Bóg dał mi znak. Świadectwo

JOASIA: Na dwa ty­go­dnie przed kon­cer­tem je­den z głów­nych so­li­stów się roz­cho­ro­wał. Szu­ka­li­śmy za­stęp­stwa. Od­po­wie­dział Łu­kasz, ale mógł do­łą­czyć do­pie­ro po ty­go­dniu. Zgo­dzi­łam się. Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go nie mo­że wcze­śniej. Za­ufa­łam.

ŁUKASZ: Mia­łem za­pla­no­wa­ne week­en­do­we re­ko­lek­cje w mil­cze­niu. Nie chcia­łem z nich re­zy­gno­wać.

JOASIA: Od pierw­sze­go spo­tka­nia, czu­łam, że mu się po­do­bam. Pró­bo­wał się do mnie zbli­żyć. Był do­brym so­li­stą, cie­szy­łam się, że zgo­dził się na to za­stęp­stwo, ale nie od­po­wia­dał mi je­go spo­sób by­cia. Mia­łam go za za­du­fa­ne­go. Nie chcia­łam, że­by od­czy­ty­wał mo­ją życz­li­wość ja­ko ozna­ki za­in­te­re­so­wa­nia. Po­za tym mia­łam za­sa­dę: nie wią­zać się z ludź­mi z bran­ży.

foto_03-01_05-2016

ŁUKASZ: Zo­ba­czy­łem Jo­asię. Za­in­te­re­so­wa­ła mnie. Atrak­cyj­na ko­bie­ta, do te­go pew­na sie­bie, zde­cy­do­wa­na, jak to dy­ry­gent­ka. By­ła nie­do­stęp­na, co krok to ścia­na, ale fa­cet mu­si mieć wy­zwa­nie, mu­si się po­sta­rać.

JOASIA: Dwa ty­go­dnie po kon­cer­cie do­sta­łam smsa, że jest w mo­im ro­dzin­nym mie­ście, bę­dzie miał tro­chę wol­ne­go cza­su, ni­ko­go tu nie zna, mo­że zgo­dzi­ła­bym się na wspól­ny obiad? Oba­wia­łam się, że spo­tka­nie bę­dzie przy­kre, bę­dę mu­sia­ła po­wie­dzieć: „Sor­ry, ale nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na”. Jed­nak czło­wiek, któ­ry przy­szedł na spo­tka­nie, to nie ten, ja­kie­go zna­łam. Był ra­do­sny i bez­po­śred­ni. Gdy kel­ner przy­niósł da­nie, naj­pierw się prze­że­gnał. Po­my­śla­łam: „Co z te­go, że jest z bran­ży waż­ne, że ser­ce ma we wła­ści­wym miej­scu”. Bóg dał mi sy­gnał, aby dać mu szan­sę. Miał być obiad, a skoń­czy­ło się rand­ką do póź­na. Opro­wa­dza­łam go po mo­ich ulu­bio­nych miej­scach, pod­czas dłu­gich roz­mów oka­za­ło się, że ma­my te sa­me war­to­ści, pra­gnie­nia.

ŁUKASZ: Jo­asia po­czu­ła się w obo­wiąz­ku by­cia prze­wod­nicz­ką, jeź­dzi­li­śmy po War­sza­wie, aż skoń­czy­li­śmy na łód­kach przy Pa­ła­cu w Wi­la­no­wie.

JOASIA: Ty­dzień póź­niej urzą­dza­łam uro­dzi­ny. Od­rzu­ci­łam je­go ofer­tę po­mo­cy. Ale on i tak uparł się mi po­móc.

ŁUKASZ: Mia­łem do­syć tej skrom­no­ści, te­go uda­wa­nia, po­wie­dzia­łem: „Przy­jeż­dżam”.

JOASIA: No­sił za mną za­ku­py, prze­su­wał me­ble, a w kuch­ni czuł się tak swo­bod­nie, jak­by był ide­al­nie pa­su­ją­cym ele­men­tem jej wy­po­sa­że­nia. Gdy wszy­scy wy­szli, przy ro­man­tycz­nym szu­mie zmy­war­ki, za­czę­li­śmy mó­wić o swo­ich uczu­ciach i po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać być ra­zem, mi­mo że miesz­ka­my w dwóch róż­nych mia­stach. Po pię­ciu mie­sią­cach Łu­kasz się oświad­czył i pod­jął de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce.

ŁUKASZ: Ślub pla­no­wa­li­śmy od ra­zu. De­cy­zja pod­ję­ta, na co cze­kać?

JOASIA: Prze­szli­śmy pró­bę, bo cze­ka­jąc na miesz­ka­nie, któ­re mia­ło zwol­nić się la­da dzień, a dzień ten się od­su­wał, na­rze­czo­ny miesz­kał u mnie. Pod­jął już za­wo­do­we zo­bo­wią­za­nia. Był tro­chę jak przy­gar­nię­ty bez­dom­ny, dwa mie­sią­ce na wa­liz­kach. Bar­dzo nas to zbli­ży­ło, choć dla lu­dzi po­sta­na­wia­ją­cych czy­stość przed­mał­żeń­ską, to du­że wy­zwa­nie.

ŁUKASZ: Miesz­ka­nie ra­zem przed ślu­bem jest po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nie wy­god­ne. Pra­gnie się tej uko­cha­nej oso­by i moż­na ją ła­two skrzyw­dzić. Ale przy­go­to­wa­ło to nas na okre­sy wstrze­mięź­li­wo­ści w mał­żeń­stwie. Mo­dli­twa da­wa­ła nam si­łę, ale jak coś ku­si, to nie oszu­kuj­my się, że je­ste­śmy sil­ni. Z grze­chem się nie wal­czy, przed grze­chem się ucie­ka.

JOASIA: Przy ni­kim in­nym nie czu­łam się tak do­brze. Nikt nie da­wał mi ta­kie­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie je­ste­śmy zgod­ni we wszyst­kim, ale w klu­czo­wych spra­wach – tak. Wie­dzia­łam od po­cząt­ku, że je­śli dzie­ci, to z tym czło­wie­kiem, a rok od za­rę­czyn już spo­dzie­wa­li­śmy się dziec­ka.

ŁUKASZ: Kie­dy spo­ty­ka się dwo­je lu­dzi, któ­rzy chcą być ra­zem, myśl o dziec­ku na­su­wa się sa­ma, pra­gną prze­ka­zy­wać ży­cie. Za­wsze chcia­łem być ta­tą.

 

oprac. Do­mi­ni­ka Pu­ty­ra