Czas, któ­re­go tak się ba­li­śmy, nad­szedł nie­ubła­ga­nie. I oka­za­ło się, że wie­le z na­szych obaw by­ło zu­peł­nie nie­po­trzeb­nych. Nie, Ga­briel nie uro­dził się zdro­wy. Wszyst­ko, co po­ka­zy­wa­ły ba­da­nia, po­twier­dzi­ło się po je­go uro­dze­niu.

Ja­kub – ta­ta

Jed­ną z mo­ich obaw by­ło to, że nie wie­dzia­łem, jak za­re­agu­ję na je­go wi­dok. A gdy go zo­ba­czy­łem, to się po­pła­ka­łem. Ży­łem pa­ra­no­ją, że po od­cię­ciu pę­po­wi­ny on umrze. Po raz pierw­szy od­mó­wi­łem, nie chcia­łem do te­go przy­kła­dać rę­ki. Jesz­cze za­nim to na­stą­pi­ło, ochrzci­łem go wo­dą i by­ło to dla mnie jak po­że­gna­nie z mo­im syn­kiem.

Pierw­szy szok na­stą­pił, gdy le­karz po­wie­dział, że ser­ce mu wol­no bi­je. By­ło to zna­kiem, że od­cho­dzi. Jesz­cze nie wie­dzia­łem, co się póź­niej wy­da­rzy. A zda­rzy­ło się tak, że po chwi­li wy­lą­do­wa­li­śmy ra­zem w ład­nym, czy­ściut­kim po­ko­iku, z apa­ra­tu­rą wspo­ma­ga­ją­cą od­dy­cha­nie. Bo je­go ser­dusz­ko za­czę­ło szyb­ciej bić. Pur­pu­ra na twa­rzy zmie­ni­ła się w ład­ny ró­żo­wy ko­lor, jak u zdro­we­go no­wo­rod­ka. I wte­dy za­czę­ła się bi­twa z my­śla­mi, co da­lej. Co jest naj­lep­sze dla te­go dziec­ka? Jak dłu­go bę­dzie z na­mi? Cze­mu, a po co, czy to ma sens? Dla nas ma to ogrom­ny sens.

foto_01-03_07-2016

Te trzy dni ży­cia, któ­re otrzy­ma­li­śmy, że­by być ra­zem z Ga­brie­lem, oka­za­ły się cu­dem, o któ­ry mo­dli­ło się wie­le osób. Oka­za­ły się naj­wspa­nial­szy­mi trze­ma dnia­mi w mo­im ży­ciu. Nie wiem, co wnio­są, nie wiem, co zmie­nią. Ale by­ły naj­wspa­nial­sze. Wszyst­kie wa­dy, de­fek­ty syn­ka, ja­kie miał, gdzieś znik­nę­ły. Bo wszyst­ko to, co by­ło in­ne niż u zdro­wych dzie­ci, jak np. wy­krzy­wio­ne w sta­wach dło­nie, sześć pa­lusz­ków czy po­dwój­nie roz­sz­cze­pio­na war­ga, sta­ły się miej­sca­mi naj­czę­ściej ob­da­ro­wy­wa­ny­mi ca­łu­sa­mi. I one wca­le nie by­ły brzyd­kie, ale bar­dziej do­ty­ka­ły ser­ca, że­by bar­dziej o nie dbać i po­ko­chać. Gdy pa­trzy­łem na je­go rącz­ki, nie mo­głem wy­trzy­mać – nie da­ło ich się nie ca­ło­wać.

Ma­my trój­kę dzie­ci i nie wy­obra­ża­łem so­bie, że mo­gę po­ko­chać ko­goś bar­dziej niż je, a mi­łość do Ga­brie­la oka­za­ła się szcze­gól­na. In­na. Nie do opi­sa­nia. Tak moc­na, że nie da się te­go wy­ra­zić sło­wa­mi. Każ­da mi­nu­ta, go­dzi­na prze­by­wa­nia z nim oka­za­ła się bar­dzo waż­na i zbli­ży­ła nas do sie­bie. To ta­kie długie–krótkie ży­cie.

By­li­śmy ca­ły czas bli­sko z nim, ca­ły czas był u nas na rę­kach, za­po­mnia­łem o wszyst­kich in­nych spra­wach te­go świa­ta. By­ła też wal­ka. Wal­ka z my­śla­mi, gdy pa­trzy­łem, jak cięż­ko od­dy­cha i za­sta­na­wia­łem się, czy on cier­pi. Ale mi­mo to po­tra­fi­li­śmy żar­to­wać. Z je­go no­ska, że nie mo­że so­bie po­dłu­bać (bo go nie miał) i z te­go, że przy­naj­mniej nie wi­dzi, jak ta­ta dłu­bie w swo­im (nie wie­my, czy miał oczka, w każ­dym ra­zie nie otwo­rzył ich ani ra­zu).

Ża­ło­wa­łem bar­dzo wszyst­kich ne­ga­tyw­nych my­śli, któ­re mia­łem przed po­ro­dem. Dla mnie, dla nas abor­cja nie wcho­dzi­ła w grę. Ale cza­sem my­śla­łem, że le­piej bę­dzie, gdy Ka­sia po­ro­ni. I gdy go po­zna­łem, by­ło mi żal, że tak my­śla­łem i czu­łem ogrom­ny smu­tek z te­go po­wo­du. Bar­dzo go za to prze­pra­sza­łem.

Po trud­nych mie­sią­cach ocze­ki­wa­nia, pa­ra­no­jach, wie­lu ne­ga­tyw­nych i nie­wie­lu po­zy­tyw­nych my­ślach oka­za­ło się, że to by­ły naj­pięk­niej­sze trzy dni w mo­im ży­ciu. Mo­że to wy­glą­dać dziw­nie z punk­tu wi­dze­nia osób, któ­re te­go nie prze­ży­ły, al­bo na­wet z per­spek­ty­wy mo­jej bli­skiej ro­dzi­ny, któ­ra by­ła z bo­ku. Te­raz czu­ję, że sam je­stem świa­dec­twem, jak lu­dzie, o któ­rych kie­dyś opo­wie­dzia­ła mi Ka­sia – kil­ka dni spę­dzo­nych z ich cho­rym dziec­kiem by­ło naj­wspa­nial­szy­mi w ich ży­ciu. Te­raz wiem, że to moż­li­we, sam to prze­ży­łem. I gdy­bym miał cof­nąć czas, to tyl­ko po to, by raz jesz­cze prze­żyć naj­pięk­niej­sze trzy dni z mo­im syn­kiem.

Ka­ta­rzy­na – ma­ma

Wresz­cie Cię po­zna­li­śmy, Ko­cha­ny Syn­ku. Tak bar­dzo ba­łam się mo­men­tu, kie­dy bę­dzie­my je­chać na po­ro­dów­kę. Tej dro­gi przy rze­ce i na­sze­go po­grą­żo­ne­go w smut­ku mil­cze­nia. My­śla­łam o tym wie­le ra­zy i wie­le ra­zy pła­ka­łam. Tym­cza­sem je­cha­li­śmy wy­lu­zo­wa­ni. Po­ród był szyb­ki. Nie wiem, czy mi­nę­ła go­dzi­na, a już by­łeś z na­mi, Ga­briel­ku. Ta­ki ma­lut­ki, że wła­ści­wie nie spra­wi­łeś mi cier­pie­nia. Ta­ki cho­ry, że obok ra­do­ści na Twój wi­dok po­czu­łam też ogrom­ny ból. Nie czu­łam się roz­cza­ro­wa­na, nie na­sta­wia­łam się na cud uzdro­wie­nia. Gdzieś po ci­chu chcia­łam w to wie­rzyć, ale nie da­wa­łam tej my­śli du­żo miej­sca. Wiem, że wie­le osób mo­dli­ło się za nas. Wie­le mo­dli­ło się o cud. Czu­łam, że on na­stą­pi tuż po na­ro­dzi­nach, ale nie mia­łam po­ję­cia, co by to mo­gło być.

W każ­dym ra­zie ty by­łeś już z na­mi. Cał­kiem bez­bron­ny i ma­leń­ki. Bar­dzo cho­ry, co by­ło wi­dać. Gdy od­cię­li Ci pę­po­wi­nę, zba­da­li ser­ce, ono wciąż bi­ło! Tro­chę zwol­ni­ło… A po­tem za­czę­ło dziel­nie wy­stu­ki­wać rytm Two­je­go ży­cia. Na­sze­go wspól­ne­go ży­cia.

Gdy Cię zo­ba­czy­łam, Sy­necz­ku, nie za­chwy­cił mnie Twój wy­gląd. Ale też nie prze­ra­ził. Po­ko­cha­łam Cię, to pew­ne. Czu­łam, że je­steś mo­im syn­kiem, a ja Two­ją ma­mą. Ale to wszyst­ko nie by­ło ła­twe.

A póź­niej przy­szedł ten cud. Tu­li­li­śmy Cię z ta­tą, dba­jąc o to, byś nie stra­cił od­de­chu. Tak ła­two za­po­mi­na­łeś o tym, że trze­ba od­dy­chać. Więc ca­ły czas trze­ba by­ło Cię trzy­mać na rę­kach i przy­po­mi­nać, gdy w naj­lep­sze so­bie mla­ska­łeś. Od­dech jest waż­ny, Ko­cha­nie. Dla Cie­bie był też trud­ny. Wkła­da­łeś w nie­go ca­łą swo­ją ener­gię. Z ru­chli­we­go pił­ka­rza, ja­kim by­łeś u mnie w brzusz­ku, za­mie­ni­łeś się w bar­dzo spo­koj­ne­go chłop­czy­ka. Więc Ty od­dy­cha­łeś, le­żąc na mo­ich ko­la­nach, a ja mia­łam czas się na Cie­bie na­pa­trzyć. Z każ­dą mi­nu­tą a po­tem go­dzi­ną Two­ja bu­zia sta­wa­ła się co­raz pięk­niej­sza i Two­je ma­łe dło­nie wy­krzy­wio­ne w sta­wach by­ły pięk­ne. To nie­sa­mo­wi­te, ale wła­śnie ta­kie by­ły. Ślicz­ne, ma­łe rącz­ki, któ­rych wi­dok roz­czu­lał mo­je ser­ce i nie po­tra­fi­łam się opa­no­wać, że­by ich nie po­ca­ło­wać. Mo­głam ca­ło­wać Two­je cie­płe, mię­ciut­kie ciał­ko. Ca­ły by­łeś pięk­ny, choć tak bar­dzo cho­ry. Ni­gdy nie wi­dzia­łam ni­ko­go tak cud­ne­go jak Ty. Two­ja twa­rzycz­ka z za­mknię­ty­mi oczka­mi, ustecz­ka, któ­re gdy pła­ka­łeś, wy­glą­da­ły jak u gą­sie­nicz­ki, po­licz­ki, czo­ło, wszyst­ko by­ło cud­ne. Za­ko­cha­łam się w To­bie bez pa­mię­ci. Po­ko­cha­łam Cię naj­moc­niej, jak moż­na. Do tej po­ry my­śla­łam, że nie da się ko­chać moc­niej, niż ko­cham Two­ją sio­strę i bra­ci. Tym­cza­sem mi­łość do Cie­bie prze­kro­czy­ła wszel­kie wy­obra­że­nia. Ty ca­ły, w swo­jej nie­win­no­ści, by­łeś mi­ło­ścią. Tak wiel­ką, że mo­je ser­ce aż drża­ło z ra­do­ści, kie­dy mo­głam na Cie­bie pa­trzeć, tu­lić Cię i ca­ło­wać. Strasz­nie chcia­łam za­cho­wać te chwi­le na wie­ki. Że­byś mógł le­żeć przy­tu­lo­ny do mnie na za­wsze.

To nie jest moż­li­we. Wie­dzia­łam o tym, a jesz­cze le­piej wie­dzie­li le­ka­rze. Ma­rzy­łam, byś mógł zo­stać z na­mi. Ale le­karz wy­tłu­ma­czył nam, w ja­ki spo­sób praw­do­po­dob­nie odej­dziesz. Za­pew­niał, że nic Cię nie bo­li. Że­gna­jąc się po ob­cho­dzie, ży­czył nam przy­jem­nych go­dzin z na­szym ma­lusz­kiem.

Jed­nak mi­nę­ła pierw­sza do­ba i Ty wciąż chcia­łeś od­dy­chać. Cza­sem mu­sie­li­śmy Ci przy­po­mi­nać, a Ty chęt­nie wra­ca­łeś do te­ma­tu. My­śla­łam, że mo­że w przy­szłym ty­go­dniu za­bie­rze­my Cię na chwi­lę do do­mu. Nie upie­ra­łam się przy tej my­śli. Ale zja­wia­ły się i in­ne, któ­re wy­bie­ga­ły do na­szej wspól­nej przy­szło­ści – kto wie, mo­że za dwa mie­sią­ce…? Two­ja bab­cia i ro­dzeń­stwo od­wie­dzi­li Cię dwa ra­zy. Wie­dzą, że je­steś ich bra­cisz­kiem. By­ła też cio­cia Da­ria, któ­ra od­ci­snę­ła śla­dy two­ich stó­pek i dło­ni.

By­łeś z na­mi trzy dni. Dni, dla któ­rych war­to by­ło prze­żyć wszyst­kie trud­ne chwi­le cią­ży, ocze­ki­wa­nia. Bo czas spę­dzo­ny z To­bą to cud. Da­łeś nam ta­kie szczę­ście i ty­le mi­ło­ści, że z ni­czym, co do tej po­ry prze­ży­łam, nie mo­że się to rów­nać. Wiem, że wie­le osób nas wspie­ra­ło i mo­dli­ło się za nas. I to dzię­ki nim mo­gli­śmy do­świad­czyć te­go cu­du, a te­raz ma­my w ser­cach po­kój. Dzię­ku­je­my.

 

Źró­dło: www.trzyimy.pl

 

Od re­dak­cji: Zmar­łe ma­łe dzie­ci są zba­wio­ne i... peł­no­spraw­ne. Na po­grze­bie swo­jej nie­peł­no­spraw­nej có­recz­ki Char­les de Gaul­le mó­wił, że je­go uko­cha­na cór­ka Ania jest te­raz zba­wio­nym i peł­no­spraw­nym ra­do­snym dziec­kiem.

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: