Jak rozumiemy słowo „używać”?

Chcia­ła­bym wy­ja­śnić kil­ka po­jęć, któ­re wią­żą się ze so­bą, a ich roz­róż­nia­nie mo­że mieć wiel­ki wpływ na na­sze ży­cie. Jak wie­cie, wszyst­ko za­czy­na się od my­śle­nia. Wszel­kie po­my­sły, idee do­bre i złe, do­bro i zło ma­ją swój po­czą­tek w my­ślach czło­wie­ka.

Naj­pierw za­na­li­zuj­my sło­wo „przed­miot”. To sło­wo ucznio­wie zna­ją do­sko­na­le. Cho­dzi tu jed­nak o to, że czło­wiek mo­że być przed­mio­tem dzia­ła­nia np. kie­dy na­uczy­ciel (pod­miot dzia­ła­nia) prze­ka­zu­je wie­dzę ucznio­wi, któ­ry wte­dy sta­je się przed­mio­tem dzia­ła­nia. Le­karz, któ­ry le­czy cho­re­go jest pod­mio­tem, a cho­ry – przed­mio­tem dzia­ła­nia. Ni­ko­go ta­kie stwier­dze­nie nie po­mniej­sza. Jest to stwier­dze­nie obiek­tyw­ne. Cza­sem jed­nak dru­ga oso­ba jest trak­to­wa­na ja­ko „przed­miot uży­cia”, tzn. że ta oso­ba jest tyl­ko środ­kiem do ce­lu, jak­by rze­czą, któ­rą ktoś się po­słu­gu­je – ta­kim na­rzę­dziem. Nie re­spek­tu­je się god­no­ści i wła­snej ce­lo­wo­ści tej dru­giej oso­by. Ktoś po­słu­gu­je się nią ja­ko środ­kiem do swo­je­go wła­sne­go ce­lu. Na przy­kład ja­kiś wy­na­laz­ca i wła­ści­ciel fir­my bę­dzie wy­ko­rzy­sty­wał swo­ich pra­cow­ni­ków, ob­cią­ża­jąc ich nad­mier­ną ilo­ścią go­dzin pra­cy i ni­ską pen­sją do wy­ko­ny­wa­nia rze­czy, któ­re on uzna­je za bar­dzo po­trzeb­ne i do­bre. Na myśl przy­cho­dzi w tym mo­men­cie bru­tal­ne po­wie­dze­nie – „cel uświę­ca środ­ki”. Środ­ka­mi do zre­ali­zo­wa­nia ce­lu mo­gą być róż­ne do­bra na­tu­ral­ne, świat przy­ro­dy (by­le go nie nisz­czyć!). Oso­ba jed­nak ni­gdy nie mo­że być wy­ko­rzy­sta­na ja­ko śro­dek do ce­lu, po­nie­waż ma ona swo­ją wiel­ką war­tość zwa­ną god­no­ścią. Oso­by nie moż­na trak­to­wać in­stru­men­tal­nie, na­wet ze wzglę­du na do­bro in­nej oso­by lub ca­łej gru­py osób. Na­wet sam Stwór­ca, któ­ry ma naj­więk­sze pra­wo do czło­wie­ka, ni­gdy nie po­słu­gu­je się nim ja­ko środ­kiem do ce­lu.

foto_01-03_22-2013

Zda­rza się w ży­ciu, że ktoś wy­ko­rzy­stu­je i krzyw­dzi dru­gą oso­bę w imię mi­ło­ści. To nie­bez­piecz­ne dzia­ła­nie tym bar­dziej, że jest ukry­te pod po­zo­rem mi­ło­ści. Ten ktoś mo­że być nie­świa­do­my po­zo­ru mi­ło­ści, ale tak czy ina­czej sta­je się „spraw­cą czy­nu an­ty­mi­ło­ści – z mi­ło­ści”. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ktoś ro­zu­mie mi­łość ja­ko tyl­ko uczu­cie, emo­cje. Nie ma w tym praw­dzi­we­go do­bra dru­giej oso­by, nie ma tu dzia­ła­nia ro­zu­mu i wo­li. Ta­ka emo­cjo­na­li­za­cja mi­ło­ści, a tym sa­mym trak­to­wa­nie dru­giej oso­by ja­ko środ­ka do ce­lu – przy­jem­no­ści, wła­sne­go do­bre­go sa­mo­po­czu­cia jest dzi­siaj zja­wi­skiem bar­dzo czę­stym. Co mo­że uchro­nić czło­wie­ka przed ta­ką sy­tu­acją? Wy­da­je się, że przede wszyst­kim uświa­do­mie­nie so­bie nie­bez­pie­czeń­stwa ta­kiej dez­in­te­gra­cji, któ­ra w efek­cie pro­wa­dzi do znisz­cze­nia mi­ło­ści.

Bi­skup Ka­rol Woj­ty­ła na wie­le lat przed wy­bo­rem na pa­pie­ża w książ­ce „Mi­łość i od­po­wie­dzial­ność” za­warł pod­sta­wo­wą za­sa­dę od­no­sze­nia się do sie­bie osób, któ­rą na­zwał za­sa­dą per­so­na­li­stycz­ną. Pi­sał: „Oso­ba jest ta­kim do­brem, że wła­ści­we i peł­no­war­to­ścio­we od­nie­sie­nie do niej sta­no­wi tyl­ko mi­łość”. Ina­czej mó­wiąc, oso­ba jest ta­kim do­brem, z któ­rym nie go­dzi się uży­wa­nie, któ­re nie mo­że być trak­to­wa­ne ja­ko przed­miot uży­cia i w tej for­mie ja­ko śro­dek do ce­lu. Ta za­sa­da jest za­war­ta w pierw­szym przy­ka­za­niu obo­wią­zu­ją­cym każ­de­go czło­wie­ka – w przy­ka­za­niu mi­ło­ści.

 

Elż­bie­ta Ma­rek