Narodziny miłości

Pan Je­zus bar­dzo czę­sto w swo­im na­ucza­niu od­wo­ły­wał się do przy­ro­dy, do ziar­na, któ­re mu­si „umrzeć”, by po­wsta­ło no­we ży­cie, mu­si „pod­dać się prze­mia­nie”. A po­tem to no­we ży­cie – sła­by kie­łek prze­bi­ja stward­nia­łą zie­mię i ro­śnie. A drze­wo mo­że stać się schro­nie­niem. Ale nie o ro­śli­ny tu cho­dzi. Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia są do­sko­na­łą oka­zją, by po­pa­trzeć na nie­ustan­nie do­stęp­ną szan­sę, oka­zję wej­ścia na dro­gę szczę­ścia.

Przy­go­to­wać ser­ce

Pa­mię­ta­my przy­po­wieść o ziar­nie rzu­co­nym na róż­ne ro­dza­je pod­ło­ża: zdep­ta­ne na dro­dze, zbyt sła­be na płyt­kim grun­cie, nie­od­ży­wio­ne na su­chej i spę­ka­nej zie­mi, aż wresz­cie w gle­bie go­to­wej, by „z nią współ­pra­co­wać”. A więc moż­na być nie­przy­go­to­wa­nym na mi­łość, na współ­pra­cę ko­niecz­ną, by „coś z te­go wy­szło”.

foto_01-01_24-2013

Za­tem jak przy­go­to­wać gle­bę swe­go ser­ca na na­ro­dzi­ny Mi­ło­ści?

Przede wszyst­kim trze­ba być wol­nym. Wol­nym od le­ni­stwa, od znie­chę­ce­nia, od chci­wo­ści i nie­czy­sto­ści, od plot­ko­wa­nia i za­zdro­ści, od wszyst­kie­go, co jest złym na­wy­kiem. Czy to jest moż­li­we? Je­śli nie od­bie­rze­my za­da­nia zbyt per­fek­cjo­ni­stycz­nie, to moż­na te­mu za­da­niu spro­stać – jak uczą mo­ra­li­ści, wa­run­kiem wy­star­cza­ją­cym, trak­to­wa­nym ja­ko start do wol­no­ści, jest szcze­ra wo­la ze­rwa­nia ze wszyst­kim, co znie­wa­la. Oczy­wi­ście ta szcze­ra wo­la po­cią­ga za so­bą zde­cy­do­wa­ny sprze­ciw, gdy po­ja­wi się po­ku­sa, ucze­nie się obo­jęt­no­ści wo­bec złych emo­cji, ra­dy­ka­lizm w po­wol­nym choć­by wzra­sta­niu.

Ko­lej­nym wa­run­kiem, aby móc owoc­nie przy­jąć mi­łość, jest mą­drze po­ję­ta mi­łość wła­sna – tak, by wi­dzieć swo­ja praw­dzi­wą war­tość w tym, że Pan Bóg nas ko­cha i prze­zna­czył do zba­wie­nia, a nie w ziem­skiej sła­wie, po­pu­lar­no­ści, bo­gac­twie czy wła­dzy. Mą­drze po­ję­ta mi­łość wła­sna chęt­nie ko­rzy­sta z oka­zji, by z sie­bie za­żar­to­wać (war­to pa­mię­tać, że zły duch żar­tu boi się szcze­gól­nie, na­wet lek­kie­go, on chce być trak­to­wa­ny bar­dzo po­waż­nie).

Z tro­ski o wła­sny roz­wój wy­ni­ka do­bre za­in­te­re­so­wa­nie się dru­gim czło­wie­kiem: ta­kie spoj­rze­nie na nie­go, by po­móc mu od­kry­wać, co w nim jest do­bre­go, ja­kie za­da­nia Pan Bóg mu po­wie­rza. Trak­tu­jąc lu­dzi we­dług Bo­że­go za­mia­ru, sza­nu­je­my ich wol­ność, ale też sta­ra­my się być opar­ciem, gdy to jest po­trzeb­ne.

Jak go­to­wą gle­bę trze­ba pod­trzy­my­wać w go­to­wo­ści, tak i ser­ce trze­ba ćwi­czyć w je­go otwar­to­ści. Har­ce­rze zdo­by­wa­ją spraw­no­ści przez sta­wia­nie so­bie róż­nych za­dań, każ­dy, kto chce po­móc Bo­żej mi­ło­ści, dba o spraw­ność i dys­po­zy­cyj­ność, umie cza­sem re­zy­gno­wać z dro­bia­zgów, po­wstrzy­mać się przed wy­po­wie­dze­niem nie­po­trzeb­nych słów, a cza­sa­mi po­wie coś, co jest po­trzeb­ne: po­chwa­li, po­dzię­ku­je, po­pro­si o ra­dę.

Na­wo­że­nie” ser­ca

Gle­bę trze­ba wzbo­ga­cać, ser­ce też. Nie przy­pad­kiem mło­dzież jeź­dzi­ła za Ja­nem Paw­łem II, oni wie­dzie­li, że ten sę­dzi­wy czło­wiek chce dla nich do­bra, że jest źró­dłem.

Trze­ba szu­kać wie­lu źró­deł: są ni­mi sa­kra­men­ty świę­te z Eu­cha­ry­stią na cze­le, jest wpa­try­wa­nie się w lu­dzi sta­wia­nych przez Ko­ściół ja­ko wzór: na świę­tych i bło­go­sła­wio­nych. Opar­ciem dla chrze­ści­ja­ni­na jest gru­pa, wspól­no­ta mo­dli­twy, dzia­łal­ność do­bro­czyn­na.

Wie­le umoc­nie­nia da­je też do­bra lek­tu­ra: mam tu na my­śli nie tyl­ko Pi­smo Świę­te, ale każ­da książ­ka, każ­dy ar­ty­kuł, któ­re pod­no­szą na du­chu, któ­re wska­zu­ją dro­gi roz­wo­ju, pod­po­wia­da­ją roz­wią­za­nia róż­nych pro­ble­mów, po­ma­ga­ją od­róż­nić i sze­ro­kim łu­kiem omi­nąć zło al­bo „wszyst­ko, co ma choć­by po­zór zła” (por. 1 Tes 5, 22).

Go­to­wość na przy­ję­cie mi­ło­ści mo­że być co­raz więk­sza, po­dob­nie, jak nie­któ­re ro­dza­je gle­by przy­no­si­ły aż stu­krot­ny plon. „Ży­zność ser­ca” ro­śnie, gdy ma się sta­łe­go spo­wied­ni­ka al­bo kie­row­ni­ka du­cho­we­go, gdy ma się przy­ja­ciół, z któ­ry­mi moż­na o wie­lu co­dzien­nych i zwy­czaj­nych spra­wach po­dy­sku­to­wać.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski