Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Po­nie­waż nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, do­ty­czy mę­czeń­stwa, to po­sta­no­wi­łem prze­ko­nać się, z czym ko­ja­rzy się to sło­wo mo­im zna­jo­mym. Bar­dzo się zdzi­wi­łem, bo pierw­sza myśl pro­wa­dzi­ła do dwóch prze­ciw­staw­nych zna­czeń te­go sło­wa. Za­py­ta­ni za­uwa­ży­li, że po­pu­lar­ne wy­ra­że­nie „ro­bić z sie­bie mę­czen­ni­ka” ma nie­wie­le wspól­ne­go z isto­tą mę­czeń­stwa. Ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka czło­wiek zgorzk­nia­ły, na­sta­wio­ny do ży­cia rosz­cze­nio­wo, wy­ma­ga cze­goś, cze­go nie otrzy­mu­je, chcąc jed­no­cze­śnie na­rzu­cić świa­tu swój sztucz­ny he­ro­izm. Mę­czen­nik zaś ko­ja­rzył się z kimś, kto jest bez­względ­nie wier­ny, ra­czej po­god­ny, choć sta­now­czy do bó­lu. Oso­bą, któ­ra przy­szła na myśl mo­im roz­mów­com, był św. Mak­sy­mi­lian Kol­be, któ­ry w hi­tle­row­skim obo­zie w Oświę­ci­miu zgło­sił się za wy­zna­czo­ne­go do bun­kra gło­do­we­go współ­więź­nia. Świad­ko­wie opi­sy­wa­li wie­le cu­dów zwią­za­nych z tym wy­da­rze­niem, przede wszyst­kim coś, co zwra­ca­ło uwa­gę za­rów­no es­es­ma­nów, jak i więź­niów obo­zu: bun­kier śmier­ci ko­ja­rzo­ny z naj­więk­szym cier­pie­niem stał się ka­pli­cą, w któ­rej śpie­wa­no psal­my i od­ma­wia­no ró­ża­niec. W po­ko­ju du­cha i po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, przed nad­cho­dzą­cym Je­zu­sem, któ­ry otwo­rzy ra­mio­na przed nad­cho­dzą­cy­mi z Oświę­ci­mia umę­czo­ny­mi ludź­mi. Świę­ty oj­ciec Kol­be prze­mie­nił ser­ca współ­więź­niów, był mę­czen­ni­kiem – świad­kiem wia­ry, a nie kimś, kto „ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka”. Oj­ciec Kol­be – jak po­wie­dział świę­ty pa­pież Jan Pa­weł II – był oso­bą, któ­ra zwy­cię­ży­ła II woj­nę świa­to­wą.

Oto wła­śnie cho­dzi – mę­czen­ni­cy zwy­cię­ża­ją ten świat!

I to ci, któ­rzy mo­dli­li się, idąc w sta­ro­żyt­no­ści na are­nę peł­ną dzi­kich zwie­rząt, i ci, któ­rzy la­ta­mi słu­ży­li cho­rym w swo­ich do­mach, ho­spi­cjach czy szpi­ta­lach. Zwy­cię­ża świat mat­ka, któ­ra ci­cho od­da­je swo­je ży­cie dzie­ciom, któ­ra wy­cho­wa wspa­nia­łych oj­ców i ko­lej­ne świę­te mat­ki, ale nie ktoś, kto wy­po­mi­na swo­je od­da­nie i żą­da wdzięcz­no­ści.

Mę­czen­nik ma ja­sną twarz, bo ko­cha, jest po pro­stu świad­kiem Mi­ło­ści, Mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka. Mę­czen­nik jest oso­bą „przej­rzy­stą”, bo pa­trząc na nie­go, wi­dać Stwór­cę i Zba­wi­cie­la. Mę­czen­nik ko­cha ży­cie, ale chęt­nie słu­ży Bo­gu, od któ­re­go to ży­cie otrzy­mał, bo jest pe­wien ży­cia wiecz­ne­go, ja­kie otrzy­ma po ży­ciu peł­nym za­pa­łu.

Nie chciał­bym ni­ko­go za­chę­cać, by dą­ży­li do mę­czeń­stwa, za­chę­cam jed­nak do te­go, by uko­chać ży­cie i Daw­cę ży­cia, któ­ry naj­le­piej wie, jak wspa­nia­le je prze­żyć. Mo­że się oka­zać, że mę­czeń­stwo sa­mo na­dej­dzie, ale przy tej hie­rar­chii war­to­ści nie bę­dzie prze­ra­ża­ją­ce.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski