Trochę filozofii

Nie zda­je­my so­bie spra­wy, jak wiel­ki wpływ na na­sze co­dzien­ne my­śle­nie i dzia­ła­nie ma­ją roz­po­wszech­nio­ne po­glą­dy in­nych lu­dzi, za­rów­no tych ży­ją­cych współ­cze­śnie i tych, któ­rzy ży­li wie­le wie­ków przed na­mi. Echa my­śli sta­ro­żyt­nych fi­lo­zo­fów znaj­dzie­my rów­nież dzi­siaj. Te fi­lo­zo­fie mo­gą mieć za­rów­no po­zy­tyw­ny jak i ne­ga­tyw­ny wpływ na na­sze ży­cie.

Uty­li­ta­ryzm jest wła­śnie ta­ką sta­rą fi­lo­zo­fią, któ­ra dzi­siaj ma wie­lu zwo­len­ni­ków. Uty­li­ta­ryzm mo­że mieć róż­ne od­mia­ny, na­wet ist­nie­je je­go per­so­na­li­stycz­na od­mia­na. Ogól­nie mó­wiąc, oso­bę ludz­ką trak­tu­je się tu in­stru­men­tal­nie i re­du­ku­je się ją do funk­cji, ja­kie peł­ni (li­czy się więc jej przy­dat­ność).

Szcze­gól­ną od­mia­ną uty­li­ta­ry­zmu jest he­do­nizm. Być szczę­śli­wym zna­czy tu żyć przy­jem­nie. Przy­jem­no­ści – ja­ko naj­wyż­sze­mu do­bru jest pod­po­rząd­ko­wa­ne wszyst­ko in­ne. Ro­zum czło­wie­ka jest po to, by za­pew­nić ma­xi­mum przy­jem­no­ści przy mi­ni­mum przy­kro­ści.

Ka­rol Woj­ty­ła po­da­je naj­krót­szą de­fi­ni­cję he­do­ni­zmu: „Mak­si­mum przy­jem­no­ści dla mak­sy­mal­nej ilo­ści lu­dzi przy mi­ni­mum przy­kro­ści dla tych­że lu­dzi” i wy­ka­zu­je istot­ny lo­gicz­ny błąd w ta­kim ro­zu­mo­wa­niu. Otóż lu­dzie róż­nie mo­gą ro­zu­mieć i prze­ży­wać przy­jem­ność. To, co dla jed­ne­go jest przy­jem­ne, dla dru­gie­go nie mu­si ta­kim być.

foto_01-03_23-2013

Tym­cza­sem przy­jem­ność po­ja­wia się ja­ko war­tość do­da­na, jest przy oka­zji dzia­ła­nia i nie mo­że być je­dy­ną nor­mą, po­nie­waż czę­sto to, co do­bre, mo­że być trud­ne i przy­kre. Tak więc je­śli przy­jem­ność jest na pierw­szym miej­scu, to oso­ba jest tyl­ko środ­kiem do ce­lu. Wyj­ściem z błęd­ne­go ko­ła he­do­ni­zmu jest uzna­nie po­za do­brem su­biek­tyw­nym do­bra obiek­tyw­ne­go, któ­re jed­no­czy oso­by i sta­je się ich do­brem wspól­nym. W przy­pad­ku he­do­ni­stycz­ne­go sty­lu ży­cia męż­czy­zna i ko­bie­ta ży­ją, har­mo­ni­zu­jąc swo­je ego­izmy. Każ­da z osób na­sta­wia się na swo­ją przy­jem­ność, a rów­no­cze­śnie zga­dza się na to, aby stać się środ­kiem do ce­lu, przed­mio­tem dla dru­giej oso­by. Jest to od­wrot­ność przy­ka­za­nia mi­ło­ści: „Mu­szę trak­to­wać sie­bie sa­me­go ja­ko śro­dek i na­rzę­dzie, sko­ro w ten spo­sób trak­tu­ję dru­gie­go ze wzglę­du na sie­bie”. Ta­ki układ mię­dzy­oso­bo­wy mo­że dzia­łać do pierw­szych kry­zy­sów kie­dy ego­izmów nie uda się już zhar­mo­ni­zo­wać! Męż­czyź­ni i ko­bie­ty mó­wią wte­dy, że ich mi­łość się skoń­czy­ła, a tak na­praw­dę ni­gdy jej nie by­ło. Praw­dzi­wa mi­łość oso­by mu­si po­le­gać na jej afir­ma­cji po­nad kon­sump­cyj­ne war­to­ści.

Ka­rol Woj­ty­ła po­da­je za­sa­dę od­nie­sie­nia do oso­by, któ­rą po­wi­nien po­znać każ­dy czło­wiek:

Oso­ba jest ta­kim do­brem, z któ­rym nie go­dzi się uży­wa­nie, któ­re nie mo­że być trak­to­wa­ne ja­ko przed­miot uży­cia i w tej for­mie ja­ko śro­dek do ce­lu”. Wy­ra­ża tę sa­mą myśl jesz­cze ina­czej, po­zy­tyw­nie: „Oso­ba jest ta­kim do­brem, że wła­ści­we i peł­no­war­to­ścio­we od­nie­sie­nie do niej sta­no­wi tyl­ko mi­łość”. Czło­wiek ja­ko oso­ba ma god­ność tak wiel­ką, że na­le­ży mu się trak­to­wa­nie ja­ko przed­mio­tu mi­ło­ści, a nie uży­tecz­no­ści. W mi­ło­ści praw­dzi­wej za­wie­ra się afir­ma­cja oso­by ja­ko ta­kiej.

W do­brze nam zna­nym przy­ka­za­niu mi­ło­ści ukry­ta jest wła­śnie ta nor­ma per­so­na­li­stycz­na, któ­rą tak pre­cy­zyj­nie zde­fi­nio­wał Ka­rol Woj­ty­ła.

 

Elż­bie­ta Ma­rek