Musiałem Bogu jeszcze coś opowiedzieć

Ma­my to szczę­ście, że wie­le szcze­gó­łów ży­cia te­go świę­te­go do­kład­nie opi­sał …. in­ny świę­ty – Jan Bo­sco, je­go wy­cho­waw­ca.

Do­mi­nik Sa­vio uro­dził się w 1842 r. w wio­sce Ri­va di Chie­ri w re­gio­nie Pie­mont, ja­ko pierw­sze z sied­mior­ga dzie­ci. Je­go imię Do­me­ni­co ozna­cza po wło­sku „na­le­żą­cy do Pa­na”. Mat­ka Do­mi­ni­ka, Bry­gi­da, by­ła kraw­co­wą. Oj­ciec, Ka­rol, utrzy­my­wał ro­dzi­nę ja­ko ko­wal. Chło­piec, o wy­jąt­ko­wo ła­god­nym i po­god­nym uspo­so­bie­niu, był nie­zwy­kle chłon­ny na tre­ści re­li­gij­ne. Od ma­łe­go, bez przy­mu­su, ko­chał mo­dli­twę. Zda­rza­ło się, że ma­ma go szu­ka­ła po ca­łej wio­sce, a w koń­cu znaj­do­wa­ła klę­czą­ce­go w ko­ście­le. Wów­czas ma­ły Do­mi­nik od­po­wia­dał: „Ma­mo, mu­sia­łem Bo­gu jesz­cze coś opo­wie­dzieć”. Je­że­li się zda­rzy­ło, że drzwi ko­ściel­ne by­ły za­mknię­te, Do­mi­nik klę­kał na pro­gu świą­ty­ni. Ob­co­wał swo­bod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią nie­biań­ską. Du­żo roz­ma­wiał ze swo­im Anio­łem Stró­żem, od któ­re­go wie­le ra­zy do­zna­wał po­mo­cy w nie­bez­pie­czeń­stwach.

Fot. Wi­ki­me­dia Com­mons / Pu­blic Do­ma­in

Prę­dzej umrzeć niż zgrze­szyć

Po­boż­no­ści Do­mi­ni­ka nie da­ło się ukryć przed księż­mi z pa­ra­fii. Gdy miał za­le­d­wie pięć lat, przy­stał na pro­po­zy­cję wi­ka­riu­sza, by zo­stać mi­ni­stran­tem. Mi­mo tru­du trzy­ma­nia wiel­kich ksiąg li­tur­gicz­nych oraz od­ma­wia­nia ła­ciń­skich mo­dlitw z pa­mię­ci, Do­mi­nik słu­żył Bo­gu z ra­do­ścią. Pierw­szą Ko­mu­nię Świę­tą przy­jął w wie­ku sied­miu lat, co sta­no­wi­ło wte­dy spo­ry wy­ją­tek. Dzie­ci pierw­szo­ko­mu­nij­ne mia­ły wów­czas od 12 do 14 lat. Dzień Pierw­szej Ko­mu­nii sta­no­wił du­ży prze­łom dla po­boż­ne­go dziec­ka. W tym dniu Do­mi­nik za­pi­sał so­bie czte­ry po­sta­no­wie­nia: re­gu­lar­na mo­dli­twa, pa­mięć o ko­ściel­nych świę­tach, przy­jaźń z Je­zu­sem i Ma­ry­ją oraz de­cy­zja: „prę­dzej umrzeć niż do­bro­wol­nie po­peł­nić grzech!”.

Za­pra­gnął zo­stać świę­tym

Nad­zwy­czaj­na re­li­gij­ność, a tak­że in­te­lek­tu­al­ne uzdol­nie­nie chłop­ca, skło­ni­ły pro­bosz­cza wio­ski do klu­czo­wej de­cy­zji. Za po­zwo­le­niem ro­dzi­ców przed­sta­wił Do­mi­ni­ka swo­je­mu dłu­go­let­nie­mu ko­le­dze, księ­dzu Ja­no­wi Bo­sco, któ­ry w Tu­ry­nie za­ło­żył tzw. ora­to­rium dla chłop­ców. Ora­to­rium księ­dza Bo­sco sku­pia­ło 400 ubo­gich i za­nie­dba­nych chłop­ców. Nie­któ­rzy miesz­ka­li na miej­scu, a in­ni przy­cho­dzi­li z uli­cy po po­si­łek, na za­ba­wę, bądź po pro­stu – by po­czuć wspól­no­tę. Do­mi­nik opu­ścił gniaz­do ro­dzin­ne, ma­jąc 12 lat. W ha­ła­śli­wym i tłocz­nym Tu­ry­nie do­świad­czył do­tych­czas nie­zna­nych wy­zwań. Je­go ła­god­ne uspo­so­bie­nie i duch po­słu­szeń­stwa czę­sto pro­wo­ko­wa­ły nie­okieł­zna­nych ko­le­gów. Do­mi­nik jed­nak nie dał się znie­chę­cić i w bar­dzo krót­kim cza­sie stał się przy­ja­cie­lem i przy­kła­dem dla wie­lu chłop­ców. Uwiel­biał roz­ra­biać z to­wa­rzy­sza­mi, ale w szko­le uczył się wzo­ro­wo i kar­mił ser­ce co­dzien­ną mo­dli­twą. Uskrzy­dlo­ny przez mą­dre ra­dy i ka­za­nia księ­dza Bo­sco, za­pra­gnął zo­stać świę­tym. Po­dob­nie jak w dniu Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej – po­twier­dził swo­ją de­cy­zję kon­kre­tem. Ra­zem z kil­ko­ma chłop­ca­mi za­ło­żył sto­wa­rzy­sze­nie Ma­ryj­ne.

Du­chow­ność Do­mi­ni­ka kwi­tła do­strze­gal­nie. Po­chło­nię­ty pra­gnie­niem mi­ło­wa­nia Bo­ga, do­zna­wał sta­nów mi­stycz­nych oraz na­tchnień, któ­re sta­no­wi­ły po­moc i ra­tu­nek dla bliź­nich. Kil­ka­krot­nie, przez na­tchnie­nie Do­min­ka, ksiądz Bo­sco zo­stał po­sła­ny z po­słu­gą do umie­ra­ją­cej oso­by. Fak­tem jest tak­że cu­dow­ne uzdro­wie­nie przez Do­mi­ni­ka je­go umie­ra­ją­cej mat­ki, do któ­rej przy­był z Tu­ry­nu, bez żad­nych wcze­śniej­szych in­for­ma­cji o jej sta­nie. Zdro­wie sa­me­go Do­min­ka sła­bło jed­nak bar­dzo szyb­ko. Z na­tu­ry de­li­kat­ny i wą­tły, tra­cił stop­nio­wo fi­zycz­ne si­ły i zmarł w ro­dzin­nym do­mu w 1857 r. Po śmier­ci ob­ja­wił się w słyn­nym śnie swo­je­mu wy­cho­waw­cy, księ­dzu Bo­sco… ale to już te­mat na in­ny tekst.

 

An­na Sła­wek