O za­dzi­wia­ją­cej po­dró­ży po naj­więk­szej rze­ce świa­ta z Da­wi­dem An­dre­sem roz­ma­wia Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz.

Wraz ze swym bra­tem – Hu­ber­tem Ki­siń­skim po­ko­nał Pan rze­kę Ama­zon­kę ro­we­rem! Dla­cze­go wła­śnie to miej­sce wy­da­ło się Wam god­nym eks­plo­ra­cji?

– Bo Ama­zon­ka to naj­więk­sza rze­ka świa­ta! Od dziec­ka ma­rzy­łem o „wiel­kiej przy­go­dzie”, nie­zwy­kłej wy­pra­wie, o ja­kiej czy­ta się w książ­kach. Naj­pierw my­śla­łem o In­diach i Pa­ki­sta­nie, pla­no­wa­li­śmy z ko­le­ga­mi prze­jazd bu­sem przez te kra­je. Jed­nak kie­dy prze­czy­ta­łem Z nur­tem Ama­zon­ki Joe Kane’a o Pio­trze Chmie­liń­skim, pierw­szym w świe­cie czło­wie­ku, któ­ry prze­pły­nął pon­to­nem i ka­ja­kiem Ama­zon­kę, stwier­dzi­łem, że nie Azja, ale Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa jest mi pi­sa­na. I nie bus, ale... ro­wer.

foto_01-02_23-2017

To by­ła spon­ta­nicz­na eska­pa­da czy wręcz prze­ciw­nie – prze­my­śla­na, pla­no­wa­na la­ta­mi?

– Przy­go­to­wy­wa­łem się przez dwa la­ta. Du­żo czy­ta­łem o po­dob­nych eks­pe­dy­cjach, szu­ka­łem in­for­ma­cji o wszel­kich aspek­tach po­dró­ży po Ama­zo­nii, ku­po­wa­łem nie­zbęd­ne urzą­dze­nia ty­pu te­le­fon sa­te­li­tar­ny, GPS itp. I wal­czy­łem ze swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi. Nie­ustan­nie za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, dla­cze­go tak nie­wie­lu oso­bom w świe­cie uda­ło się prze­pły­nąć o wła­snych si­łach Ama­zon­kę, a przede wszyst­kim – czy uda się to mnie? Roz­ma­wia­łem z po­dróż­ni­ka­mi, któ­rzy mie­li wła­sne do­świad­cze­nia z tą rze­ką. Po­za tym du­żo tre­no­wa­łem, jeż­dżąc na ro­we­rze i bie­ga­jąc. W prze­ci­wień­stwie do mo­je­go bra­ta, któ­ry nie­mal z mar­szu ru­szył na wy­pra­wę, bez żad­ne­go przy­go­to­wa­nia. Ale on jest młod­szy i ma lep­szą kon­dy­cję (śmiech).

Do źró­deł Ama­zon­ki uda­ło się Pa­nom do­trzeć ro­we­ra­mi. Po­tem trze­ba by­ło je zmo­dy­fi­ko­wać, by mo­gły prze­miesz­czać się po rze­ce. Jak wy­glą­dał ama­zoń­ski ro­wer?

– Z ro­we­ra­mi za­li­czy­li­śmy każ­dy ki­lo­metr na­szej po­dró­ży, na­wet je­śli tar­ga­nie ich na ple­cach na wy­so­kość po­nad 5000 m npm., do je­zior­ka Ticl­la Co­cha – sta­łe­go źró­dła Ama­zon­ki, wy­da­wa­ło się sza­leń­stwem i nie la­da wy­sił­kiem. Pierw­szy, gór­ski etap wy­pra­wy od­by­li­śmy ro­we­ra­mi tre­kin­go­wy­mi. Ru­szy­li­śmy znad Pa­cy­fi­ku, z miej­sco­wo­ści Ca­ma­na. Po­ko­na­li­śmy ok. 2000 ki­lo­me­trów, ja­dąc i pcha­jąc na­sze po­jaz­dy po dro­gach przez An­dy. Przez dwa mie­sią­ce dłu­gi­mi go­dzi­na­mi wspi­na­li­śmy się do gó­ry, by w cią­gu kil­ku chwil, przy­naj­mniej tak nam się zda­wa­ło, zje­chać na dół. A po­tem zno­wu do gó­ry i zno­wu w dół. Za­li­czy­li­śmy kil­ka­na­ście czte­ro­ty­sięcz­ni­ków i dwa pię­cio­ty­sięcz­ni­ki. Trzy­ma­li­śmy się dróg wio­dą­cych wzdłuż Ama­zon­ki, jak naj­bli­żej rze­ki. Na wo­dę we­szli­śmy w miej­sco­wo­ści Ata­laya. Tam od­pię­li­śmy ko­ła od ro­we­rów i do ram przy­mo­co­wa­li­śmy pon­to­no­we pło­zy. Ro­wer ama­zoń­ski wy­glą­dem przy­po­mi­na ka­ta­ma­ran. Po­ru­sza się za po­mo­cą na­pę­du zro­bio­ne­go ze szli­fier­ki ką­to­wej i po­łą­czo­ne­go łań­cu­chem z kor­bą. Na po­cząt­ku wo­da sa­ma nio­sła nas w dół rze­ki, ale im Ama­zon­ka sta­wa­ła się więk­sza, tym in­ten­syw­niej mu­sie­li­śmy pe­da­ło­wać, że­by pły­nąć z jej nur­tem.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: