Z ks. Ar­ka­diu­szem Pa­śni­kiem roz­ma­wia Jola Tęcza-Ćwierz Nie­czę­sto się zda­rza, aby ksiądz pi­sał powieści...

– Kiedy po­czu­łem po­wo­ła­nie, bar­dzo mnie urze­kło, że Pan Je­zus nie ma go­to­wego po­my­słu na dru­giego czło­wieka. Ta­kiego po­my­słu ad hoc: żyj tak, rób to, po­stę­puj w ten spo­sób. Pan Bóg bar­dziej za­pra­sza niż na­ka­zuje. Wpro­wa­dza nas w taką prze­strzeń, aby­śmy Mu to­wa­rzy­szyli w zu­peł­nej wol­no­ści. Moje pi­sa­nie jest za­pro­sze­niem in­nych, aby mo­gli się w tej opo­wie­ści przej­rzeć. A po­tem zro­bić z tym, co chcą. Wie­rzę, że na­wet bo­le­sne i trudne wy­da­rze­nia nie dzieją się przy­pad­kowo. Mam 50 lat i wi­dzę głę­boki sens w tym, co prze­ży­wam i czego doświadczam.

foto_01-03_08-2017

Jest Ksiądz au­to­rem trzech ksią­żek: „Obiet­nica”, „Zna­mię” i „Dar”. Po­mówmy o pierw­szej. Wy­ru­szył Ksiądz w po­dróż, by po­móc speł­nić przy­rze­cze­nie, które bab­cia zło­żyła nad gro­bem ojca. Czego dotyczyło?

– Przed laty po­pro­si­łem, aby bab­cia Hen­ryka opo­wie­działa mi o cza­sach ze­sła­nia. Zgo­dziła się od razu. Czu­łem, że po­trze­bo­wała po­dzie­lić się z kimś tymi wspomnieniami...

Hi­sto­ria za­czyna się w 1940 roku. Pew­nego dnia do wsi, w któ­rej miesz­kała, wtar­gnęli So­wieci. Za­ła­do­wali wszyst­kich na wozy a po­tem upchnęli w by­dlę­cych wa­go­nach. Ca­łymi ty­go­dniami wieźli ich, głod­nych i zmar­z­nię­tych, na Sy­bir. Hen­ryka spę­dziła tam po­nad rok, pra­cu­jąc przy wy­rę­bie lasu w czter­dzie­sto­stop­nio­wym mro­zie. Do­świad­czyła upo­ko­rzeń, głodu i prze­śla­do­wań. W 1941 roku prze­sie­dlono jej ojca i pię­cioro młod­szego ro­dzeń­stwa do Ka­zach­stanu w oko­lice mia­sta Szu. Zma­gali się z nie­ludz­kimi wa­run­kami, pracą po­nad moż­li­wo­ści czło­wieka, nie­ustan­nym gło­dem i walką o prze­ży­cie. Pró­bo­wano ich zmu­sić do przy­ję­cia ro­syj­skiego oby­wa­tel­stwa. Za od­mowę bab­cia była bita na so­wiec­kich prze­słu­cha­niach i ska­zana na dwa lata wię­zie­nia i cięż­kich ro­bót. Kiedy wró­ciła do koł­chozu, do­wie­działa się, że jej oj­ciec nie żyje. Mo­dląc się nad jego gro­bem, zło­żyła obiet­nicę: „Wrócę po cie­bie, tato, i za­biorę cię do Ojczyzny”.

W 1945 roku bab­cia wy­szła za mąż za Gri­go­rija Oga­ni­sjana – Or­mia­nina z Ere­wa­nia. Była w siód­mym mie­siącu ciąży, gdy do­wie­dzieli się, że będą mo­gli wró­cić do Pol­ski. Udali się na dwo­rzec. Tam bru­tal­nie ich roz­dzie­lono. Bab­cia była wolna, mo­gła wra­cać. Gri­sza był oby­wa­te­lem Związku Ra­dziec­kiego, więc nie było mowy o jego wy­jeź­dzie. Wtedy zło­żył mło­dej żo­nie obiet­nicę: Od­najdę Cię na­wet na końcu świata. A po­tem się roz­stali. Jak się oka­zało – na zawsze...

Pod­ją­łem de­cy­zję, że jako wnuk zro­bię, ile się da, by od­na­leźć miej­sce po­chówku mo­jego pra­dziadka An­drzeja Świ­der­skiego i do­wie­dzieć się cze­goś o lo­sach dziadka Gri­go­rija Oganisjana.

Wy­ru­szy­łem Ko­leją Trans­sy­be­ryj­ską w po­dróż, która trwała ty­dzień. Chcia­łem cho­ciaż w nie­wiel­kim stop­niu do­świad­czyć tego, co prze­żyła bab­cia, która je­chała po­cią­giem przez trzy mie­siące, po­nad pięć ty­sięcy ki­lo­me­trów. W cza­sie po­dróży czy­ta­łem „Ar­chi­pe­lag Gu­łag” Alek­san­dra Soł­że­ni­cyna. Kiedy do­tar­łem na miej­sce, oka­zało się, że cmen­tarz zo­stał zrów­nany z zie­mią. Było wi­dać tylko nie­wiel­kie za­głę­bie­nia – mo­giły, oto­czone śla­dem po ogro­dze­niu. W 1955 r. So­wieci ka­zali za­orać ła­gry, by za­trzeć po nich wszel­kie ślady. Po­czu­łem smu­tek i gniew wo­bec za­tar­tych śla­dów prze­szło­ści. Roz­grze­ba­łem zie­mię i zło­ży­łem w przy­go­to­wa­nym wcze­śniej pu­dełku. Po­wie­dzia­łem mo­jemu prze­wod­ni­kowi, że tu­taj żył mój dzia­dek Gri­go­rij Oga­ni­sjan. I... oka­zało się, że w są­sied­niej wio­sce żyje jego ro­dzina! Co wię­cej: oca­lały zdję­cia mo­jego dziadka. Na jed­nej fo­to­gra­fii było na­pi­sane: „Na pa­miątkę ko­cha­nej żo­nie Heni od męża Gri­go­rija. Pa­mię­taj i nie za­po­mnij o mnie (…). 10 III 1949 roku”.

Można so­bie wy­obra­zić, co czuły moja bab­cia i mama, kiedy wró­ci­łem z tak nie­zwy­kłą pa­miątką i zie­mią z grobu dziadka i pra­dziadka. Mąż Gri­go­rij po pra­wie 70 la­tach od­na­lazł swoją żonę Hen­rykę. Wie­rzę, że wy­peł­niły się obiet­nice. Zło­żona przez bab­cię: „Wrócę po cie­bie, tato” i przez Gri­szę na dworcu w Szu: „Od­najdę cię”.

Nie­zwy­kłą hi­sto­rię na­pi­sało ży­cie... W książce pt. „Zna­mię” wspo­mina Ksiądz z ko­lei swoje dzie­ciń­stwo. Nie było ła­twe, ale: „udało się prze­kuć krzywdę w dar, a stratę w zysk”. Co ozna­czają te słowa?

– „Zna­mię” to książka o mo­jej ma­mie, która z ko­goś, kto był za­gu­biony i ra­nił, prze­obra­ziła się w osobę, która wy­ba­czyła so­bie i in­nym. Ta opo­wieść jest jak po­da­nie ręki tym, któ­rzy nas zra­nili. Nie po to, by za­po­mnieć, ale by prze­ba­czyć. Nie cho­dzi o to, aby przez całe ży­cie pie­lę­gno­wać w so­bie ranę, za­skle­pić się w swo­jej krzyw­dzie, ale by iść do przodu. I wy­cią­gnąć rękę do tego, kto nas skrzywdził.

Książka pt. „Dar” to hi­sto­ria wraż­li­wego i po­kor­nego księ­dza, który uczci­wie stwier­dza, że nie udało mu się ni­kogo uzdro­wić. To nie­zwy­kłe opo­wie­ści o lu­dziach, w któ­rych ży­ciu Ksiądz uczest­ni­czył. Był Ksiądz przy chłopcu cho­rym na bia­łaczkę, który umarł na­za­jutrz po przy­ję­ciu pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej. Która hi­sto­ria jest dla Księ­dza szczególna?

– Bar­dzo prze­ży­łem hi­sto­rię czte­ro­let­niego dziecka, któ­remu po­wie­dziano, że tata wy­je­chał, a w rze­czy­wi­sto­ści po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nie­zwy­kła była kon­fron­ta­cja tego chłopca ze śmier­cią. Mama nie wie­działa, jak mu to wy­tłu­ma­czyć. Po­sze­dłem drogą serca – słu­cha­łem. Pa­mię­tam też hi­sto­rię mło­dego kle­ryka. Uczest­ni­czył wraz ze mną w po­grze­bie no­wo­rodka, któ­rego ro­dzice nie przy­szli na po­grzeb. Kle­ryk pła­kał. Nie dla­tego, że dziecko umarło, ale dla­tego, że w tej ro­dzi­nie nie było żad­nych więzi. Ro­dzice nie chcieli dziecka. Ta hi­sto­ria jest smutna, ale po­tra­fi­li­śmy do­strzec w niej wagę ka­płań­stwa. Jego istotą jest obec­ność i towarzyszenie.

foto_02-03_08-2017

Dar – to słowo ko­ja­rzy się jed­no­znacz­nie z do­brem. Jed­nak co zro­bić, je­śli nie zo­sta­li­śmy ob­da­ro­wani tak, jak by­śmy chcieli? Je­śli za­miast mi­ło­ści po­ja­wia się prze­moc? Je­śli rany cią­gle krwawią?

– W Wielki Pią­tek za­mor­do­wano Chry­stusa. Jed­nak gdyby Matka Boża oce­niła hi­sto­rię Zba­wie­nia tego dnia – po­peł­ni­łaby błąd. Trzeba po­cze­kać. To jest bar­dzo trudne. W Wielki Pią­tek ła­two oce­niać, ale Ewan­ge­lia na tym się nie koń­czy. Po­trze­bu­jemy Wiel­kiej So­boty, aby coś w nas umarło, zbu­rzyło się, aby­śmy od­ro­dzeni do­cze­kali Wiel­ka­noc­nego Po­ranka. W nie­któ­rych prze­strze­niach ży­cia wciąż je­stem w Wiel­kiej So­bo­cie. Nie wiem, co bę­dzie. Ale wiem, że Ktoś wie. I wie­rzę głę­boko, że Ktoś czuwa nad po­rząd­kiem wszyst­kiego. Wszystko, co nas spo­tyka, nie dzieje się bez przy­czyny. Je­stem da­leki od nada­wa­nia sztucz­nego sensu i do­ra­bia­nia pro­tezy do ży­cia. Po pro­stu idę z ludźmi. To­wa­rzy­szę im. A oni uświa­da­miają mi sens mo­jego cierpienia.

Pi­sze Ksiądz: „Cza­sami wy­daje mi się, że ro­zu­miem dru­giego czło­wieka. Jed­nak od­czu­wam, że ist­nieje nie­wi­dzialna gra­nica, któ­rej nie da się prze­sko­czyć”. Czy czę­sto na­po­tyka Ksiądz ta­kie granice?

– Tak. Wciąż. Czło­wiek jest nie­by­wałą tajemnicą.

Dzię­kuję za rozmowę.

 

Książki ks. Ar­ka­diu­sza Pa­śnika do­stępne w Edy­cji Świę­tego Pawła – www.edycja.pl

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Drogi”. Za­chę­camy do pre­nu­me­raty. O „Drogę” py­taj­cie także w swo­ich parafiach.

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: