Wołanie o pomoc

Kto uczy­nił coś złe­go i chce się na­wró­cić, przy­zna­je się do wi­ny i prze­pra­sza skrzyw­dzo­ne oso­by. Prze­pro­sze­nie Bo­ga, to mo­dli­twa, w cza­sie któ­rej Bóg nas uzdra­wia i urzą­dza nam ra­do­sne świę­to po­jed­na­nia.

Po­za Ma­ry­ją ża­den czło­wiek nie jest bez grze­chu. Na­wet naj­szla­chet­niej­szym z nas – już od mło­do­ści – zda­rza­ją się chwi­le sła­bo­ści. Wy­rzą­dza­my zło in­nym czy sa­mym so­bie. Jed­ni trwa­ją w grze­chu i czy­nią co­raz więk­sze zło, a in­ni po­dej­mu­ją wy­si­łek na­wró­ce­nia i wcho­dzą na dro­gę świę­to­ści. Bi­blia po­twier­dza, że naj­więk­szą szan­sę na na­wró­ce­nie i ra­do­sne ży­cie ma­ją ci, któ­rzy po grze­chu nie cho­wa­ją się przed Bo­giem Ci, co uzna­ją swój błąd i szu­ka­ją Bo­ga – jak król Da­wid czy św. Piotr, któ­ry po za­par­ciu się Mi­strza gorz­ko za­pła­kał i po­szedł za Je­zu­sem. Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści. Są do­wo­dem na to, że za­czy­na­my się zmie­niać i że ma­my świa­do­mość bó­lu, ja­ki ko­muś za­da­li­śmy. Ra­do­sne łzy wzru­sze­nia po­ja­wia­ją się, gdy mąż ser­decz­nie prze­pra­sza żo­nę, któ­rą skrzyw­dził. Al­bo gdy do­ra­sta­ją­ce dziec­ko prze­pra­sza ro­dzi­ców, któ­rych zra­ni­ło nie­wdzięcz­no­ścią, lek­ce­wa­że­niem ich mi­ło­ści al­bo wi­kła­niem się w uza­leż­nie­nia.

Po­wrót sy­na mar­no­traw­ne­go. Rem­brandt. Fot.: Wi­ki­me­dia Com­mons

Wo­ła­nie do Bo­ga o po­moc

Cza­sem zgrze­szy­my, krzyw­dząc sa­mych sie­bie czy bliź­nich, a przez to za­da­jąc cier­pie­nie sa­me­mu Bo­gu, któ­re­mu naj­bar­dziej za­le­ży na na­szym szczę­ściu. Wte­dy war­to za­cząć od mo­dli­twy bła­ga­nia, czy­li od wo­ła­nia do Bo­ga o po­moc w ob­li­czu na­szych sła­bo­ści. Wzo­rem mo­że być król Da­wid, któ­ry sam sie­bie gorz­ko roz­cza­ro­wał. Stał się cu­dzo­łoż­ni­kiem i zle­cił mor­der­stwo mę­ża swo­jej ko­chan­ki. Upo­mnia­ny z mi­ło­ścią przez pro­ro­ka Na­ta­na, za­wo­łał do Bo­ga: „Zmi­łuj się na­de mną, Bo­że, w swo­jej ła­ska­wo­ści, w ogro­mie swe­go mi­ło­sier­dzia wy­maż mo­ją nie­pra­wość! Ob­myj mnie zu­peł­nie z mo­jej wi­ny i oczyść mnie z grze­chu mo­je­go! Uzna­ję bo­wiem mo­ją nie­pra­wość, a grzech mój jest za­wsze przede mną. Od­wróć ob­li­cze swe od mo­ich grze­chów i wy­maż wszyst­kie mo­je prze­wi­nie­nia! Stwórz, o Bo­że, we mnie ser­ce czy­ste! Przy­wróć mi ra­dość z Two­je­go zba­wie­nia!” (psalm 51). Gdy skrzyw­dzi­my ko­goś z lu­dzi, to skrzyw­dzo­ny nie za­wsze mo­bi­li­zu­je nas do prze­mia­ny. Cza­sem nam zło­rze­czy czy chce ze­msty. Gdy o na­szych sła­bo­ściach roz­ma­wia­my z Bo­giem, On za­wsze znaj­dzie dla nas sło­wa po­mo­cy. Za­wsze wle­je w nas si­łę, po­trzeb­ną do uzna­nia praw­dy o so­bie i na­wró­ce­nia.

Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści.

Ra­dość z uzna­nia win

Na po­cząt­ku każ­dej Mszy świę­tej uzna­je­my na­sze grze­chy i kie­ru­je­my do Bo­ga mo­dli­twę: „Pa­nie, zmi­łuj się nad na­mi!” Wer­sja wło­ska brzmi jesz­cze moc­niej: „Pa­nie, li­to­ści!” Mo­dli­twa prze­pro­sze­nia jest po­trzeb­na nie Bo­gu, lecz nam sa­mym, gdyż uzna­nie wła­snych błę­dów to wa­ru­nek na­wró­ce­nia i po­jed­na­nia. Wzo­rem ta­kiej mo­dli­twy mo­że być syn mar­no­traw­ny, któ­ry za­sta­no­wił się i po­wie­dział so­bie: „Iluż to na­jem­ni­ków mo­je­go oj­ca ma pod do­stat­kiem chle­ba, a ja tu z gło­du gi­nę. Za­bio­rę się i pój­dę do me­go oj­ca, i po­wiem mu: Oj­cze, zgrze­szy­łem prze­ciw Bo­gu i wzglę­dem cie­bie; już nie je­stem go­dzien na­zy­wać się two­im sy­nem: uczyń mnie choć­by jed­nym z na­jem­ni­ków” (Łk 15, 17–19). Syn mar­no­traw­ny po­stą­pił tak, jak po­my­ślał. Wte­dy prze­ko­nał się, że oj­ciec na­wet jed­nym sło­wem nie wy­po­mi­na mu prze­szło­ści, lecz że rzu­ca mu się z głę­bo­kim wzru­sze­niem na szy­ję i urzą­dza mu świę­to oca­le­nia. Bóg wi­dzi nie tyl­ko na­sze grze­chy, ale też na­sze cier­pie­nie i nasz wy­si­łek, by czy­nić do­bro. Gdy Go prze­pra­sza­my, wte­dy od­kry­wa­my, że Je­go przy­ka­za­nia są słusz­ne i że szczę­śli­wi są ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z ni­mi.

 

Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki