Jadę do Po­zna­nia, by od­wie­dzić przy­ja­ciela z pod­sta­wówki. Nie wi­dzie­li­śmy się od kilku lat. Gdy tata zna­lazł pracę w War­sza­wie, mu­sia­łem prze­pro­wa­dzić się z ro­dzi­cami do sto­licy. Udało nam się pod­trzy­mać zna­jo­mość z Ka­ro­lem dzięki SMS-om i mailom.

Wła­śnie wje­chał na pe­ron mój po­ciąg. Po­ko­nuję wy­so­kie stop­nie, prze­miesz­czam się wą­skim ko­ry­ta­rzem i zaj­muję miej­sce w pu­stym prze­dziale. Sły­chać gwiz­dek kon­duk­tora. Ru­szamy. Uwiel­biam po­dró­żo­wać po­cią­giem, jest w tym coś ma­gicz­nego. Stu­kot kół, „prze­su­wa­jące się” wi­doki za oknem i sta­cje – te stare, znisz­czone, zu­peł­nie opu­sto­szałe i te tęt­niące ży­ciem. Ob­ser­wuję lu­dzi. Na pe­ro­nie jest tyle emo­cji: ra­dość przy­wi­tań i wa­ka­cyj­nej wol­no­ści, łzy po­że­gnań. Już wy­obra­żam so­bie, jak Ka­rol ucie­szy się, gdy zo­ba­czy, jak wy­sia­dam z po­ciągu! Na sta­cji War­szawa Za­chod­nia wy­cią­gam książkę. Udaje mi się prze­czy­tać za­le­d­wie kilka li­ni­jek, gdy do mo­jego prze­działu wpada zdy­szana star­sza pani. Po­ma­gam jej po­ło­żyć ba­gaż na gór­nej półce i znów cho­wam nos w lek­tu­rze. Nie mogę prze­czy­tać już ani jed­nego wy­razu – współ­pa­sa­żerka gada na okrą­gło. Za­częła od dzi­siej­szej nie­zno­śnej mło­dzieży sie­dzą­cej tylko przed kom­pu­te­rem. Gdy spoj­rzała na moją książkę, ugry­zła się w ję­zyk i szybko zmie­niła te­mat. Za­częła na­rze­kać na złą po­li­tykę go­spo­da­ro­wa­nia od­pa­dami ko­mu­nal­nymi. Póź­niej wy­gło­siła prze­mowę o spre­pa­ro­wa­nych son­da­żach przed­wy­bor­czych w ja­kimś zu­peł­nie nie­zna­nym mi kraju. A po­tem już do sta­cji So­cha­czew kró­lo­wała te­ma­tyka zdro­wotna – rwa kul­szowa, nad­wraż­li­wość je­lita gru­bego i zgaga. W Kut­nie ga­duła po­in­for­mo­wała mnie, że bar­dzo miło się ze mną roz­ma­wiało. Nad­mie­nię, że chęt­nie bym z nią po­kon­wer­so­wał, ale nie do­pu­ściła mnie do słowa!

foto_01-01_lipec-2017

Za­ko­mu­ni­ko­wała też, że nie­stety musi już wy­sia­dać. Po­ma­cha­łem jej przez okno na po­że­gna­nie (bez smutku) i roz­sia­dłem się wy­god­nie na sie­dze­niu, wy­cią­ga­jąc ter­mos i ka­napkę. De­lek­to­wa­łem się ci­szą i czy­ta­niem. Ale nie­długo! W Ło­wi­czu wsiadł do mo­jego prze­działu czter­dzie­sto­la­tek. Na po­czątku ucie­szy­łem się, że to fa­cet. Ży­łem do­tąd w prze­ko­na­niu, że męż­czyźni nie są ple­ciu­gami. Kilka mi­nut mi­nęło bez za­kłó­ceń, lecz na­gle mój spo­kój prze­rwał bar­dzo gło­śny dzwo­nek ko­mórki. Z apa­ratu za­czął po chwili wy­do­by­wać się prze­raź­liwy ja­zgot. Jak się póź­niej do­my­śli­łem, dzwo­niła żona. Dys­ku­sja, któ­rej ab­so­lut­nie nie chcia­łem, a mu­sia­łem być świad­kiem, trwała aż do Ko­nina. Uff... W końcu „nie­do­bry” mąż wy­siadł. Uniósł ra­miona i uśmiech­nął się do mnie na od­chodne jakby prze­pra­sza­jąco. Tym ra­zem nie po­ma­cha­łem, na­wet nie po­pa­trzy­łem w jego stronę. Nie ro­zu­miem, jak można przy ob­cej oso­bie wy­wle­kać na świa­tło dzienne tak pry­watne sprawy. Ci­sza, lek­tura, ulu­biony ba­ton – znów zro­biło się miło. Szczę­ście nie trwa jed­nak wiecz­nie! Naj­gor­sze cze­kało na mnie na ko­lej­nej sta­cji! W drzwiach zo­ba­czy­łem dzie­się­cio­latka, który pięk­nie się uśmie­chał, mó­wiąc: „Dzień do­bry”. „Jaki miły chło­piec bę­dzie moim kom­pa­nem po­dróży” – po­my­śla­łem z za­do­wo­le­niem. Ale za­raz za nim wszedł do prze­działu jego ró­wie­śnik, a po­tem jesz­cze je­den i ko­lejny. W końcu dzie­się­cio­lat­ko­wie wy­peł­nili mój prze­dział po brzegi! Opie­kun ko­lo­nii na­ka­zał chłop­com, by byli grzeczni i... prze­padł jak ka­mień w wodę. Za­częło się! Gło­śne śmie­chy, roz­mowy, raz po raz krzyki. A po­tem mu­zyka, pusz­czana ze smart­fona na cały re­gu­la­tor, i głu­pawe fil­miki z YouTuba. Mia­łem na­prawdę dość. Jak gdyby tego było mało, po chwili za­częła się re­gu­larna bi­twa – po prze­dziale la­tały po­mi­dory, jaja na twardo, po­pcorn. Na­wet chip­sów nie oszczę­dzili! Gdy je­den z chłop­ców ścią­gnął buty i nie­malże pod nos pod­sta­wił mi swoje stopy wąt­pli­wej czy­sto­ści, nie wy­trzy­ma­łem! Wy­sze­dłem na korytarz.

– Co ty taki ma­ło­mówny je­steś? Tyle czasu się nie wi­dzie­li­śmy. My­śla­łem, że gęba nie bę­dzie ci się za­my­kać – zdzi­wił się Ka­rol, za­uwa­ża­jąc, że je­stem bar­dzo milczący.

– Cza­sem mil­cze­nie jest zło­tem, uwierz mi! – po­wie­dzia­łem, uśmie­cha­jąc się w du­chu na myśl o dzi­siej­szych pa­sa­że­rach po­ciągu re­la­cji Warszawa-Poznań. Nie chcia­łem, by po­my­ślał, że go lek­ce­ważę, więc chcąc, nie chcąc przy obie­dzie opo­wie­dzia­łem mu o nich.

 

Iwona Bińczycka-Kołacz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Drogi”. Za­chę­camy do pre­nu­me­raty. O „Drogę” py­taj­cie także w swo­ich parafiach.

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: