dzi­ny póź­niej łka­ła gorz­ko, bo kil­ka osób na jej sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ne sel­fie za­re­ago­wa­ło łap­ką w dół. Dzię­ku­ję za styl ży­cia, w któ­rym pła­czesz przez to, że nie­zna­nym lu­dziom z in­ter­ne­tu nie po­do­ba się two­je zdję­cie. Przy­znaj­my – to sztu­ka na­uczyć się tak ko­rzy­stać ze smart­fo­nu, że­by był uży­tecz­nym na­rzę­dziem, a nie de­spo­tycz­nym wład­cą, wpra­wia­ją­cym w nie­po­kój każ­dym swym ge­stem (po­wia­do­mie­niem).

Ni­by oczy­wi­ste?

Za­uwa­ży­li­ście, że po­dob­nie jak sa­mo­chód da­je nam wła­dzę uda­nia się gdzie­kol­wiek na świe­cie w do­wol­nym mo­men­cie, tak sa­mo smart­fon da­je wła­dzę ko­mu­ni­ko­wa­nia się w każ­dym mo­men­cie z ca­łym świa­tem? Jest pew­na róż­ni­ca. Aby wsiąść za kół­ko, trze­ba zdać eg­za­min na pra­wo jaz­dy. I nie cho­dzi tu tyl­ko o umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du, ale też o za­sa­dy ru­chu dro­go­we­go, tak by nie po­za­bi­jać sie­bie i in­nych. Przy smart­fo­nie wszy­scy wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że je­śli opa­no­wa­li­śmy war­stwę „tech­nicz­ną”, to już wszyst­ko wie­my.

Ty­le, że to nie­praw­da. Co­dzien­nie sły­szę hi­sto­rie lu­dzi, któ­rzy na­ro­bi­li strasz­nych głu­pot i nie­bez­piecz­nych rze­czy za po­mo­cą smart­fo­nu. Ktoś za­in­sta­lo­wał nie­bez­piecz­ną apli­ka­cję, któ­ra za­czę­ła po­bie­rać opła­ty z kar­ty kre­dy­to­wej ro­dzi­ców. Ktoś in­ny wy­słał ko­muś zdję­cie, któ­re po­tem zo­sta­ło upu­blicz­nio­ne w ce­lu ośmie­sze­nia nadaw­cy. Jesz­cze ktoś in­ny uza­leż­nił się od pew­nej gry do te­go stop­nia, że wciąż pro­wa­dzi roz­gryw­ki, na­wet po no­cy, wsku­tek cze­go co dzień wle­cze się pół­przy­tom­ny po szko­le i do­mu… To tyl­ko przy­kła­dy – na pew­no znasz ko­goś, kto wpadł w ta­ra­pa­ty, bo na­ro­bił głu­pot z po­mo­cą smart­fo­nu lub wy­da­je się znie­wo­lo­ny przez swój smart­fon, za­wsze bę­dąc na je­go smy­czy.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log
re­dak­tor por­ta­lu dla mło­dzie­ży pytam.edu.pl

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Wiem, ze lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”… od 1995 ro­ku! Na­sza pra­ca ma wiec sens, a my czu­je­my ra­dość, bo ma­my mi­sje! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem. 🙂 Zmie­nia­my się na lep­sze. Bę­dzie­my po­ma­gać Wam w przy­go­to­wa­niach do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. For­mu­le te nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r.

Te­raz bę­dzie­my mięć dwie okład­ki! A to dla­te­go, że każ­dy nu­mer bę­dzie się skła­dał z dwóch czę­ści. W pierw­szej sku­pi­my się na jed­nym kon­kret­nym – i cie­ka­wym – te­ma­cie.

Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­la się z Wa­mi wie­dzą. A Wa­si ró­wie­śni­cy po­dzie­lą się świa­dec­twa­mi. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach. Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne.

W dru­giej czę­ści – tej od dru­giej okład­ki – omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne w owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia lub umac­nia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ja już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać.

Za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, ze ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

W bie­żą­cym nu­me­rze pi­sze­my o po­wo­ła­niu. Dro­ga ży­cia każ­de­go z nas jest… świę­tość. Ma się prze­ja­wiać w na­szej co­dzien­no­ści, m.in. pil­nym od­ra­bia­niu za­dań i nie­ścią­ga­niu na kla­sów­kach. Nie je­ste­śmy jed­nak klo­na­mi.

I ca­łe szczę­ście! Ty i ja ma­my osią­gnąć zba­wie­nie w róż­ny spo­sób. Jed­ni do nie­ba idą w su­tan­nach i ha­bi­tach, in­ni za rę­kę z mał­żon­kiem i z dzieć­mi. Za­da­niem każ­de­go z nas jest od­kryć, ja­ka dro­gę ży­cia wy­brał dla nas Bóg. A póź­niej się jej trzy­mać i sta­rać się ani na chwi­le z niej nie zba­czać. Na­wet na krok. A je­śli tak się sta­nie? Nic strasz­ne­go.

Wy­star­czy się po­pra­wić, wy­spo­wia­dać, po­biec do Je­zu­sa i przy­tu­lić się do Je­go ser­ca, bo On ko­cha nas w każ­dej se­kun­dzie na­sze­go ży­cia. Na­wet gdy grze­szy­my. My mu­si­my na ma­ska do­brze ro­bić to, do cze­go nas On po­wo­łał. Mó­wi o tym ks. Mar­cin Ba­ran.

W czę­ści dla przy­go­to­wu­ją­cych się do Bierz­mo­wa­nia wy­ja­śnia­my, dla­cze­go na­zy­wa się go sa­kra­men­tem doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Dzie­li­my się tez z Wa­mi se­kre­tem – jak od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go szczę­ścia.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Światło dotrze tam, gdzie otworzysz okno

Pierw­sze sko­ja­rze­nia ze sło­wem „bierz­mo­wa­nie” to „sa­kra­ment doj­rza­ło­ści” i „doj­rza­łość chrze­ści­jań­ska”. Ale… jak zmie­rzyć doj­rza­łość? I dla­cze­go nie­któ­rzy przyj­mu­ją bierz­mo­wa­nie ja­ko nie­mow­lę­ta?

Od pierw­szych wie­ków bierz­mo­wa­nie na­stę­po­wa­ło po chrzcie. Jed­nak to „po” wy­glą­da­ło róż­nie. I tak na pew­nych eta­pach udzie­la­no bierz­mo­wa­nia bez­po­śred­nio po chrzcie, jak jest do dzi­siaj choć­by w Ko­ścio­łach Wschod­nich, gdzie bierz­mu­je się nie­mow­lę­ta. Naj­czę­ściej jed­nak do bierz­mo­wa­nia do­pusz­cza­no chrze­ści­jan, któ­rzy swo­ją wia­rę już przez pe­wien czas świa­do­mie i ro­zum­nie prak­ty­ko­wa­li. Ka­te­chizm za­zna­cza, że dzi­siaj do otrzy­ma­nia bierz­mo­wa­nia wy­ma­ga się po pro­stu „wie­ku ro­ze­zna­nia” (KKK 1307), przy czym szcze­gó­ło­we gra­ni­ce wie­ko­we w po­szcze­gól­nych kra­jach usta­la­ją bi­sku­pi. Oni też są sza­fa­rza­mi te­go sa­kra­men­tu. Oczy­wi­ście, bierz­mo­wa­nia w nie­bez­pie­czeń­stwie śmier­ci nie tyl­ko mo­że, ale i po­wi­nien udzie­lić każ­dy ka­płan (por. KKK 1314). Przy za­gro­że­niu ży­cia bierz­mu­je się na­wet ma­leń­kie dzie­ci (por. KKK 1307). No do­brze, zna­my już mniej wię­cej „dol­ną gra­ni­cę” przy­ję­cia te­go sa­kra­men­tu, któ­ra w Pol­sce za­wie­ra się mniej wię­cej w prze­dzia­le 13 – 16 lat. A czy ist­nie­je gra­ni­ca gór­na? Oczy­wi­ście, że nie! Co­raz czę­ściej do bierz­mo­wa­nia zgła­sza­ją się lu­dzie do­ro­śli. I to wca­le nie z przy­mu­su! Chcą po­głę­bić swo­ją wia­rę i przy­jąć peł­nię da­rów Du­cha Świę­te­go. Mi­mo że przez la­ta ze­wnętrz­ny ryt bierz­mo­wa­nia ule­gał mo­dy­fi­ka­cjom, to sa­ma isto­ta za­wsze by­ła nie­zmien­na: cho­dzi tu o udzie­le­nie i po­mno­że­nie w czło­wie­ku da­rów Du­cha! I to jest wła­śnie praw­dzi­wa doj­rza­łość w wie­rze.

fot. www.pixabay.com/FreePhotos

Cze­mu „bierz­mo”?

Bierz­mo­wa­nie to po ła­ci­nie: „con­fir­ma­tio”, co do­słow­nie tłu­ma­czy się ja­ko „po­twier­dze­nie”, „umoc­nie­nie”. To do­brze od­da­je sens te­go sa­kra­men­tu. Cho­dzi bo­wiem o „udo­sko­na­le­nie ła­ski chrztu”, jak uczy nas Ka­te­chizm (KKK 1316). Na­zwa pol­ska po­cho­dzi od sta­ro­pol­skie­go sło­wa „bierz­mo”, któ­re mia­ło dwa zna­cze­nia. Po pierw­sze: „pięt­no”, „zna­mię”. Po dru­gie – do dziś na­zy­wa się „bierz­mem” bel­kę pod­trzy­mu­ją­cą strop. Pol­skie okre­śle­nie jest bo­ga­te zna­cze­nio­wo. Oby­dwa je­go zna­cze­nia po­sze­rza­ją spoj­rze­nie na sens sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wa­nie jak dach – wień­czy otrzy­my­wa­ne przez nas sa­kra­men­ty wta­jem­ni­cze­nia, a jed­no­cze­śnie „wy­ci­ska w du­szy czło­wie­ka du­cho­we zna­mię” (KKK 1317), jak­by „pie­czę­tu­jąc” de­cy­zję o na­le­że­niu do Je­zu­sa.

Czy je­stem go­to­wy?

Sło­wo „doj­rza­łość” mo­że nie­któ­rych tro­chę onie­śmie­lać. Sko­ro mam być bierz­mo­wa­ny – co z tą mo­ją doj­rza­ło­ścią? Weź spo­koj­ny wdech. Zo­bacz, jak ła­god­nie tłu­ma­czy to Ko­ściół: „Je­śli mó­wi się cza­sem o bierz­mo­wa­niu ja­ko o sa­kra­men­cie doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej, to nie na­le­ży my­lić doj­rza­łe­go wie­ku wia­ry z doj­rza­łym wie­kiem roz­wo­ju na­tu­ral­ne­go” (KKK 1308). Już le­piej, praw­da? Bądź spo­koj­ny. Pa­mię­taj, że wiek mło­dzień­czy kie­ru­je się swo­imi pra­wa­mi. Masz pra­wo po­peł­niać błę­dy, a pew­ne swo­je sła­bo­ści do­pie­ro za­czy­nasz po­zna­wać. Trud­no wy­ma­gać od na­sto­lat­ka, by był już ży­cio­wo doj­rza­ły, sko­ro ca­łe ży­cie do­pie­ro przed nim. Cho­dzi tu­taj ra­czej o we­wnętrz­ną go­to­wość, o sil­ne pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia wia­ry. Ko­chasz Je­zu­sa? Chcesz być w peł­ni wy­po­sa­żo­ny w da­ry Du­cha Świę­te­go? Pra­gniesz skoń­czyć ze wsty­dli­wym ukry­wa­niem swo­jej przy­na­leż­no­ści do Ko­ścio­ła? Pięk­nie! Oto wła­śnie jest two­ja doj­rza­łość. Je­steś go­to­wy!

Jak się przy­go­to­wać?

Je­śli chcesz przy­jąć bierz­mo­wa­nie w try­bie „nor­mal­nym”, czy­li ra­zem z ró­wie­śni­ka­mi, w cza­sie wy­zna­czo­nym przez Ko­ściół, to pa­mię­taj, że w przy­go­to­wa­niu nie je­steś zda­ny tyl­ko na sie­bie. To na two­jej pa­ra­fii „spo­czy­wa szcze­gól­na od­po­wie­dzial­ność za przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów do bierz­mo­wa­nia” (KKK 1309). Za­ufaj swo­im ka­pła­nom. Na pew­no po­mo­gą ci od­po­wied­nio przy­go­to­wać ser­ce. Są jed­nak ta­kie ob­sza­ry przy­go­to­wa­nia, któ­rych nikt za cie­bie nie zro­bi. Pa­ra­fia nie wy­rę­czy cię we wszyst­kim. Na­wet naj­lep­szy pro­gram, sam z sie­bie, nie uczy­ni cię świę­tym „z au­to­ma­tu”. Je­śli więc chcesz dać z sie­bie wszyst­ko, by czas przed bierz­mo­wa­niem prze­żyć naj­le­piej, jak to moż­li­we, to naj­pierw… du­żo się módl! Weź przy­kład z Apo­sto­łów! Oni ocze­ki­wa­li swe­go bierz­mo­wa­nia „na mo­dli­twie” (Dz 1, 14). „Bar­dziej in­ten­syw­na mo­dli­twa po­win­na przy­go­to­wać na przy­ję­cie mo­cy i ła­ski Du­cha Świę­te­go” (KKK 1310) – pod­po­wia­da ci Ko­ściół. A mo­że za­czął­byś mo­dlić się Pi­smem Świę­tym? Al­bo cza­sa­mi ad­o­ro­wać Pa­na Je­zu­sa? A mo­że war­to przy­cho­dzić na Mszę pa­rę mi­nut wcze­śniej i po­sie­dzieć w ci­szy z Naj­lep­szym Przy­ja­cie­lem?

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Największy specjalista od szczęścia

Stwo­rze­ni do ra­do­ści

Każ­dy czło­wiek pra­gnie być szczę­śli­wy. Nikt z nas nie chce być osa­mot­nio­ny, za­ła­ma­ny, uza­leż­nio­ny, cho­ry czy w roz­pa­czy. Na­sze pra­gnie­nie szczę­ścia jest aż tak wiel­kie, że aby być nie­szczę­śli­wym, nie trze­ba być nie­szczę­śli­wym. Wy­star­czy, że nie czu­je­my ra­do­ści i już jest nam źle, a ży­cie za­czy­na nam cią­żyć. Ra­dość to je­dy­ny nor­mal­ny spo­sób ist­nie­nia czło­wie­ka. Bóg stwo­rzył nas na swo­je po­do­bień­stwo, a On jest nie tyl­ko mi­ło­ścią i mą­dro­ścią. Jest też ra­do­ścią i po­wo­łu­je nas do niej: „To wam po­wie­dzia­łem, aby ra­dość mo­ja w was by­ła i aby ra­dość wa­sza by­ła peł­na” (J 15, 11). To dla­te­go od dzie­ciń­stwa ma­rzy­my o tym, co nas cie­szy. Przy­naj­mniej w tym jed­nym wszy­scy lu­dzie – tak­że ate­iści – zga­dza­ją się z Bo­giem. On pra­gnie na­sze­go szczę­ścia i my pra­gnie­my te­go sa­me­go. Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wszy­scy są szczę­śli­wi?

fot. www.123rf.com

Nie­szczę­śli­wi od­da­la­ją nas od szczę­ścia

Gdy ktoś z lu­dzi w na­szym oto­cze­niu jest szczę­śli­wy, to cie­szy się z na­sze­go ist­nie­nia i po­ma­ga nam, że­by­śmy i my sta­wa­li się co­raz bar­dziej szczę­śli­wy­mi. Je­śli jed­nak ktoś ży­ją­cy bli­sko nas jest nie­szczę­śli­wy, to ro­bi wszyst­ko – czę­sto nie­świa­do­mie – że­by­śmy i my też by­li ma­ło szczę­śli­wi. Czy­ni tak dla­te­go, że na ra­zie nic in­ne­go nie po­tra­fi. Po dru­gie, czy­ni tak, gdyż by­cie nie­szczę­śli­wym w osa­mot­nie­niu jest nie do znie­sie­nia. To dla­te­go na­sto­la­tek, któ­ry krzyw­dzi sa­me­go sie­bie, bo na przy­kład się­ga po al­ko­hol czy nar­ko­ty­ki, dą­ży do te­go, że­by je­go ko­le­dzy i ko­le­żan­ki po­stę­po­wa­li po­dob­nie jak on. Przy­kła­dem ta­kiej sy­tu­acji jest hi­sto­ria szla­chet­ne­go chło­pa­ka ze Sta­re­go Te­sta­men­tu, któ­ry miał za­zdro­snych bra­ci. To Jó­zef, naj­młod­szy syn Ja­ku­ba (por. Rdz 36). Przez wła­snych bra­ci zo­stał sprze­da­ny do nie­wo­li. Tak­że tam nikt nie zdo­łał prze­szko­dzić mu w by­ciu za­przy­jaź­nio­nym z Bo­giem, szla­chet­nym i szczę­śli­wym. Je­go lo­sy po­twier­dza­ją, że in­ni lu­dzie mo­gą nas skrzyw­dzić, lecz nie ma­ją ta­kiej wła­dzy, by nas uniesz­czę­śli­wić wbrew na­szej wo­li. Je­śli nie krzyw­dzi­my sa­mych sie­bie i je­śli sa­mi nie od­da­la­my się od szczę­ścia, to je­ste­śmy w sta­nie obro­nić się przed ty­mi, któ­rzy pro­po­nu­ją nam dro­gę prze­kleń­stwa i śmier­ci.

Sa­mi dla sie­bie je­ste­śmy za­gro­że­niem

Naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo po­ja­wia się wte­dy, gdy to my sa­mi so­bie prze­szka­dza­my w by­ciu szczę­śli­wy­mi. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ule­ga­my sła­bo­ściom i gdy szu­ka­my szczę­ścia tam, gdzie ono nie ist­nie­je. Tak wła­śnie po­stą­pił syn mar­no­traw­ny z przy­po­wie­ści Je­zu­sa. Wmó­wił so­bie, że bę­dzie szczę­śli­wy w ła­twy spo­sób: bez wy­sił­ku i so­lid­nej pra­cy, bez po­mo­cy Bo­ga i ro­dzi­ców, bez mał­żeń­stwa i ro­dzi­ny, bez re­spek­to­wa­nia De­ka­lo­gu i norm mo­ral­nych. Był bar­dzo„ „no­wo­cze­sny i po­stę­po­wy„. Uwa­żał, że do szczę­ścia wy­star­czą mu pie­nią­dze oj­ca oraz roz­ryw­ko­wy tryb ży­cia: wi­no, dziew­czy­ny i śpiew. Udał się w da­le­ką kra­inę, czy­li da­le­ko od Bo­ga i lu­dzi, któ­rzy go ko­cha­li, da­le­ko od mi­ło­ści i mą­dro­ści. Wy­lą­do­wał w chle­wie, gło­dzie, po­ni­że­niu i osa­mot­nie­niu. Na szczę­ście prze­my­ślał swo­je ży­cie, zro­bił uczci­wy ra­chu­nek su­mie­nia i wró­cił do oj­ca.

Kto nam po­ma­ga w szu­ka­niu szczę­ścia?

Wo­kół nas są nie tyl­ko lu­dzie nie­szczę­śli­wi, któ­rzy chcą nas wcią­gać w nie­szczę­sne spo­so­by po­stę­po­wa­nia. Są też ta­cy, któ­rzy są szczę­śli­wi i któ­rzy na­praw­dę nas ko­cha­ją. Oni nie tyl­ko pra­gną, by­śmy do­świad­cza­li trwa­łej ra­do­ści ist­nie­nia, ale też wie­dzą, gdzie tę ra­dość mo­że­my zna­leźć. To dla­te­go ko­cha­ją­cy ro­dzi­ce, księ­ża i in­ni wy­cho­waw­cy mo­bi­li­zu­ją nas do pra­cy nad wła­snym cha­rak­te­rem i przy­pro­wa­dza­ją nas do Bo­ga. Lu­dzie szczę­śli­wi to ci, któ­rzy już od­kry­li, że ra­dość przy­no­si tyl­ko po­stę­po­wa­nie zgod­ne ze wszyst­ki­mi przy­ka­za­nia­mi De­ka­lo­gu i ucze­nie się wier­nej mi­ło­ści, do któ­rej każ­dy z nas jest zdol­ny, gdyż Bóg nie stwa­rza lu­dzi dru­giej ka­te­go­rii. Z Je­go po­mo­cą wszy­scy je­ste­śmy w sta­nie wier­nie i mą­drze ko­chać – w mał­żeń­stwie, ka­płań­stwie czy ży­ciu kon­se­kro­wa­nym.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Marzenia Boga

O do­brym wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej i o tym, czy bab­cia mo­że nas zmu­sić do zo­sta­nia księ­dzem, z ks. Mar­ci­nem Ba­ra­nem, dy­rek­to­rem Wy­dzia­łu Dusz­pa­ster­stwa Mło­dzie­ży Ku­rii Die­ce­zjal­nej w Tar­no­wie, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Czym jest po­wo­ła­nie czło­wie­ka?

– Jest od­kry­ciem Bo­że­go pla­nu i ma­rze­nia, ja­kie Bóg ma wzglę­dem każ­de­go z nas.

Ja­kie dro­gi ży­cio­we mo­że­my wy­brać?

– Ka­płań­stwo, ży­cie za­kon­ne lub mał­żeń­stwo. Jest jesz­cze po­wo­ła­nie do sa­mot­no­ści (ale nie ży­cia sa­mot­ne­go!), by re­ali­zo­wać ja­kieś dzie­ło na rzecz kon­kret­nych osób. Przy­kła­dem ta­kie­go ży­cia jest dla mnie świec­ka mi­sjo­nar­ka, któ­ra od po­nad dwu­dzie­stu lat pra­cu­je na mi­sjach. Jest ra­do­sna po­mi­mo zmę­cze­nia, bo po­świę­ci­ła się Bo­gu i lu­dziom, któ­rych ko­cha. Ta­kie ży­cie wio­dą też m.in. sa­mot­ne na­uczy­ciel­ki, któ­re po­świę­ca­ją swój czas, że­by wy­cho­wy­wać uczniów i po­ma­gać im w wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej.

Mo­że się zda­rzyć po­wo­ła­nie w po­wo­ła­niu?

– Cza­sa­mi by­wa, że re­ali­zu­jąc jed­no po­wo­ła­nie, od­kry­wa­my dru­gie. Są mał­żeń­stwa i księ­ża, któ­rzy wy­jeż­dża­ją na mi­sje. To no­we pra­gnie­nie, któ­re ro­dzi się w ich ser­cach, nie jest sprzecz­ne z ich głów­nym po­wo­ła­niem.

Je­śli jed­nak star­sza pa­ni prze­sia­du­je ca­ły­mi dnia­mi w ko­ście­le za­pa­trzo­na w Naj­święt­szy Sa­kra­ment, mo­dli się, od­ma­wia ró­ża­niec, a za­nie­dbu­je mę­ża, to wte­dy ma miej­sce po­my­le­nie dróg ży­cia. Mu­si­my być do koń­ca wier­ni te­mu po­wo­ła­niu, któ­re wy­bie­rze­my.

fot. www.123rf.com

Ist­nie­je spo­sób na ro­ze­zna­nie, ja­kie dro­gę ży­cia przy­go­to­wał dla nas Bóg?

– Trze­ba py­tać Go o nią i mo­dlić się co­dzien­nie o jej ro­ze­zna­nie. Od­kry­wać swo­je ta­len­ty i zdol­no­ści oraz wy­słu­chać opi­nii do­ro­słych, któ­rzy nas zna­ją i do któ­rych ma­my za­ufa­nie np. ro­dzi­ców lub dziad­ków. By­wa, że czu­je­my się nie­do­war­to­ścio­wa­ni i ogra­ni­cza­my się do te­go, co ma­my. Bo­imy się zro­bić wię­cej. Uwa­ża­my, że nie stać nas na coś więk­sze­go, lep­sze­go, że się do cze­goś nie na­da­je­my. Przez to nie pró­bu­je­my. Nie ma­rzy­my lub nie re­ali­zu­je­my ma­rzeń. Ma­jąc kil­ka­dzie­siąt lat, na­rze­ka­my, że źle wy­bra­li­śmy, a wte­dy mo­że­my mieć pre­ten­sje tyl­ko do sie­bie, sko­ro ni­gdy wcze­śniej nie py­ta­li­śmy o swo­je po­wo­ła­nie Bo­ga lub py­ta­li­śmy Go za ma­ło.

Naj­waż­niej­szym po­wo­ła­niem jest to do świę­to­ści.

– Tak. Gdy zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni, Bóg we­zwał nas do świę­to­ści. A my wąt­pi­my, czy ją kie­dy­kol­wiek osią­gnie­my lub od­kła­da­my ją na póź­niej. Wszyst­ko przez to, że wi­dzi­my, że je­ste­śmy sła­bi i cią­gle upa­da­my. A gdy­by dzi­siaj Bóg we­zwał mnie do sie­bie, to mu­szę być go­to­wy na py­ta­nie: „Mar­ci­nie, czy ko­chasz mnie bar­dziej niż to, co ro­bisz i to, co spra­wia ci naj­więk­szą przy­jem­ność?” Nie moż­na w jed­nej chwi­li po­ko­chać Bo­ga.

Jak być świę­tym już te­raz?

– Świę­tość to na­sze co­dzien­ne ży­cie. Ma­my się cie­szyć tym, co ro­bi­my. Nie mu­si­my ro­bić nad­zwy­czaj­nych rze­czy. Wy­star­czy, że ro­bi­my jak naj­le­piej umie­my to, do cze­go nas Pan Bóg we­zwał. Moż­na być świę­tym uczniem – pil­nym, su­mien­nym, nie od­kła­da­ją­cym na­uki na ostat­nią chwi­lę i nie ścią­ga­ją­cym na kart­ków­kach. Moż­na być wspa­nia­łym ta­tą, któ­ry choć nie pra­cu­je w wiel­kiej fir­mie i nie jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie, to wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę naj­le­piej, jak po­tra­fi, ko­cha ro­dzi­nę i spę­dza z nią du­żo cza­su. Mu­si­my się sta­rać re­ali­zo­wać na­sze po­wo­ła­nie na mak­sa i czę­sto ro­bić ra­chu­nek su­mie­nia z te­go, jak je wy­peł­nia­my.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.