Dać się porwać Tajemnicy!

O Bo­żym Na­ro­dze­niu w klasz­to­rze, świą­tecz­nych ra­do­ściach i smut­kach – z oj­cem Le­onem Kna­bi­tem, be­ne­dyk­ty­nem z Tyń­ca roz­ma­wia Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz.

Cze­go nie mo­że za­brak­nąć w Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia u Be­ne­dyk­ty­nów?

Przede wszyst­kim nie po­win­no za­brak­nąć lu­dzi. W klasz­to­rze pil­nu­je­my, aby świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Wi­gi­lię ob­cho­dzi­li wszy­scy w klasz­to­rze i wte­dy nie ma wy­jaz­dów. To jest nasz dom. Człon­ko­wie klasz­to­ru nie wy­jeż­dża­ją na Wi­gi­lię do do­mów ro­dzin­nych. Dzię­ki te­mu ta mi­łość, któ­ra cza­sem w cią­gu ro­ku za­ku­rzy się, zo­sta­je od­świe­żo­na i da­je im­puls, aby tak da­lej cią­gnąć do ko­lej­nych Wi­gi­lii.

Jak wy­glą­da­ła Wi­gi­lia u Oj­ca Le­ona w do­mu?

Kie­dy by­li­śmy dzieć­mi, za­wsze by­ło mi­ło i sym­pa­tycz­nie. Przy­jeż­dża­ła bab­cia, by­ły przy­go­to­wa­nia, pre­zen­ty. Cie­szy­li­śmy się pre­zen­ta­mi i cho­in­ką. Nie pa­mię­tam, że­bym cho­dził na pa­ster­kę, uczest­ni­czy­li w niej do­ro­śli. A po­tem wy­bu­chła woj­na. Niem­cy aresz­to­wa­li mo­je­go ta­tu­sia i Bo­że Na­ro­dze­nie spę­dził w wię­zie­niu w ocze­ki­wa­niu na roz­strze­la­nie. Zgi­nął w noc syl­we­stro­wą w 1943 ro­ku. Póź­niej świę­ta już nie by­ły ta­kie sa­me. Kładł się już na nich pe­wien cień smut­ku... Nie mo­gę te­go za­po­mnieć, na za­wsze po­zo­sta­ło to w mo­jej du­szy, ten smu­tek... A ilu w sta­nie wo­jen­nym mia­ło smut­ne Bo­że Na­ro­dze­nie? Prze­cież gi­nę­li naj­bliż­si. A gru­dzień na Wy­brze­żu? A w obo­zach? Tak­że dzi­siaj wie­lu lu­dziom świę­ta nie nio­są ra­do­ści. Dla­te­go tak po­trzeb­ny jest ten pło­mień ja­sno­ści i na­dziei pły­ną­cy ze żłób­ka. Gdy za­śpie­wa­my „W żło­bie le­ży”, czy „Bóg się ro­dzi” – to smu­tek się umniej­sza.

Jak spę­dza się świę­ta w klasz­to­rze?

Jak w ro­dzi­nie, ty­le że jest nas 35 czy 40. Moż­na do­brze zjeść i się nie spaść, jak wi­dać na za­łą­czo­nym ob­raz­ku. Kie­dy by­łem kro­ni­ka­rzem klasz­to­ru, to wy­pi­sy­wa­łem skru­pu­lat­nie wszyst­kie wi­gi­lij­ne po­tra­wy, aby po­tom­ni wie­dzie­li, co w Bo­że Na­ro­dze­nie je­dzo­no w klasz­to­rze w Tyń­cu. Ry­ba fa­sze­ro­wa­na, w ga­la­re­cie i sma­żo­na. Ko­niecz­nie kom­pot z su­szu, z ja­błek i śli­wek. Jest też ku­tia i klu­ski z ma­kiem. Obo­wiąz­ko­wo barsz­czyk czer­wo­ny, ja­ki je się tyl­ko w Wi­gi­lię, z uszka­mi na­dzie­wa­ny­mi grzy­ba­mi. I cho­in­ka stoi, i śpie­wa­my ko­lę­dy. Prze­ło­żo­ny wszyst­kim skła­da ży­cze­nia, a po­tem pod­cho­dzi­my do sie­bie i ła­mie­my się opłat­kiem. Oczy­wi­ście o pół­no­cy bie­rze­my wszy­scy udział w tra­dy­cyj­nej pa­ster­ce, po­prze­dzo­nej świą­tecz­ną Go­dzi­ną czy­tań.

 

 

Ja­ka jest Oj­ca ulu­bio­na ko­lę­da?

Wła­ści­wie to wszyst­kie mi się po­do­ba­ją. Ale chy­ba naj­bar­dziej „Bóg się ro­dzi, moc tru­chle­je”. Bo po­trze­ba, aby cho­ciaż tro­szecz­kę „moc stru­chla­ła” wo­bec Bo­ga, któ­ry przy­cho­dzi na świat. Lu­bię też ko­lę­dę „Za­śnij Je­zu­niu, Świę­te Dzie­cię” i „W szo­pie, w szo­pie, we żłó­becz­ku”. Mam pięk­ne sko­ja­rze­nia z ko­lę­da­mi. By­łem mi­ni­stran­tem w Sie­dl­cach, w ka­te­drze. Ko­lę­dy śpie­wa­ne pod­czas Mszy Świę­tych, do któ­rych słu­ży­łem, utkwi­ły mi bar­dzo w pa­mię­ci. Jesz­cze dzi­siaj gdy sły­szę ko­lę­dę „Ja­sna Pan­na Sy­na zro­dzi­ła”, zwłasz­cza wy­ko­na­ną przez chór Or­ga­num w fil­har­mo­nii, to mi ciar­ki prze­cho­dzą.

Co zro­bić, aby w Świę­ta nie do­ty­kać je­dy­nie war­stwy uczu­cio­wej, no­stal­gicz­nej, ży­cze­nio­wej?

Jed­nym ak­tem nie da się te­go zro­bić. Trze­ba wieść ży­cie chrze­ści­jań­skie. Pa­mię­tać o mo­dli­twie, o Mszy Świę­tej w nie­dzie­le, wy­cho­wy­wać dzie­ci re­li­gij­nie i z mi­ło­ścią. Bo­że Na­ro­dze­nie to świę­to ro­dzin­ne, bę­dą­ce waż­nym skład­ni­kiem pol­skiej re­li­gij­no­ści.

Pro­szę o krót­ką in­struk­cję: jak na­le­ży­cie, god­nie prze­żyć Wi­gi­lię i świę­ta?

Przede wszyst­kim trze­ba być w sta­nie ła­ski. Wte­dy bę­dziesz z Pa­nem Bo­giem. A „je­śli Bóg jest na pierw­szym miej­scu, wte­dy wszyst­ko in­ne jest na swo­im miej­scu”. I je­śli się w Bo­że Na­ro­dze­nie przy­stą­pi do Ko­mu­nii św., to jest na­dzie­ja, że bę­dzie­my pa­trzy­li na sie­bie z mi­ło­ścią. Choć po­tem znów iskrzy. Mi­łość Bo­ża ogar­nia wszyst­ko. Trze­ba dać się po­rwać ta­jem­ni­cy, że Bóg stał się Czło­wie­kiem. Le­pie­nie pie­ro­gów, po­rząd­ki, za­ku­py – to wszyst­ko ma sens ja­ko przy­go­to­wa­nie. I je­śli je Pa­nu Bo­gu od­da­my, to na­le­ży­cie prze­ży­je­my ten Dzień ozna­czo­ny czer­wo­ną kart­ką w ka­len­da­rzu.