Recenzja filmu „Bestie z południowych krain”, reż. Beth Zeiltin, USA 2012

Hu­sh­pup­py, kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka w star­ciu z ży­wio­łem po­wo­dzi ucie­ka w ma­gicz­ną kra­inę, wy­peł­nio­ną fan­ta­stycz­ny­mi po­two­ra­mi. O ma­łej ak­tor­ce, Qu­ven­zha­né Wal­lis, jesz­cze usły­szy­my – zo­sta­ła wy­bra­na w ca­stin­gu spo­śród kil­ku ty­się­cy kan­dy­da­tów. I był to do­bry wy­bór. Ma­ła jest fan­ta­stycz­na. Po­dob­nie jak ca­ły film – świe­ży, mą­dry, pięk­ny. Dziew­czyn­ka ma cha­rak­te­rek, jest nie­by­wa­le sa­mo­dziel­na. Jej nie do koń­ca od­po­wie­dzial­ny oj­ciec po­tra­fił prze­ka­zać jej wo­lę prze­trwa­nia i wi­tal­ną si­łę. Opo­wieść o wo­li wal­ki, o po­trze­bie in­dy­wi­du­al­no­ści, po­sia­da­nia swo­je­go miej­sca na ma­pie, od­rzu­ce­niu kon­we­nan­sów i by­ciu so­bą – mo­że nie za wszel­ką, ale na­wet za du­żą ce­nę. Widz wy­cho­dzi na­peł­nio­ny ener­gią i wia­rą z moż­li­wość po­ko­na­nia prze­szkód ży­cio­wych. Ogól­nie: war­to dać się ode­rwać od sche­ma­tów, uwi­kła­nia w co­dzien­ność i spoj­rzeć na ży­cie przed so­bą po­now­nie z ener­gią kil­ku­lat­ka.