Nie jestem z żelaza

Z Jaś­kiem Me­lą, zdo­byw­cą bie­gu­nów i za­ło­ży­cie­lem fun­da­cji, któ­ra wspie­ra oso­by po am­pu­ta­cjach, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

Wie­rzy Pan w prze­zna­cze­nie?

– Ro­dzi­ce za­wsze uczy­li mnie, że każ­de do­świad­cze­nie ma sens. Dłu­go pod­cho­dzi­łem do te­go, jak do na­iw­nej fi­lo­zo­fii, któ­ra nie­wie­le zna­czy. Ob­wi­nia­łem świat, lu­dzi, Pa­na Bo­ga za to, jak wy­glą­da mo­je ży­cie. Do­pie­ro po la­tach za­czą­łem za­uwa­żać wię­cej plu­sów niż mi­nu­sów. Na po­cząt­ku bun­to­wa­łem się, że na­szą ro­dzi­nę spo­tka­ły trud­ne do­świad­cze­nia i trak­to­wa­łem to ja­ko okrut­ne zrzą­dze­nie lo­su. Naj­pierw w na­szym do­mu wy­buchł po­żar. By­ła zi­ma. Ma­ma zo­sta­wi­ła bu­ty do wy­schnię­cia przed ro­syj­ską fa­rel­ką. Za­snę­li­śmy. Obu­dzi­ły nas kłę­by dy­mu wy­peł­nia­ją­ce ca­ły dom. Wy­bie­gli­śmy na po­dwór­ko i ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak ca­ły do­ro­bek ro­dzi­ców zni­ka w cią­gu jed­nej no­cy. Mia­łem wte­dy 8 lat. Nie mo­głem po­jąć, co bę­dzie da­lej. Sko­ro nie ma­my już nic, czy jesz­cze coś mo­że­my stra­cić? Przy­szłość po­ka­za­ła, że tak, wciąż mo­że­my stra­cić wie­le. Dwa la­ta póź­niej wy­da­rzy­ła się ko­lej­na tra­ge­dia. Po­je­cha­li­śmy ca­łą ro­dzi­ną nad je­zio­ro. Mój młod­szy brat Pio­truś za­py­tał, czy mo­że ode mnie po­ży­czyć dmu­cha­ny pon­ton. Zgo­dzi­łem się. Po pew­nym cza­sie za­uwa­ży­łem, że tro­chę za da­le­ko od­pły­nął. Na­gle ze­śli­zgnął się z pon­to­nu i za­czął się to­pić. Krzy­cza­łem. Ta­ta po­biegł go ra­to­wać, a my z ma­mą pa­dli­śmy na ko­la­na i za­czę­li­śmy się mo­dlić, by Bóg nam go nie od­bie­rał. Ale naj­wi­docz­niej plan był in­ny. Po tej tra­ge­dii bar­dzo dłu­go nie mo­gli­śmy się po­zbie­rać. Za­da­wa­li­śmy so­bie py­ta­nia o sens te­go cier­pie­nia i o to, co jesz­cze nas spo­tka.

foto_01-02_08-2016

I przy­szedł 24 lip­ca 2002 r. Dzień, któ­ry od­mie­nił Pa­na ży­cie na za­wsze. Co się wte­dy sta­ło?

– Kie­dy mia­łem 13 lat, wy­da­rzył się mój wy­pa­dek. Ba­wi­łem się z ko­le­ga­mi na pla­cu za­baw. Obok był nie­wiel­ki bu­dy­nek sta­cji trans­for­ma­to­ro­wej, za­wsze za­mknię­ty na kłód­kę. Te­go dnia był jed­nak otwar­ty. Za­czę­ło pa­dać. Scho­wa­li­śmy się pod da­szek trans­for­ma­to­ra, ale deszcz nie usta­wał. Ko­le­dzy ro­ze­szli się do do­mów. Zo­sta­łem ja i Pa­tryk, mój ko­le­ga z kla­sy, któ­ry miesz­kał dość da­le­ko. Po­sta­no­wi­li­śmy wejść do środ­ka i prze­cze­kać. Sta­ną­łem pod ścia­ną. Mia­łem mo­kre ubra­nie, dla­te­go utwo­rzył się ob­wód elek­trycz­ny i przez mo­je cia­ło prze­pły­nę­ło 15 ty­się­cy wol­tów. Stra­ci­łem przy­tom­ność. Kie­dy się ock­ną­łem, by­łem sam. Nie czu­łem pra­wej rę­ki i le­wej no­gi, ale uda­ło mi się ja­koś dojść do do­mu. Po­wie­dzia­łem ta­cie, że mia­łem wy­pa­dek. Pierw­sze zda­nie, któ­re od nie­go usły­sza­łem, brzmia­ło: „Schrza­ni­łeś nam wa­ka­cje”.

Na po­go­to­wiu oka­za­ło się, że jest źle. Le­karz po­wie­dział mo­im ro­dzi­com, że ma­ją ty­dzień, aby się ze mną po­że­gnać. Ga­da­li­śmy o wszyst­kim. Mia­łem po­trze­bę oczysz­cze­nia, otwar­to­ści. Szo­ko­wa­ła mnie też szcze­rość mo­ich ro­dzi­ców, zwłasz­cza ma­my. Kie­dy za­py­ta­łem ją, czy umrę, od­po­wie­dzia­ła, że nie wia­do­mo, ale być mo­że tak. Po­my­śla­łem so­bie: jak to, prze­cież ma­ma po­win­na mnie po­cie­szyć, po­wie­dzieć, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­tem zda­łem so­bie spra­wę, że gdy­by tak po­wie­dzia­ła, to bym jej nie ufał. Dziś my­ślę, że to Pan Bóg mnie ura­to­wał, bo we­dług wie­dzy me­dycz­nej po­wi­nie­nem umrzeć.

 

Skan_do_czytelnikow

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.