Drodzy Czytelnicy!

Ko­lej­ny nu­mer, w któ­rym do­ty­ka­my trud­ne­go za­gad­nie­nia. O. Mar­cin Cie­cha­now­ski roz­pra­co­wu­je dla nas za­gro­że­nie du­cho­we. Wy­ja­śnia, dla­cze­go trze­ba się strzec ma­gii, sekt, ho­ro­sko­pów, wró­żek, ja­sno­wi­dzów, bał­wo­chwal­stwa, amu­le­tów, jo­gi, wy­wo­ły­wa­nia du­chów, ho­me­opa­tii i me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej. Psy­cho­log Bo­gna Bia­łec­ka i ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa wy­ja­śnia­ją, z ja­kim pro­ble­mem na­le­ży się udać do księ­dza – a z ja­kim do psy­cho­lo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki de­ma­sku­je me­to­dy dzia­ła­nia sza­ta­na. Z ko­lei ks. To­masz Pod­lew­ski przy­po­mi­na, ze Bóg tak ko­cha każ­de­go z nas z oso­ba, ze po­li­czył na­wet wło­sy na na­szych gło­wach. Re­cep­ta na do­bre ży­cie: po­sta­wić Bo­ga na pierw­szym miej­scu. To nie gwiaz­dy wska­zu­ją nam dro­gę, tyl­ko On.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych prze­czy­ta­cie o owo­cach i da­rach Du­cha Świę­te­go, mo­dli­twie proś­by i Anie­le Stró­żu, któ­ry jest na­szym oso­bi­stym ochro­nia­rzem. Po­le­cam rów­nież wy­wiad z br. Jac­kiem Haj­no­sem OP, ry­sow­ni­kiem, ma­la­rzem i gra­fi­kiem, któ­ry mó­wi o oso­bach bez­dom­nych i ry­so­wa­niu.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Kiedy ksiądz, a kiedy psycholog?

Pięt­na­sto­let­nia Ania ma pro­blem. Drę­czą ją kosz­ma­ry sen­ne, w któ­rych jest świad­kiem mor­do­wa­nia ko­le­gów i ko­le­ża­nek ze szko­ły. Przy­wód­ca prze­śla­dow­ców ma czer­wo­ne oczy, któ­ry­mi ją prze­świe­tla i mó­wi strasz­ne rze­czy. Na przy­kład: „Wiem, że ob­ga­dy­wa­łaś Olę za jej ple­ca­mi. Znisz­czy­łaś jej re­pu­ta­cję. My­ślisz, że je­steś lep­sza od nas, a to ty ich mor­du­jesz sło­wem”. Ania nie wie, co z tym zro­bić. Czy to te­mat na wi­zy­tę u psy­cho­lo­ga, spo­wiedź czy eg­zor­cy­stę?

Bo­gna Bia­łec­ka: Ter­min „psy­cho­lo­gia” łą­czy dwa sta­ro­grec­kie sło­wa: ψυχή – psy­che, czy­li du­sza oraz λόγος lo­gos – sło­wo, myśl, ro­zu­mo­wa­nie. Czy­li źró­dło­słów mó­wi nam, że to na­uka o du­szy. Jed­nak psy­cho­lo­gia nie zaj­mu­je się du­szą ja­ko ta­ką. Zaj­mu­je się emo­cja­mi, spo­so­bem my­śle­nia (ro­zu­mo­wa­nia), po­sta­wa­mi, za­cho­wa­nia­mi czło­wie­ka. Du­szą zaj­mu­je się ksiądz. Teo­re­tycz­nie pro­ste, w prak­ty­ce nie.

Cza­sem mó­wi się, że psy­cho­te­ra­peu­ta jest le­ka­rzem emo­cji, a ksiądz le­ka­rzem du­szy. Jed­nak to się moc­no za­zę­bia. Anią tar­ga­ją sil­ne emo­cje, drę­czą ją kosz­ma­ry. To ma wpływ nie tyl­ko na jej sa­mo­po­czu­cie, ale i re­la­cje z in­ny­mi ludź­mi. A tak­że na jej du­szę. Drę­czy ją na przy­kład py­ta­nie, czy ta­kie sny są grze­chem.

Fot. Ion Chio­sea © 123RF.com

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Oczy­wi­ście, że ze snów nie trze­ba się spo­wia­dać. O grze­chu mó­wi­my wte­dy, gdy świa­do­mie i do­bro­wol­nie ła­mie­my Bo­że przy­ka­za­nia, czy­li gdy za­an­ga­żo­wa­na jest na­sza wo­la. W przy­pad­ku snów nie ma mo­wy o świa­do­mym i do­bro­wol­nym po­peł­nia­niu zła. Ja­ko ka­płan spo­ty­ka­łem się z sy­tu­acja­mi, kie­dy pew­ne oso­by bar­dzo chcia­ły spo­wia­dać się z te­go, co im się śni­ło. Ra­dzi­łem im wów­czas, że­by wy­raź­nie pod­kre­śla­li w kon­fe­sjo­na­le, że nie trak­tu­ją snu ja­ko grze­chu, ale że bar­dzo pra­gną, aby Pan Je­zus uzdro­wił ich sen.

Bo­gna Bia­łec­ka: Po­dob­nie mó­wi psy­cho­lo­gia – za­sta­nów się, za co je­steś od­po­wie­dzial­ny. Nikt nie po­dej­mu­je świa­do­mej de­cy­zji, by śnić kosz­mar, w tym sen­sie nie jest za ma­rze­nia sen­ne od­po­wie­dzial­ny. Jed­nak pew­ne de­cy­zje w ży­ciu Ani mo­gły przy­czy­nić się do po­wsta­nia pro­ble­mu – po­śred­nio. War­to zro­zu­mieć jak. Z per­spek­ty­wy psy­cho­lo­gicz­nej – wpływ na po­wsta­nie kosz­ma­rów z pew­no­ścią ma utrzy­ma­na w mrocz­nym kli­ma­cie hor­ro­ru gra przy­go­do­wa, w któ­rą dziew­czyn­ka gra od dwóch mie­się­cy. Choć nie ko­ja­rzy­ła te­go związ­ku, jed­nak w trak­cie roz­mo­wy z psy­cho­lo­giem przy­po­mnia­ła so­bie, że rze­czy­wi­ście w kosz­ma­rach po­ja­wia­ją się mo­ty­wy z gry.

Na to na­ło­ży­ły się au­ten­tycz­ne kon­flik­ty z ró­wie­śni­ka­mi. Na przy­kład jed­na z ko­le­ża­nek z kla­sy, Ola, ucier­pia­ła wsku­tek plot­ki roz­pusz­czo­nej przez Anię. Do­ło­żył się do te­go kon­flikt z in­ny­mi oso­ba­mi. Po dłuż­szej roz­mo­wie oka­za­ło się, że Ania gra dwie ostat­nie go­dzi­ny przed snem. Puz­zle tro­chę się po­ukła­da­ły. Te­raz Ania wie, co mia­ło wpływ na po­wsta­nie pro­ble­mu. Wie, co war­to zro­bić, by z nie­go wyjść – np. rzu­cić grę, za­dbać o sen, na­pra­wić re­la­cje z Olą i in­ny­mi ludź­mi. Ty­le, że kosz­ma­ry nie skoń­czy­ły się, gdy Ania rzu­ci­ła grę. Dla­cze­go?

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Te­go ro­dza­ju kosz­ma­ry prze­waż­nie nie bio­rą się zni­kąd i cza­sem są od­zwier­cie­dle­niem, da­le­kim echem te­go, co dzie­je się w na­szym ży­ciu, tak­że na­sze­go grze­chu lub sta­nu du­cha. Mło­dzi na przy­kład czę­sto za­po­mi­na­ją wy­spo­wia­dać się z gra­nia w szko­dli­we gry, oglą­da­nia złych fil­mów, na przy­kład hor­ro­rów, z kon­flik­tów, nie­prze­ba­cze­nia, prze­kleństw. A to są spra­wy głów­nie od­po­wie­dzial­ne za pro­ble­my z nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niem, tak­że w wy­mia­rze noc­ne­go od­po­czyn­ku i snu. Mło­dzi re­agu­ją ze zdzi­wie­niem, gdy sły­szą, że oglą­da­nie hor­ro­rów jest czymś złym. Trak­tu­ją to ja­ko roz­ryw­kę, ale za­po­mi­na­ją, że ta roz­ryw­ka nisz­czy ich psy­chi­kę. Jest też grze­chem prze­ciw­ko pią­te­mu przy­ka­za­niu. Pod­su­mo­wu­jąc, ro­lą księ­dza jest oce­nić, jak rze­czy­wi­stość du­cho­wa, w któ­rą wie­rzy­my, wpły­wa na na­sze ży­cie oraz jak to, co dzie­je się w na­szym ży­ciu, wpły­wa na na­sze re­la­cje z Bo­giem, z ludź­mi, na stan na­sze­go ży­cia du­cho­we­go. Trze­ba oce­nić, czy po­ma­ga nam w dro­dze do Nie­ba czy utrud­nia zba­wie­nie. Ko­lej­nym kro­kiem ka­pła­na jest udzie­le­nie wła­ści­wej po­mo­cy – choć­by przez roz­mo­wę, mo­dli­twę, udzie­le­nie sa­kra­men­tu.

Bo­gna Bia­łec­ka: Z punk­tu wi­dze­nia psy­cho­lo­gii waż­ny jest jesz­cze me­cha­nizm – nie wy­star­czy ro­zu­mo­wo ob­jąć pro­blem. Nie wy­star­czy, że Ania zro­zu­mia­ła, co mo­gło przy­czy­nić się do po­wsta­nia kosz­ma­rów. Przez kil­ka ty­go­dni wy­ro­bi­ło się błęd­ne ko­ło nie­po­ko­ju. Ania wie, że zbli­ża się wie­czór, za­czy­na się strasz­nie bać kosz­ma­ru, któ­ry być mo­że ją cze­ka i w efek­cie idzie spać prze­ra­żo­na, co oczy­wi­ście sprzy­ja po­wtó­rze­niu się kosz­ma­ru. Dla­te­go psy­cho­te­ra­peu­ta bę­dzie po­le­cał ucze­nia się tech­nik re­lak­sa­cyj­nych, wal­ki z my­śla­mi po­tę­gu­ją­cy­mi nie­po­kój itp. Jed­nak i tak mo­że oka­zać się, że to nie po­ma­ga.

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Psy­cho­log rze­czy­wi­ście mo­że na­uczyć Anię, jak ra­dzić so­bie ze stre­sem, zwią­za­nym z nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi i kosz­ma­ra­mi. Gdy jed­nak za­uwa­ży, że pro­blem nie ustę­pu­je, po­wi­nien pa­cjent­ce szcze­rze po­wie­dzieć, że w tym miej­scu koń­czą się je­go kom­pe­ten­cje – i po­móc skon­tak­to­wać się z ja­kimś ka­pła­nem.

Cza­sem mó­wi się, że psy­cho­te­ra­peu­ta jest le­ka­rzem emo­cji, a ksiądz le­ka­rzem du­szy. Jed­nak to się moc­no za­zę­bia.

Nie­któ­rzy psy­cho­lo­go­wie nie wie­rzą w Bo­ga ani w sza­ta­na i nie po­tra­fią sku­tecz­nie zdia­gno­zo­wać czy po­pro­wa­dzić swo­ich pa­cjen­tów. Są tak­że ta­cy, któ­rzy na­zy­wa­ją się wie­rzą­cy­mi i pró­bu­ją dia­gno­zo­wać swo­ich pa­cjen­tów – czę­sto błęd­nie. Uwa­ża­ją, że „zna­ją się na tych spra­wach”, a tak na­praw­dę nie ma­ją kom­pe­ten­cji ani na­rzę­dzi, by orze­kać o spra­wach, za­re­zer­wo­wa­nych wy­łącz­nie dla ka­pła­nów. W dru­gą stro­nę też dzia­ła po­dob­na za­sa­da. Ka­płan nie mo­że ba­wić się w kon­fe­sjo­na­le w psy­cho­lo­ga, choć pew­na wie­dza z te­go za­kre­su jest z pew­no­ścią bar­dzo po­moc­na. Zna­ny mi jest przy­pa­dek pew­ne­go męż­czy­zny, któ­ry przez dłu­gi czas ko­rzy­stał z po­mo­cy psy­cho­lo­gów – wła­śnie ze wzglę­du na pro­ble­my z kosz­ma­ra­mi. Po­mo­gła mu w koń­cu jed­na mo­dli­twa pew­ne­go księ­dza, któ­re­mu przy­pad­ko­wo opo­wie­dział o swo­im pro­ble­mie. Oka­za­ło się, że po­czą­tek kosz­ma­rów nie wziął się ze stre­su­ją­cej pra­cy i pro­ble­mów mał­żeń­skich – jak twier­dzi­li psy­cho­lo­go­wie. Ten męż­czy­zna był przez ko­goś prze­kli­na­ny, ktoś mu zło­rze­czył. Gdy­by ogra­ni­czał się wy­łącz­nie do psy­cho­lo­gów, praw­do­po­dob­nie do dziś zma­gał­by się z pro­ble­mem kosz­ma­rów.

Bo­gna Bia­łec­ka: Tu do­cho­dzi­my do mo­men­tu, gdzie sta­je się waż­ne, do ja­kie­go psy­cho­lo­ga zwra­ca­my się o po­moc. Nie­któ­rzy psy­cho­te­ra­peu­ci twier­dzą, że moż­na być neu­tral­nym świa­to­po­glą­do­wo w te­ra­pii. To nie­praw­da. Psy­cho­te­ra­peu­ta ate­ista, od­rzu­ca­ją­cy w ogó­le moż­li­wość, że w po­wsta­niu pro­ble­mu mo­że mieć udział oso­bo­we zło – czy­li sza­tan – mo­że bar­dzo dłu­go zma­gać się z pro­ble­mem, do wal­ki z któ­rym nie jest wy­po­sa­żo­ny. I po­no­sić po­raż­kę.

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Po­dob­nie rzecz ma się z księż­mi. My też cza­sem po­peł­nia­my po­mył­ki, źle oce­nia­jąc przy­czy­nę pro­ble­mów du­cho­wych osób, któ­re do nas przy­cho­dzą. Dla przy­kła­du, ktoś pil­nie po­trze­bu­je po­mo­cy eg­zor­cy­sty, a ja­kiś ksiądz uwa­ża, że wy­star­czy tyl­ko zwy­kła spo­wiedź. Al­bo na od­wrót – od­sy­ła­my do księ­dza eg­zor­cy­sty ko­goś, kto ma al­bo zwy­kłe pro­ble­my psy­chicz­ne, a wy­star­czy­ła­by mu po pro­stu zwy­kła, do­brze prze­pro­wa­dzo­na spo­wiedź i mo­dli­twa wsta­wien­ni­cza. Cza­sem lu­dzie po­tra­fią księ­dza wy­pro­wa­dzić w po­le. Dzię­ki zna­jo­me­mu księ­dzu eg­zor­cy­ście wiem już, że je­śli ktoś twier­dzi w cza­sie spo­wie­dzi, że na pew­no jest opę­ta­ny i po­trze­bu­je po­mo­cy eg­zor­cy­sty, to nie jest opę­ta­ny, a po­trze­bu­je ra­czej do­bre­go psy­cho­lo­ga. W na­szej po­słu­dze trze­ba być bar­dzo po­kor­nym, znać gra­ni­ce swo­ich kom­pe­ten­cji i nie­ustan­nie się uczyć, bo od ja­ko­ści na­szej po­mo­cy za­le­ży czy­jeś ży­cie do­cze­sne i wiecz­ne, szczę­ście lub nie­szczę­ście.

 

Roz­ma­wia­li:
Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log, re­dak­tor por­ta­lu dla mło­dzie­ży pytam.edu.pl
Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa, wi­ka­riusz pa­ra­fii p.w. Ma­ryi Kró­lo­wej w Po­zna­niu

Przebiegłość szatana

Sza­tan zro­bi wszyst­ko, by ku­sić nas do zła, gdyż jak każ­da nie­szczę­śli­wa oso­ba, nie mo­że znieść te­go, że ktoś idzie dro­gą bło­go­sła­wień­stwa i ra­do­ści. Sza­tan jest za­zdro­sny o lu­dzi, któ­rzy ko­cha­ją i cie­szą się ży­ciem. Jest też dia­bel­sko prze­bie­gły.

Naj­ła­twiej po­ko­na nas prze­ciw­nik, któ­re­go lek­ce­wa­ży­my. Sza­tan o tym wie, gdyż zo­stał przez Bo­ga stwo­rzo­ny ja­ko duch do­bry i in­te­li­gent­ny. Utra­cił swo­ją do­broć wte­dy, gdy zbun­to­wał się prze­ciw Bo­gu i za­czął nie­na­wi­dzić za­miast ko­chać. Stał się upa­dłym anio­łem, ale po­zo­stał in­te­li­gent­ny. Od­tąd uży­wa swo­jej zdol­no­ści my­śle­nia, by na ku­sić. Chce, by­śmy my­li­li do­bro ze złem, bo wie, że gdy czy­ni­my zło, to wte­dy prze­sta­je­my być szczę­śli­wi. Wie też, że każ­dy czło­wiek, któ­ry uwie­rzy, że sza­tan nie ist­nie­je, prze­sta­je być czuj­ny, lek­ce­wa­ży wła­sne sła­bo­ści i za­gro­że­nia ze­wnętrz­ne, nie sta­wia so­bie wy­ma­gań. Ta­ki czło­wiek sta­je się na­iw­ny i za­czy­na wma­wiać so­bie, że każ­dy spo­sób po­stę­po­wa­nia jest do­bry i że szczę­śli­wi mo­gą być tak­że ci, któ­rzy nie re­spek­tu­ją De­ka­lo­gu i nie ko­cha­ją.

Świę­ty to ktoś, wo­bec ko­go sza­tan jest zu­peł­nie bez­rad­ny.

Chce, by­śmy prze­ce­nia­li sie­bie

Dru­gi po­mysł sza­ta­na po­le­ga na wma­wia­niu nam, że je­ste­śmy nie­omyl­ni. Że bez po­mo­cy Bo­ga po­ra­dzi­my so­bie w ży­ciu, bo ni­by sa­mi naj­le­piej wie­my, co przy­no­si nam ra­dość. Tej po­ku­sie sza­ta­na ule­gli już pierw­si lu­dzie. Adam i Ewa po­słu­cha­li sy­czą­ce­go gło­su wę­ża zła i uwie­rzy­li, że bez po­mo­cy Bo­ga od­róż­nią do­bro od zła, czy­li szczę­ście od nie­szczę­ścia. Wmó­wi­li so­bie, że sa­mi bę­dą jak bo­go­wie. Oka­za­ło się, że bez po­mo­cy Bo­ga po­tra­fią je­dy­nie my­lić do­bro ze złem i od­da­lać się od szczę­ścia. Prze­sta­li ko­chać sie­bie na­wza­jem. Adam stchó­rzył i zrzu­cił ca­łą wi­nę na Ewę. A ona – opusz­czo­na przez Ada­ma – zrzu­ci­ła ca­łą wi­nę na wę­ża, by bro­nić się przed roz­cza­ro­wa­niem sa­mą so­bą i przed roz­pa­czą. Naj­szyb­ciej od­da­la­ją się od szczę­ścia ci, któ­rzy prze­ce­nia­ją sie­bie i wma­wia­ją so­bie, że nie ma­ją sła­bo­ści.

Fot. pixabay.com am­bermb

Chce, by­śmy cho­wa­li się przed Bo­giem

W swym dia­bel­skim spry­cie sza­tan sta­ra się nam wmó­wić, że Bóg prze­szka­dza nam w by­ciu szczę­śli­wy­mi i że jest za­zdro­sny o na­szą ra­dość. Sam na­to­miast sta­ra się ucho­dzić za przy­ja­cie­la, któ­ry po­ka­zu­je dro­gę do szczę­ścia. To dla­te­go usi­łu­je nam wmó­wić, że mo­że­my ro­bić, co chce­my, że na­ka­zy i za­ka­zy mo­ral­ne są zbęd­ne, że nie­po­trzeb­nie ogra­ni­cza­ją na­szą wol­ność i prze­szka­dza­ją nam w by­ciu szczę­śli­wy­mi. Sza­tan czy­ni wszyst­ko, by­śmy za­głu­sza­li su­mie­nie i zdro­wy roz­są­dek. Ci, któ­rzy mu ule­ga­ją, nie wy­cią­ga­ją wnio­sków z błę­dów wła­snych ani in­nych lu­dzi. Wi­dzą na­sto­lat­ków, któ­rzy są nie­szczę­śli­wi, a na­wet wpa­da­ją w de­pre­sję czy sta­ny sa­mo­bój­cze, bo za­czę­li się­gać po al­ko­hol czy nar­ko­tyk, al­bo po­my­li­li mi­łość ze współ­ży­ciem sek­su­al­nym, a mi­mo to na­śla­du­ją tych wła­śnie ró­wie­śni­ków. Nie chcą wią­zać się z ty­mi, któ­rzy są mą­drzy i szczę­śli­wi.

Chce, by­śmy się go ba­li

Rów­nie spryt­ną stra­te­gią sza­ta­na jest za­stra­sza­nie lu­dzi. Sza­tan chce, by­śmy prze­ra­zi­li się je­go mo­cą i uwie­rzy­li w to, że nie je­ste­śmy w sta­nie się przed nim obro­nić. Za­stra­sze­ni lu­dzie na sza­ta­na zrzu­ca­ją wi­nę, gdy krzyw­dzą sa­mych sie­bie czy in­nych lu­dzi. Mó­wią, że to sza­tan ich pod­ku­sił. W kon­se­kwen­cji wma­wia­ją so­bie, że pra­ca nad wła­snym cha­rak­te­rem czy spo­wiedź nie ma sen­su, bo i tak zno­wu ule­gną złu.

Naj­lep­szym le­kar­stwem na za­my­sły sza­ta­na jest świę­tość. Sta­je­my się świę­ty­mi wte­dy, gdy od Bo­ga uczy­my się mi­ło­ści, a do do­mu i do ser­ca wpusz­cza­my tych, któ­rzy ko­cha­ją. Świę­ty to ktoś, wo­bec ko­go sza­tan jest zu­peł­nie bez­rad­ny.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

To sprawka Ducha Świętego

Mi­nę­ło już 11 lat od mo­je­go sa­kra­men­tu Bierz­mo­wa­nia. Na­wet nie tak du­żo. Ra­zem ze zna­jo­my­mi cho­dzi­li­śmy na spo­tka­nia do ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go. Nie­for­tun­nie od­by­wa­ły się wte­dy, kie­dy mia­łem tre­nin­gi w klu­bie pił­kar­skim. Dość czę­sto mnie po pro­stu nie by­ło. Póź­niej obe­rwa­ło mi się od księ­dza, któ­ry nas przy­go­to­wy­wał. Ba, na­wet za­gro­ził, że mnie nie do­pu­ści do Bierz­mo­wa­nia – je­śli nie zmie­nię swo­je­go po­dej­ścia. Przed sa­mym Bierz­mo­wa­niem zda­wa­li­śmy eg­za­min. Ja – z ra­cji wie­lu opusz­czo­nych spo­tkań – mu­sia­łem od­po­wie­dzieć na py­ta­nia eks­tra. Oczy­wi­ście, wszyst­ko zda­łem bez pro­ble­mu.

Fot. ar­chi­wum ks. Bar­tło­mie­ja Ba­chle­dy-Sze­li­gi

Pa­mię­tam do­sko­na­le dzień przy­ję­cia sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wał nas kard. Sta­ni­sław Dzi­wisz. Wstyd przy­znać, ale z ca­łej li­tur­gii naj­le­piej za­pa­mię­ta­łem, że je­den z bierz­mo­wa­nych ze­mdlał. Po­tem pod­czas mo­dli­twy wier­nych ksiądz po­wie­dział: „Mó­dl­my się za na­sze­go zmar­łe­go ko­le­gę…”. Wszy­scy by­li­śmy w szo­ku.

Co chcesz, abym ro­bił?

Ja­ko pa­tro­na wy­bra­łem św. Jó­ze­fa. Nie był to wy­bór kie­ro­wa­ny na­bo­żeń­stwem do nie­go. Zro­bi­łem to ze wzglę­du na mo­je­go zmar­łe­go ta­tę, Jó­ze­fa. Z cza­sem, gdy zro­zu­mia­łem, ale by­ło to do­pie­ro w se­mi­na­rium, po co mi to imię, roz­po­czął się mój oso­bi­sty kult do te­go wiel­kie­go świę­te­go. Od te­go mo­men­tu mam w nim wiel­kie­go orę­dow­ni­ka, do któ­re­go chęt­nie się mo­dlę.

Od­kry­wa­łem sie­bie na no­wo, ale tym ra­zem z po­mo­cą Du­cha Świę­te­go.

Czy sa­kra­ment Bierz­mo­wa­nia zmie­nił coś w mo­im ży­ciu? Po­cząt­ko­wo nie. Przy­naj­mniej wów­czas nic nie za­re­je­stro­wa­łem. W su­mie sam nie chcia­łem, że­by coś się zmie­ni­ło. Do­pie­ro czas ro­ze­zna­wa­nia po­wo­ła­nia był okre­sem czer­pa­nia łask i da­rów Du­cha Świę­te­go. By­ło du­żo mo­dli­twy do Du­cha Świę­te­go i py­ta­nia „Co chcesz, abym ro­bił?”. Stop­nio­wo zmie­nia­łem na­sta­wie­nie i my­śle­nie o ży­ciu. Od­kry­wa­łem sie­bie na no­wo, ale tym ra­zem z po­mo­cą Du­cha Świę­te­go.

Za­czę­ły po­ja­wiać się my­śli o ka­płań­stwie, ale wte­dy jesz­cze mó­wi­łem: „Nie, to nie dla mnie”. Mi­mo to pro­si­łem Bo­ga o znak, je­śli fak­tycz­nie ta­ka jest Je­go wo­la. Dłu­go nie cze­ka­łem. To by­ło przed ma­tu­rą. Wra­ca­łem z tre­nin­gu i za­cze­pi­ła mnie star­sza ko­bie­ta. Po­wie­dzia­ła: „Nic do­dać, nic ująć – ksiądz” i po­szła. Po­my­śla­łem „wa­riat­ka”, ale po dłuż­szej chwi­li i ro­ze­zna­niu zro­zu­mia­łem, że by­ła to spraw­ka Du­cha świę­te­go.

Bądź­cie otwar­ci!

Co mo­gę po­ra­dzić tym, któ­rzy przy­go­to­wu­ją się do Bierz­mo­wa­nia? Bądź­cie otwar­ci i słu­chaj­cie te­go, co mó­wi Duch w wa­szych ser­cach i przez in­nych lu­dzi. Py­taj­cie Go, gdy szu­ka­cie roz­wią­za­nia. Po­dejdź­cie do sa­kra­men­tu nie z przy­mu­sem, ale na­dzie­ją, że ma to sens, że prę­dzej czy póź­niej Duch Świę­ty, któ­re­go otrzy­ma­cie, uzdol­ni was do męż­ne­go wy­zna­wa­nia wia­ry i do po­stę­po­wa­nia we­dług jej za­sad.

 

ks. Bar­tło­miej Ba­chle­da-Sze­li­ga

Drodzy Czytelnicy!

Po­dej­mu­je­my te­mat, któ­ry wzbu­dza wie­le kon­tro­wer­sji. Nie wszy­scy lu­dzie wie­dza (a je­śli wie­dza, to nie za­wsze przyj­mu­ją do wia­do­mo­ści), ze ży­cie czło­wie­ka za­czy­na się w mo­men­cie po­czę­cia. A to fakt, pod któ­rym pod­pi­su­ją się roż­ne au­to­ry­te­ty z dzie­dzi­ny me­dy­cy­ny. Z bio­lo­gią się nie dys­ku­tu­je.

War­to so­bie uświa­do­mić, ze ma­my bra­ci i sio­stry już w mo­men­cie, gdy są oni jesz­cze w brzu­chu na­szej ma­my, a nie do­pie­ro wte­dy, gdy mo­że­my ich no­sić na rę­kach. Wnio­sek jest pro­sty: sko­ro czło­wiek jest czło­wie­kiem od po­czę­cia (choć ma­lut­kim, zo­bacz­cie swój au­to­por­tret w pierw­szym dniu od po­czę­cia na s. 6), to od te­go cza­su na­le­ży mu się tro­ska i praw­na ochro­na. Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, przy­go­to­wa­ło Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka, któ­re już od 20 lat chro­ni ży­cie czło­wie­ka od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmier­ci.
W nu­me­rze pi­sze­my rów­nież o oso­bach nie­peł­no­spraw­nych.

Re­por­taż pt. „Ju­tro da­my ra­dę” opo­wia­da o do­mu z Wa­do­wic, w któ­rym miesz­ka sie­dem­dzie­siąt ko­biet z upo­śle­dze­niem in­te­lek­tu­al­nym. Opie­ku­ją się ni­mi wspa­nia­łe sio­stry na­za­re­tan­ki.
Dla swo­ich pod­opiecz­nych (i wraz z ni­mi!) two­rzą dom wy­peł­nio­ny cie­płem i mi­ło­ścią. Po­le­cam tez Wam świet­ne tek­sty na­sze­go psy­cho­lo­ga. Pa­ni An­na Ku­char­ska-Zyg­munt pod­po­wia­da, jak bę­dąc nie­peł­no­spraw­nym, żyć peł­nią ży­cia i od­na­leźć w so­bie pa­sje.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych od­po­wia­da­my na py­ta­nie: czy z oka­zji Bierz­mo­wa­nia do­sta­je się ja­kiś pre­zent? Roz­bra­ja­my i oswa­ja­my emo­cje, pod­po­wia­da­jąc, jak się z ni­mi za­przy­jaź­nić.
Roz­wią­zu­je­my też za­gad­kę, co jest naj­lep­szą mo­dli­twą uwiel­bie­nia i pod­su­mo­wu­je­my ŚDM w Pa­na­mie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Czy Bóg wystarczy?

Me­my, uka­zu­ją­ce pierw­szo­ko­mu­nij­ne dziew­czyn­ki w nie­mal ba­lo­wych su­kien­kach lub chłop­ców w bia­łych ubran­kach sie­dzą­cych na no­wym qu­adzie, są śmiesz­ne i rów­no­cze­śnie tra­gicz­ne. Co tra­ci­my z ta­kim po­dej­ściem do sa­kra­men­tów?

Te­mat pre­zen­tów na I Ko­mu­nię Świę­tą po­ja­wia się co ro­ku w oko­li­cach ma­ja w me­diach, zwłasz­cza w in­ter­ne­cie. Au­to­rzy me­mów i ko­men­ta­rzy prze­ści­ga­ją się w po­ka­zy­wa­niu co­raz to bar­dziej prze­śmiew­czych zdjęć, uka­zu­ją­cych pierw­szo­ko­mu­nij­ne dzie­ci z no­wy­mi smart­fo­na­mi, ta­ble­ta­mi czy dro­na­mi. Wy­da­je się to być śmiesz­ne i rów­no­cze­śnie tra­gicz­ne. Oso­ba ma­ją­ca kon­takt z ży­wą wia­rą wie, że to prze­cież nie o to cho­dzi. Prze­cież naj­więk­szą ra­do­ścią dla dziec­ka jest fakt przy­ję­cia Ży­we­go Chry­stu­sa pod po­sta­cią Chle­ba Eu­cha­ry­stycz­ne­go! Mi­mo to co ro­ku te­mat wra­ca, co­raz bar­dziej spłasz­cza­jąc sa­mą rze­czy­wi­stość Eu­cha­ry­stii.

Ku­pić mi­łość?

Dla­cze­go tak się dzie­je? Trud­no zna­leźć jed­no­znacz­ną od­po­wiedź. Na pew­no jest to wi­na na­szej ka­te­che­zy, za­rów­no tych dzie­ci, jak i przede wszyst­kim ich ro­dzi­ców i bli­skich, któ­rzy, sa­mi nie po­tra­fiąc czer­pać ra­do­ści ze spo­tka­nia z Ży­wym Chry­stu­sem, pró­bu­ją za­stą­pić to do­świad­cze­nie czymś ma­te­rial­nym. Chry­stus to mi­łość. Je­śli jej nie czu­je­my, pró­bu­je­my za­stą­pić ją sztucz­nym za­mien­ni­kiem. Tak prze­cież też czę­sto dzie­je się w ro­dzi­nach, w któ­rych ro­dzi­ce nie ma­ją cza­su dla dzie­ci i brak mi­ło­ści czy za­in­te­re­so­wa­nia pró­bu­ją za­stą­pić ku­po­wa­niem dro­gich pre­zen­tów.

Fot. 123rf.com

A jak jest z Bierz­mo­wa­niem?

Co z pre­zen­ta­mi na tę oka­zję? Na szczę­ście, nie wi­dzi się w in­ter­ne­cie dro­gich pre­zen­tów dla mło­dzie­ży przyj­mu­ją­cej ten sa­kra­ment. Mo­że cho­dzi o doj­rza­łość przyj­mu­ją­ce­go ten sa­kra­ment i nie­co lep­sze ro­zu­mie­nie te­go, co się dzie­je. Dziec­ku, na­wet w trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, trud­niej wy­ja­śnić, że otrzy­mu­je wła­śnie naj­więk­sze bo­gac­two świa­ta. Choć nie jest nie­moż­li­we, by do­trzeć na­wet do tak mło­de­go czło­wie­ka. Na­sto­lat­ko­wi w wie­ku 15 lat nie­co ła­twiej przy­cho­dzi zro­zu­mie­nie, że da­ry Du­cha Świę­te­go, któ­ry­mi jest ob­sy­py­wa­ny w sa­kra­men­tach (mię­dzy in­ny­mi w Bierz­mo­wa­niu), są na­praw­dę cen­ne!

Co do­sta­nę?

Cza­sa­mi jed­nak bli­scy ob­da­ro­wu­ją pod­opiecz­nych drob­ny­mi pre­zen­ta­mi z oka­zji Bierz­mo­wa­nia. Na szczę­ście, nie są to już tak dro­gie ma­te­rial­nie pre­zen­ty jak w przy­pad­ku I Ko­mu­nii Świę­tej. Nie­któ­rzy ku­pu­ją np. Pi­smo Świę­te. Jed­nak war­to pa­mię­tać, że sam sa­kra­ment jest wy­star­cza­ją­cym „pre­zen­tem”. Nic nie po­win­no go przy­sła­niać. Py­ta­nie, czy po­tra­fi­my do­strzec je­go war­tość? Przy­po­mi­na mi się pe­wien oko­ło­świą­tecz­ny ob­ra­zek z in­ter­ne­tu. Przed­sta­wia do­ro­słe­go męż­czy­znę i ma­łe­go chłop­ca. Męż­czy­zna py­ta chłop­ca, co mu przy­nie­sie Dzie­ciąt­ko Je­zus. Chło­piec od­po­wia­da pro­sto: „Zba­wie­nie”.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Jak pomóc osobie pełnosprawnej?

Jak się za­cho­wać w kon­tak­cie z oso­bą nie­peł­no­spraw­ną? Co moż­na zro­bić, a cze­go nie, by nie ura­zić lub nie zra­zić do sie­bie oso­by z nie­peł­no­spraw­no­ścią? Jak się w jej to­wa­rzy­stwie za­cho­wy­wać?

Jak nie lu­bię być trak­to­wa­ny/-a? Nie­na­tu­ral­nie, z nad­gor­li­wo­ścią, pro­tek­cjo­nal­nie? Bo z tym ko­ja­rzy się ob­cho­dze­nie się z kimś „jak z jaj­kiem”, tzw. cac­ka­nie się. Słow­nik po­da­je, że to tak­że po­dej­ście z ostroż­no­ścią, ze szcze­gól­ną de­li­kat­no­ścią. To przy­jem­niej brzmi, cho­ciaż sło­wo „szcze­gól­na” znów spra­wia, że się je­ży­my. Bo po co ta szcze­gól­ność? Wo­li­my być trak­to­wa­ni „z ja­jem” czy­li bar­dziej na­tu­ral­nie, z uśmie­chem, dow­ci­pem, szczyp­tą sza­leń­stwa. Jed­nym sło­wem: z ży­ciem!

Czy każ­dy tak wo­li?

Nie­ko­niecz­nie. Je­śli ktoś jest otwar­ty, eks­tra­wer­tycz­ny, ener­gicz­ny, to tak wo­li: szyb­ciej skra­cać dy­stans, nie ob­wi­jać w ba­weł­nę. Ale oso­by nie­śmia­łe, za­mknię­te w so­bie i me­lan­cho­lij­ne pew­nie wo­la­ły­by tę ostroż­ność, a już na pew­no de­li­kat­ność. I po­trze­bu­ją wię­cej cza­su na oswo­je­nie się z no­wy­mi ludź­mi i sy­tu­acja­mi.

Fot. 123rf.com – Ol­ga Yastrem­ska and Le­onid Yastrem­skiy

Czy­li naj­bez­piecz­niej w kon­tak­cie z dru­gą oso­bą za­cho­wy­wać się na­tu­ral­nie. To zna­czy zgod­nie z wła­snym uspo­so­bie­niem i tym, jak „czy­ta­my” te­go dru­gie­go. Z uważ­no­ścią na nie­go i na sie­bie. Jak to „na sie­bie”?! Prze­cież roz­ma­wia­my o kon­tak­cie z oso­bą nie­peł­no­spraw­ną fi­zycz­nie!

Kwe­stie tech­nicz­ne

War­to za­cząć od py­ta­nia: jak lu­bię być trak­to­wa­ny/-a? Mi­mo że nie mam żad­nej fi­zycz­nej nie­peł­no­spraw­no­ści. Po­mi­mo te­go ta­ka re­flek­sja ma sens, tak­że w od­nie­sie­niu do to­wa­rzy­stwa osób nie­peł­no­spraw­nych. Bo w na­wią­za­niu i bu­do­wa­niu zna­jo­mo­ści z dru­gą oso­bą, w re­la­cji, któ­ra z cza­sem mo­że się prze­ro­dzić w przy­jaźń czy bli­skość, co za zna­cze­nie ma ja­kieś ogra­ni­cze­nia fi­zycz­ne? To są, moż­na po­wie­dzieć, „kwe­stie tech­nicz­ne”. Dla­te­go waż­ne są obie stro­ny, umow­nie na­zwa­ne: Peł­no­spraw­ną i Nie­peł­no­spraw­ną. Obu po­mo­że świa­do­mość wła­snych od­czuć wo­bec te­go, co im po­ma­ga, a co prze­szka­dza czuć się ze so­bą swo­bod­nie. Peł­no­spraw­na nie­chaj zda so­bie spra­wę z wła­sne­go lę­ku, onie­śmie­le­nia, nie­pew­no­ści wo­bec Nie­peł­no­spraw­nej. A Nie­peł­no­spraw­na nie­chaj zro­bi… to sa­mo w dru­gą stro­nę. Po­tem war­to o tym po­ga­dać. Udzie­lić so­bie wszel­kich po­trzeb­nych in­for­ma­cji, któ­re, wspo­mnia­ne wy­żej, kwe­stie tech­nicz­ne, uprosz­czą. Np.:

– Prze­stra­szy­łam się, kie­dy za­ha­czy­łaś ku­lą o po­ręcz! Spa­ni­ko­wa­łam! Nie wiem, czy cię w ta­kich ra­zach chwy­tać choć­by za kap­tur blu­zy?

– Spo­ko, cza­sem o coś za­wa­dzę le­wą ku­lą, ale ma­newr wy­cho­dze­nia z tej opre­sji mam opa­no­wa­ny. Wo­lę się sa­ma ogar­niać. Jak na­po­tka­my ja­kąś prze­szko­dę nie do prze­by­cia dla mnie, to cię po­pro­szę o po­moc.

Bez osa­cza­nia

War­to się umó­wić, że to Nie­peł­no­spraw­ny da­je znać, kie­dy i ja­kiej po­mo­cy po­trze­bu­je. To on wie le­piej. Peł­no­spraw­ne­mu rów­nie czę­sto mo­że nie star­czyć wy­obraź­ni jak i mo­że osa­czyć na­do­pie­kuń­czo­ścią.

Co moż­na zro­bić, a cze­go nie moż­na zro­bić, by cię nie ura­zić? Jak się za­cho­wy­wać w two­im to­wa­rzy­stwie ?”- to py­ta­nia, któ­re so­bie na­wza­jem za­da­je­my i na któ­re od­po­wia­da­my w kon­tak­cie z każ­dym czło­wie­kiem. Ta roz­mo­wa w du­żej mie­rze to­czy się po­za sło­wa­mi. Je­że­li sza­nu­je­my lu­dzi i je­ste­śmy sie­bie na­wza­jem cie­ka­wi, to od­naj­dzie­my dro­gę. W swo­im tem­pie, wła­sny­mi sło­wa­mi, uśmie­chem, zdzi­wio­nym spoj­rze­niem, znie­cier­pli­wie­niem, in­nym ra­zem wy­ro­zu­mia­ło­ścią. Uczy­my się je­den dru­gie­go. Po­zna­je­my „in­struk­cje ob­słu­gi” Ka­si i Aga­ty, Jac­ka, Be­aty, Rom­ka.

Każ­dy po­trze­bu­je

Z cza­sem wszyst­ko się wy­mie­sza. Nie­peł­no­spraw­ność rzu­ca­ją­ca się na pierw­szy rzut oka u Ka­si, oka­zu­je się ni­czym wo­bec tej nie­wi­docz­nej u Be­aty. Nie wia­do­mo, kto ko­go bar­dziej wspie­ra. Te­go się nie mie­rzy i nie wa­ży. Ob­da­ro­wu­je­my się na­wza­jem. Nikt nie po­trze­bu­je li­to­ści czy ła­ski. Każ­dy po­trze­bu­je dru­gie­go czło­wie­ka.

An­na Ku­char­ska-Zyg­munt, psy­cho­log

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Jestem kosmiczną niespodzianką!

Jak, bę­dąc nie­peł­no­spraw­nym, żyć peł­nią ży­cia? Jak od­kryć w so­bie pa­sję, hob­by?

Oczy­wi­ście, le­piej być zdro­wym niż cho­rym. Cho­dzić na wła­snych no­gach, wi­dzieć, sły­szeć, mieć spraw­ne rę­ce. Być „nor­mal­nym”, mieć na star­cie ta­kie moż­li­wo­ści jak więk­szość. To zde­cy­do­wa­nie uła­twia ży­cie, a już na pew­no co­dzien­ne funk­cjo­no­wa­nie. Ale wszy­scy zna­my oso­by zdro­we, któ­re spę­dza­ją dzień za dniem pod przy­sło­wio­wą „bud­ką z pi­wem”, oraz oso­by nie­peł­no­spraw­ne, z bły­skiem w oku pod­bi­ja­ją­ce (bliż­szy lub dal­szy) świat.

Fot. 123rf.com

Ety­kie­ty, któ­re ogra­ni­cza­ją

Każ­dy czło­wiek jest ogrom­ną war­to­ścią, bez każ­de­go z nas wszech­świat już nie był­by ta­ki sam. Na­le­ży­my do jed­ne­go ga­tun­ku Ho­mo sa­piens, ma­my wie­le wspól­nych cech, któ­re sta­no­wią o na­szym po­do­bień­stwie. Ale każ­de­go z nas „utkał w ło­nie mat­ki” wszech­mo­gą­cy Bóg o nie­skoń­czo­nej fan­ta­zji, kre­atyw­no­ści. Bóg, któ­ry nie lu­bi nu­dy i ma wiel­kie po­czu­cie hu­mo­ru. Gdy­by­śmy sku­pi­li się na roz­wi­ja­niu otrzy­ma­nych od Nie­go ta­len­tów, to róż­ni­li­by­śmy się od sie­bie bar­dziej niż tzw. nie­peł­no­spraw­ni od peł­no­spraw­nych. Dla­te­go po­rzuć­my tę no­men­kla­tu­rę. Mu­si­my ja­koś na­zy­wać świat, że­by go upo­rząd­ko­wać i ogar­nąć na wła­sną mia­rę, ale… cza­sem two­rzy­my ety­kiet­ki, któ­re nie­wie­le wy­ja­śnia­ją, a za to po­tra­fią moc­no ogra­ni­czać. Za­miast za­czy­nać my­śle­nie od: Je­stem na wóz­ku, więc… Po­myśl: Chcę zo­ba­czyć Afry­kę, więc… Na­uczyć się chiń­skie­go… Zro­bić swe­ter na dru­tach…

Co masz w so­bie bo­skie­go?

Spo­so­by na od­na­le­zie­nie pa­sji czy peł­ni ży­cia są ta­kie sa­me dla wszyst­kich lu­dzi. To na­sze wnę­trze sta­no­wi o na­szej isto­cie. W nim od­bi­ja się tkwią­cy w nas okruch po­do­bień­stwa do Bo­ga, na któ­re to po­do­bień­stwo zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni.

Gdy­by­śmy pa­trzy­li na sie­bie na­wza­jem, pa­mię­ta­jąc o tym, na­sze spoj­rze­nie mó­wi­ło­by dru­gie­mu: po­każ mi, na czym po­le­ga two­ja uni­kal­ność? Co masz w so­bie bo­skie­go? Je­steś ta­ki in­te­re­su­ją­cy! Je­steś ko­smicz­ną nie­spo­dzian­ką! Cie­ka­we, dla­cze­go wła­śnie cie­bie spo­tka­łem? Czym mnie ze­chcesz ob­da­ro­wać? Cze­go po­trze­bu­jesz ode mnie?

Stu­dent z ze­spo­łem Do­wna

Oto frag­ment z wy­wia­du z Pa­blo Pi­ned, od­twór­cy głów­nej ro­li w fil­mie „Ja też”. Miesz­ka w Hisz­pa­nii, jest pierw­szym Eu­ro­pej­czy­kiem z ze­spo­łem Do­wna, któ­ry zdo­był wyż­sze wy­kształ­ce­nie: „Mo­ja ro­dzi­na, moi pro­fe­so­ro­wie, na­uczy­cie­le od sa­me­go po­cząt­ku wie­rzy­li w mo­je moż­li­wo­ści. Wie­rzy­li, że je­stem w sta­nie się cze­goś na­uczyć i coś osią­gnąć. Nie ogra­ni­cza­li mnie, nie roz­pa­try­wa­li w ka­te­go­rii oso­by z ze­spo­łem Do­wna. Moi ro­dzi­ce wi­dzie­li we mnie sy­na, któ­re­go mu­szą wy­kształ­cić, wy­cho­wać, a moi na­uczy­cie­le – ucznia, któ­ry, po­dob­nie jak in­ni, cho­dzi do szko­ły, że­by zdo­być wy­kształ­ce­nie. Ta ich wia­ra i mo­ja pew­ność sie­bie, po­czu­cie, że mo­gę wie­le zro­bić, prze­ło­ży­ły się na stu­dia, ka­rie­rę i ten film”.

Wia­ra i pew­ność sie­bie

Wie­rzy­li w mo­je moż­li­wo­ści”; „Nie ogra­ni­cza­li mnie”; „Nie roz­pa­try­wa­li w ka­te­go­rii oso­by z ze­spo­łem Do­wna”…

…”ich wia­ra i mo­ja pew­ność sie­bie”- co by­ło pierw­sze? Jaj­ko czy ku­ra? To chy­ba nie ta­kie waż­ne. Bo czy to wia­ra ro­dzi­ców spra­wi­ła, że u Pa­bla po­ja­wi­ła się pew­ność sie­bie, czy pew­ność sie­bie zro­dzi­ła wia­rę, że „Pa­blo da ra­dę”? Tak czy ina­czej, skoń­czy­ło się na tym, że obie by­ły obec­ne i da­wa­ły si­łę do roz­wo­ju, po­ko­ny­wa­nia prze­ciw­no­ści.

Wyjdź­cie i wrzeszcz­cie

Prze­glą­da­my się w oczach in­nych, bo je­ste­śmy isto­ta­mi spo­łecz­ny­mi i waż­na jest dla nas ich ak­cep­ta­cja. In­ni prze­glą­da­ją się w na­szych oczach, szu­ka­jąc te­go sa­me­go. Sa­mi de­cy­du­je­my, co ma­my „na wierz­chu”: oce­nę, dy­stans, ase­ku­ra­cję, po­dejrz­li­wość czy otwar­tość, cie­ka­wość, życz­li­wość, do­ce­nie­nie, wy­ro­zu­mia­łość.

Jest ta­kie przy­sło­wie „Siedź w ką­cie, a znaj­dą cię”- nie wierz­cie w nie! Świat pę­dzi, lu­dzie się spie­szą, ty­le się dzie­je! Nie siedź w ką­cie, bo nie znaj­dą cię! Wyjdź­cie i wrzeszcz­cie: Hej, chodź mnie po­znać! Wiem, że war­to, bo jak każ­dy je­stem cu­dem, da­rem, uni­ka­tem! No­ooo, nie wiem jesz­cze do­kład­nie, na czym mo­ja cu­dow­ność po­le­ga, ale mo­że ja­koś się ma do te­go ta ser­wet­ka re­tro, któ­rą bab­ci na imie­ni­ny wy­dzier­ga­łam? Mo­że z two­ją po­mo­cą od­kry­ję swój ta­lent? Lub po­mo­gę ci do­strzec twój?

Od­na­leźć swój ta­lent

Lu­dzie, któ­rzy ma­ją pa­sję, ro­bią coś, w czym się speł­nia­ją, przy­cią­ga­ją in­nych. Nie spo­sób być wo­bec nich obo­jęt­nym. Ener­gia, ja­ką ema­nu­ją, po­ru­sza. Na­wet je­śli przed­miot ich pa­sji nie jest „z na­szej baj­ki”, po­dzi­wia­my lub za­zdro­ści­my, bo też by­śmy tak chcie­li, bo tę­sk­ni­my za ak­tyw­no­ścią, któ­ra jest sa­mo­na­pę­dza­ją­cym się me­cha­ni­zmem. Któ­ra da­je sa­tys­fak­cję, wy­zwa­la en­tu­zjazm. Za­miast zmę­cze­nia – da­je ra­dość two­rze­nia.

Lu­dzie z pa­sją są wy­ra­zi­ści, są so­bą (po­mi­mo kosz­tów), pa­sja ich kreu­je tak, jak oni kreu­ją two­rzy­wo tej pa­sji. Od­na­leź­li ta­lent sta­no­wią­cy ich isto­tę.

Sam się zdzi­wisz, jak je­steś sil­ny

Po­patrz na sie­bie życz­li­wie, uważ­nie, spo­koj­nie i od­po­wiedz:

  • Co lu­bisz?
  • Co ci się po­do­ba?
  • Co cię cie­szy?
  • Co cię po­cią­ga?
  • Przy ja­kiej oka­zji po­czu­łeś en­tu­zjazm?
  • Kie­dy po­czu­łeś choć cień en­tu­zja­zmu?

Szu­kaj. Ale nie tyl­ko teo­re­tycz­nie: pró­buj, do­świad­czaj, ucz się sie­bie. Kie­dy ostat­nio ro­bi­łeś coś pierw­szy raz? Nie po­zo­sta­waj tyl­ko w zna­nych re­wi­rach, sko­ro ża­den z nich „to jesz­cze nie to”. Bądź ak­tyw­ny. Wy­chodź ze stre­fy kom­for­tu. Je­śli cię coś spło­szy i wró­cisz prze­stra­szo­ny, to nic. Od­pocz­nij i zno­wu spró­buj. Je­śli coś do­brze ro­ku­je, za­an­ga­żuj się, za­ry­zy­kuj, wy­płyń na głę­bię. Od­waż się. Kie­dy „się od­naj­dziesz”, sam się zdzi­wisz, jak je­steś sil­ny. „Tu­taj się czu­ję u sie­bie”; „Naj­bar­dziej czu­ję się so­bą, kie­dy…”- te­go ty­pu zda­nia pod­po­wia­da­ją, że je­ste­śmy bli­sko sfe­ry, któ­rej mo­gą do­ty­czyć na­sze ce­le roz­wo­jo­we.

Kie­dy je­ste­śmy au­ten­tycz­ni, da­je­my się po­znać. Ci, któ­rzy nas za­ak­cep­tu­ją ta­ki­mi, ja­cy je­ste­śmy, bę­dą dla nas nie­oce­nio­nym wspar­ciem na dro­dze po­szu­ki­wa­nia… sa­mych sie­bie, czy­li pa­sji sprzę­żo­nych z na­szy­mi ta­len­ta­mi. Bę­dąc co­raz bar­dziej so­bą, bę­dzie­my co­raz bar­dziej wy­ra­zi­ści i co­raz bar­dziej po­cią­ga­ją­cy dla jed­nych, dla in­nych wręcz prze­ciw­nie. Tyl­ko to, że nie wszy­scy nas lu­bią, już nas nie bę­dzie prze­ra­żać.

Gdy ze stra­chu przed zra­nie­niem przy­wdzie­wa­my wciąż no­we ma­ski, za­miast się przed­sta­wiać, kreu­je­my się przed in­ny­mi i sa­my­mi so­bą, tra­ci­my mnó­stwo si­ły, po­trzeb­nej na two­rze­nie praw­dzi­wych, ży­cio­daj­nych re­la­cji.

In­spi­ra­cje

Wy­chodź do lu­dzi, czerp od nich in­spi­ra­cję. Oto kil­ka przy­kła­dów:

Nick Vu­ji­cic – au­stra­lij­ski ewan­ge­li­za­tor i mów­ca mo­ty­wa­cyj­ny – ma ze­spół te­tra-ame­lia, czy­li cał­ko­wi­ty wro­dzo­ny brak koń­czyn. Na ca­łym świe­cie pro­wa­dzi wy­kła­dy na te­mat nie­peł­no­spraw­no­ści, mo­ty­wa­cji i wia­ry w Bo­ga. Ma peł­no­spraw­ną żo­nę i czwór­kę dzie­ci.

He­len Adams Kel­ler – ame­ry­kań­ska głu­cho­nie­wi­do­ma pi­sar­ka, pe­da­gog i dzia­łacz­ka spo­łecz­na. W wie­ku 19 mie­się­cy prze­szła cho­ro­bę, któ­ra po­zba­wi­ła ją wzro­ku, słu­chu i czę­ścio­wo moż­no­ści mó­wie­nia.

Jan Me­la – pol­ski po­dróż­nik i dzia­łacz spo­łecz­ny. Naj­młod­szy w hi­sto­rii zdo­byw­ca obu bie­gu­nów w cią­gu jed­ne­go ro­ku. Po po­ra­że­niu prą­dem stra­cił le­we pod­udzie i pra­we przed­ra­mię.

Ste­phen Haw­king – wy­bit­ny astro­fi­zyk i ko­smo­log. Fi­zyk teo­re­tycz­ny, pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki. Au­tor ksią­żek po­pu­lar­no­nau­ko­wych. Cier­piał na stward­nie­nie za­ni­ko­we bocz­ne. Cho­ro­ba ta po­wo­du­je cał­ko­wi­ty za­nik mię­śni. Po­ru­szał się na wóz­ku in­wa­lidz­kim, z oto­cze­niem po­ro­zu­mie­wał się za po­mo­cą kom­pu­te­ra, ste­ro­wa­ne­go kciu­kiem.

Ja­nusz Świ­toń – na sku­tek wy­pad­ku ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go od wie­lu lat ma pa­ra­liż czte­rech koń­czyn i nie­wy­dol­ność od­de­cho­wą. Po­tra­fi je­dy­nie po­ru­szać ocza­mi i usta­mi. Na­pi­sał książ­kę au­to­bio­gra­ficz­ną. Współ­pra­cu­je z Fun­da­cją An­ny Dym­nej „Mi­mo Wszyst­ko”, po­ma­ga in­nym nie­peł­no­spraw­nym.

Nie spo­sób wy­mie­nić wszyst­kich spor­tow­ców, ar­ty­stów wszel­kich dzie­dzin, spo­łecz­ni­ków itd. Ła­two ich od­na­leźć w in­ter­ne­cie, ale war­to też roz­glą­dać się w naj­bliż­szym oto­cze­niu. Są wszę­dzie.

An­na Ku­char­ska-Zyg­munt, psy­cho­log

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Drodzy Czytelnicy!

W nu­me­rze, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, po­ru­sza­my dwa bar­dzo trud­ne te­ma­ty: sa­mo­oka­le­cze­nie i de­pre­sja. Wy­da­wać by się mo­gło, że jed­no i dru­gie do­ty­ka nie­zna­nych nam Ko­wal­skich i nie mo­że spo­tkać nas oso­bi­ście. A to nie­praw­da. O ska­li obu pro­ble­mów świad­czą li­sty nad­sy­ła­ne do re­dak­cji. Pi­sa­li­ście do nas ano­ni­mo­wo, że­by­śmy przy­go­to­wa­li nu­mer o sa­mo­oka­le­cze­niach i o de­pre­sji.

Z de­pre­sją zma­ga się czte­ry proc. na­sto­lat­ków, ale ob­ja­wy de­pre­syj­ne mo­że prze­ja­wiać aż co pią­ta oso­ba. Naj­now­sze ba­da­nia po­ka­zu­ją rów­nież, że co szó­sty na­sto­la­tek oka­le­cza się. Fak­ty są alar­mu­ją­ce.

Za­chę­cam do prze­czy­ta­nia tek­stów, któ­re przy­bli­żą oba pro­ble­my i po­ka­żą, że z jed­ne­go i dru­gie­go jest wyj­ście. Wła­śnie tak! W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych znaj­dzie­cie spo­so­by na przy­go­to­wa­nie ser­ca do przy­ję­cia sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Do­wie­cie się, co do­kład­nie wy­ra­ża­ją po­sta­wy sie­dzą­ca, sto­ją­ca i klę­czą­ca, któ­re przyj­mu­je­my w cza­sie każ­dej Mszy św. Prze­czy­ta­cie o Sa­kra­men­tach i cu­dow­nym uzdro­wie­niu cho­rej dziew­czy­ny. Po­zna­cie Mar­tę, któ­ra ewan­ge­li­zu­je śpie­wem oraz Tom­ka, któ­ry dzie­li się świa­dec­twem ży­cia w czy­sto­ści.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Ważne: Postawa w czasie Mszy

Czę­sto w trak­cie Eu­cha­ry­stii nie ro­zu­mie­my po­staw, ja­kie przyj­mu­je­my. Że­by do­brze prze­żyć czas Mszy świę­tej, waż­ne jest po­zna­nie wszyst­kich jej ele­men­tów. Tym­cza­sem nie­raz pew­ne rze­czy wy­ko­nu­je­my zu­peł­nie „bez­wied­nie”, nie za­sta­na­wia­jąc się w ogó­le, po co to ro­bi­my.

Wie­my z lek­cji re­li­gii, a mo­że i z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii przyj­mu­je­my trzy głów­ne po­sta­wy: sto­ją­cą, sie­dzą­cą i klę­czą­cą.

Po­sta­wa sto­ją­ca: go­to­wość

Po­sta­wę sto­ją­cą przyj­mu­je­my głów­nie na po­cząt­ku Eu­cha­ry­stii, w cza­sie Ewan­ge­lii, w nie­któ­rych mo­men­tach mo­dli­twy eu­cha­ry­stycz­nej i w chwi­li ro­ze­sła­nia. Ozna­cza na­szą go­to­wość. Tro­chę jak żoł­nierz sto­ją­cy na bacz­ność, cze­ka­ją­cy na ko­lej­ne „roz­ka­zy”. Głów­nie w cza­sie Ewan­ge­lii, któ­rej słu­cha­my w po­sta­wie sto­ją­cej, po­ka­zu­je­my go­to­wość, by wdra­żać w ży­cie jej prze­kaz. Na ko­niec Eu­cha­ry­stii, kie­dy sły­szy­my sło­wa: „Idź­cie w po­ko­ju Chry­stu­sa”, rów­nież da­je­my znak go­to­wo­ści do dzia­ła­nia, by to, co się wy­da­rzy­ło w cza­sie mi­nio­nej go­dzi­ny, nie zo­sta­ło zmar­no­wa­ne, ale wręcz sta­ło się tre­ścią na­szej mi­sji.

Fot. pixabay.com

Po­sta­wa sie­dzą­ca: za­słu­cha­nie

Sie­dzi­my w cza­sie Eu­cha­ry­stii głów­nie w cza­sie czy­tań i ho­mi­lii. Ta po­sta­wa ozna­cza na­sze za­słu­cha­nie. Gdy sie­dzi­my, nie an­ga­żu­je­my zbyt moc­no swo­je­go cia­ła. W tym cza­sie pra­cu­je nasz umysł, któ­ry te­raz po­wi­nien być sku­pio­ny na słu­cha­niu Sło­wa Bo­że­go i prze­kła­da­niu je na wła­sne ży­cie. Czło­wiek sie­dzą­cy ko­ja­rzy się z kimś za­my­ślo­nym. I wła­śnie to ma wy­ra­żać po­sta­wa w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii. Za­słu­cha­nie i za­my­śle­nie. Sku­piam się nad tym, co waż­ne, pró­bu­ję wy­cią­gać mą­dre wnio­ski, sta­wiam so­bie waż­ne, a cza­sa­mi trud­ne, py­ta­nia.

War­to wło­żyć ser­ce w to, co ro­bię. Wte­dy nie bę­dę mógł się nu­dzić.

Po­sta­wa klę­czą­ca: po­ko­ra

Po­sta­wę klę­czą­cą przyj­mu­je­my głów­nie w dwóch mo­men­tach Eu­cha­ry­stii: w cza­sie prze­isto­cze­nia i w chwi­li pod­nie­sie­nia Kon­se­kro­wa­nej Ho­stii, gdy śpie­wa­my „Ba­ran­ku Bo­ży”. To są dwa bar­dzo waż­ne mo­men­ty Eu­cha­ry­stii. Ka­płan uka­zu­je nam isto­tę te­go, po co tu przy­szli­śmy, czy­li sa­me­go Bo­ga, ukry­te­go pod po­sta­cią bia­łe­go chle­ba. Pa­dam na ko­la­na, bo w tym bia­łym ka­wał­ku chle­ba mo­je ser­ce do­strze­ga Bo­ga – Stwór­cę świa­ta. Choć oczy cia­ła wi­dzą tyl­ko ka­wa­łek chle­ba, ser­ce wi­dzi wię­cej i ka­że paść na ko­la­na. Ta po­sta­wa wy­ra­ża też na­szą po­ko­rę wo­bec wiel­kiej ta­jem­ni­cy, ja­ka do­ko­nu­je się w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii. War­to mieć też świa­do­mość, że ten Bóg, przed któ­rym te­raz klę­kam, za chwi­lę da mi sie­bie sa­me­go do spo­ży­cia, sta­nie się nie­ro­ze­rwal­ną czę­ścią mo­je­go ży­cia.

Zna­ki po­trzeb­ne nam sa­mym

War­to zwra­cać uwa­gę na to, ja­kie przyj­mu­je­my po­sta­wy w cza­sie Eu­cha­ry­stii, ja­kie wy­ko­nu­je­my zna­ki i ge­sty. Nie po to, że­by się ko­mu­kol­wiek po­do­bać: czy to lu­dziom czy na­wet sa­me­mu Bo­gu. Te ge­sty, zna­ki i po­sta­wy są po­trzeb­ne nam sa­mym. Po­ma­ga­ją w spo­sób zro­zu­mia­ły wy­ra­żać pew­ne ukry­te tre­ści, a po­za tym nam sa­mym po­ma­ga­ją le­piej prze­ży­wać to, co się dzie­je. Gdy­by­śmy ca­łą Eu­cha­ry­stię „prze­sie­dzie­li”, to na­sza po­sta­wa z za­du­my i za­my­śle­nia prze­ro­dzi­ła­by się w „za­nu­dze­nie”. Ale cza­sa­mi przyj­mu­je­my ko­lej­ne po­sta­wy tak, jak­by­śmy by­li znu­dze­ni. War­to wło­żyć ser­ce w to, co ro­bię. Ser­ce za­an­ga­żo­wa­ne w ze­wnętrz­ne zna­ki czy po­sta­wy bę­dzie mi ca­ły czas przy­po­mi­na­ło, po co to ro­bię. Wte­dy nie bę­dę mógł się nu­dzić. Pan Bóg da­je ła­skę w cza­sie każ­dej Eu­cha­ry­stii, ale to ode mnie za­le­ży, na ile się na tę ła­skę otwo­rzę i ile jej przyj­mę.

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Depresja to nie „foch”

Z de­pre­sją zma­ga się czte­ry proc. na­sto­lat­ków, ale ob­ja­wy de­pre­syj­ne mo­że prze­ja­wiać aż co pią­ta oso­ba. Jak ją od­róż­nić od przed­wio­sen­ne­go spad­ku for­my czy chwi­lo­we­go przy­gnę­bie­nia?

Naj­waż­niej­sze na po­czą­tek: de­pre­sja to cho­ro­ba. Nie tak ła­twa do po­ko­na­nia jak gry­pa, ale do okieł­zna­nia z po­mo­cą spe­cja­li­stów. Nie­le­czo­na mo­że mieć po­waż­ne skut­ki ubocz­ne, z pró­ba­mi sa­mo­bój­czy­mi włącz­nie.

Trud­ne doj­rze­wa­nie

Za­cznij­my od prze­strze­ni, w któ­rej mo­że po­ja­wić się cho­ro­ba. Cóż, Ame­ry­ki nie od­kry­je­my, je­śli po­wie­my, że okres doj­rze­wa­nia to je­den z naj­trud­niej­szych eta­pów w ży­ciu. Zmie­nia się wszyst­ko: ty­po­wo ko­le­żeń­ska re­la­cja mo­że się prze­ro­dzić w pierw­szą mi­łość, doj­rze­wa­ją­ce cia­ło mo­że bu­dzić nie­po­kój i za­wsty­dze­nie, po­ja­wia­ją się no­we szko­ły i gru­py ró­wie­śni­cze, w któ­rych trze­ba „za­wal­czyć” o swo­ją po­zy­cję. W do­dat­ku co­raz ja­skra­wiej ry­su­ją się wszel­kie nie­do­sko­na­ło­ści ro­dzi­ców, któ­rzy na­gle prze­sta­ją być wszech­wie­dzą­cy i wszech­wład­ni. I ten świat – ta­ki nie­spra­wie­dli­wy, pe­łen hi­po­kry­zji, z upa­dły­mi au­to­ry­te­ta­mi… To na­praw­dę moż­ne czło­wie­ka przy­gnę­bić.

Fot. Da­vid Pe­re­iras Vil­la­gra¡ © 123RF.com

Tu mu­si­my się za­trzy­mać: choć okres doj­rze­wa­nia jest obiek­tyw­nie trud­ny, z bu­zu­ją­cy­mi emo­cja­mi i skłon­no­ścia­mi do na­prze­mien­nej apa­tii i wy­bu­cho­wo­ści, tłu­ma­cze­nie prze­dłu­ża­ją­cych się sta­nów izo­la­cji, chan­dry czy otę­pie­nia nie moż­na za­wsze z gó­ry uza­sad­niać „trud­nym wie­kiem”. O de­pre­sji nie da się po­wie­dzieć: aha, to cha­rak­te­ry­stycz­ne dla okre­su doj­rze­wa­nia, mi­nie z wie­kiem. Bo nie­le­czo­na de­pre­sja nie mi­nie.

Krzyw­dzą­ce mi­ty

To był pierw­szy mit: że „fo­chy na­sto­lat­ków” to po pro­stu „fo­chy na­sto­lat­ków” a nie żad­na tam cho­ro­ba psy­chicz­na.

Mit dru­gi gło­si, że na de­pre­sję cho­ru­ją dzie­ci uza­leż­nio­nych ro­dzi­ców (al­ko­ho­li­ków, nar­ko­ma­nów…), na­sto­lat­ki, któ­re sa­me się­ga­ją po pro­cen­ty lub do­pa­la­cze, dzie­ci z bied­nych ro­dzin i sze­ro­ko po­ję­tych „trud­nych śro­do­wisk”. W rze­czy­wi­sto­ści za­cho­ro­wać mo­gą tak­że dzie­ci z „do­brych do­mów”, któ­re ma­ją kil­ka­set zło­tych kie­szon­ko­we­go i na­praw­dę faj­nych ro­dzi­ców.

Mit trze­ci: „on nie ma de­pre­sji, to po pro­stu okrop­ny leń!”. Tym­cza­sem rze­ko­me „le­ni­stwo” w przy­pad­ku osób cho­rych na de­pre­sję to po pro­stu ob­ja­wy cho­ro­by m.in. smu­tek, nie­moż­ność prze­ży­wa­nia ra­do­ści („nic mnie nie cie­szy”), po­rzu­ce­nie swo­je­go hob­by, spo­wol­nie­nie, zmę­cze­nie, brak ener­gii i lęk. Na­sto­lat­ki z ob­ja­wa­mi de­pre­syj­ny­mi mie­wa­ją trud­no­ści w kon­cen­tra­cji i za­pa­mię­ty­wa­niu, cze­go efek­tem by­wa po­gor­sze­nie wy­ni­ków w na­uce.

Mit czwar­ty po­głę­bia błęd­ne prze­ko­na­nie, że za­gro­że­ni de­pre­sją są co naj­wy­żej wy­co­fa­ni in­tro­wer­ty­cy. „Kaś­ka? Ta sza­lo­na i prze­bo­jo­wa du­sza to­wa­rzy­stwa, kró­lo­wa każ­dej im­pre­zy? Ona ma de­pre­sję? Chy­ba żar­tu­jesz!”. Tyl­ko jak po­go­dzić to prze­ko­na­nie z fak­tem, że w ga­bi­ne­cie psy­cho­te­ra­peu­ty nie­je­den na­sto­la­tek przy­zna­je, iż ra­do­snym cwa­nia­kiem jest tyl­ko „na ze­wnątrz”? Oczy­wi­ście, do cza­su, kie­dy de­pre­sja nie po­zwo­li mu wstać z łóż­ka. Na de­pre­sję mo­gą cier­pieć wzo­ro­wi ucznio­wie i kla­so­we bła­zny. Sza­re mysz­ki i draż­li­wi awan­tur­ni­cy. To cho­ro­ba de­mo­kra­tycz­na – mo­że do­tknąć każ­de­go.

De­pre­sja czy chan­dra?

Za­tem po czym po­znać, czy ob­ni­że­nie na­stro­ju to zwy­kłe zi­mo­we prze­si­le­nie, czy mo­że już po­wód do kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­stą? Oprócz wy­mie­nio­nych wy­żej cech cha­rak­te­ry­stycz­nych de­pre­sji, nie­rzad­ko my­lo­nych z ob­ra­zem „na­sto­lat­ka-le­nia”, war­to jesz­cze wy­mie­nić draż­li­wość, chwiej­ność na­stro­ju i po­bu­dze­nie psy­cho­ru­cho­we. Oso­by w sta­nach de­pre­syj­nych po­rzu­ca­ją kon­tak­ty z przy­ja­ciół­mi, czę­sto wy­co­fu­jąc się do świa­ta wir­tu­al­ne­go. Ra­no z tru­dem wy­cho­dzą spod koł­dry, za to wie­czo­rem zmie­nia­ją się w „noc­ne mar­ki”. Po­ja­wia­ją się u nich zmia­ny ape­ty­tu – mie­wa­ją na­pa­dy gło­du lub prze­ciw­nie – nie czu­ją go nie­mal w ogó­le. Sy­gna­łem alar­mo­wym mo­że też być za­nie­cha­nie dba­ło­ści o wy­gląd („wszyst­ko mi jed­no, jak wy­glą­dam”). Na­sto­lat­ki w de­pre­sji skar­żą się na bó­le brzu­cha, gło­wy, mo­gą się sa­mo­oka­le­czać, a tak­że nad­mier­nie in­te­re­su­ją się śmier­cią, sa­mo­bój­stwa­mi. To o wie­le po­waż­niej­szy stan od chwi­lo­we­go: „nic mi się nie chce, zo­sta­ję dziś w do­mu”. Okre­so­wa nie­moc do­pa­da cza­sem każ­de­go z nas. Zwy­kle wy­star­czy się wy­spać, obej­rzeć do­bry film, zjeść cze­ko­la­dę i po­plot­ko­wać ze zna­jo­my­mi. Z kla­sycz­ną de­pre­sją ża­den z tych „do­mo­wych spo­so­bów” so­bie nie po­ra­dzi. Tu jest po­trzeb­na psy­cho­te­ra­pia, za­ży­wa­nie le­ków a w po­waż­nych sta­nach – po­byt w szpi­ta­lu. De­pre­sji nie wol­no ani le­czyć, ani dia­gno­zo­wać na wła­sną rę­kę (tak­że przy po­mo­cy te­go ar­ty­ku­łu)!

O de­pre­sji nie da się po­wie­dzieć: aha, to cha­rak­te­ry­stycz­ne dla okre­su doj­rze­wa­nia, mi­nie z wie­kiem. Bo nie­le­czo­na de­pre­sja nie mi­nie.

S.O.S.!

Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat te­mu o oso­bach cier­pią­cych na za­bu­rze­nia psy­chicz­ne mó­wi­ło się, że to wa­ria­ci al­bo świ­ry. Świa­do­mość spo­łecz­na się zmie­nia i cho­ro­by psy­chicz­ne są już oswo­jo­ne. Tak­że de­pre­sja na­sto­lat­ków, któ­ra szcze­gól­nie w ostat­nich la­tach sta­ła się te­ma­tem go­rą­cym, głów­nie ze wzglę­du na du­ży nie­do­bór spe­cja­li­stów od mło­dzie­ży: psy­chia­trów, psy­cho­te­ra­peu­tów i psy­cho­lo­gów. Jed­nak mi­mo co­raz więk­szej wie­dzy o cho­ro­bie, nie każ­dy po­trze­bu­ją­cy na­sto­la­tek znaj­du­je em­pa­tycz­ne wspar­cie wśród swo­ich ro­dzi­ców czy na­uczy­cie­li. „Dzi­siaj w szko­le do­sta­łam ta­kie­go ata­ku pa­ni­ki, że sły­sza­łam krzy­ki, któ­re wręcz roz­sa­dza­ły mi gło­wę – na­pi­sa­ła na jed­nym z fo­rów We­ro­ni­ka. – Pie­lę­gniar­ka szkol­na mó­wi­ła mi, że to wszyst­ko sie­dzi tyl­ko w mo­jej gło­wie i mu­szę my­śleć po­zy­tyw­nie. Ja po­wie­dzia­łam, że to tak nie dzia­ła, nie umiem. Do­sta­łam ochrzan za to, że so­bie wma­wiam ta­kie rze­czy i po­ucze­nie, że­by za­kła­dać dłuż­sze spód­ni­ce, bo wstyd, że in­ni mo­gą zo­ba­czyć bli­zny po tym, jak się cię­łam”…

Cza­sem pierw­szy krok ła­twiej po­sta­wić wir­tu­al­nie. War­to zaj­rzeć na www.forumprzeciwdepresji.pl lub za­dzwo­nić do an­ty­de­pre­syj­ne­go te­le­fo­nu za­ufa­nia (dzia­ła w każ­dą śro­dę i czwar­tek w go­dzi­nach 17.00–19.00 pod nu­me­rem 22 594 91 00).

Kie­dy w naj­bliż­szym oto­cze­niu trud­no zna­leźć za­ufa­ną oso­bę, któ­rej moż­na by się zwie­rzyć, war­to ro­zej­rzeć się da­lej, sze­rzej. A gdy­by tak umó­wić się z ulu­bio­ną cio­cią, li­de­rem wspól­no­ty al­bo ma­mą ko­le­żan­ki? To waż­ne, aby w tak trud­nej sy­tu­acji nie zo­stać sa­me­mu.

Mag­da Gu­ziak-No­wak

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

 

Problem. Reakcja. Blizna

Czy w ży­ciu wszyst­kie­go trze­ba spró­bo­wać? Z Agniesz­ką Bo­is­se, psy­cho­lo­giem i psy­cho­te­ra­peu­tą z Kli­ni­ki Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii, roz­ma­wia Mag­da Gu­ziak-No­wak.

Mo­ja ko­le­żan­ka al­bo mój ko­le­ga się sa­mo­oka­le­cza. Jak mo­gę po­móc, gdzie szu­kać po­mo­cy?

– War­to po­my­śleć o oso­bie do­ro­słej, do któ­rej mo­że­my się zwró­cić z tym pro­ble­mem, na­wet je­śli nie są to ro­dzi­ce. Oso­bą, u któ­rej moż­na szu­kać wspar­cia mo­że być ktoś z ro­dzi­ny, szkol­ny pe­da­gog, wy­cho­waw­ca czy za­ufa­ny na­uczy­ciel. Cza­sem war­to za­pro­po­no­wać, że wspól­nie po­szu­ka­my oso­by, z któ­rą o tym po­ga­da­my. A ta­ka po­moc mo­że się oka­zać nie­odzow­na.

Fot. Vik­to­ria Lu­ko­ni­na © 123RF.com

Po dru­gie – to bar­dzo waż­ne – sta­raj­my się być przy­ja­cie­lem a nie te­ra­peu­tą al­bo ro­dzi­cem. Mło­dzi lu­dzie ma­ją ce­chę, któ­ra jest szla­chet­na, ale też czę­sto nie­bez­piecz­na – chcą wszyst­kim po­ma­gać, ma­ją du­żo em­pa­tii, są wraż­li­wi na cier­pie­nie in­nych. Gdy ma­my do czy­nie­nia z sa­mo­oka­le­cze­nia­mi, trze­ba uwa­żać, aby nie brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za tę sy­tu­ację. War­to roz­ma­wiać i wspie­rać, ale nie fun­do­wać ko­le­żan­ce czy przy­ja­cie­lo­wi „te­ra­pii na wła­sną rę­kę”, bo spra­wa mo­że być zbyt po­waż­na.

I jesz­cze jed­no. Przy­ja­ciel mo­że nam szep­nąć do ucha: „Po­wiem ci coś w se­kre­cie”. Oczy­wi­ście, je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, ale jest tu je­den wy­ją­tek. Gdy­by je­go zdro­wie lub ży­cie by­ło za­gro­żo­ne, mu­si­my o tym po­in­for­mo­wać oso­by do­ro­słe.

A je­śli przy­ja­ciel nie przyj­dzie do nas ze swo­im se­kre­tem, ale do­my­śla­my się, że coś jest nie tak? Co po­win­no wzbu­dzić nasz nie­po­kój?

– Je­śli do­brze zna­my dru­gie­go czło­wie­ka, to ła­twiej bę­dzie nam za­uwa­żyć, że coś jest nie tak. Sy­gna­łem do za­in­te­re­so­wa­nia mo­gą być nie­ty­po­we zmia­ny, któ­re za­szły w funk­cjo­no­wa­niu tej oso­by. Na­szą uwa­gę mo­że zwró­cić izo­la­cja, od­cię­cie się od świa­ta, ucie­ka­nie z kon­tak­tu, wy­co­fa­nie, przy­gnę­bie­nie, smu­tek, płacz­li­wość, roz­draż­nie­nie. Za­sta­na­wia­ją­cy jest też nie­ty­po­wy ubiór – dla­cze­go ko­le­żan­ka no­si dłu­gą, gru­bą blu­zę w upal­ny, czerw­co­wy dzień?

Ok, za­uwa­ży­li­śmy, że coś jest nie tak. Co da­lej?

– Za­py­taj­my: „Wi­dzę, że coś się dzie­je. Czy mo­gę ci po­móc? Czy chcesz się ze mną czymś po­dzie­lić?”. Na­wet je­śli wi­dzi­my sa­mo­oka­le­cze­nia, nie ko­men­tuj­my ich. Za­miast mó­wić: „Wi­dzę, że się po­cię­łaś”, za­ga­daj­my: „Czy w two­im ży­ciu coś się sta­ło, zmie­ni­ło?”.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na, któ­ra mo­że spra­wić, że dru­ga stro­na za­mknie się na roz­mo­wę. Po­za tym sa­mo­oka­le­cze­nia naj­czę­ściej nie są cho­ro­bą psy­chicz­ną, ale ob­ja­wem in­nych kło­po­tów. Np. ktoś się tnie, bo ma pro­ble­my w na­uce, roz­stał się z dziew­czy­ną al­bo je­go ro­dzi­ce się roz­wo­dzą. Skie­ro­wa­nie go do psy­chia­try nie ma sen­su, bo gdy gro­żą mu trzy je­dyn­ki na świa­dec­twie, mo­że wy­star­czy go po pro­stu wy­słać na ko­re­pe­ty­cje.

To jak roz­po­znać, czy to cho­ro­ba, czy ob­jaw in­nych pro­ble­mów?

– Po­wiem tak: oso­by, któ­re się sa­mo­oka­le­cza­ją, nie za­wsze są cho­re psy­chicz­nie, ale za­wsze po­trze­bu­ją po­mo­cy. Tną się, bo ma­ją nie­roz­wią­za­ny pro­blem i sa­me już nie da­ją ra­dy go dźwi­gać. Cię­cie się mo­że być ob­ja­wem cho­ro­by np. de­pre­sji, ale jak po­wie­dzia­łam, naj­czę­ściej to ozna­ka in­nych kło­po­tów i spo­sób na ich od­re­ago­wa­nie. Nie sta­wiaj­my dia­gno­zy sa­mo­dziel­nie! Roz­róż­nie­nie, z czym ma­my do czy­nie­nia, zo­staw­my spe­cja­li­ście. To on oce­ni, czy jest po­trzeb­na np. te­ra­pia al­bo le­ki, czy wy­star­czy emo­cjo­nal­ne wspar­cie.

W czym te­ra­peu­ta jest lep­szy ode mnie – przy­ja­cie­la?

– Ma nie­zbęd­ną wie­dzę, jest pro­fe­sjo­nal­nie przy­go­to­wa­ny do nie­sie­nia po­mo­cy. Po­tra­fi spoj­rzeć na spra­wę z dy­stan­sem, na chłod­no, co jest bar­dzo waż­ne, bo gdy je­ste­śmy emo­cjo­nal­nie za­an­ga­żo­wa­ni, mo­że­my nie wy­chwy­cić waż­nych szcze­gó­łów. Waż­ne jest to, o czym mó­wi­łam wcze­śniej – przy­ja­cie­le ma­ją ten­den­cję do bra­nia od­po­wie­dzial­no­ści za czy­jeś kło­po­ty, a to na pew­no nie roz­wią­że pro­ble­mu sa­mo­oka­le­cza­nia. Przy­ja­ciel mo­że wspie­rać, ale to te­ra­peu­ta le­czy.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na.

Cza­sa­mi cię­cie się to spo­sób na szpan al­bo „wpi­so­we”, aby do­łą­czyć do ja­kiejś gru­py, bo „wszy­scy tak ro­bią”. Ale ja nie chcę. Jak w ta­kiej sy­tu­acji po­wie­dzieć „nie”?

– Nie bać się od­ma­wiać i ja­sno po­wie­dzieć „nie”, po pro­stu. Sze­ro­ko po­ję­ta aser­tyw­ność bar­dzo się przy­da­je. Po­cie­sza­ją­ca mo­że być myśl, że nie jest to ani pierw­sza, ani ostat­nia sy­tu­acja, kie­dy nie ma­my ocho­ty cze­goś ro­bić, mi­mo że ktoś te­go od nas ocze­ku­je. Nikt z nas nie uro­dził się z aser­tyw­no­ścią, trze­ba się jej na­uczyć.

Jak?

– Przy­glą­dać się so­bie i swo­im uczu­ciom. Za­da­wać so­bie py­ta­nia: „Czy ja mam na to ocho­tę? Ja­ka jest mo­ja mo­ty­wa­cja? Czy chcę to zro­bić tyl­ko po to, aby do­łą­czyć do gru­py?”. Je­śli od­po­wiedź na ostat­nie py­ta­nie brzmi „tak”, war­to się za­sta­no­wić, czy na­praw­dę chcę na­le­żeć do śro­do­wi­ska osób, któ­re nie po­dzie­la­ją mo­ich po­glą­dów. A mo­że le­piej po­szu­kać gru­py, któ­ra wy­zna­je war­to­ści po­dob­ne do mo­ich?

Je­śli czu­je­my, że nie chce­my ro­bić cze­goś wbrew so­bie np. pić al­ko­ho­lu, pa­lić pa­pie­ro­sów czy się sa­mo­oka­le­czać, po­zwól­my so­bie te­go nie chcieć, nie zmu­szaj­my się, nie prze­kra­czaj­my na si­łę swo­ich gra­nic. Skut­ka­mi ta­kiej de­cy­zji mo­gą być od­rzu­ce­nie i dez­apro­ba­ta ze stro­ny in­nych, ale też… sa­tys­fak­cja, że obro­ni­li­śmy swo­je war­to­ści. I na przy­szłość – im wię­cej ra­zy obro­ni­my swo­je gra­ni­ce, tym więk­szą ła­twość bę­dzie­my mieć w od­ma­wia­niu.

Pa­mię­taj­my, aby swo­je uczu­cia ko­mu­ni­ko­wać ja­sno i nie­agre­syw­nie. Na­sza od­mo­wa po­win­na być kon­kret­na, ale nie­obraź­li­wa.

Po­dob­no cię­cie się przy­no­si ulgę. Czy moż­na się od te­go uza­leż­nić?

– Jest ta­kie ry­zy­ko, szcze­gól­nie gdy cię­cie się to je­dy­ny lub głów­ny spo­sób roz­ła­do­wy­wa­nia na­pię­cia. War­to więc szu­kać in­nych po­my­słów. Nie­oce­nio­ne są wszel­kie for­my ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej np. jaz­da na ro­we­rze, pły­wa­nie czy choć­by re­gu­lar­ne spa­ce­ry. Po­moc­ne w roz­ła­do­wa­niu na­pię­cia są też roz­mo­wy z bli­ski­mi oso­ba­mi czy wszel­ka twór­czość np. pi­sa­nie, ma­lo­wa­nie. War­to po­znać róż­ne spo­so­by ko­mu­ni­ko­wa­nia oto­cze­niu, że mam trud­ną spra­wę, z któ­rą so­bie nie ra­dzę i chcia­ła­bym o niej po­ga­dać.

A gdy­by tak spró­bo­wać tyl­ko je­den raz…?

– Za­sad­ni­cze py­ta­nie brzmi: „Ale po co?”. Co chcę w ten spo­sób spraw­dzić? Czy chcę so­bie coś „udo­wod­nić”? Czy chcę się upodob­nić do ja­kiejś gru­py, na któ­rej z róż­nych przy­czyn mi za­le­ży, a mo­że po pro­stu spraw­dzić, czy bo­li?

Zo­ba­czyć z cie­ka­wo­ści.

– To nor­mal­ne, że cią­gnie nas do no­wych do­świad­czeń, ale czy w ży­ciu na­praw­dę trze­ba wszyst­kie­go spró­bo­wać? Nie. Po­dob­nie jest w skle­pie – wie­le rze­czy nas ku­si, ale prze­cież nie wszyst­ko ku­pu­je­my. Za­daj­my so­bie jesz­cze jed­no py­ta­nie: „Ja­kie bę­dą kon­se­kwen­cje mo­je­go wy­bo­ru, na­wet je­śli zro­bię to tyl­ko raz?”. Bli­zna i wspo­mnie­nie te­go wy­da­rze­nia po­zo­sta­nie w nas na za­wsze. Wra­ca­my do po­cząt­ku: „Ale po co mi to?”.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Pa­ni Agniesz­ka Bo­is­se jest te­ra­peu­tą w Kli­ni­ce Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii w Kra­ko­wie

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!

Me­dia kreu­ją ide­ały pięk­na ko­bie­ce­go i mę­skie­go. Bu­dzą w nas pra­gnie­nie, by dą­żyć do tych wzo­rów. Za­po­mi­na­my, że zdję­cia te bar­dzo czę­sto są re­tu­szo­wa­ne. Na­si zna­jo­mi wrzu­ca­ją na por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we fot­ki, a to z fe­rii, a to z wa­ka­cji. Na wszyst­kich pięk­nie wy­glą­da­ją. Ośle­pia­ją nas ich pięk­ne uśmie­chy. Czę­sto jed­nak do po­wsta­nia jed­ne­go uję­cia po­trzeb­nych im by­ło kil­ka­dzie­siąt in­nych, mniej uda­nych.

Pa­mię­taj­my, że nie mu­si­my być ide­al­ni. Pan Bóg ko­cha nas ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­śmy. Każ­de­go: te­go z od­sta­ją­cy­mi usza­mi, te­go z nad­wa­ga, te­go z pie­ga­mi, te­go po­ru­sza­ją­ce­go się na wóz­ku in­wa­lidz­kim, te­go nie­wi­do­me­go, te­go nie­do­sły­szą­ce­go i te­go z krzy­wa trój­ka też. Mnie ko­cha w oku­la­rach, przez któ­re prze­pła­ka­łam wie­le dni w szko­le pod­sta­wo­wej i w pierw­szej kla­sie li­ceum. Dla Bo­ga każ­dy z nas jest pięk­ny. Od­kry­cie tej praw­dy wy­zwa­la z ka­no­nów pięk­na, na­rzu­ca­nych przez świat. Po­zwa­la ode­tchnąć, po­lu­bić sie­bie i z mi­ło­ścią spoj­rzeć so­bie w oczy w lu­strze w ła­zien­ce.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych pi­sze­my o ro­li, ja­ka peł­ni świa­dek do Bierz­mo­wa­nia, wy­li­cza­my do­wo­dy na to, ze Je­zus na­praw­dę cho­dził po zie­mi i po­da­je­my wa­run­ki do­brej spo­wie­dzi. Dzie­li­my się też z Wa­mi świa­dec­twa­mi Krzyś­ka, któ­ry nie wsty­dzi się swo­jej wia­ry i Ar­tu­ra, któ­ry wy­brał ży­cie w czy­sto­ści.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Wygraj z kompleksami

Kie­dy ro­dzą się w lu­dziach kom­plek­sy? Ra­czej nie wi­dzi­my prze­cież, by przed­szko­lak przej­mo­wał się tym, że ma nad­wa­gę czy ru­de wło­sy, że tak po­zwo­lę so­bie się­gnąć po ste­reo­ty­py…

- Kom­plek­sy da­ją o so­bie szcze­gól­nie znać w okre­sie doj­rze­wa­nia. To czas, kie­dy mło­dy czło­wiek sta­je się szcze­gól­nie wraż­li­wy na opi­nię na swój te­mat wy­ra­ża­ną przez in­ne oso­by, zwłasz­cza z gru­py ró­wie­śni­czej. Wcze­śniej naj­waż­niej­sza jest dla nie­go opi­nia ro­dzi­ców i naj­bliż­sze­go oto­cze­nia. Okres doj­rze­wa­nia wią­że się z bar­dzo sil­ną po­trze­bą by­cia ak­cep­to­wa­nym. Je­śli nie jest on ak­cep­to­wa­ny przez gru­pę ró­wie­śni­czą, ro­dzi się w nim po­czu­cie by­cia gor­szym.

fot. Ka­ta­rzy­na Bia­ła­sie­wicz © 123RF.com

Ja­kie mo­gą być przy­czy­ny te­go bra­ku ak­cep­ta­cji?

- Zda­rza się, że dziec­ko po­sia­da pew­ne ce­chy, któ­re nie są mi­le wi­dzia­ne w je­go oto­cze­niu. Je­śli idzie o ce­chy cha­rak­te­ru, dziec­ko mo­że mieć np. skłon­ność do po­pa­da­nia w sil­ne emo­cje, ła­two iry­to­wać się pod wpły­wem prze­ciw­no­ści lo­su. Przez in­ne dzie­ci bę­dzie ono wte­dy po­strze­ga­ne ja­ko oso­ba nie­bu­dzą­ca sym­pa­tii.

Ma­ło te­go, czę­sto zda­rza się, że w przy­pad­ku in­cy­den­tów z udzia­łem ta­kie­go dziec­ka, na­uczy­ciel bie­rze stro­nę agre­so­ra, dzi­wiąc się, że np. na wy­zwi­sko w ro­dza­ju „Ty głup­ku” dziec­ko re­agu­je pła­czem bądź fu­rią.

A po­za ce­cha­mi cha­rak­te­ru? Ja­kie zna­cze­nie dla po­wsta­wa­nia kom­plek­sów mo­gą mieć nie­do­sko­na­ło­ści wy­glą­du czy choć­by brak no­we­go, za­awan­so­wa­ne­go te­le­fo­nu?

- To wszyst­ko za­le­ży od kon­tek­stu. Dziec­ko oty­łe mo­że być ne­ga­tyw­nie po­strze­ga­ne przez in­ne, ale nie w kla­sie, gdzie więk­szość dzie­ci jest oty­ła (a to się co­raz czę­ściej zda­rza). Źró­dłem kom­plek­sów i prze­śla­do­wa­nia jest bo­wiem wszyst­ko to, co spra­wia, że mło­dy czło­wiek od­sta­je w za­uwa­żal­ny spo­sób od resz­ty. Na­wet to, że jest on np. szcze­gól­nie uta­len­to­wa­ny. Z jed­nym oczy­wi­ście wy­jąt­kiem – dziec­ko bo­ga­te, wku­pu­ją­ce się w ła­ski ró­wie­śni­ków upo­min­ka­mi, za­wsze bę­dzie po­pu­lar­ne.

Ale od ne­ga­tyw­ne­go po­strze­ga­nia ko­goś do wy­śmie­wa­nia czy prze­mo­cy ró­wie­śni­czej jest jesz­cze chy­ba ka­wa­łek dro­gi?

- Da­ją­ca się za­uwa­żyć agre­sja fi­zycz­na bądź wer­bal­na to zwy­kle po­ziom, na któ­rym na­uczy­cie­le czy ro­dzi­ce po­dej­mu­ją re­ak­cję. Ale dla dziec­ka to jest bar­dzo póź­no. Nie­ste­ty, do­ro­śli rzad­ko re­agu­ją wcze­śniej, gdyż po pro­stu nie za­uwa­ża­ją pro­ble­mu. Trud­no na pierw­szy rzut oka po­strze­gać ja­ko po­wód do nie­po­ko­ju to, że ja­kieś dziec­ko sie­dzi sa­mo na ko­ry­ta­rzu i czy­ta so­bie książ­kę al­bo gra na smart­fo­nie. Nikt prze­cież jesz­cze się nad ni­kim nie znę­ca.

Prze­moc, naj­pierw słow­na – wy­śmie­wa­nie, po­ja­wia się do­pie­ro po pew­nym okre­sie izo­la­cji. I dziec­ko jej pod­da­ne re­agu­je czę­sto w prze­sad­ny spo­sób, co jesz­cze bar­dziej „na­krę­ca” prze­śla­dow­ców. Ale nikt nie za­sta­na­wia się nad tym, że to gru­pa ró­wie­śni­cza sa­ma so­bie ta­kie dziec­ko „wy­ho­do­wa­ła” po­przez izo­la­cję.

A co mo­że zro­bić mło­dy czło­wiek?

- Są trzy spraw­dzo­ne ochro­ny. Pierw­szym jest do­bra re­la­cja z ro­dzi­ca­mi, świa­do­mość, że mło­dy czło­wiek mo­że li­czyć na nich ja­ko swo­ich „prze­wod­ni­ków”. Dru­gi czyn­nik to wia­ra i uczest­nic­two w prak­ty­kach re­li­gij­nych. Trze­cim jest do­bra at­mos­fe­ra w kla­sie; at­mos­fe­ra, w któ­rej ucznio­wie się lu­bią i ak­cep­tu­ją.

- A gdy się wsty­dzi­my zwró­cić do na­uczy­cie­li i ro­dzi­ców?

- Mu­si­my wte­dy po­szu­kać so­bie śro­do­wi­ska, w któ­rym bę­dzie­my ak­cep­to­wa­ni. Być mo­że po­za szko­łą. Cho­ciaż nie­ko­niecz­nie do­ra­dzam sub­kul­tu­ry.

Dla­cze­go?

- By­wa­ją śro­do­wi­ska, któ­re ak­cep­tu­ją każ­de­go, ale tyl­ko dla­te­go, że sa­me od­rzu­ca­ją nor­my spo­łecz­ne. Tro­chę na za­sa­dzie: „Je­steś od­rzut­kiem, a więc przyjdź do nas, my cię oce­niać nie bę­dzie­my”. W te­go ro­dza­ju gru­pach mło­dy czło­wiek wejść mo­że w za­cho­wa­nia ry­zy­kow­ne – eks­pe­ry­men­ty z al­ko­ho­lem czy nar­ko­ty­ka­mi. Na­sto­la­tek mu­si po­szu­kać śro­do­wi­ska, któ­re go ak­cep­tu­je, ale któ­re jest po­zy­tyw­ne, po­ma­ga mu roz­wi­jać je­go moc­ne stro­ny.

To co Pa­ni po­le­ca?

- Dusz­pa­ster­stwa i wo­lon­ta­ria­ty. Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać. Wy­ko­nu­jąc na­wet naj­prost­sze pra­ce, roz­da­jąc choć­by bez­dom­nym zu­pę na uli­cy, mło­dy czło­wiek zy­sku­je po­czu­cie, że ro­bi coś waż­ne­go, że re­al­nie ko­muś po­ma­ga. W ta­kich oko­licz­no­ściach za­wią­zu­ją się też trwa­łe i szcze­re przy­jaź­nie.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać.

O spo­so­bach ra­dze­nia so­bie z kom­plek­sa­mi i szu­ka­niu praw­dzi­wych, trwa­łych przy­jaź­ni z Bo­gną Bia­łec­ką, psy­cho­lo­giem, roz­ma­wiał Ka­rol Woj­te­czek.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Święty egoizm

Czy w mi­ło­sier­dziu jest miej­sce na… od­mo­wę po­mo­cy?

Wy­ja­śnij­my so­bie coś

Wie­lu z nas ko­ja­rzy ego­izm z kon­cen­tro­wa­niem się na so­bie. Czy to słusz­na de­fi­ni­cja? I tak, i nie. Bo z jed­nej stro­ny w ego­izmie cho­dzi o sku­pia­nie się na „ja”, ale z dru­giej – nie da się żyć, kom­plet­nie po­mi­ja­jąc sie­bie sa­me­go. Ja­ka za­tem jest mia­ra? – Ego­izm to kon­cen­tro­wa­nie się wy­łącz­nie na so­bie – wy­ja­śnia tę kwe­stię o. Krzysz­tof Dy­rek. Nie moż­na więc tak po pro­stu na­zwać ego­istą czło­wie­ka, któ­ry szu­ka wła­sne­go do­bra. Mia­rą ego­izmu nie jest sam fakt „sku­pia­nia na so­bie. Ego­ista to ktoś, kto szu­ka „wy­łącz­nie” wła­sne­go do­bra.

fot. Si­be­ria © 123RF.com

Jak tu wsze­dłeś?!

A skąd się wła­ści­wie bie­rze ego­izm? Zda­rza się, że czło­wiek nie do­świad­cza w ży­ciu zbyt wie­le mi­ło­ści. I nie cho­dzi tu wy­łącz­nie o dzie­ci po­zba­wio­ne ro­dzi­ców czy in­ne tra­ge­die. Tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy w środ­ku bar­dzo de­li­kat­ni. I cza­sem wy­star­czy kil­ka sy­tu­acji, w któ­rych po pro­stu „za­bra­kło” nam mi­ło­ści ze stro­ny osób, od któ­rych mie­li­śmy pra­wo jej ocze­ki­wać. Wów­czas po­ja­wia się ból. Je­śli się to po­wta­rza, czło­wiek (zwłasz­cza dziec­ko!) za­czy­na po­strze­gać sie­bie ja­ko nie­god­ne­go mi­ło­ści. I nie uczy się doj­rza­le sie­bie ko­chać. Bo prze­cież to od in­nych uczy­my się mi­ło­ści. Tak­że tej „au­to­mi­ło­ści”. Gdy ra­na ser­ca bo­li, oso­ba za­czy­na się na niej kon­cen­tro­wać. Chce za­spo­ko­ić swój de­fi­cyt wszę­dzie, gdzie się da. To „tu­taj” moż­na (choć nie trze­ba) stać się ego­istą. Ks. Bo­gu­sław Szpa­kow­ski stwier­dza, że „ego­izm to ze­msta nie­ko­cha­ne­go ja, Ego­ista to ktoś, kto nie po­tra­fi ko­chać in­nych, bo nie po­tra­fi doj­rza­le ko­chać sie­bie. Z po­wo­du bra­ku mi­ło­ści do sie­bie czu­je się we­wnętrz­nie pu­sty. Za­chłan­nie usi­łu­je wy­cią­gnąć z in­nych to, co się da, by przy­naj­mniej na chwi­lę po­czuć za­do­wo­le­nie” – pod­su­mo­wu­je ks. Szpa­kow­ski. Wg wie­lu psy­cho­lo­gów, to wła­śnie brak mi­ło­ści do sie­bie jest jed­ną z naj­waż­niej­szych przy­czyn psy­chicz­nych pro­ble­mów.

Jak sie­bie”, czy­li: nie mniej i nie wię­cej…

Wie­my już, że ego­ista ko­cha in­nych „za ma­ło”, bo tak na­praw­dę nie po­tra­fi roz­sąd­nie ko­chać sie­bie. Ale sto­su­nek do bliź­nich mo­że być zde­for­mo­wa­ny tak­że w dru­gą stro­nę. „Ileż to ra­zy słu­cha­li­śmy ka­zań, któ­re na­wo­ły­wa­ły nas do ry­go­ry­stycz­ne­go za­par­cia się sie­bie i bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści bliź­nie­go. Jak­że ła­two by­ło nam utwo­rzyć prze­ko­na­nie, że bliź­nie­go na­le­ży ko­chać po­nad wszyst­ko, ale sie­bie nie. Otóż za­po­mnie­nie o so­bie wzię­te do­słow­nie jest groź­ne. Wów­czas po­mi­ja­my istot­ny ele­ment przy­ka­za­nia mi­ło­ści – że ma­my ko­chać in­nych tak, jak sie­bie” – pi­sze ks. Szpa­kow­ski.

Czy ego­izm mo­że być świę­ty?

Świę­ty ego­izm” to pew­ne uprosz­cze­nie. O. Dy­rek pre­cy­zu­je: „Świę­to­ści tu nie ma, po­nie­waż wa­da nie jest świę­ta. Ale w ję­zy­ku po­tocz­nym po­ję­cie to funk­cjo­nu­je ja­ko sy­no­nim aser­tyw­no­ści”. „Aser­tyw­ność ko­ja­rzy się ze sprze­ci­wem. Ale w nim się za­wie­ra tak­że po­dej­ście do sie­bie sa­me­go: przy­zna­wa­nie so­bie pra­wa do wła­sne­go zda­nia, wy­ra­ża­nie go, sza­cu­nek do sie­bie i wła­snej wraż­li­wo­ści, a gdy trze­ba – ochro­na sie­bie. A to już nie ego­izm, ale ra­czej doj­rza­łość. Po­sta­wa wol­no­ści. Aser­tyw­ność to nic in­ne­go, jak umie­jęt­ność sta­wia­nia wła­snych gra­nic, z po­sza­no­wa­niem gra­nic in­nych” – wy­ja­śnia je­zu­ita. Trze­ba tu ko­niecz­nie pod­kre­ślić, że aser­tyw­ność to nie ce­cha. To zdol­ność na­by­ta. Da się te­go na­uczyć. Tyl­ko jak?

Prak­ty­ka czy­ni mi­strza

Ucze­nie się aser­tyw­no­ści jest po­trzeb­ne wszyst­kim, a zwłasz­cza oso­bom o ni­skim po­czu­ciu wła­snej war­to­ści, po­dat­nym na ma­ni­pu­la­cję czy ze zra­nio­ną god­no­ścią. Wbrew po­zo­rom to nie tyl­ko mó­wie­nie in­nym: „nie”. Po­czą­tek na­uki to mó­wie­nie wpierw do sie­bie sa­me­go: „mam pra­wo do…”: nie tyl­ko do ro­bie­nia, ale tak­że do nie­ro­bie­nia cze­goś. Do­pie­ro za tym idzie sta­wia­nie od­po­wied­nich gra­nic. Weź­my przy­kład z co­dzien­no­ści: ko­le­ga pro­si o po­moc w na­uce, a ty ko­niecz­nie mu­sisz się wy­spać na spraw­dzian. Sie­dzia­łeś dłu­go nad książ­ką, zo­sta­ło ci kil­ka go­dzin snu. Co te­raz? Z jed­nej stro­ny wiesz, że sen jest ci naj­bar­dziej po­trzeb­ny, a z dru­giej – na­ra­zić się ko­le­dze? Trud­na spra­wa. O. Dy­rek za­uwa­ża, że w ta­kich oko­licz­no­ściach brak aser­tyw­no­ści rów­nież mo­że być ego­izmem: „bo­ję się od­mó­wić, bo chcę mieć do­brą opi­nię”. Oso­ba aser­tyw­na, czy­li doj­rza­ła, po­wie so­bie: „mia­łem obo­wią­zek się na­uczyć, a te­raz mam pra­wo do snu”. I grzecz­nie od­mó­wi ko­le­dze. Nie moż­na się ob­wi­niać, gdy od­ma­wia się ko­muś po­mo­cy, by mą­drze chro­nić sie­bie. „Le­kar­stwem na brak aser­tyw­no­ści jest mi­łość: mi­łość do sie­bie sa­me­go. Otwar­ta na in­nych, lecz sza­nu­ją­ca sie­bie, któ­ry je­stem nie bar­dziej i nie mniej waż­ny od bliź­nie­go” – stwier­dza o. Dy­rek i za wzór po­da­je sa­me­go Chry­stu­sa: „Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek. Szczyt ludz­kiej doj­rza­ło­ści to Je­go po­sta­wa w cza­sie Mę­ki: wo­bec zdraj­ców – opa­no­wa­ny; wy­ra­ża ból, ale nie bła­ga o li­tość; mó­wi praw­dę, ale nie gar­dzi roz­mów­ca­mi; po­tra­fi od­po­wie­dzieć, ale ma tak­że od­wa­gę nic nie od­po­wia­dać. Da­je się przy­bić do krzy­ża, ale zna swo­ją god­ność”.

Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek.

Naj­pierw obro­na, po­tem ro­ze­zna­wa­nie

Aser­tyw­no­ści się uczy­my. Pierw­sze kro­ki są tro­chę skraj­ne i prze­ry­so­wa­ne. I do­brze. Tu­taj głów­ną po­sta­wą jest obro­na. Póź­niej czło­wiek na­bie­ra pew­no­ści sie­bie. I ten stan wy­ma­ga ostroż­no­ści. Po „eta­pie obro­ny”, gdy czło­wiek zna już swo­je pra­wa i umie sta­wiać gra­ni­ce, po­trzeb­ny jest etap dru­gi, czy­li: ro­ze­zna­wa­nie. Bo szczy­tem doj­rza­ło­ści nie jest kie­ro­wa­nie się obro­ną, ale kie­ro­wa­nie się mi­ło­ścią! O. Krzysz­tof Dy­rek prze­strze­ga: „Cza­sa­mi oso­by nie­aser­tyw­ne, gdy na­uczą się aser­tyw­no­ści, sta­ją się bun­tow­ni­ka­mi, a na­wet ego­ista­mi. Pod­kre­śla­ją swo­je pra­wa, a za­po­mi­na­ją o obo­wiąz­kach. Osią doj­rza­ło­ści nie jest po­wie­dze­nie so­bie: to ja je­stem naj­waż­niej­szy, ale ra­czej: naj­waż­niej­sze, bym zro­bił to, co zro­bił­by te­raz Je­zus na mo­im miej­scu”.

Czło­wiek, któ­ry w na­uce aser­tyw­no­ści za­trzy­ma się tyl­ko na eta­pie „obro­ny”, nie osią­gnie doj­rza­ło­ści. I wciąż nie bę­dzie po­tra­fił doj­rza­le ko­chać. Trze­ba za­tem ro­ze­zna­wać. A co? Oko­licz­no­ści ze­wnętrz­ne oraz we­wnętrz­ną mo­ty­wa­cję. Za­sta­nów się, po­módl do Je­zu­sa i za­py­taj, co On by te­raz zro­bił. A w spra­wach waż­niej­szych – po­dej­mij te­mat ze spo­wied­ni­kiem.

Prak­tycz­ne wska­zów­ki

  1. Wy­słu­chaj propozycji/prośby.
  2. Daj so­bie czas na de­cy­zję! Czę­sto „wko­pu­ją nas” zbyt szyb­kie de­kla­ra­cje, któ­rych po­tem się ża­łu­je. Tu­taj bar­dzo po­moc­ne są „go­tow­ce”, któ­ry­mi ni­ko­go nie ob­ra­zisz. Np.: „Słu­chaj, prze­my­ślę to i dam Ci po­tem znać”; „Cze­kaj, zer­k­nę w ter­mi­narz i Ci po­wiem”; „Po­sor­tu­ję my­śli i od­dzwo­nię!”.
  3. Wsłu­chaj się we wła­sne ser­ce: cze­go pra­gniesz? Czy ta spra­wa nie go­dzi w two­je su­mie­nie? Czy masz w ser­cu po­kój?
  4. Za­sta­nów się, czy masz na to czas. Od­po­wied­nio usta­wiaj prio­ry­te­ty.
  5. Pa­mię­taj: pro­szą­cy nie jest wro­giem. Mów so­bie: „On ma pra­wo pro­sić, a ja mam pra­wo od­mó­wić”.
  6. Zapy­taj o wła­sne in­ten­cje. Dla­cze­go chcę się zgodzić/odmówić? Z lę­ku o opi­nię? Z le­ni­stwa? A mo­że z mi­ło­ści, bądź po pro­stu z ocho­ty?
  7. Daj od­po­wiedź. Zrób to z mi­ło­ścią… do pro­szą­ce­go, i do sie­bie.

Krzysz­tof Dy­rek SJ

Je­zu­ita, fi­lo­zof, teo­log i psy­cho­log. Pro­wa­dzi szko­le­nia i te­ra­pie, pu­bli­ku­je.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.