Z Mar­kiem Ka­miń­skim, po­lar­ni­kiem, po­dróż­ni­kiem i zdo­byw­cą bie­gu­nów Zie­mi, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

16 mar­ca 2015 ro­ku wy­ru­szył Pan na pie­cho­tę z Ka­li­nin­gra­du do San­tia­go de Com­po­ste­la – śla­dem Musz­li Świę­te­go Ja­ku­ba.

– O piel­grzy­mo­wa­niu do San­tia­go usły­sza­łem już daw­no te­mu. Sam sie­bie py­ta­łem, dla­cze­go po­sze­dłem na Ca­mi­no. Py­ta­łem o to rów­nież lu­dzi, któ­rych spo­ty­ka­łem po dro­dze. Roz­ma­wia­łem z ni­mi o tym, co we­dług nich jest w ży­ciu naj­waż­niej­sze. O tym, ja­kie zna­cze­nie ma­ją dla nich: praw­da, do­bro, szcze­rość, uczci­wość, du­cho­wość, mi­łość, sza­cu­nek czy uważ­ność. Naj­czę­ściej sły­sza­łem od­po­wiedź, że po­dob­nie jak mnie, za­wo­ła­ła ich dro­ga – tym bar­dziej, że piel­grzy­mo­wać do San­tia­go de Com­po­stel­la moż­na z każ­de­go do­mu. A do­kład­niej: z każ­de­go ser­ca. Kie­dyś usły­sza­łem hi­sto­rię o śre­dnio­wiecz­nym ry­ce­rzu Pau­lu Bul­ge­ri­nie z Po­mo­rza, któ­ry za­wę­dro­wał do San­tia­go. U ce­lu piel­grzym­ki nie czuł uko­je­nia. Wte­dy je­den z mni­chów po­le­cił mu, by udał się do miej­sca jesz­cze święt­sze­go, czy­li na Go­len­berg, Chełm­ską Gó­rę. Rzecz w tym, że miej­sce to znaj­do­wa­ło się wła­śnie na Po­mo­rzu i to nie da­lej niż mi­lę od wio­ski Bul­ge­ri­na.

foto_01-02_02-2017

Na po­cząt­ku mia­łem po­mysł, by pójść pod prąd – z San­tia­go, miej­sca do­ce­lo­we­go ty­się­cy piel­grzy­mów. Pierw­sza na­zwa mo­jej wy­pra­wy brzmia­ła: „Ody­se­ja – czło­wiek w po­szu­ki­wa­niu war­to­ści”. Go­ethe na­pi­sał, że nasz kon­ty­nent zle­pił się dzię­ki piel­grzy­mo­wa­niu. Dro­ga do San­tia­go by­ła osią, wo­kół któ­rej zle­pi­ła się Eu­ro­pa. A sko­ro jest oś, to są też bie­gu­ny. Grób św. Ja­ku­ba w San­tia­go to „bie­gun wia­ry”. A grób Im­ma­nu­ela Kan­ta w Ka­li­nin­gra­dzie to sym­bo­licz­ny „bie­gun ro­zu­mu”.

W 1995 ro­ku zdo­był Pan dwa bie­gu­ny Zie­mi. Czy wy­pra­wa na trze­ci, du­cho­wy bie­gun – mię­dzy wia­rą a ro­zu­mem by­ła trud­niej­sza?

– By­ła bar­dzo trud­na men­tal­nie. Kie­dy sze­dłem, by zdo­być oba po­lar­ne bie­gu­ny Zie­mi, wie­dzia­łem, cze­go mo­gę się spo­dzie­wać: że bę­dą szcze­li­ny, niedź­wie­dzie, bę­dzie cięż­ko, zim­no i nie­bez­piecz­nie. Dzię­ki te­mu umysł był ca­ły czas za­ję­ty. Kie­dy sze­dłem Ca­mi­no, prak­tycz­nie nic się nie dzia­ło.

Co Pan od­krył w cza­sie wę­drów­ki?

– Bę­dąc na Ca­mi­no, od­kry­łem trzy rze­czy, któ­re wy­da­ją się oczy­wi­ste, choć cza­sem trud­no o nich pamiętać.Są to: ak­cep­ta­cja, uważ­ność i wdzięcz­ność. Sta­ram się je sto­so­wać. Pod­czas pro­mo­cji mo­jej książ­ki „Trze­ci bie­gun” i fil­mu pt. „Piel­grzym” w ki­nie He­lios w Ło­dzi dzien­ni­kar­ka prze­pro­wa­dza­ła ze mną wy­wiad. Na­gle pod­szedł do nas pe­wien czło­wiek. Sta­nął obok, bar­dzo bli­sko, nie po­ru­sza­jąc się i nic nie mó­wiąc. To by­ła dziw­na sy­tu­acja. Za­sta­na­wia­łem się, co mam po­wie­dzieć, jak za­re­ago­wać. Wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie o ak­cep­ta­cji. Chwi­lę po­tem oka­za­ło się, że ten czło­wiek był nie­wi­do­my. Słu­chał wszyst­kich mo­ich ksią­żek. Pod­szedł, po­nie­waż chciał mnie do­tknąć i „zo­ba­czyć”, jak wy­glą­dam. Ła­two jest się po­my­lić... My­ślę, że pa­mię­ta­nie o tych trzech sło­wach po­zwa­la le­piej żyć.

Pod­czas wę­drów­ki w pew­nym mo­men­cie od­czu­łem har­mo­nię: je­stem w dro­dze, do­brze jest tak, jak jest i nie mu­si być nic wię­cej. To by­ło tak, jak­by na­gle wszyst­kie py­ta­nia do­cze­ka­ły się od­po­wie­dzi. Jed­nak naj­faj­niej­sze mo­men­ty by­ły wte­dy, gdy spo­ty­ka­łem in­nych lu­dzi, gdy do­wia­dy­wa­li­śmy się cze­goś o so­bie, gdy mo­gli­śmy so­bie po­móc.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: