TAK dla życia! Życie warte przeżycia

Do tej po­ry by­ło oczy­wi­ste, że nie­do­szłych sa­mo­bój­ców w mia­rę moż­li­wo­ści trze­ba ra­to­wać, za­opie­ko­wać się ni­mi tak, aby po­rzu­ci­li myśl o śmier­ci. Obec­nie co­raz wię­cej osób uwa­ża, że w sa­mo­bój­stwie nie tyl­ko nie na­le­ży prze­szka­dzać, ale wręcz po­win­no się w nim po­móc.

Oczy­wi­ście nie mó­wią oni o sa­mo­bój­stwie, tyl­ko o eu­ta­na­zji, czy­li (z grec­kie­go) „do­brej śmier­ci”. Uza­sad­nia­ją po­trze­bę jej le­ga­li­za­cji (śmier­tel­nym) współ­czu­ciem, chę­cią prze­rwa­nia cier­pie­nia, któ­re­go czło­wiek nie mo­że znieść, i pra­wem do de­cy­do­wa­nia o swo­im lo­sie. Po­ka­zu­ją ob­raz­ki bar­dzo cho­rych lu­dzi z py­ta­niem i go­to­wą od­po­wie­dzią: ja­ki cel ma ich ży­cie? Jest zu­peł­nie bez­war­to­ścio­we.

foto_01-02_10-2016

I tu do­cho­dzi­my do sed­na spra­wy – do bar­dzo mod­ne­go ostat­nio okre­śle­nia do­ty­czą­ce­go tzw. ja­ko­ści ży­cia. Je­śli nie jest ona do­sta­tecz­na, to we­dług zwo­len­ni­ków eu­ta­na­zji, ży­cie mo­że być prze­rwa­ne. Nie­któ­rzy za­kła­da­jąc, że nie doj­dzie do nad­użyć (a bar­dzo czę­sto do nich do­cho­dzi), twier­dzą, że o ja­ko­ści swo­je­go ży­cia po­wi­nien wy­ro­ko­wać sam za­in­te­re­so­wa­ny. Miał­by de­cy­do­wać się na eu­ta­na­zję w peł­ni świa­do­mie i sa­mo­dziel­nie. Jed­nak w ta­kim wy­pad­ku wia­do­mo, że znacz­na część de­cy­zji bę­dzie po­dej­mo­wa­na pod wpły­wem roz­pa­czy i po­czu­cia by­cia nie­przy­dat­nym. Wcho­dzi­my tu do­kład­nie w de­fi­ni­cję sa­mo­bój­stwa po­peł­nia­ne­go ze stra­chu, bez­sil­no­ści.

Do­sko­na­le ob­ra­zu­je to hi­sto­ria Ja­nu­sza Świ­ta­ja. W 1993 r. w wie­ku 18 lat uległ wy­pad­ko­wi mo­to­cy­klo­we­mu. Od tam­tej po­ry jest spa­ra­li­żo­wa­ny, od­dy­cha za po­mo­cą re­spi­ra­to­ra. W 2007 r. zło­żył do są­du wnio­sek o moż­li­wość pod­da­nia się eu­ta­na­zji. Czuł, że je­go ży­cie nie ma żad­ne­go ce­lu, że przy­spa­rza je­dy­nie pro­ble­mów in­nym lu­dziom. Z po­mo­cą przy­szła An­na Dym­na, któ­ra po­da­ro­wa­ła mu spe­cja­li­stycz­ny wó­zek i za­ofe­ro­wa­ła pra­cę w swo­jej Fun­da­cji „Mi­mo wszyst­ko”. Ak­tor­ka tłu­ma­czy, że cza­sem wy­star­czy się do ko­goś uśmiech­nąć, po­pro­sić o coś, że­by po­czuł się zno­wu po­trzeb­ny. Ja­nusz Świ­taj obec­nie ak­tyw­nie dzia­ła na rzecz nie­peł­no­spraw­nych, nie­daw­no roz­po­czął stu­dia psy­cho­lo­gicz­ne. Je­go hi­sto­ria mia­ła stać się ar­gu­men­tem w wal­ce o le­ga­li­za­cję eu­ta­na­zji w Pol­sce. Sta­ło się jed­nak zu­peł­nie od­wrot­nie, bo Ja­nusz Świ­taj po­ka­zał, że ja­ko­ści ży­cia nie mie­rzy się po­zio­mem sta­nu zdro­wia.

Eu­ta­na­zja co­raz czę­ściej jest wy­ko­ny­wa­na nie tyl­ko w przy­pad­kach nie­ule­czal­nych fi­zycz­nych cho­rób po­wo­du­ją­cych du­że cier­pie­nie, ale tak­że wte­dy, gdy da­na oso­ba czu­je się źle pod wzglę­dem psy­chicz­nym. W ubie­głym ro­ku w Bel­gii le­ka­rze wy­ra­zi­li zgo­dę na pod­da­nie eu­ta­na­zji 24-let­niej Lau­ry cho­ru­ją­cej na de­pre­sję. Dziew­czy­na prze­by­wa­ła w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym, a osta­tecz­ną de­cy­zję o za­koń­cze­niu ży­cia pod­ję­ła po roz­cza­ro­wa­niu mi­ło­snym. Mo­że gdy­by ktoś wy­cią­gnął do Lau­ry po­moc­ną dłoń za­miast ofe­ro­wać jej naj­ła­twiej­sze i naj­gor­sze roz­wią­za­nie, dziew­czy­na mo­gła­by być te­raz szczę­śli­wa? Tak jak Ja­nusz Świ­taj. Tu jed­nak po­sta­no­wio­no kie­ro­wać się (śmier­tel­nym) „współ­czu­ciem”. Le­ka­rze przy­ję­li ro­lę za­bój­ców, dep­cząc za­sa­dy sta­ro­żyt­nej przy­się­gi Hi­po­kra­te­sa: „Ni­gdy ni­ko­mu, ani na żą­da­nie, ani na proś­by ni­czy­je nie po­dam tru­ci­zny”. Do­szło do od­wró­ce­nia tak pod­sta­wo­wych prawd jak ta, że ży­cie za­wsze jest do­brem, i nikt ni­gdy ni­ko­mu w żad­nych oko­licz­no­ściach nie mo­że go ode­brać.

Gdy słu­cham dys­ku­sji o ja­ko­ści ży­cia, o tym, czy­je ży­cie ma sens, przy­po­mi­na mi się sce­na z dnia ka­no­ni­za­cji Ja­na Paw­ła II, sce­na, któ­rej ni­gdy nie za­po­mnę. Przed kon­cer­tem jed­ne­go ze zna­nych ze­spo­łów na sce­nę wy­szły dzie­ci z Za­kła­du Opie­kuń­czo-Lecz­ni­cze­go w Jasz­ko­tlu. Dzie­ci po­rzu­co­ne przez ro­dzi­ców, bar­dzo cho­re, czę­sto zde­for­mo­wa­ne. Więk­szość z nich by­ła na wóz­kach in­wa­lidz­kich, kil­ko­ro cier­pia­ło na Ze­spół Do­wna. Łą­czy­ła je jed­na wspól­na ce­cha – sto­jąc na sce­nie, cie­szy­ły się tym, że ży­ją, tym, że ze­bra­ni ich słu­cha­ją. Śpie­wa­ły pio­sen­kę o na­dziei. Lu­dzie wo­kół mnie mie­li oczy peł­ne łez. Nie pa­mię­tam już, ja­ki słyn­ny ze­spół śpie­wał po nich, do­sko­na­le pa­mię­tam tyl­ko ich roz­świe­tlo­ne bu­zie. I na­dzie­ję, ja­ką wla­ły w ser­ca dzię­ki swo­jej pio­sen­ce. Na­dzie­ję, ja­kiej nie mógł­by dać nikt in­ny, na­wet ten, kto dys­po­nu­je wyż­szą „ja­ko­ścią ży­cia”.

 

Ewa Rej­man