Jak górnik na przodku

To by­ła nie­zwy­kła po­dróż – w cza­sie i prze­strze­ni. Wra­że­nia nie­sa­mo­wi­te. By po­czuć at­mos­fe­rę ko­pal­ni i pra­cy gór­ni­ków – wy­star­czy wi­zy­ta w Wie­licz­ce i przej­ście Tra­są Gór­ni­czą. By­łam. Po­le­cam.

Za­nim prze­wod­nik za­brał nas pod zie­mię, mu­sie­li­śmy po­brać od­po­wied­ni sprzęt: kom­bi­ne­zon, lam­pę gór­ni­czą, hełm i po­chła­niacz. Przy­znam, nie by­ło to ła­twe, ale ja­koś uda­ło nam się to za­ło­żyć. Tem­pe­ra­tu­ra w ko­pal­ni wa­ha się mię­dzy 14. a 16. stop­ni C, dla­te­go war­to na ta­ką wy­ciecz­kę od­po­wied­nio się ubrać. Po­tem od­by­ło się szko­le­nie: jak ko­rzy­stać z po­chła­nia­cza tlen­ku wę­gla oraz lam­py gór­ni­czej. Wresz­cie, od­po­wied­nio wy­po­sa­że­ni – zgod­nie z pra­wem gór­ni­czym – mo­gli­śmy roz­po­cząć na­szą przy­go­dę. Bez tłu­mów i mu­ze­al­nych eks­po­na­tów, za to pod okiem do­świad­czo­ne­go przo­dow­ni­ka – gór­ni­ka, któ­ry w ko­pal­ni spę­dził kil­ka­dzie­siąt lat ży­cia. Pan Wie­sław za­dbał, by zwie­dza­nie w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło te­go, ja­kie zna­łam do tej po­ry... Emo­cje gwa­ran­to­wa­ne.

foto_01-02_12-2017

Ko­ry­ta­rze, dra­bi­ny i de­to­na­cja

Wraz z prze­wod­ni­kiem wsie­dli­śmy do win­dy, usły­sze­li­śmy na po­że­gna­nie tra­dy­cyj­ne „Szczęść Bo­że” i zje­cha­li­śmy 57 me­trów w dół naj­star­szym w Wie­licz­ce szy­bem Re­gis. Na­sza gru­pa nie­do­świad­czo­nych śle­prów (po­cząt­ku­ją­cych w za­wo­dzie gór­ni­ka) otrzy­my­wa­ła na tra­sie róż­no­rod­ne za­da­nia do wy­ko­na­nia: mu­si­my wy­ty­czyć tra­sę przy po­mo­cy ma­py gór­ni­czej, zmie­rzyć po­ziom me­ta­nu i ruch gó­ro­two­ru, upleść li­nę i spe­cjal­nym tłucz­kiem roz­kru­szyć bry­ły so­li. Przez trzy go­dzi­ny wę­drów­ki cze­ka­ło na nas wie­le wy­zwań i – wierz­cie mi – nie by­ło pro­sto. Prze­dzie­ra­li­śmy się przez cia­sne chod­ni­ki, pi­ło­wa­li­śmy gru­by drew­nia­ny bal, wę­dro­wa­li­śmy dłu­gi­mi ko­ry­ta­rza­mi. W za­byt­ko­wej ka­pli­cy prze­wod­nik po­le­cił, aby­śmy wy­łą­czy­li gór­ni­cze lamp­ki. Za­pa­dła to­tal­na ciem­ność. Przo­do­wy opo­wie­dział nam, jak kie­dyś pod­czas pra­cy miał awa­rię lamp­ki. Mu­siał sie­dzieć w ko­mo­rze i cze­kać na ko­le­gów.

Naj­wię­cej emo­cji wzbu­dzi­ła kon­tro­lo­wa­na de­to­na­cja. Pod­czas wy­bu­chu po­czu­li­śmy, jak za­trząsł się nie­rów­ny sol­ny spąg, usły­sze­li­śmy gło­śny wy­buch i ośle­pił nas blask.

Za­pach so­li i kieł­ba­sa

Czas zwie­dza­nia mi­nął jak krót­ka chwi­la. Dro­gę oświe­tla­li­śmy so­bie lam­pą gór­ni­czą. Że­by wejść do wy­ro­bisk, trze­ba by­ło al­bo czoł­gać się w wą­skich przej­ściach, al­bo wcho­dzić po sta­rych, roz­ko­ły­sa­nych dra­bi­nach. Czu­li­śmy za­pach so­li, chłód i wil­goć ko­pal­ni. Zo­ba­czy­li­śmy po­go­rze­li­sko po dra­ma­tycz­nym po­ża­rze ko­pal­ni w XVII w., któ­ry trwał kil­ka mie­się­cy. W pod­zie­miach za­cho­wa­ły się nad­pa­lo­ne stro­py. Ogrom­ne wra­że­nie zro­bił na nas wi­dok prze­pięk­nej ko­mo­ry, któ­rą po­dzi­wia­li­śmy, sto­jąc na... szkla­nej pół­ce. Zo­ba­czy­li­śmy rów­nież kie­rat sa­ski – ma­szy­nę słu­żą­cą do wy­do­by­wa­nia so­li na po­wierzch­nię. Prze­wod­nik po­ka­zał nam ru­cho­mą ma­kie­tę, w któ­rej wę­dro­wa­ły drew­nia­ne ko­nie. W jed­nej z ko­mór – Go­spo­dzie – mie­li­śmy wra­że­nie, że gór­ni­cy do­pie­ro co wsta­li od sto­łu po po­sił­ku, by udać się do pra­cy, po­zo­sta­wia­jąc nie­do­je­dzo­ną kieł­ba­sę, ser i ogór­ki. Cóż z te­go, że z gip­su...

Każ­dy, kto zwie­dzi Tra­sę Gór­ni­czą, mo­że prze­ko­nać się, jak wy­glą­da pra­ca w ko­pal­ni i zo­ba­czyć ory­gi­nal­ne zło­ża sol­ne.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.