Drodzy Czytelnicy!

Paź­dzier­nik. Ja­dę au­to­bu­sem ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Sły­szę roz­mo­wę dwóch chło­pa­ków. Roz­ma­wia­ją o stu­diach, ko­lej­kach po od­biór in­dek­sów. Je­den py­ta ko­le­gę, dla­cze­go wy­brał swój kie­ru­nek stu­diów. „To był przy­pa­dek – brzmi od­po­wiedź. – Nie wie­dzia­łem, co wy­brać. Zo­ba­czę, jak bę­dzie”. Od­po­wiedź za­ska­ku­ją­ca? A mo­że jed­nak wprost prze­ciw­nie?
Są oso­by, któ­re już od przed­szko­la wie­dzą, kim chcą zo­stać. I ta­ki za­wód wy­bie­ra­ją ja­ko do­ro­śli. In­ni dłu­żej po­szu­ku­ją swo­jej dro­gi, pró­bu­ją, eks­pe­ry­men­tu­ją z róż­ny­mi za­wo­da­mi, by w koń­cu tra­fić na ten, któ­ry spra­wia im przy­jem­ność i pa­su­je do nich jak ulał. Jest jak­by szy­ty na mia­rę spe­cjal­nie dla nich. Są róż­ne dro­gi do sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej pra­cy. Jed­ni bę­dą się speł­niać w pra­cy cho­re­ogra­fa, in­ni gra­fi­ka, a jesz­cze in­ni ku­cha­rza. Wy­brać mu­sisz sam. Bo pra­ca bę­dzie istot­nym ele­men­tem two­je­go ży­cia. W nu­me­rze pod­po­wia­da­my, jak do­ko­nać do­bre­go wy­bo­ru.

Kan­dy­da­tów do Bierz­mo­wa­nia za­chę­ca­my do roz­mo­wy z ro­dzi­ca­mi o sa­kra­men­cie, do któ­re­go się przy­go­to­wu­ją. Czy coś stoi na prze­szko­dzie, że­by ich za­py­tać, dla­cze­go chcą, że­by­ście go przy­ję­li? Na ostat­nich stro­nach znaj­dzie­cie świa­dec­two o. Łu­ka­sza Buk­sy OMF, któ­ry opo­wie o tym, jak to się sta­ło, że wy­brał to­wa­rzy­stwo ró­wie­śni­ków z dwor­ca, by póź­niej od­na­leźć Bo­ga.

Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach jest wy­jąt­ko­wy. Spe­cjal­ny do­da­tek przy­go­to­wa­ło Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka. Do­wie­cie się, w ja­ki spo­sób moż­na trosz­czyć się o ży­cie bez­bron­nych, po­czę­tych dzie­ci. Zdo­bę­dzie­cie ar­gu­men­ty do roz­mo­wy o te­ma­tach pro-li­fe, któ­ry­mi ży­je­my na co dzień. Do­wie­cie się, czym jest na­pro­tech­no­lo­gia a czym in vi­tro. Po­zna­cie Fel­ka, któ­ry ra­zem ze swo­ją ro­dzi­ną pod­bił ser­ca se­tek ty­się­cy (!) in­ter­nau­tów. Niech w wa­szych ser­cach za­go­ści ha­sło Sto­wa­rzy­sze­nia – „Tyl­ko ży­cie ma przy­szłość!”. Krop­ka.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szalony z Miłości

Bóg co­dzien­nie, nie­ustan­nie, szep­cze ci do ucha: „Ko­cham cię”! Każ­dy twój od­dech jest Je­go wes­tchnie­niem z mi­ło­ści.

Czę­sto mó­wi się o tym, że Pan Bóg cię ko­cha, że Bóg jest mi­ło­ścią i że naj­waż­niej­szym wy­mia­rem chrze­ści­jań­stwa jest mi­łość. Za­pew­ne wszy­scy sły­sze­li­śmy już nie­je­den raz o tym, że Je­zus umarł za nas z mi­ło­ści i dla­te­go po­win­ni­śmy być wdzięcz­ni. Dzie­ciom przy­po­mi­na się, że to wła­śnie z te­go po­wo­du po­win­ny być „grzecz­ne”.

I zwy­kle jest tak, że jak coś sły­szy­my czę­sto, to prze­sta­je­my się za­sta­na­wiać nad zna­cze­niem tych słów. Jak wie­lu z nas za­sta­na­wia się nad tre­ścią mo­dli­twy Oj­cze nasz, po­wta­rza­nej co­dzien­nie? Na­wet gdy­by ktoś po­wta­rzał nam co­dzien­nie, że nas ko­cha, to rów­nież po ja­kimś cza­sie za­czę­li­by­śmy przyj­mo­wać to za pew­nik. A mo­że na­wet by­śmy się nie za­sta­na­wia­li nad głę­bią tych słów i co one dla nas ozna­cza­ją.

Nie mu­sisz ni­gdzie iść, w ża­den spo­sób so­bie na nią za­słu­gi­wać, ani tym bar­dziej jak­kol­wiek pła­cić za nią.

Po­wie­dzieć ko­muś „ko­cham cię” ozna­cza bar­dzo wie­le. To nie tyl­ko wy­ra­że­nie emo­cji, uczuć, ale przede wszyst­kim zo­bo­wią­za­nie. Dla­te­go po­win­ni­śmy być ostroż­ni w wy­ra­ża­niu mi­ło­ści, ale jed­no­cze­śnie nie zbyt oszczęd­ni.

Fot. unsplash.com / Ni­ne Köp­fer

Naj­za­baw­niej­sze jest to, że Pan Bóg co­dzien­nie, nie­ustan­nie, szep­cze ci do ucha: „Ko­cham cię”! Każ­dy twój od­dech jest Je­go wes­tchnie­niem z mi­ło­ści. Każ­de ude­rze­nie two­je­go ser­ca jest mo­men­tem, w któ­rym On udo­wad­nia mi­łość do cie­bie. I ca­ły pro­blem po­le­ga na tym, że to wszyst­ko jest tak bar­dzo na­tu­ral­ne, że prze­sta­je­my do­strze­gać nie­zwy­kłość tych chwil.

Bóg ci to udo­wad­nia

Tak, Pan Bóg cię ko­cha. Udo­wad­nia to w każ­dej se­kun­dzie two­je­go ży­cia. Świę­ty Pa­weł w pią­tym roz­dzia­le li­stu do Rzy­mian pi­sze tak: „Mi­łość Bo­ża roz­la­na jest w ser­cach na­szych przez Du­cha Świę­te­go, któ­ry zo­stał nam da­ny” (Rz 5, 3b). Te­raz, w tym mo­men­cie, gdy czy­tasz ten tekst, masz do niej do­stęp. Nie mu­sisz ni­gdzie iść, w ża­den spo­sób so­bie na nią za­słu­gi­wać, ani tym bar­dziej jak­kol­wiek pła­cić za nią. Jest da­na zu­peł­nie za dar­mo. Jest roz­la­na, więc jest w ob­fi­to­ści. Już sa­ma świa­do­mość obec­no­ści tej mi­ło­ści mo­że prze­mie­nić two­je ży­cie. Przy­po­mi­naj so­bie o tym ca­ły czas, gdy je­steś w szko­le, na uczel­ni, w do­mu czy na bo­isku. Bóg ko­cha cię cał­ko­wi­cie i ze swo­ją mi­ło­ścią jest obec­ny w two­im ży­ciu nie­ustan­nie.

Umarł za nas, gdy­śmy by­li jesz­cze grzesz­ni­ka­mi

Naj­pięk­niej­szym wy­mia­rem Je­go mi­ło­ści jest oczy­wi­ście Krzyż. Bo nie jest to znak mi­ło­ści, na któ­rą się za­słu­gu­ję. Pan Bóg przez Krzyż nie mó­wi, że Je­zus umrze za nas, gdy bę­dzie­my „grzecz­ni” i nie bę­dzie­my grze­szyć, ale wręcz prze­ciw­nie: „Bóg zaś oka­zu­je nam swo­ją mi­łość [wła­śnie] przez to, że Chry­stus umarł za nas, gdy­śmy by­li jesz­cze grzesz­ni­ka­mi” (Rz 5, 8). To jest mi­łość, na któ­rą nie da się w ża­den spo­sób za­słu­żyć czy za­pra­co­wać. Jest da­na zu­peł­nie za dar­mo. Moż­na by na­wet po­wie­dzieć, że po ludz­ku to sza­lo­na mi­łość. Czło­wiek zwy­kle ko­cha za coś lub do ja­kie­goś cza­su (choć po­wi­nien za­wsze i za dar­mo), ale Bóg ko­cha mi­mo wszyst­ko. Ri­chard Rohr w książ­ce „Tak, ale… Me­dy­ta­cje co­dzien­ne” tak pi­sze o sza­lo­nej mi­ło­ści Bo­ga: „To nie­praw­da, że Bóg bę­dzie nas ko­chał, je­śli się zmie­ni­my; Bóg ko­cha nas po to, by­śmy mo­gli się zmie­nić”. I da­lej: „Bóg nie ko­cha nas dla­te­go, że je­ste­śmy do­brzy. Bóg nas ko­cha, po­nie­waż jest do­bry”.

Wi­dzisz sza­lo­ną mi­łość Bo­ga do cie­bie? Wsłu­chaj się w bi­cie two­je­go ser­ca, w twój nie­ustan­ny od­dech. Tam usły­szysz ci­chy szept Bo­ga, po­wta­rza­ją­ce­go „Ko­cham cię!” Wejdź w ci­szę mo­dli­twy i po­zwól so­bie na by­cie uko­cha­nym dziec­kiem Sza­lo­ne­go z Mi­ło­ści Bo­ga.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Upadłam, ale powstałam

Mo­dlę się o wspa­nia­łe­go mę­ża i ży­cie w czy­sto­ści, czy­sto­ści dru­giej szan­sy.

Wy­cho­wa­ła mnie ma­ma. To ona prze­ka­za­ła mi wia­rę. Uczy­ła mo­dlić się, pro­wa­dzi­ła na Msze św. Od dziec­ka an­ga­żo­wa­łam się w ży­cie pa­ra­fii. Przez pa­rę lat śpie­wa­łam w dzie­cię­cej, a póź­niej mło­dzie­żo­wej, scho­li. Na­le­ża­łam do pa­ra­fial­nej gru­py mło­dzie­żo­wej. Na co­ty­go­dnio­wych spo­tka­niach bra­li­śmy udział w Mszy św., dzie­li­li­śmy się do­świad­cze­niem obec­no­ści Bo­ga w na­szym ży­ciu. Po­ma­ga­li­śmy pro­wa­dzić księ­dzu ró­ża­niec, przy­go­to­wy­wa­li­śmy oko­licz­no­ścio­we wy­stą­pie­nia – np. za­dusz­ki. Kształ­to­wa­li­śmy wia­rę, przy oka­zji umac­nia­jąc ko­le­żeń­skie wię­zi, któ­re prze­no­si­ły się po­za przy­ko­ściel­ną sal­kę – a to do piz­ze­rii, a to do sa­li ki­no­wej. Przy­kład mo­ich ko­le­ża­nek i ko­le­gów bar­dzo mi po­mógł. Dał mi si­łę, że­by nie wsty­dzić się wia­ry. Cie­szy­łam się, że mam wo­kół sie­bie lu­dzi, któ­rzy my­ślą i czu­ją to sa­mo, co­ja. Idla któ­rych Pan Bóg jest na pierw­szym miej­scu. Po­do­ba­ły mi się wy­jaz­dy na re­ko­lek­cje, z któ­rych za każ­dym ra­zem wra­ca­łam na­peł­nio­na no­wą ener­gią i z od­no­wio­ną mi­ło­ścią do Bo­ga.

Fot. unsplash.com / Ja­mie Stre­et

No­we py­ta­nia

Gdy nad­szedł czas do­ra­sta­nia, przez dłuż­szy czas in­te­re­so­wa­ły mnie wy­łącz­nie książ­ki i na­uka, choć nie by­łam ku­jo­nem. Przy­szedł jed­nak w koń­cu i na mnie czas, gdy za­czę­łam się in­te­re­so­wać chło­pa­ka­mi. Prze­ży­łam pierw­sze mi­ło­ści i – nie­ste­ty ‑ty­le sa­mo ra­zy mia­łam zła­ma­ne ser­ce. W tym okre­sie szcze­gól­nie po­trze­bo­wa­łam po­mo­cy w ro­ze­zna­niu, czy po­ca­łu­nek to już grzech czy jesz­cze nie. Póź­niej za­czę­ły do te­go do­cho­dzić co­raz to no­we py­ta­nia. By­ły chwi­le, gdy nie by­ło mi ła­two. Za­ko­cha­nie po­tra­fi prze­wró­cić czło­wie­ko­wi w gło­wie. Nie my­śli się wte­dy ra­cjo­nal­nie. Kie­ro­wa­ły mną w ta­kich mo­men­tach emo­cje. Na szczę­ście, za­wsze mia­łam z ty­łu gło­wy to, jak waż­na jest czy­stość. Po­mo­gły mi książ­ki z te­ma­ty­ki sek­su­al­no­ści, za­ko­cha­nia, mi­ło­ści, któ­re pod­su­wa­ły mi ma­ma i bab­cia.

Nie chcia­łam tak żyć

Od za­wsze chcia­łam żyć w czy­sto­ści. Chcia­łam, by i mój mąż do­cho­wał czy­sto­ści dla mnie. Ma­rzy­łam o tym, że obo­je w cza­sie no­cy po­ślub­nej ofia­ru­je­my so­bie sie­bie w pre­zen­cie. Tak się jed­nak nie sta­ło. W cza­sie stu­diów po­zna­łam chło­pa­ka, któ­ry jak ża­den in­ny za­wró­cił mi w gło­wie. Był to dla mnie trud­ny okres, po­nie­waż nie­daw­no zmar­ła mo­ja uko­cha­na ma­ma. Chy­ba dla­te­go tak mnie za­śle­pi­ła mi­łość. Chło­pak po krót­kim cza­sie by­cia ra­zem za­czął mi pro­po­no­wać seks. Po­cząt­ko­wo się opie­ra­łam. Nie tak chcia­łam żyć. Nie ta­kie by­ło mo­je ma­rze­nie. Nie­ste­ty, im dłu­żej trwa­ły je­go na­mo­wy i prze­ko­ny­wa­nia, tym mniej już mia­łam ar­gu­men­tów. Po­ka­zy­wał mi pa­ry, któ­re tak ży­ją. Ule­głam.

Ni­gdy nie jest za póź­no

W głę­bi ser­ca wie­dzia­łam jed­nak, że źle ro­bię. Su­mie­nie nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Cho­dzi­łam re­gu­lar­nie do spo­wie­dzi, choć wie­le ra­zy upa­da­łam. Tro­chę to wszyst­ko trwa­ło, ale w koń­cu nad­szedł jed­nak czas, że ze­rwa­łam z tym chło­pa­kiem i ży­ję w czy­sto­ści już pięć lat. Mo­dlę się o wspa­nia­łe­go mę­ża i wy­trwa­łość na dro­dze do ży­cia w czy­sto­ści dru­giej szan­sy. Bo ni­gdy nie jest za póź­no na zmia­nę.

Agniesz­ka, 27 lat

 

Święć się imię Twoje

Kto sza­nu­je dru­gą oso­bę, ten z sza­cun­kiem i wdzięcz­no­ścią wy­ma­wia jej imię.

Bóg sam ob­ja­wił lu­dziom swo­je imię. Po­dał Moj­że­szo­wi, że Je­go imię to Jah­we. Po he­braj­sku sło­wo to ozna­cza ko­goś, kto jest. Bóg nie tyl­ko jest w tym zna­cze­niu, że ist­nie­je. Bóg jest obec­ny, czy­li jest cią­gle przy nas, dla nas, z na­mi. On wczu­wa się w na­sze my­śli i prze­ży­cia, sku­pia się na każ­dym z nas, jak by­śmy by­li je­dy­ni na tej zie­mi. Naj­bar­dziej na­wet ko­cha­ją­cy ro­dzi­ce nie są w sta­nie być dzień i noc przy swo­ich dzie­ciach. Cza­sa­mi mu­szą za­jąć się so­bą czy in­ny­mi ludź­mi. Bóg ni­gdy nie zaj­mu­je się so­bą. On jest Em­ma­nu­elem, czy Bo­giem z na­mi. Ko­chać to być obec­nym dla ko­cha­nej oso­by.

Mi­łość i świę­tość to naj­więk­sze po­wo­dy do świę­to­wa­nia.

Je­zus po­dał jesz­cze jed­no imię Bo­ga. Wy­ja­śnił, że Stwór­ca to Ab­ba, czy­li czu­le ko­cha­ją­cy ta­tuś. Bóg nie jest ani ko­bie­tą, ani męż­czy­zną, gdyż jest peł­nią. Stwór­ca nie jest ogra­ni­czo­ny by­ciem na spo­sób jed­nej z płci. Mo­że­my na­zy­wać Go naj­bar­dziej i naj­czu­lej ko­cha­ją­cym Ro­dzi­cem. Każ­dy z nas ma pra­wo w ser­cu na­zy­wać Bo­ga na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób, po­dob­nie jak uko­cha­ni na­zy­wa­ją sie­bie po swo­je­mu.

Fot. unsplash.com / ale­xan­der brac­ken

Bóg nie po­trze­bu­je re­kla­my

Po­win­ni­śmy świę­cić imię Bo­ga dla­te­go, że On jest świę­ty, a nie dla­te­go, że­by ro­bić Mu re­kla­mę al­bo wy­ra­biać Mu do­brą opi­nię. Ta­kich rze­czy Bóg nie po­trze­bu­je. W świę­to­wa­niu imie­nia Bo­ga cho­dzi o na­szą po­sta­wę wo­bec Nie­go. Im bar­dziej od­kry­wa­my, jak wier­nie i ofiar­nie Bóg nas ko­cha, tym wię­cej jest w nas wzru­sze­nia i za­chwy­tu Nim i Je­go wy­jąt­ko­wą mi­ło­ścią. Imię Bo­ga to sy­no­nim mą­dro­ści, mi­ło­ści, wier­no­ści, czu­ło­ści, ofiar­no­ści, bli­sko­ści, szczę­ścia. Gdy świę­ci­my imię Bo­ga, wte­dy za­chwy­ca­my się Je­go mi­ło­ścią i uczy­my się od­po­wia­dać mi­ło­ścią na mi­łość. Po­win­ni­śmy świę­to­wać imię Bo­ga nie­skoń­cze­nie bar­dziej ra­do­śnie niż świę­tu­je­my imie­ni­ny czy uro­dzi­ny lu­dzi, któ­rych bar­dzo ko­cha­my. Mi­łość i świę­tość to naj­więk­sze po­wo­dy do świę­to­wa­nia. Imię Bo­ga ozna­cza Ko­goś, kto jest mi­ło­ścią i świę­to­ścią, i kto przy­no­si nam ra­dość, ja­kiej ten świat dać ani za­brać nie mo­że.

Jak świę­to­wać Imię Bo­ga?

Każ­dy z nas po swo­je­mu do­świad­cza mi­ło­ści Bo­ga. Każ­dy z nas ma też pra­wo na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób świę­to­wać Je­go imię. Kto nie ma sza­cun­ku do imie­nia Bo­ga, ten lek­ce­wa­ży Je­go i Je­go mi­łość. Kto nie sza­nu­je imie­nia Bo­ga, ten nie od­bie­ra Stwór­cy do­bre­go imie­nia, lecz krzyw­dzi sa­me­go sie­bie. Po­dob­nie dzie­je się mię­dzy ludź­mi. Gdy ja­kiś na­sto­la­tek wpa­da w nar­ko­ma­nię czy in­ne uza­leż­nie­nie, a mi­mo to jest ko­cha­ny przez ro­dzi­ców, to by­wa, że im zło­rze­czy i wy­ma­wia ich imio­na bez sza­cun­ku – po to, że­by za­głu­szyć wy­rzu­ty su­mie­nia. Na­sze do­bre lub złe imię nie za­le­ży od oce­ny lu­dzi, lecz od na­sze­go po­stę­po­wa­nia. Nie je­ste­śmy w sta­nie do­bre­mu Bo­gu ani do­brym lu­dziom ode­brać do­bre­go imie­nia, ale mo­że­my to do­bre imię znie­wa­żyć. Wte­dy da­je­my świa­dec­two o so­bie, a nie o Bo­gu czy Bo­żych lu­dziach. Kto bez sza­cun­ku mó­wi o Bo­gu, ten wcze­śniej czy póź­niej za­cznie prze­kli­nać in­nych i sa­me­go sie­bie. Kto świę­tu­je imię Bo­ga, ten wcho­dzi na dro­gę ra­do­snej świę­to­ści.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

In vitro. Za wszelką cenę

Sta­ty­stycz­nie, aby mo­gło się uro­dzić jed­no dziec­ko po­czę­te przy po­mo­cy me­to­dy in vi­tro, mu­si po­wstać aż 17 em­brio­nów. Ozna­cza to, że 16 z nich, bę­dą­cych je­go ro­dzeń­stwem, mu­si zgi­nąć.

Jed­ną z naj­więk­szych trud­no­ści, a na­wet dra­ma­tem, któ­re­mu mu­si sta­wić czo­ła na­wet co pią­ta pa­ra, jest nie­płod­ność. Ter­mi­nem tym okre­śla­my nie­moż­ność po­czę­cia dziec­ka przez ko­bie­tę i męż­czy­znę w spo­sób na­tu­ral­ny po okre­sie co naj­mniej ro­ku sta­rań.

Me­dy­cy­na roz­wi­nę­ła się tak bar­dzo, że wie­lu nie­płod­nym pa­rom mo­że po­móc do­cze­kać się upraw­nio­ne­go po­tom­stwa. W le­cze­niu nie­płod­no­ści le­ka­rze naj­czę­ściej się­ga­ją po far­ma­ko­te­ra­pię (po­daż od­po­wied­nich le­ków) oraz le­cze­nie za­bie­go­we przy uży­ciu naj­no­wo­cze­śniej­szych tech­nik, w tym mi­kro­chi­rur­gii.

Fot. 123rf.com / helenap2014

Mi­mo tak sze­ro­kich moż­li­wo­ści sku­tecz­ne­go po­stę­po­wa­nia wie­le par de­cy­du­je się na in vi­tro. Tu ce­lem rów­nież jest do­pro­wa­dze­nie do po­czę­cia, ale in­ny­mi me­to­da­mi.

Mi­mo że nie­któ­re kli­ni­ki in vi­tro re­kla­mu­ją się ja­ko dzia­ła­ją­ce zgod­nie z na­ucza­niem Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, w prak­ty­ce de­kla­ra­cje te nie ma­ją nic wspól­ne­go z praw­dą. Pro­ce­du­ra za­płod­nie­nia po­za­ustro­jo­we­go ro­dzi wie­le pro­ble­mów na­tu­ry mo­ral­nej.

Za­nim jed­nak za­sta­no­wi­my się, na czym po­le­ga zło mo­ral­ne in vi­tro, przyj­rzyj­my się je­go ko­lej­nym eta­pom.

Eta­py in vi­tro

Za­płod­nie­nie po­za­ustro­jo­we, czy­li za­płod­nie­nie in vi­tro po­le­ga na do­pro­wa­dze­niu do po­łą­cze­nia ko­mór­ki ja­jo­wej i plem­ni­ka po­za or­ga­ni­zmem ko­bie­ty, w wa­run­kach la­bo­ra­to­ryj­nych. Tak po­wsta­ły za­ro­dek, czy­li isto­ta ludz­ka na naj­wcze­śniej­szym eta­pie roz­wo­ju, zo­sta­je prze­nie­sio­ny do ma­ci­cy.

  1. Pierw­szym kro­kiem pro­ce­du­ry jest tzw. kon­tro­lo­wa­na te­ra­pia hor­mo­nal­na, pro­wa­dzą­ca do hi­per­sty­mu­la­cji jaj­ni­ków. Ko­bie­ta przyj­mu­je bar­dzo wy­so­kie daw­ki hor­mo­nów, a ce­lem ta­kie­go po­stę­po­wa­nia jest jed­no­cze­sny wzrost i roz­wój wie­lu ko­mó­rek ja­jo­wych w trak­cie jed­ne­go cy­klu mie­sięcz­ne­go. Z re­gu­ły po za­sto­so­wa­niu hi­per­sty­mu­la­cji doj­rze­wa ich 5–15, na­to­miast pod­czas jed­ne­go na­tu­ral­ne­go cy­klu mie­sięcz­ne­go doj­rze­wa jed­na ko­mór­ka ja­jo­wa.
  2. Dru­gim kro­kiem w pro­ce­du­rze in vi­tro jest po­bra­nie na­sie­nia od oj­ca oraz ko­mó­rek ja­jo­wych od mat­ki.
  3. Na­stęp­nie ga­me­ty (ko­mór­ki roz­rod­cze) umiesz­cza się na szal­ce Pe­trie­go (stąd po­cho­dzi na­zwa pro­ce­du­ry – „in vi­tro” ozna­cza „w szkle”). Tam w cią­gu jed­nej do­bry do­cho­dzi do za­płod­nie­nia i po­wsta­nia zwy­kle kil­kor­ga lub kil­ka­na­ścior­ga, a cza­sem na­wet po­nad dwa­dzie­ścior­ga dzie­ci w sta­dium em­brio­nal­nym.
  4. Po­tem na­stę­pu­je tzw. ho­dow­la ludz­kich za­rod­ków. Em­brio­log ob­ser­wu­je ich roz­wój i oce­nia, któ­re, je­go zda­niem, ma­ją naj­więk­szą szan­sę na za­gnież­dże­nie się w ma­ci­cy. To dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na.

5a. Da­lej jed­no, dwo­je lub tro­je dzie­ci na naj­wcze­śniej­szym eta­pie roz­wo­ju zo­sta­je prze­nie­sio­nych do ma­ci­cy mat­ki (to tzw. em­brio­trans­fer). Ko­bie­ta na­dal przyj­mu­je hor­mo­ny, aby zwięk­szyć szan­se na za­gnież­dże­nie i pra­wi­dło­wy roz­wój za­rod­ków. Dzie­ci bę­dą ro­sły w ma­ci­cy aż do po­ro­du, o ile nie wy­stą­pią po­wi­kła­nia. Je­śli wszyst­kie za­rod­ki za­im­plan­tu­ją się w ma­ci­cy, mat­ka bę­dzie w cią­ży mno­giej.

5b. Co z po­zo­sta­ły­mi za­rod­ka­mi? Dzie­ci w sta­nie em­brio­nal­nym, któ­re nie zo­sta­ły prze­nie­sio­ne do ma­ci­cy mat­ki, naj­czę­ściej zo­sta­ją za­mro­żo­ne z my­ślą o ewen­tu­al­nej póź­niej­szej im­plan­ta­cji. Są prze­cho­wy­wa­ne w ter­mo­sie z cie­kłym azo­tem w tem­pe­ra­tu­rze mi­nus 196 °C. Na­zy­wa­my to krio­kon­ser­wa­cją. Mo­że się też zda­rzyć, że le­karz oce­ni za­rod­ki ja­ko sła­be, nie­zdol­ne do dal­sze­go roz­wo­ju. Wte­dy nie zo­sta­ną za­mro­żo­ne, ale znisz­czo­ne od ra­zu.

Mi­mo że w in vi­tro dzie­ci po­wsta­ją po­za or­ga­ni­zmem mat­ki, od pierw­szych chwil ich ży­cia przy­słu­gu­je im nie­na­ru­szal­na god­ność oso­by ludz­kiej. Po­win­ny im przy­słu­gi­wać wszel­kie pra­wa czło­wie­ka, przede wszyst­kim naj­waż­niej­sze – pra­wo do ży­cia. Nie­ste­ty, jest ono na­ru­sza­ne na wie­lu eta­pach pro­ce­du­ry.

Moż­na, ale czy wol­no?

Wo­bec bar­dzo na­chal­nej re­kla­my in vi­tro, gło­szą­cej „pra­wo do dziec­ka” dla każ­de­go ro­dzi­ca, cza­sem trud­no zro­zu­mieć, na czym po­le­ga nie­go­dzi­wość tej pro­ce­du­ry. Naj­kró­cej moż­na by od­po­wie­dzieć, że coś ta­kie­go jak „pra­wo do dziec­ka” nie ist­nie­je, że dzie­ci nie mo­gą stać się czy­jąś wła­sno­ścią czy też pro­duk­tem na za­mó­wie­nie. God­ność czło­wie­ka, tak­że nie­na­ro­dzo­ne­go, nie mo­że być po­świę­co­na na rzecz chę­ci po­sia­da­nia dziec­ka. Mi­mo że w in vi­tro dzie­ci po­wsta­ją po­za or­ga­ni­zmem mat­ki, od pierw­szych chwil ich ży­cia na szal­ce Pe­trie­go przy­słu­gu­je im nie­zby­wal­na i nie­na­ru­szal­na god­ność oso­by ludz­kiej. Ich ży­cie już się roz­po­czę­ło i jest tak sa­mo peł­no­war­to­ścio­we, jak ży­cie dzie­ci po­czę­tych na­tu­ral­nie. Po­win­ny im przy­słu­gi­wać wszel­kie pra­wa czło­wie­ka, przede wszyst­kim naj­waż­niej­sze z nich – pra­wo do ży­cia. Nie­ste­ty, jest ono na­ru­sza­ne na wie­lu eta­pach pro­ce­du­ry. Przyj­rzyj­my się im.

Pro­duk­cja za­rod­ków

W trak­cie pro­ce­du­ry in vi­tro szan­sę na ży­cie do­sta­ją tyl­ko naj­sil­niej­sze za­rod­ki. „Naj­le­piej ro­ku­ją­ce” wska­zu­je le­karz, przyj­mu­ją­cy ro­lę sę­dzie­go, a na­wet Bo­ga. Nie­za­prze­czal­nie jed­nym z naj­po­waż­niej­szych wy­kro­czeń mo­ral­nych zwią­za­nych z in vi­tro jest wy­twa­rza­nie „nad­licz­bo­wych” za­rod­ków, aby moż­na wy­brać „naj­lep­sze”. „To pierw­szy w hi­sto­rii czło­wie­ka przy­pa­dek, że umyśl­nie po­wo­łu­je się do ży­cia lu­dzi trak­to­wa­nych ja­ko nie­po­trzeb­nych, któ­rych w nie­któ­rych przy­pad­kach trze­ba gdzieś zma­ga­zy­no­wać do póź­niej­sze­go wy­ko­rzy­sta­nia („Wo­bec in vi­tro”, Jed­ność 2017, s. 63). Lub od ra­zu znisz­czyć.

Krio­kon­ser­wa­cja

Każ­de­go ro­ku li­kwi­du­je się wie­le nie­wy­ko­rzy­sta­nych em­brio­nów. Sza­cu­je się, że w USA w 2014 r. w ter­mo­sach krio­ge­nicz­nych za­mro­żo­nych by­ło po­nad 800 tys. za­rod­ków, w Pol­sce ma­my ich praw­do­po­dob­nie po­nad 150 tys. Nie­jed­na pa­ra de­cy­du­je się na za­płod­nie­nie wie­lu ko­mó­rek, choć od po­cząt­ku za­kła­da, że pra­gnie tyl­ko jed­ne­go dziec­ka, więc po za­mro­żo­ne ro­dzeń­stwo na pew­no do kli­ni­ki nie wró­ci. Pro­ble­mem jest też od­mra­ża­nie za­rod­ków – pro­ces ten na­ra­ża je na śmierć i po­waż­ne pro­ble­my zdro­wot­ne. Wa­ty­kań­ski do­ku­ment Di­gni­tas per­so­nae stwier­dza, że ist­nie­nie ty­się­cy za­mro­żo­nych za­rod­ków to „sy­tu­acja nie­spra­wie­dli­wo­ści nie do na­pra­wie­nia”.

Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na

Ta me­to­da po­zwa­la na ge­ne­tycz­ną ana­li­zę ko­mó­rek ja­jo­wych lub za­rod­ków przed ich trans­fe­rem do ma­ci­cy. Po­czę­te dzie­ci są pod­da­ne kon­tro­li ja­ko­ścio­wej i ilo­ścio­wej, któ­ra osta­tecz­nie za­wsze pro­wa­dzi do za­bi­cia nie­któ­rych z nich.

Abor­cja se­lek­tyw­na

Kie­dy wie­le za­rod­ków za­gnieź­dzi się w ma­ci­cy, ko­bie­ta znaj­du­je się w cią­ży mno­giej. A je­śli chcia­ła mieć tyl­ko jed­no dziec­ko? Nie­raz do­ko­nu­je się wów­czas tzw. se­lek­tyw­nej abor­cji, za­bi­ja­jąc „nad­licz­bo­we” dzie­ci. W Pol­sce prak­ty­ka ta jest za­bro­nio­na.

Re­kla­ma­cje

Sąd we Fran­cji na­ka­zał kli­ni­ce in vi­tro wy­pła­ca­nie ro­dzi­com do­ży­wot­nie­go od­szko­do­wa­nia za uro­dze­nie cho­re­go dziec­ka. Sąd w USA tak­że przy­znał mał­żon­kom od­szko­do­wa­nie – kli­ni­ka za­pła­ci­ła za uro­dze­nie przez ko­bie­tę troj­ga dzie­ci. W umo­wie by­ło za­pi­sa­ne, że chcia­ła tyl­ko dwo­je. Dziec­ko jest ewi­dent­nie spro­wa­dzo­ne do ka­te­go­rii pro­duk­tu, któ­ry – w tych wy­pad­kach – nie speł­nił wy­ma­gań klien­tów (ro­dzi­ców).

Cho­ro­by i za­bu­rze­nia, ry­zy­ko dla mat­ki

Dzie­ci z in vi­tro 1,7 ra­zy czę­ściej po­trze­bu­ją po­mo­cy me­dycz­nej. Ry­zy­ko wy­stą­pie­nia u nich po­ra­że­nia mó­zgo­we­go jest 3,7 ra­zy wyż­sze, a opóź­nie­nia roz­wo­jo­we­go – czte­ro­krot­nie wyż­sze. Czę­ściej ro­dzą się wcze­śnia­ki, czę­ściej dzie­ci ma­ją ni­ską wa­gę uro­dze­nio­wą. Rów­nież śmier­tel­ność oko­ło­po­ro­do­wa jest wyż­sza, a wa­dy roz­wo­jo­we zda­rza­ją się u 5,4 proc. dzie­ci. In vi­tro po­cią­ga tak­że kon­se­kwen­cje zdro­wot­ne dla mat­ki (wię­cej na ten te­mat na www.pro-life.pl).

To tyl­ko nie­któ­re za­rzu­ty wo­bec pro­ce­du­ry in vi­tro. Za­chę­ca­my do zgłę­bie­nia te­go te­ma­tu, gdyż w pu­blicz­nej de­ba­cie bę­dzie on wra­cał ca­ły czas.

Mar­cin No­wak

 

Drodzy Czytelnicy!

No­wy cykl za­czy­na­my od zmian, któ­re wy­ni­ka­ją z te­go, że uważ­nie wsłu­chu­je­my się w wa­sze ma­ilo­we gło­sy. „Dro­gę do Bierz­mo­wa­nia” chcą czy­tać rów­nież oso­by, któ­re nie są na eta­pie przy­go­to­wy­wa­nia się do Bierz­mo­wa­nia. Za­cho­wu­je­my więc część spe­cjal­nie dla kan­dy­da­tów do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej (pod ko­niec nu­me­ru), a w po­zo­sta­łej czę­ści pi­sma bę­dzie­my po­ru­szać waż­ne dla was te­ma­ty, prze­pro­wa­dzać wy­wia­dy z cie­ka­wy­mi oso­ba­mi, po­le­cać mło­dzie­żo­we wspól­no­ty. Nie za­brak­nie też roz­ryw­ki i kon­kur­sów z na­gro­da­mi.

Za­czy­na­my od trud­ne­go te­ma­tu, czy­li za­bu­rzeń od­ży­wia­nia. Na­le­żysz do osób, któ­re idąc uli­cą prze­glą­da­ją się w wi­try­nach skle­po­wych, by się do sie­bie uśmiech­nąć? Czy ra­czej do tych, któ­re kon­takt z lu­strem ogra­ni­cza­ją do nie­zbęd­ne­go mi­ni­mum? Jak wy­ja­śnia psy­cho­log Ma­ria Lan­ger-Fy­da, na po­wsta­nie tych za­bu­rzeń mo­że mieć wpływ m.in. ne­ga­tyw­ny ob­raz sie­bie. Jed­ną z przy­czyn je­go po­wsta­wa­nia jest to, że me­dia wtła­cza­ją nam do głów je­den kon­kret­ny ide­ał pięk­na, któ­ry sta­je się ucie­le­śnie­niem ma­rzeń wie­lu z nas. Sta­je­my się nie­ja­ko za­pro­gra­mo­wa­ni, by do te­go ide­ału dą­żyć za wszel­ką ce­nę, na­wet kosz­tem zdro­wia i – nie­ste­ty – cza­sem rów­nież ży­cia. Tak ro­dzą się np. ano­rek­sja i bu­li­mia, z któ­ry­mi mie­rzy się nie­ma­ło osób.

W nu­me­rze za­chę­ca­my do przy­ję­cia do wia­do­mo­ści kil­ku kom­plek­sów na punk­cie swo­jej uro­dy i do nie­wra­ca­nia już my­ślą do nich. Do spoj­rze­nia na sie­bie z mi­ło­ścią. Je­ste­śmy stwo­rze­ni na ob­raz i po­do­bień­stwo sa­me­go Pa­na Bo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki, psy­cho­log, tłu­ma­czy, że na­sze cia­ła zo­sta­ły stwo­rzo­ne, by… przyj­mo­wać i oka­zy­wać mi­łość.

Za naj­lep­szy wstęp do te­go te­ma­tu niech po­słu­żą sło­wa św. Au­gu­sty­na: „O ty­le sta­jesz się z dnia na dzień pięk­niej­szy, o ile wzra­sta w to­bie mi­łość. Bo mi­łość jest ozdo­bą du­szy, jest jej pięk­nem”. Sta­waj­my się pięk­niej­si z dnia na dzień w ta­ki wła­śnie spo­sób, nie szko­dząc na­szym cia­łom.

Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, jest grub­szy niż zwy­kle. Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki wpro­wa­dza w co­dzien­ność afry­kań­skich dzie­ci. Zo­ba­czy­cie, jak się uczą, o czym ma­rzą i ja­kie ma­ją pro­ble­my. A co naj­waż­niej­sze, do­wie­cie się, jak mo­że­cie po­móc.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szukał Allaha, znalazł Jezusa

Na­be­el Qu­re­shi ca­łym ser­cem szu­kał Bo­ga, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dzie Go w swo­jej mu­zuł­mań­skiej wie­rze. Li­czył też na to, że uda mu się na­wró­cić swo­ich chrze­ści­jań­skich przy­ja­ciół. Za­le­ża­ło mu na tym, że­by po­znać Praw­dę, ale dro­ga, ja­ką ob­rał, do­pro­wa­dzi­ła go do cze­goś zu­peł­nie in­ne­go niż mógł­by przy­pusz­czać.

Wy­cho­wy­wał się w ko­cha­ją­cej, po­ko­jo­wo na­sta­wio­nej ro­dzi­nie. Więk­szość ży­cia spę­dził w USA. Z po­dzi­wem pa­trzył na swo­je­go ta­tę i – jak on – mo­dlił się pięć ra­zy dzien­nie. Uczył się na pa­mięć Ko­ra­nu po an­giel­sku i po arab­sku. Jak na na­sto­lat­ka był świet­nie zo­rien­to­wa­ny w spra­wach wia­ry, cze­go nie moż­na by­ło po­wie­dzieć o je­go przy­ja­cio­łach ze szko­ły, któ­rzy za­zwy­czaj prze­gry­wa­li z nim w dys­ku­sjach, nie umie­jąc wy­tłu­ma­czyć mu pod­staw chrze­ści­jań­stwa. Bar­dzo chciał przy­bli­żyć im is­lam i stop­nio­wo skło­nić do zmia­ny re­li­gii.

Fot. pexels.com / Bra­dy Knoll

Is­lam a chrze­ści­jań­stwo

Do cza­su. W szko­le śred­niej po­znał w koń­cu ko­goś, ko­go rów­nie moc­no jak je­go po­cią­ga­ły kwe­stie wiary.Ten ktoś był chrze­ści­ja­ni­nem. Da­wid, je­go no­wy przy­ja­ciel, za­chę­cał go do kry­tycz­ne­go prze­czy­ta­nia tek­stu Ko­ra­nu i po­rów­na­nia go z Bi­blią.

Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Na­be­el zo­stał wy­cho­wa­ny w po­ko­jo­wej wer­sji is­la­mu i za­kła­dał, że te­go wła­śnie na­ucza je­go re­li­gia. Kie­dy jed­nak zgo­dził się spoj­rzeć kry­tycz­nie na wska­zów­ki pro­ro­ka Ma­ho­me­ta, zna­lazł wie­le przy­kła­dów, na­wo­łu­ją­cych do prze­mo­cy. Sta­rał się tłu­ma­czyć to so­bie na róż­ne spo­so­by. Jed­nak co­raz wy­raź­niej do­strze­gał róż­ni­ce po­mię­dzy ty­mi frag­men­ta­mi Ko­ra­nu a sło­wa­mi Je­zu­sa na­wo­łu­ją­ce­go do te­go, aby mi­ło­wać swo­ich nie­przy­ja­ciół i mo­dlić się za tych, któ­rzy nas prze­śla­du­ją.

Wie­dział, że po­rzu­ca­jąc is­lam, zgod­nie z wy­zna­wa­ny­mi przez sie­bie na­uka­mi, po­peł­nił­by bluź­nier­stwo i bar­dzo zra­nił­by swo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy wy­cho­wa­li go w wie­rze. Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Je­zus jest Bo­giem i kwe­stia Zmar­twych­wsta­nia

Zgod­nie z is­la­mem wie­rzył, że Je­zus jest pro­ro­kiem, ale nie w to, że miał­by być Bo­giem. Da­vid spo­koj­nie wska­zy­wał mu frag­men­ty Bi­blii, któ­re to po­twier­dza­ją. Mó­wi­ły o tym, aby wszy­scy od­da­wa­li część Sy­no­wi – tak jak od­da­ją cześć Oj­cu i te, w któ­rych Je­zus ak­cep­tu­je sło­wa Pio­tra: „Ty je­steś Me­sjasz, Syn Bo­ga Ży­we­go”. Je­że­li Chry­stus rze­czy­wi­ście uwa­żał się za Bo­ga, to zna­czy, że is­lam my­lił się, trak­tu­jąc Go je­dy­nie ja­ko jed­ne­go z pro­ro­ków. Ci prze­cież nie mó­wi­li o so­bie, że są Bo­giem. Czy moż­li­we, aby to chrze­ści­jań­stwo do­brze od­czy­ta­ło Je­go na­uki?

Pro­ble­mem by­ła też kwe­stia zmar­twych­wsta­nia Je­zu­sa, w któ­re mu­zuł­ma­nie nie wie­rzą. Da­wid i in­ni chrze­ści­jań­scy przy­ja­cie­le Na­abe­la przed­sta­wia­li hi­sto­rycz­ne do­wo­dy na jej praw­dzi­wość. Wcze­sny Ko­ściół zo­stał zbu­do­wa­ny na na­uce, gło­szą­cej, że Je­zus zmar­twych­wstał, a ci, któ­rzy Go wi­dzie­li, by­li go­to­wi od­dać ży­cie za tę praw­dę. Rze­czy­wi­ście, na prze­strze­ni wie­ków zda­rza­ło się, że lu­dzie umie­ra­li za fał­szy­we idee, ale ni­gdy nie zda­rzy­ło się, że­by ktoś umarł za ideę, o któ­rej wie­dział, że by­ła fał­szy­wa. Ten tok ro­zu­mo­wa­nia wy­klu­czał kłam­stwo uczniów Chry­stu­sa. Tak wie­lu po­twier­dzi­ło, że wi­dzia­ło Go po zmar­twych­wsta­niu, że nie­moż­li­wa wy­da­wa­ła się też hi­po­te­za, ja­ko­by wszy­scy w jed­nym mo­men­cie osza­le­li i trwa­li w tym sza­leń­stwie przez dłu­gie la­ta, aż do mę­czeń­skiej śmier­ci.

Czy więc praw­dą mo­gło oka­zać się, że istot­nie Je­zus Chry­stus jest Sy­nem Bo­żym, któ­ry zo­stał ukrzy­żo­wa­ny za na­sze grze­chy, a po trzech dniach zmar­twych­wstał?

De­cy­zja

Na­abel jesz­cze przez ja­kiś czas mo­co­wał się sam ze so­bą. Kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia i pro­sił mu­zuł­mań­skich uczo­nych o po­moc. Im głęb­sze ba­da­nia pro­wa­dził, tym sil­niej prze­ko­ny­wał się, że Pi­smo Świę­te rze­czy­wi­ście jest Sło­wem Bo­żym, a Ewan­ge­lie, pod­da­ne szcze­gó­ło­wej ana­li­zie, po­ka­zu­ją praw­dzi­wy ob­raz Chry­stu­sa.

Wie­dział, ile bę­dzie go kosz­to­wa­ło przy­ję­cie tej praw­dy. Mu­siał­by przy­znać, że ca­łe ży­cie tkwił w błę­dzie i trwa­le zra­zić do sie­bie ca­łą ro­dzi­nę. Jak wie­le był w sta­nie po­świę­cić? Czy nie le­piej by­ło­by uda­wać, że nic się nie sta­ło i żyć sta­rym ży­ciem?

Nie, nie po­tra­fił już te­go ro­bić. Otwo­rzył Bi­blię i czy­tał: „Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy się smu­cą, al­bo­wiem oni bę­dą po­cie­sze­ni. Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy cier­pią prze­śla­do­wa­nia dla spra­wie­dli­wo­ści, al­bo­wiem do nich na­le­ży Kró­le­stwo Nie­bie­skie”.

Pod­jął de­cy­zję.

Zna­lazł Je­zu­sa i niósł Go in­nym

Sta­ło się tak, jak my­ślał. Po­dzi­wia­ny oj­ciec i uko­cha­na mat­ka uzna­li, że stał się apo­sta­tą, utra­cił wiecz­ne zba­wie­nie i spla­mił ho­nor ro­dzi­ny. Nie wy­rze­kli się go, ale wi­dział w ich oczach ogrom­ny ból. Tak bar­dzo ma­rzył o tym, że­by i oni prze­szli kie­dyś dro­gę, któ­rą on po­ko­nał, ale na­wet nie chcie­li o tym sły­szeć.

Choć z wy­kształ­ce­nia był le­ka­rzem, po­sta­no­wił do­dat­ko­wo stu­dio­wać teo­lo­gię. Pro­wa­dził de­ba­ty z naj­le­piej wy­kształ­co­ny­mi oso­ba­mi ze świa­ta is­la­mu, wy­kła­dał na wie­lu uni­wer­sy­te­tach i na­pi­sał słyn­ną książ­kę „Szu­ka­jąc Al­la­ha, zna­la­złem Je­zu­sa”. Oże­nił się i uro­dzi­ła mu się cór­ka. Po­mi­mo wie­lu trud­nych sy­tu­acji i ata­ków ze stro­ny osób, któ­re uwa­ża­ły go za zdraj­cę, nie pod­da­wał się i nie ża­ło­wał wy­bo­ru Chry­stu­sa.

Naj­trud­niej­sza pró­ba mia­ła jed­nak do­pie­ro na­dejść.

Ostat­nia pró­ba

W wie­ku 34 lat pla­no­wał swo­ją przy­szłość, cie­szył się ro­dzi­ną. Ma­rzył, aby za­nieść Ewan­ge­lię na krań­ce świa­ta. Przy­szedł jed­nak pro­blem – przez kil­ka ty­go­dni zma­gał się z upo­rczy­wy­mi bó­la­mi brzucha.Przyjaciołom uda­ło się w koń­cu na­mó­wić go na wi­zy­tę u le­ka­rza.

Dia­gno­za by­ła dru­zgo­cą­ca: w je­go cie­le roz­wi­jał się rak. Na­stęp­ne mie­sią­ce po­ka­za­ły, że nic nie jest w sta­nie go za­trzy­mać.

Kie­dy zo­sta­ło Na­be­elo­wi zo­sta­ło już nie­wie­le cza­su, przy­je­chał do nie­go ta­to, któ­ry chciał się nim za­opie­ko­wać. Choć tak wie­le te­raz ich dzie­li­ło, na­dal ko­chał sy­na i zgo­dził się wy­stą­pić z nim na vlo­gu, na któ­rym ten czy­tał Bi­blię dla swo­ich wi­dzów.

Na­be­el dzię­ko­wał przy­ja­cio­łom za mo­dli­twy w in­ten­cji swo­je­go uzdro­wie­nia, ale jed­no­cze­śnie pod­kre­ślał, że przyj­mu­je Bo­żą wo­lę – jak­kol­wiek by ona nie by­ła. Przed śmier­cią na­pi­sał: „Je­zus był w sta­nie po­wstać z mar­twych. Po­ko­nał śmierć. A w tym ży­ciu nie cho­dzi tyl­ko o ży­cie, któ­re koń­czy się, kie­dy umie­ra­my. Nie ma ab­so­lut­nie ni­cze­go bar­dziej uwal­nia­ją­ce­go niż ta świa­do­mość”.

Ewa Rej­man

 

Ksiądz odpowiada

By­łam do spo­wie­dzi i nie od ra­zu od­pra­wi­łam po­ku­tę. Pod ko­niec dnia za­po­mnia­łam już, co to by­ło. Czy to ozna­cza, że mu­szę jesz­cze raz iść do spo­wie­dzi? Ka­sia

Ka­siu!

Po­ku­ta za­da­wa­na przez ka­pła­na jest jed­nym z pię­ciu wa­run­ków do­brej spo­wie­dzi, ja­ko „za­dość­uczy­nie­nie Pa­nu Bo­gu i bliź­nie­mu za po­peł­nio­ne grze­chy”.

Każ­dy grzech nie­sie za so­bą skut­ki, na­ru­sza na­szą więź z Pa­nem Bo­giem, ra­ni bliź­nie­go (na­wet je­śli bez­po­śred­nio go nie do­ty­ka) i ra­ni nas sa­mych. Pią­ty wa­ru­nek do­brej spo­wie­dzi za­kła­da za­dość­uczy­nie­nie, czy­li pró­bę na­pra­wie­nia wy­rzą­dzo­nej krzyw­dy. Oczy­wi­ście, tym, któ­ry przyj­mu­je na sie­bie po­ku­tę za na­sze grze­chy na pierw­szym miej­scu jest sam Chry­stus. To on umie­ra za nas na Krzy­żu! Na­sza po­ku­ta jest tyl­ko pró­bą uczest­nic­twa w Je­go cier­pie­niu za na­sze grze­chy.

Fot. pixabay.com / ge­ralt.

Ka­te­chizm Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go o po­ku­cie pi­sze tak: „O ile to moż­li­we, po­win­na od­po­wia­dać cię­ża­ro­wi i na­tu­rze po­peł­nio­nych grze­chów. Mo­że nią być mo­dli­twa, ja­kaś ofia­ra, dzie­ło mi­ło­sier­dzia, służ­ba bliź­nie­mu, do­bro­wol­ne wy­rze­cze­nie, cier­pie­nie, a zwłasz­cza cier­pli­wa ak­cep­ta­cja krzy­ża, któ­ry mu­si­my dźwi­gać”.

Po­ku­tę naj­le­piej wy­peł­nić moż­li­wie szyb­ko po spo­wie­dzi (chy­ba, że jej cha­rak­ter za­kła­da coś in­ne­go), że­by nie za­po­mnieć, co by­ło jej tre­ścią. Po przy­ję­ciu roz­grze­sze­nia, a przed wy­peł­nie­niem za­da­nej po­ku­ty, mo­że­my już przy­jąć Ko­mu­nię świę­tą. Po­nie­waż za­zwy­czaj za po­ku­tę otrzy­mu­je­my ja­kąś mniej lub bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną mo­dli­twę do od­mó­wie­nia. Gdy za­po­mnie­li­śmy po­ku­ty, trze­ba we­dług wła­sne­go su­mie­nia wy­brać in­ną for­mę mo­dli­twy, któ­rą chcie­li­by­śmy od­po­ku­to­wać za po­peł­nio­ne grze­chy. Za­tem je­śli za­po­mni­my, ja­ką ksiądz za­dał nam po­ku­tę (nie­któ­rym zda­rza się to na­wet za­raz po odej­ściu od kra­tek kon­fe­sjo­na­łu), to po­win­ni­śmy nadać so­bie do­wol­ną po­ku­tę i nie mu­si­my z te­go po­wo­du od ra­zu przy­stę­po­wać do spo­wie­dzi po raz ko­lej­ny.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

 

Kluczem do czystości jest wsparcie

Od­kąd pa­mię­tam – czy­stość przed­mał­żeń­ska by­ła waż­nym ele­men­tem mo­jej mło­do­ści. Wy­ni­ka­ło to z wy­cho­wa­nia, ja­kie otrzy­ma­łem od ro­dzi­ców, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim z wia­ry.

Wie­dzia­łem, że chcę być dla tej jed­nej je­dy­nej wy­bran­ki mo­je­go ser­ca w peł­ni da­rem. Tak: da­rem, bo czy­stość tak wła­śnie po­strze­gam – ja­ko pięk­ny pre­zent, któ­ry ofia­ro­wu­je się dru­giej oso­bie. W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło – „bę­dę żył w czy­sto­ści do ślu­bu i ko­niec”. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.. My­ślę, że jak więk­szość mło­dych chło­pa­ków mia­łem „pod gór­kę” z czy­sto­ścią. Pod­po­rą na tej trud­nej ścież­ce oka­za­ła się ona, wte­dy mo­ja dziew­czy­na, a te­raz wspa­nia­ła żo­na. Gdy­by nie ona, nie wiem, jak wie­le sy­tu­acji w na­szym ży­ciu by się po­to­czy­ło. To ona czę­sto w chwi­lach trud­nych, peł­nych pa­sji, na­mięt­no­ści (bo nie oszu­kuj­my się, że mię­dzy dwoj­giem ko­cha­ją­cych się osób jej nie ma) szyb­ko wra­ca­ła na zie­mię i mó­wi­ła: stop. Bo­że, dzię­ki Ci za nią!

Fot. pixabay.com / Pe­xels

Wra­cać na do­bry tor

Jej po­sta­wa też nie by­ła przy­pad­ko­wa. Ro­dzi­ce, a zwłasz­cza ma­ma, po­wta­rza­li jej, jak ta czy­sto­ści jest waż­na w bu­do­wa­niu szczę­śli­wej re­la­cji mał­żeń­skiej. Do­dat­ko­wo od mo­men­tu jej uro­dze­nia ma­ma mo­dli­ła się, by cór­ka do­cho­wa­ła czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej. To wspar­cie by­ło klu­czem i du­żo po­mo­gło nam w tej wal­ce, ja­ką od­by­wa­li­śmy co ja­kiś czas. Waż­ne by­ło, by mi­mo ta­kich drob­nych upad­ków wra­cać na do­bry tor. Szyb­ko, bo po rap­tem pół­to­ra ro­ku związ­ku oświad­czy­łem się. Wie­dzia­łem, że ko­bie­ta u me­go bo­ku jest tą je­dy­ną. W na­rze­czeń­stwie czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że mo­że wię­cej. I ja cza­sem po­su­wa­łem się za da­le­ko w swo­ich ge­stach. Ona jed­nak po­tra­fi­ła dać mi po ła­pach. Pa­mię­tam nie raz jej łzy smut­ku, wy­ni­ka­ją­ce z tych trud­nych mo­men­tów. Po ro­ku na­rze­czeń­stwa sta­li­śmy na ślub­nym ko­bier­cu. Szczę­śli­wi, mło­dzi, za­ko­cha­ni i ja­ko wspa­nia­łe da­ry dla sie­bie na­wza­jem.

W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.

Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści

Wy­da­je mi się, że aby wy­trwać w po­sta­no­wie­niu czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej, trze­ba mieć opar­cie tej dru­giej stro­ny. Trud­ne jest, że­by tyl­ko jed­na stro­na dba­ła o wszyst­ko i sta­ła na stra­ży. Wia­do­mo, że po wie­lu na­ci­skach, proś­bach i naj­lep­szy straż­nik ule­gnie. Dla­te­go tak waż­ne jest, by był to wspól­ny cel. Nie wy­obra­żam so­bie in­ne­go sce­na­riu­sza na­szej wspól­nej dro­gi. Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści, że ży­cie w związ­ku jest ta­kie pro­ste. Kie­dy czło­wiek ma przy bo­ku pięk­ną ko­bie­tę, to chy­ba jest z nim coś nie tak, je­śli nie czu­je tej na­mięt­no­ści. Pe­wien ka­płan po­wie­dział mi kie­dyś, że czło­wiek nie jest ma­te­ra­cem, że­by po nim ska­kać. To praw­da, bo kie­dy po­ku­sa jest wręcz na­chal­na, trud­no nie ule­gnąć. Wiem jed­no, że by­ło war­to i wi­dzę owo­ce w na­szym mał­żeń­stwie.

Ka­rol, 27 lat

Pytanie do psychologa

Dro­go, nic mi się nie chce ro­bić, a już zwłasz­cza od­ra­biać za­jęć. Smut­no mi przez ca­ły czas i słu­cham smut­nych pio­se­nek, no chy­ba że spo­ty­kam się z przy­ja­ciół­mi. Wte­dy śmie­je­my się i do­brze się ba­wię. Chy­ba nie wspo­mnia­łem, że moi ro­dzi­ce są w trak­cie roz­wo­du. Czy to jest de­pre­sja? Ty­le o niej sły­sza­łem. Je­stem cho­ry? Co mam zro­bić, Mi­chał

Mi­cha­le!

Pa­mię­taj, że nie da się po­sta­wić dia­gno­zy na pod­sta­wie kil­ku zdań. Jed­nak to, co na­pi­sa­łeś na­pa­wa opty­mi­zmem. Oso­ba w de­pre­sji zwy­kle nie po­tra­fi cie­szyć się z ni­cze­go, a pi­szesz, że spo­tka­nie pod­no­si Cię na du­chu. To wspa­nia­le mieć przy­ja­ciół!

Smu­tek wy­glą­da na na­tu­ral­ną re­ak­cję na prze­dłu­ża­ją­cy się stres. Na­wet je­śli ro­dzi­ce pod­cho­dzą do roz­wo­du w mak­sy­mal­nie kul­tu­ral­ny spo­sób, jest to na pew­no dla Cie­bie trud­ne. Każ­da du­ża zmia­na w ży­ciu po­wo­du­je tzw. re­ak­cję stre­so­wą, a co do­pie­ro wy­wró­ce­nie do­mo­we­go ży­cia do gó­ry no­ga­mi.

Czym jest stres?

Stres to nie­swo­ista re­ak­cja or­ga­ni­zmu na po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu, te od­po­wie­dzial­ne za prze­trwa­nie, re­agu­ją na moż­li­we za­gro­że­nie, przy­go­to­wu­jąc cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki. Po­ja­wia­ją się np. nie­po­kój, za­wę­że­nie uwa­gi, na­pię­cie mię­śni itp.

Fot. pixabay.com / ar­ha­vi­su­al.

Ty­po­wy przy­kład gdy ta­ka re­ak­cja się przy­da­je – wcho­dzisz na uli­cę i sły­szysz pisk opon. Na­tych­miast spię­ty od­ska­ku­jesz na chod­nik, a po­tem do­pie­ro do­cie­ra do Cie­bie, co się sta­ło. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu bły­ska­wicz­nie oce­ni­ły, że coś za­gra­ża Two­je­mu ży­ciu i za­re­ago­wa­ły, za­nim po­my­śla­łeś. Włą­czył się tzw. od­ruch orien­ta­cyj­ny, a za­raz po nim re­ak­cja stre­so­wa, któ­ra mo­bi­li­zu­je cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki.

Pro­blem po­le­ga na tym, że cia­ło po­dob­nie (choć wol­niej) mo­bi­li­zu­je czło­wie­ka do wal­ki ze stre­sem in­ne­go ro­dza­ju. Np. pro­ble­ma­mi mię­dzy­ludz­ki­mi. Gdy ro­dzi­ce się roz­wo­dzą, za­ni­ka po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu pod­po­wia­da­ją: za­walcz z tym lub uciek­nij od tej sy­tu­acji. W cia­ło wkra­da się nie­ustan­ne na­pię­cie, my­śli krą­żą upo­rczy­wie wo­kół pro­ble­mu. Cia­ło pro­du­ku­je nie­na­tu­ral­nie du­że por­cje kok­taj­lu hor­mo­nal­ne­go, któ­ry pod­trzy­mu­je or­ga­nizm w go­to­wo­ści do wal­ki lub uciecz­ki. Ty­le że od te­go nie uciek­niesz, bo nie masz wpły­wu na de­cy­zje swo­ich ro­dzi­ców. Dla­te­go po­ja­wia się wy­czer­pa­nie, znie­chę­ce­nie, smu­tek, po­czu­cie bez­rad­no­ści, nie­chęć do ro­bie­nia cze­go­kol­wiek.

Play­li­stą w smu­tek!

To, co mo­żesz zro­bić, co od Cie­bie za­le­ży, to wal­ka ze skut­ka­mi stre­su. Słu­cha­nie smut­nej mu­zy­ki mo­że po­móc, po­dob­nie jak wy­pła­ka­nie się, jed­nak na dłuż­szą me­tę mo­że utrwa­lać przy­gnę­bie­nie. Dla­te­go war­to przy­go­to­wać so­bie play­li­stę wy­pro­wa­dza­ją­cą ze złe­go na­stro­ju. Za­czy­nasz od ulu­bio­nych smut­nych pio­se­nek, ale stop­nio­wo do­da­jesz do play­li­sty pio­sen­ki co­raz bar­dziej ra­do­śniej­sze.

Do­sko­na­łym po­my­słem jest też spo­ty­ka­nie się z przy­ja­ciół­mi. Ba­da­nia po­ka­zu­ją, że pod­trzy­mu­ją­cy na du­chu przy­ja­cie­le są naj­lep­szym le­kar­stwem na stres. Na­wet nie mu­szą z To­bą roz­ma­wiać o pro­ble­mie, sa­mo ich wspie­ra­ją­ce to­wa­rzy­stwo i ro­bie­nie wspól­nie cze­goś przy­jem­ne­go po­ma­ga w wal­ce z na­pię­ciem.

Na pew­no war­to też byś za­in­te­re­so­wał się spor­tem któ­ry po­zwo­li z jed­nej stro­ny roz­ła­do­wać na­pię­cie gro­ma­dzą­ce się w cie­le, z dru­giej do­da ener­gii po­trzeb­nej do ży­cia.

Dru­gi czło­wiek

Jesz­cze jed­na rzecz – war­to zna­leźć w ro­dzi­nie ko­goś, z kim moż­na po­ga­dać o Two­ich pro­ble­mach. Ro­dzi­ce z pew­no­ścią są tak po­grą­że­ni we wła­snych, że na­wet mi­mo do­brych chę­ci bę­dą sku­pie­ni na roz­wo­dzie. Pa­mię­tasz? Stres po­wo­du­je za­wę­że­nie uwa­gi i cią­głe roz­my­śla­nie o pro­ble­mie – oni też do­świad­cza­ją dłu­go­trwa­łe­go stre­su. Dla­te­go za­sta­nów się, kto z ro­dzi­ny mo­że być dziś dla Cie­bie wspar­ciem – mo­że bab­cia lub dzia­dek? Mo­że ja­kaś cio­cia czy wu­jek? A mo­że ro­dzi­ce chrzest­ni? Do­brze mieć ko­goś bli­skie­go, przed kim moż­na otwo­rzyć ser­ce, kto Cię przy­tu­li i po­wie, że cię ko­cha i ro­zu­mie.

Pa­mię­taj też, że to, co na­pi­sa­łam opie­ra się na kil­ku zda­niach Two­je­go zwie­rze­nia, więc na pew­no nie wy­czer­pu­je te­ma­tu. War­to, byś spo­tkał się z za­ufa­nym psy­cho­lo­giem w spo­tka­niu na ży­wo, a on pod­po­wie Ci, jak prze­trwać ten trud­ny okres.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log

Drodzy Czytelnicy!

Czy czy­stość przed­mał­żeń­ska jest na­dal war­to­ścią? Czy to się opła­ca? Da się w ogó­le cze­kać do ślu­bu?
Część lu­dzi mó­wi, że wol­ność to na­sze pra­wo i mo­że­my ro­bić to, co chce­my, tak­że w sfe­rze sek­su­al­nej. Oglą­da­jąc fil­my i se­ria­le cza­sem moż­na od­nieść wra­że­nie, że naj­waż­niej­sza jest przy­jem­ność. To sa­mo ro­bią nie­któ­re cza­so­pi­sma, pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, ce­le­bry­ci, in­flu­en­ce­rzy. Przy­go­to­wu­jąc się do te­ma­tu od­by­łam kil­ka cie­ka­wych roz­mów. Te oso­by, któ­re po­cze­ka­ły z sek­sem do ślu­bu, po­twier­dza­ją: war­to by­ło cze­kać. Nie ża­łu­ją wy­rze­czeń, choć otwar­cie mó­wią, że nie by­ło ła­two. Są do­wo­da­mi na to, że cze­ka­nie ma sens.

Za­wsze bę­dą zwo­len­ni­cy dwóch opcji: „war­to cze­kać” i „to się nie opła­ca”. Po­do­ba mi się okre­śle­nie sek­su­al­no­ści ks. Ka­mi­la Go­łusz­ki. Pi­sze on, że „ogień, nad któ­rym tra­ci­my kon­tro­le, ła­two mo­że prze­ro­dzić się w po­żar, któ­ry za­miast da­wać cie­pło i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, sie­je znisz­cze­nie”. Wy­raź­nie stwier­dza rów­nież, że seks mał­żeń­ski jest świę­ty. Czy­stość wciąż ma zna­cze­nie. A co z ty­mi, oso­ba­mi, któ­re utra­ci­ły dzie­wic­two? Czy­stość dru­giej szan­sy to jest to. Pi­szą o niej Be­ata i Mar­cin Mą­drzy.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych dru­ku­je­my frag­men­ty ad­hor­ta­cji „Chri­stus vi­vit” („Chry­stus ży­je”) Oj­ca Świę­te­go Fran­cisz­ka do mło­dych i ca­łe­go lu­du Bo­że­go. Przed­sta­wia­my lu­dzi, dla któ­rych Bóg i te­atr są pa­sją. Za­chę­ca­my chło­pa­ków, że­by po­szli w śla­dy św. Jó­ze­fa, a wszyst­kich do po­trak­to­wa­nia Bierz­mo­wa­nia ja­ko za­pro­sze­nia Bo­ga do trwa­nia w Je­go mi­ło­ści i bli­sko­ści.

W paź­dzier­ni­ku wra­ca­my do Was z ko­lej­nym cy­klem „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia”. Nad­sy­łaj­cie do nas pro­po­zy­cje te-ma­tów, o któ­rych chcie­li­by­ście po­czy­tać. Z ra­do­ścią czy­ta­my wszyst­kie Wa­sze ma­ile.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Wołanie o pomoc

Kto uczy­nił coś złe­go i chce się na­wró­cić, przy­zna­je się do wi­ny i prze­pra­sza skrzyw­dzo­ne oso­by. Prze­pro­sze­nie Bo­ga, to mo­dli­twa, w cza­sie któ­rej Bóg nas uzdra­wia i urzą­dza nam ra­do­sne świę­to po­jed­na­nia.

Po­za Ma­ry­ją ża­den czło­wiek nie jest bez grze­chu. Na­wet naj­szla­chet­niej­szym z nas – już od mło­do­ści – zda­rza­ją się chwi­le sła­bo­ści. Wy­rzą­dza­my zło in­nym czy sa­mym so­bie. Jed­ni trwa­ją w grze­chu i czy­nią co­raz więk­sze zło, a in­ni po­dej­mu­ją wy­si­łek na­wró­ce­nia i wcho­dzą na dro­gę świę­to­ści. Bi­blia po­twier­dza, że naj­więk­szą szan­sę na na­wró­ce­nie i ra­do­sne ży­cie ma­ją ci, któ­rzy po grze­chu nie cho­wa­ją się przed Bo­giem Ci, co uzna­ją swój błąd i szu­ka­ją Bo­ga – jak król Da­wid czy św. Piotr, któ­ry po za­par­ciu się Mi­strza gorz­ko za­pła­kał i po­szedł za Je­zu­sem. Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści. Są do­wo­dem na to, że za­czy­na­my się zmie­niać i że ma­my świa­do­mość bó­lu, ja­ki ko­muś za­da­li­śmy. Ra­do­sne łzy wzru­sze­nia po­ja­wia­ją się, gdy mąż ser­decz­nie prze­pra­sza żo­nę, któ­rą skrzyw­dził. Al­bo gdy do­ra­sta­ją­ce dziec­ko prze­pra­sza ro­dzi­ców, któ­rych zra­ni­ło nie­wdzięcz­no­ścią, lek­ce­wa­że­niem ich mi­ło­ści al­bo wi­kła­niem się w uza­leż­nie­nia.

Po­wrót sy­na mar­no­traw­ne­go. Rem­brandt. Fot.: Wi­ki­me­dia Com­mons

Wo­ła­nie do Bo­ga o po­moc

Cza­sem zgrze­szy­my, krzyw­dząc sa­mych sie­bie czy bliź­nich, a przez to za­da­jąc cier­pie­nie sa­me­mu Bo­gu, któ­re­mu naj­bar­dziej za­le­ży na na­szym szczę­ściu. Wte­dy war­to za­cząć od mo­dli­twy bła­ga­nia, czy­li od wo­ła­nia do Bo­ga o po­moc w ob­li­czu na­szych sła­bo­ści. Wzo­rem mo­że być król Da­wid, któ­ry sam sie­bie gorz­ko roz­cza­ro­wał. Stał się cu­dzo­łoż­ni­kiem i zle­cił mor­der­stwo mę­ża swo­jej ko­chan­ki. Upo­mnia­ny z mi­ło­ścią przez pro­ro­ka Na­ta­na, za­wo­łał do Bo­ga: „Zmi­łuj się na­de mną, Bo­że, w swo­jej ła­ska­wo­ści, w ogro­mie swe­go mi­ło­sier­dzia wy­maż mo­ją nie­pra­wość! Ob­myj mnie zu­peł­nie z mo­jej wi­ny i oczyść mnie z grze­chu mo­je­go! Uzna­ję bo­wiem mo­ją nie­pra­wość, a grzech mój jest za­wsze przede mną. Od­wróć ob­li­cze swe od mo­ich grze­chów i wy­maż wszyst­kie mo­je prze­wi­nie­nia! Stwórz, o Bo­że, we mnie ser­ce czy­ste! Przy­wróć mi ra­dość z Two­je­go zba­wie­nia!” (psalm 51). Gdy skrzyw­dzi­my ko­goś z lu­dzi, to skrzyw­dzo­ny nie za­wsze mo­bi­li­zu­je nas do prze­mia­ny. Cza­sem nam zło­rze­czy czy chce ze­msty. Gdy o na­szych sła­bo­ściach roz­ma­wia­my z Bo­giem, On za­wsze znaj­dzie dla nas sło­wa po­mo­cy. Za­wsze wle­je w nas si­łę, po­trzeb­ną do uzna­nia praw­dy o so­bie i na­wró­ce­nia.

Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści.

Ra­dość z uzna­nia win

Na po­cząt­ku każ­dej Mszy świę­tej uzna­je­my na­sze grze­chy i kie­ru­je­my do Bo­ga mo­dli­twę: „Pa­nie, zmi­łuj się nad na­mi!” Wer­sja wło­ska brzmi jesz­cze moc­niej: „Pa­nie, li­to­ści!” Mo­dli­twa prze­pro­sze­nia jest po­trzeb­na nie Bo­gu, lecz nam sa­mym, gdyż uzna­nie wła­snych błę­dów to wa­ru­nek na­wró­ce­nia i po­jed­na­nia. Wzo­rem ta­kiej mo­dli­twy mo­że być syn mar­no­traw­ny, któ­ry za­sta­no­wił się i po­wie­dział so­bie: „Iluż to na­jem­ni­ków mo­je­go oj­ca ma pod do­stat­kiem chle­ba, a ja tu z gło­du gi­nę. Za­bio­rę się i pój­dę do me­go oj­ca, i po­wiem mu: Oj­cze, zgrze­szy­łem prze­ciw Bo­gu i wzglę­dem cie­bie; już nie je­stem go­dzien na­zy­wać się two­im sy­nem: uczyń mnie choć­by jed­nym z na­jem­ni­ków” (Łk 15, 17–19). Syn mar­no­traw­ny po­stą­pił tak, jak po­my­ślał. Wte­dy prze­ko­nał się, że oj­ciec na­wet jed­nym sło­wem nie wy­po­mi­na mu prze­szło­ści, lecz że rzu­ca mu się z głę­bo­kim wzru­sze­niem na szy­ję i urzą­dza mu świę­to oca­le­nia. Bóg wi­dzi nie tyl­ko na­sze grze­chy, ale też na­sze cier­pie­nie i nasz wy­si­łek, by czy­nić do­bro. Gdy Go prze­pra­sza­my, wte­dy od­kry­wa­my, że Je­go przy­ka­za­nia są słusz­ne i że szczę­śli­wi są ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z ni­mi.

 

Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

By ogień nie przerodził się w pożar

Nie je­stem prze­ko­na­ny do mó­wie­nia o sek­su­al­no­ści w ka­te­go­riach „czy­sto­ści” lub „nie­czy­sto­ści”.

Ro­zu­miem, że to skrót my­ślo­wy. Jed­nak kry­je się za nim pew­na pu­łap­ka. Gdzieś w głę­bi na­sze­go ro­zu­mie­nia za­pi­su­je się poj­mo­wa­nie sek­su­al­no­ści ja­ko cze­goś, co mo­że nas „za­nie­czy­ścić”! A to prze­cież zu­peł­nie nie tak! Bo seks jest świę­ty. Wróć! Seks mał­żeń­ski jest świę­ty. I tak jak wszyst­ko in­ne, co świę­te, mu­si być uży­wa­ny w okre­ślo­nych ra­mach. Za­tem sek­su­al­ność sa­ma z sie­bie nie czy­ni nas nie­czy­sty­mi, ale jej nie­od­po­wied­nie uży­wa­nie już mo­że. Wszyst­ko, co ma więk­szą war­tość, ma rów­nież swo­je ce­le, do któ­rych po­win­no być wy­ko­rzy­sty­wa­ne. I tak jak in­ne rze­czy, tak i sek­su­al­ność, uży­wa­na nie do te­go, do cze­go zo­sta­ła da­na i w nie­od­po­wied­ni spo­sób, mo­że bar­dziej za­szko­dzić niż przy­nieść ko­rzyść!

Fot.: do­lga­chov © 123RF.com

Po co?

Wie­lu mło­dych w dzi­siej­szym świe­cie za­da­je so­bie py­ta­nie, po co w ogó­le ma­ją sta­wiać gra­ni­ce w swo­jej sek­su­al­no­ści. Prze­cież wie­lu lu­dzi wręcz za­chę­ca, by ją eks­plo­ro­wać. Cze­mu Ko­ściół tak „się ucze­pił” te­go te­ma­tu i sta­wia ty­le ob­ostrzeń? Mo­że wła­śnie dla­te­go, że sko­ro Bóg stwo­rzył czło­wie­ka, dał ży­cie każ­de­mu i każ­dej z nas, to wła­śnie do Nie­go na­le­ży sta­wia­nie pew­nych gra­nic? Bo nikt in­ny nie zna mnie tak do­brze jak On. Zna na­szą ludz­ką, sła­bą na­tu­rę i wie, że w swo­jej grzesz­no­ści czę­sto po­tra­fi­my wy­ko­rzy­sty­wać pew­ne rze­czy nie­zgod­nie z ich prze­zna­cze­niem.

Ogień

Mó­wiąc o sek­su­al­no­ści, nie bę­dzie­my stra­szyć ogniem pie­kiel­nym, bo… nic to nie da. Ale sek­su­al­ność sa­ma w so­bie bar­dzo czę­sto ko­ja­rzy się z ogniem. Mó­wi się, że mię­dzy dwie­ma oso­ba­mi „jest ogień”; że są roz­pa­le­ni.. Ob­raz ognia tu zna­ko­mi­cie pa­su­je! Ogień, nad któ­rym tra­ci­my kon­tro­lę, ła­two mo­że prze­ro­dzić się w po­żar, któ­ry za­miast da­wać cie­pło i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, sie­je znisz­cze­nie.! W czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej by­naj­mniej nie cho­dzi o to, że­by sek­su­al­ność w so­bie za­ne­go­wać, że­by pró­bo­wać uda­wać do ślu­bu, że nie ma we mnie te­go ognia. Cho­dzi przede wszyst­kim o to, że­by nie po­zwo­lić, by on się roz­pa­no­szył w mo­im ży­ciu! Wie­lu do­ro­słych opo­wia­da, że do­pie­ro po wej­ściu w sa­kra­ment mał­żeń­stwa na­uczy­li się pa­no­wać nad swo­ją sek­su­al­no­ścią. Bo sek­su­al­ność po­win­na być uży­wa­na w mał­żeń­stwie W prze­ciw­nym ra­zie mo­że­my pró­bo­wać brać coś, co jesz­cze do nas nie na­le­ży.

Co przed ślu­bem?

Co za­tem mo­że­my ro­bić, gdy jesz­cze ma­my te kil­ka­na­ście lat i ogień sek­su­al­no­ści za­czy­na się w nas roz­pa­lać? Trze­ba go naj­pierw przy­jąć i się z nim oswo­ić. A nie jest to ła­twe za­da­nie. Dla czło­wie­ka, któ­ry do­pie­ro za­czy­na od­kry­wać war­tość sek­su­al­no­ści, kry­je się w niej wie­le ciem­nych za­uł­ków i za­ka­mar­ków. Nie na­le­ży te­go ognia ga­sić, ale też nie na­le­ży roz­nie­cać.

W dzi­siej­szym, prze­peł­nio­nym sek­su­al­no­ścią, świe­cie, bar­dzo trud­ne jest utrzy­my­wa­nie te­go ognia w ry­zach. Ła­two do­stęp­na por­no­gra­fia spra­wia, że ten ogień bar­dzo szyb­ko prze­ra­dza się w po­żar.

Bóg na pierw­szym miej­scu

Co za­tem ro­bić? Przede wszyst­kim trze­ba się sku­pić naj­pierw na tym, co naj­waż­niej­sze. Na oso­bi­stej re­la­cji z Bo­giem. Ona mu­si być na pierw­szym miej­scu! By­ło­by bu­do­wa­niem do­mu od ko­mi­na, gdy­by­śmy ja­ką­kol­wiek wal­kę du­cho­wą za­czy­na­li od cze­go­kol­wiek in­ne­go. Mą­drze się mó­wi, że je­śli Pan Bóg jest na pierw­szym miej­scu, to wszyst­ko in­ne jest na swo­im miej­scu. Za­tem naj­pierw walcz o re­la­cję z Bo­giem. Ona mu­si sta­wać się prio­ry­te­tem! Je­śli upa­dasz w grze­chu, nie zra­żaj się tym! Po­wsta­waj i wra­caj za każ­dym ra­zem. Pan Bóg nie gor­szy się two­ją grzesz­no­ścią. Nie ta­kie rze­czy już wi­dział. Na­wet z tą grzesz­no­ścią chce cię za­wsze przyj­mo­wać i da­wać no­we ży­cie. Naj­po­waż­niej­szym błę­dem jest sku­pie­nie się na wal­ce z nie­czy­sto­ścią i rów­no­cze­sne za­po­mnie­nie o re­la­cji z Bo­giem. Two­je ży­cie ma się krę­cić wo­kół Bo­ga, a nie wo­kół sek­su­al­no­ści, czy­sto­ści czy wal­ki z nie­czy­sto­ścią.

Sku­tecz­ne na­wy­ki

Waż­ne jest też pra­gnie­nie roz­wo­ju i doj­rze­wa­nia na wie­lu róż­nych po­zio­mach. Szu­kaj swo­ich pa­sji i sta­raj się je roz­wi­jać. Przy­glą­daj się swo­im wa­dom i ucz się z ni­mi wal­czyć. Po­le­cam zna­ko­mi­tą książ­kę: „Sie­dem na­wy­ków sku­tecz­ne­go na­sto­lat­ka” Se­ana Covey’a. To lek­tu­ra, któ­ra mo­że po­móc ci w wy­ro­bie­niu do­brych na­wy­ków, po­ma­ga­ją­cych się sku­pić na tym, co fak­tycz­nie waż­ne.

Le­ni­stwo

Naj­więk­szym za­gro­że­niem dla ży­cia du­cho­we­go jest le­ni­stwo. Są ta­cy, któ­rzy twier­dzą na­wet, że jest ono więk­szym za­gro­że­niem od py­chy. Le­ni­stwo spra­wia pust­kę w ży­ciu. Pust­kę, któ­ra szyb­ko sta­je się prze­strze­nią dla in­nych grze­chów! Sta­raj się za­wsze do­brze pla­no­wać swój czas, za­czy­na­jąc od pla­no­wa­nia mo­dli­twy w cią­gu dnia.

Ruch

Sek­su­al­ność jest ener­gią ży­cio­wą, któ­ra pcha nas do prze­ka­zy­wa­nia ży­cia. Z ewo­lu­cyj­ne­go punk­tu wi­dze­nia jej za­da­niem jest utrzy­ma­nie i prze­dłu­że­nie ga­tun­ku. Dla­te­go by móc trzy­mać ją w ry­zach, trze­ba umieć ją prze­kształ­cać w in­ne for­my ener­gii. Oczy­wi­ście ruch fi­zycz­ny jest tu naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Nie jest ta­jem­ni­cą, że naj­więk­sze trud­no­ści ze spo­żyt­ko­wa­niem ener­gii sek­su­al­nej ma­ją oso­by, któ­re się bar­dzo ma­ło ru­sza­ją i nie upra­wia­ją żad­ne­go spor­tu (co, oczy­wi­ście. nie jest sta­łą za­sa­dą). Je­śli czu­jesz, że za­czy­na roz­pa­lać się w to­bie sek­su­al­ność, rusz się! Zwy­kły spa­cer mo­że po­móc.

Dla nie­któ­rych re­wo­lu­cyj­ne jest pa­trze­nie na sek­su­al­no­ści ja­ko na coś świę­te­go! Czę­sto sek­su­al­ność „kłó­ci się nam” z po­ję­ciem świę­to­ści! I tu tkwi źró­dło wie­lu pro­ble­mów.

Po­trze­by

Do­brze jest się też przy­glą­dać te­mu, co tak na­praw­dę kry­je się na po­ku­są do grze­chów, zwią­za­nych z nie­czy­sto­ścią. Czę­sto za ni­mi kry­je się coś zu­peł­nie in­ne­go: sa­mot­ność, smu­tek, gniew, zmę­cze­nie a na­wet zwy­kły fi­zycz­ny głód. Te rze­czy­są nie­przy­jem­ne. Nikt nie lu­bi być sam, czuć się smut­nym czy zmę­czo­nym. Dla­te­go nasz umysł szu­ka szyb­kiej i ła­twej dro­gi do do­świad­cze­nia przy­jem­no­ści. I za­miast „zdro­wej żyw­no­ści” wy­bie­ra dla nas coś, co jest szyb­kie, ła­twe i przy­jem­ne, czy­li od­po­wied­nik fast – fo­oda! Ba­daj swo­je po­trze­by. Na zmę­cze­nie od­po­wia­daj drzem­ką – za­miast sie­dze­niem w por­no­gra­fii. Na sa­mot­ność od­po­wia­daj roz­mo­wą – za­miast szu­ka­niem przy­jem­no­ści seksualnej.Walka o zdro­wą sek­su­al­ność jest dziś bar­dzo trud­nym i zło­żo­nym te­ma­tem! Szu­kaj osób, któ­re w spo­sób doj­rza­ły i zgod­ny w wy­zna­wa­nym przez cie­bie sys­te­mem war­to­ści, wskaą, co i jak ro­bić, by mą­drze prze­żyć mło­dość, pie­lę­gnu­jąc sek­su­al­ność.

 

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Czystość wciąż ma znaczenie

Nie wal­czy się o coś, co nie jest waż­ne. Dla rzesz mło­dych lu­dzi czy­stość jest ta­ką war­to­ścią – god­ną praw­dzi­wych po­świę­ceń. Dla­cze­go?

Naj­pięk­niej­szy pre­zent dla męż­czy­zny

Czy­stość przed­mał­żeń­ska jest dla mnie bar­dzo waż­na. Mo­gę być pre­zen­tem dla męż­czy­zny, któ­ry bę­dzie mo­im mę­żem. Ja nie bę­dę po­rów­ny­wać in­nych męż­czyzn do mo­je­go mę­ża, a on in­nych ko­biet do mnie. Nie bę­dę się ba­ła, że je­śli zaj­dę w cią­żę, to nie bę­dzie się miał kto za­opie­ko­wać mo­im dziec­kiem. Je­śli nie współ­ży­li­śmy z by­łym chło­pa­kiem, to ła­twiej po­go­dzić się z roz­sta­niem i nie po­zo­sta­ją tak du­że zra­nie­nia, niż gdy­by­śmy te­go spró­bo­wa­li.

My­ślę, że war­to o nią wal­czyć, choć dzi­siej­sze me­dia mó­wią co in­ne­go. Czy­stość to wiel­ki skarb.

Ada

Fot.: Fa­bio For­mag­gio © 123RF.com

Na­uka od­po­wie­dzial­nej mi­ło­ści

Czy­stość przed­mał­żeń­ska po­zwa­la mi do­strzec praw­dzi­wą war­tość dru­giej oso­by, jest wy­zwa­niem, dzię­ki któ­re­mu mo­gę uczyć się od­po­wie­dzial­nej mi­ło­ści. Ja­ko męż­czy­zna wiem, że mo­je wy­zna­nie mi­ło­ści po­win­no być opar­te na świa­do­mej de­kla­ra­cji i czy­nach, któ­re bę­dą ją po­twier­dzać. Nie­za­cho­wa­nie czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej to uciecz­ka przed od­po­wie­dzial­no­ścią. To dro­ga na skró­ty, któ­ra zwięk­sza ry­zy­ko zra­nie­nia. Jed­no­cze­śnie do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z mo­ich sła­bo­ści. Sta­ram się nie sku­piać na nich, ale od­da­wać je Pa­nu Bo­gu. Nie­oce­nio­ną po­mo­cą w tych zma­ga­niach jest św. Jó­zef, któ­ry do koń­ca wy­trwał w mi­ło­ści czy­stej i do­sko­na­łej.

Mi­chał

Czy­stość da­je wol­ność de­cy­zji

Czy­stość przed­mał­żeń­ska da­je mi ra­dość czy­stej mi­ło­ści i zwią­za­ny z nią wza­jem­ny sza­cu­nek, bez­pie­czeń­stwo i za­ufa­nie. Jest do­wo­dem, że mój chło­pak szcze­rze mnie ko­cha i w peł­ni ak­cep­tu­je. Czy­tość uczy mnie cier­pli­wo­ści i kształ­tu­je cha­rak­ter, przy­go­to­wu­jąc do ro­li żo­ny. Two­rzy prze­strzeń do roz­wi­ja­nia mi­ło­ści i po­zna­wa­nia za­rów­no sie­bie, jak i dru­giej oso­by. Czy­stość przed­mał­żeń­ska spra­wia, że czu­ję obec­ność Bo­ga. Wiem, że bu­du­jąc zwią­zek z Je­go po­mo­cą, je­ste­śmy w sta­nie do­świad­czyć pięk­nej mi­ło­ści, któ­ra bę­dzie pro­mie­nio­wa­ła na oto­cze­nie. Czy­stość jest waż­na rów­nież dla­te­go, że da­je mi wol­ność: po­zwa­la za­cho­wać od­ręb­ność, nie uza­leż­nia mnie od dru­giej oso­by. Dzię­ki niej mo­gę obiek­tyw­nie de­cy­do­wać, nie czu­jąc pre­sji czyn­ni­ków ze­wnętrz­nych.

Mag­da

W czy­sto­ści bu­du­je się bli­skość

Czy­stość przed­mał­żeń­ska jest szcze­ro­ścią i praw­dzi­wą mi­ło­ścią wo­bec Bo­ga, sie­bie oraz dru­giej oso­by. By­łem w czy­stym związ­ku tyl­ko raz w ży­ciu i cho­ciaż nie trwa­ło to dłu­go, to był to mój naj­lep­szy zwią­zek, ja­ki kie­dy­kol­wiek prze­ży­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie uda­ło się mi stwo­rzyć ta­kiej bli­sko­ści z dru­gim czło­wie­kiem. Bu­do­wa­li­śmy mi­łość na wspól­nym za­ufa­niu, sza­cun­ku, wspar­ciu i by­ciu dla sie­bie. I ta­kiej mi­ło­ści ży­czę każ­de­mu. Dzię­ki te­mu zro­zu­mia­łem, że czy­stość przed­mał­żeń­ska bu­du­je wol­ną od po­żą­da­nia mi­łość, nad któ­rą czu­wa Bóg. A je­śli spró­bu­je­my wszyst­kie­go przed mał­żeń­stwem, to ja­ką nam ono przy­nie­sie ra­dość i co no­we­go wnie­sie w ży­cie?

Ra­fał

Bóg uczy praw­dzi­wej mi­ło­ści

Czy­stość jest dla mnie waż­na, po­nie­waż po­zwa­la po­znać się z dru­gą oso­bą od stro­ny psy­chicz­no-du­cho­wej. Uwa­żam, że cie­le­sność fi­zycz­na jest za­re­zer­wo­wa­na tyl­ko dla mał­żeństw. Czy­stość to tak­że naj­pięk­niej­szy pre­zent dla uko­cha­nej oso­by. Sto­su­nek przed­mał­żeń­ski jest to­tal­nym ego­izmem. Śmie­szy mnie, gdy pa­ra w związ­ku nie­sa­kra­men­tal­nym twier­dzi, że się ko­cha, a ślub im nie­po­trzeb­ny. Praw­dzi­wa mi­łość jest wte­dy, kie­dy złą­czo­na jest Bo­giem. Kie­dy ko­bie­ta i męż­czy­zna ko­cha­ją się nie za coś, tyl­ko po­mi­mo wszyst­ko i chcą wza­jem­nie so­bie po­ma­gać na dro­dze do świę­to­ści.

Dia­na

Wy­słu­cha­ła Ka­ro­li­na Plu­ta

Drodzy Czytelnicy!

Ko­lej­ny nu­mer, w któ­rym do­ty­ka­my trud­ne­go za­gad­nie­nia. O. Mar­cin Cie­cha­now­ski roz­pra­co­wu­je dla nas za­gro­że­nie du­cho­we. Wy­ja­śnia, dla­cze­go trze­ba się strzec ma­gii, sekt, ho­ro­sko­pów, wró­żek, ja­sno­wi­dzów, bał­wo­chwal­stwa, amu­le­tów, jo­gi, wy­wo­ły­wa­nia du­chów, ho­me­opa­tii i me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej. Psy­cho­log Bo­gna Bia­łec­ka i ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa wy­ja­śnia­ją, z ja­kim pro­ble­mem na­le­ży się udać do księ­dza – a z ja­kim do psy­cho­lo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki de­ma­sku­je me­to­dy dzia­ła­nia sza­ta­na. Z ko­lei ks. To­masz Pod­lew­ski przy­po­mi­na, ze Bóg tak ko­cha każ­de­go z nas z oso­ba, ze po­li­czył na­wet wło­sy na na­szych gło­wach. Re­cep­ta na do­bre ży­cie: po­sta­wić Bo­ga na pierw­szym miej­scu. To nie gwiaz­dy wska­zu­ją nam dro­gę, tyl­ko On.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych prze­czy­ta­cie o owo­cach i da­rach Du­cha Świę­te­go, mo­dli­twie proś­by i Anie­le Stró­żu, któ­ry jest na­szym oso­bi­stym ochro­nia­rzem. Po­le­cam rów­nież wy­wiad z br. Jac­kiem Haj­no­sem OP, ry­sow­ni­kiem, ma­la­rzem i gra­fi­kiem, któ­ry mó­wi o oso­bach bez­dom­nych i ry­so­wa­niu.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na