Na kom­pro­mis pa­trzę z nie­chę­cią i mam z nim ewi­dentny pro­blem. Bo czym on jest? Po­ło­wicz­nym za­do­wo­le­niem? Od­pusz­cza­niem dla świę­tego spo­koju? A może du­sze­niem w so­bie zło­ści, by­leby ja­koś było?

Gdzieś prze­czy­ta­łam, że kom­pro­mis to spo­tka­nie na mo­ście, a nie na jed­nym z brze­gów rzeki, która dzieli obie strony. Kom­pro­mis jest sztuką, która po­zwala za­cho­wać rów­no­wagę w sto­sun­kach mię­dzy ludźmi. I wszystko do­brze, do­póki nie zda­rzy się, że obie strony pra­gną cze­goś in­nego, np. jedna chce iść do kina, druga obej­rzeć film w domu. Zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia wy­maga pój­ścia na ustęp­stwo, dzięki czemu każdy bę­dzie za­do­wo­lony. Ale rów­no­cze­śnie każdy z cze­goś zrezygnuje...

foto_01-02_19-2017

Wilk syty...

Kom­pro­mis to opty­malne roz­wią­za­nie kon­fliktu, pro­wa­dzące do tego, że wszyst­kie strony są za­do­wo­lone. W rze­czy­wi­sto­ści kom­pro­misy nie­ko­niecz­nie mają co­kol­wiek wspól­nego z udaną współ­pracą. Bo czy można mó­wić o suk­ce­sie, skoro część ocze­ki­wań zo­stała po­grze­bana? Kom­pro­mis to po­zor­nie do­bra ugoda, która nie jest ani spra­wie­dliwa, ani sa­tys­fak­cjo­nu­jąca dla ni­kogo. Przy­kład: je­dziemy z ko­le­żanką na wy­cieczkę. Ro­bię her­batę do ter­mosu. Ja piję bez cu­kru, ona sło­dzi dwie ły­żeczki. Idę na kom­pro­mis – do­daję jedną ły­żeczkę. Świetne roz­wią­za­nie, tylko ta­kiej her­baty ja­koś nikt nie chce pić... Oka­zuje się, że sto­so­wa­nie za­sady „po po­ło­wie” nie­ko­niecz­nie się sprawdza.

...i owca cała

Róż­nimy się. Trudno o pełną jed­no­myśl­ność we wszyst­kim. Dla­tego roz­ma­wiamy, szu­kamy roz­wią­zań i al­ter­na­tyw. Kom­pro­mis jest za­wsze pój­ściem na ustęp­stwo. Z cze­goś trzeba zre­zy­gno­wać. Py­ta­nie: jak wiele się na tym roz­wią­za­niu traci i co do­sta­jemy w za­mian. W efek­cie kom­pro­misu żadna ze stron nie re­ali­zuje swo­ich pla­nów w stu pro­cen­tach, a prze­cież nikt nie lubi, gdy sprawy nie ukła­dają się po jego my­śli. Nie­chęć do kom­pro­mi­sów bie­rze się za­zwy­czaj z tego, że trak­tuje się je jako po­rażkę. Niby nie po­le­gło się z kre­te­sem, ale nie wró­ciło się z tar­czą. Nie osią­gnęło się wy­ma­rzo­nego celu. Kom­pro­mi­sami gar­dzą lu­dzie po­rwani przez wielką ideę, któ­rej nie wolno zdra­dzić za żadną cenę i ra­dy­ka­ło­wie, dla któ­rych roz­wią­za­nia po­śred­nie to klę­ska. W ich mnie­ma­niu na kom­pro­misy go­dzą się słabi. Praw­dziwy wo­jow­nik nie cofa się na­wet o krok.

Bój na argumenty

Jak bez kom­pro­mi­sów pro­wa­dzić po­li­tykę? Za­wie­rać umowy han­dlowe? Utrzy­mać w ry­zach cy­wi­li­zo­wany ład? Są jed­nak dzie­dziny, w któ­rych kom­pro­mis jest nie­moż­liwy, np. kwe­stia za­sad mo­ral­nych, pod­sta­wo­wych war­to­ści czy wiary.

Kom­pro­mis przed­sta­wiany jest jako sztuka ne­go­cja­cji. Osią­gany na dro­dze dys­ku­sji, nie walki. Tyle że po­szu­ki­wa­nia kom­pro­misu cza­sem przy­po­mi­nają dzia­ła­nia wo­jenne. Bój nie na mie­cze lecz na słowa, za któ­rymi nie­rzadko kryją się groźby, próby szan­tażu, gra na emo­cjach. Nie ma to zbyt wiele wspól­nego z rze­czową roz­mową i osią­gnię­ciem po­ro­zu­mie­nia. Taki kom­pro­mis przy­po­mina ra­czej zło ko­nieczne, w efek­cie któ­rego wilk jest cią­gle głodny, a z owcy pra­wie już zdarto skórę.

Cie­kaw­szą i bez­piecz­niej­szą al­ter­na­tywą jest współ­praca. Jed­nak nie za­wsze można na nią li­czyć, zwłasz­cza gdy do po­go­dze­nia są cał­kiem roz­bieżne in­te­resy. Wtedy zo­staje kom­pro­mis, który mimo wad i tak bę­dzie lep­szy od krwa­wej wojny na wy­nisz­cze­nie wroga.

Bywa, że po­ro­zu­mie­nie osią­gnięte na dro­dze kom­pro­misu jest po pro­stu nie­zbędne. Rzecz w tym, jak czę­sto trzeba je za­wie­rać i jaki jest osta­teczny bi­lans zy­sków i strat.

 

Jola Tęcza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Drogi”. Za­chę­camy do pre­nu­me­raty. O „Drogę” py­taj­cie także w swo­ich parafiach.

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: