Szczepionka Miłości

Sa­kra­men­ty to szcze­gól­na po­moc Bo­ga. Bo­ga, któ­ry ko­cha czło­wie­ka i pra­gnie, by każ­dy w ra­do­sny i bło­go­sła­wio­ny spo­sób żył tu i te­raz, a nie do­pie­ro kie­dyś po śmier­ci do­cze­snej w Nie­bie. Owoc­ne ko­rzy­sta­nie z po­mo­cy te­go sa­kra­men­tu po­mo­cy za­le­ży od te­go, czy doj­rza­le ro­zu­mie­my to, cze­go Bóg w nim do­ko­nu­je. Oraz od te­go, w ja­ki spo­sób po­win­ni­śmy od­po­wie­dzieć na otrzy­ma­ne od Nie­go da­ry.

Zwy­kle mó­wi­my, że sa­kra­ment chrztu gła­dzi grzech pier­wo­rod­ny. Ta­kie stwier­dze­nie mo­że wpro­wa­dzać w błąd, su­ge­ru­jąc, że ko­lej­ne po­ko­le­nia lu­dzi są od­po­wie­dzial­ne za grze­chy po­przed­ni­ków. Bóg ni­ko­mu z nas nie przy­pi­su­je grze­chów, któ­re po­peł­nił ktoś in­ny. Grzech ani wi­na się nie dzie­dzi­czą. Grzech pier­wo­rod­ny to grzech Ada­ma i Ewy. Ob­cią­ża su­mie­nia wy­łącz­nie tych pierw­szych lu­dzi. My po­no­si­my na­to­miast skut­ki ich pierw­sze­go grze­chu. Po­no­si­my też skut­ki grze­chów lu­dzi z ko­lej­nych po­ko­leń. Gdy ktoś, kto ma bez­po­śred­ni wpływ na na­sze ży­cie, nie słu­cha Bo­ga i czy­ni zło, to za­da­je nam nie­za­wi­nio­ne przez nas cier­pie­nie. By­wa ono cza­sem bo­le­sne. Dzie­je się tak na przy­kład wte­dy, gdy ktoś z na­szych ro­dzi­ców prze­sta­je ko­chać, al­bo gdy po­pa­da w ja­kieś uza­leż­nie­nie. Po­dob­nie za­czy­na­my cier­pieć wte­dy, gdy ktoś z na­szych ró­wie­śni­ków, któ­rych trak­to­wa­li­śmy jak przy­ja­ciół, za­czy­na nas krzyw­dzić.

fot. pixabay.com
- ge­ralt

Skut­ki

Bóg nie tyl­ko nas ko­cha, ale też we wszyst­kim ro­zu­mie. On wie, że to, co czy­nią lu­dzie wo­kół nas, wpły­wa na na­szą sy­tu­ację ży­cio­wą. Gdy in­ni czy­nią coś złe­go, to kom­pli­ku­ją na­sze ży­cie. To jest nie­spra­wie­dli­we. Nie jest to jed­nak wi­na Bo­ga, gdyż ra­nią nas je­dy­nie ci lu­dzie, któ­rzy Bo­ga nie słu­cha­ją. Z ko­lei ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z De­ka­lo­giem, od­no­szą się do nas z mi­ło­ścią, cier­pli­wo­ścią, de­li­kat­no­ścią. Ta­cy lu­dzie – bez na­szej za­słu­gi – spra­wia­ją, że ła­twiej jest nam żyć.

Dzie­ci ro­dzi­ców i Bo­ga

Co w ta­kim ra­zie do­ko­nu­je się w sa­kra­men­cie chrztu? Chrzest ma po­dwój­ne zna­cze­nie. Po pierw­sze, w cza­sie chrztu Bóg przy­po­mi­na na­szym ro­dzi­com o tym, że je­ste­śmy nie tyl­ko ich dzieć­mi, lecz tak­że – i przede wszyst­kim – dzieć­mi sa­me­go Bo­ga. Stwór­ca przy­po­mi­na ro­dzi­com i ro­dzi­com chrzest­nym, że je­ste­śmy Je­go uko­cha­ny­mi sy­na­mi i cór­ka­mi. Oraz że On oso­bi­ście trosz­czy się o każ­de­go z nas jak naj­lep­sza ma­ma i naj­lep­szy ta­ta jed­no­cze­śnie. Je­zus szcze­gól­nie czu­le oka­zy­wał mi­łość wła­śnie dzie­ciom. Brał je w ra­mio­na i bło­go­sła­wił, a do­ro­słym przy­po­mi­nał o wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści za oka­zy­wa­nie mi­ło­ści i re­li­gij­ne wy­cho­wa­nie po­tom­stwa. Nie­zwy­kle ostro prze­strze­gał tych, któ­rzy krzyw­dzą i gor­szą nie­let­nich. Chrzest mo­bi­li­zu­je ro­dzi­ców do ofiar­nej i czu­łej tro­ski. Ta­ka tro­ska z ich stro­ny po­ma­ga nam w dzie­ciń­stwie ra­dzić so­bie z kon­se­kwen­cja­mi grze­chu pier­wo­rod­ne­go, czy­li z fak­tem, że ła­twiej przy­cho­dzi nam czy­nić zło, któ­re­go nie chce­my niż do­bro, któ­re­go pra­gnie­my.

Mi­łość chro­ni

Dru­gi wy­miar chrztu to bez­po­śred­nia po­moc Bo­ga dla dziec­ka, któ­re otrzy­mu­je ten sa­kra­ment. Ten dru­gi wy­miar moż­na na­zwać szcze­pion­ką Bo­żej mi­ło­ści. Bóg bie­rze z mi­ło­ścią ochrzczo­ne dziec­ko i przy­tu­la je do swe­go ser­ca. Od­tąd ni­gdy nas nie opu­ści. Bę­dzie nas kar­mił bli­sko­ścią, mi­ło­ścią, mą­dro­ścią, czu­ło­ścią, a tak­że swo­im prze­ba­cze­niem przez ca­łe na­sze ży­cie do­cze­sne. Szcze­pion­ka me­dycz­na dzia­ła tak­że wte­dy, gdy nie zda­je­my so­bie z te­go spra­wy. Tym bar­dziej nie­za­wod­nie dzia­ła szcze­pion­ka Bo­żej mi­ło­ści. Ba­da­nia po­twier­dza­ją, że nie­mow­lę­ta, któ­rym ro­dzi­ce oka­zu­ją szcze­gól­nie czu­łą mi­łość, roz­wi­ja­ją się le­piej fi­zycz­nie i są bar­dziej od­por­ne na cho­ro­by, mi­mo że prze­cież nie są jesz­cze świa­do­me te­go, jak bar­dzo są ko­cha­ne. Mi­łość nas chro­ni i umac­nia od po­czę­cia, nie­za­leż­nie od te­go, na ile w da­nej fa­zie ży­cia je­ste­śmy te­go świa­do­mi.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Bierzmowanie – jak to ogarnąć?

Są ta­kie Msze, któ­re nie przy­sta­ją do tych nie­dziel­nych. Nie trze­ba być or­łem li­tur­gii, aby z grub­sza stwier­dzić, że Msza ślub­na róż­ni się nie­co od chrzciel­nej, a wiel­ka­noc­na od po­grze­bo­wej. Tak­że Msza z udzie­le­niem sa­kra­men­tu bierz­mo­wa­nia jest nie­co bo­gat­sza od ty­po­wej. Ja­kie to róż­ni­ce? Ile ich jest? I jak się w nich od­na­leźć?

Po­czą­tek za­sad­ni­czo jest ten sam. No­wo­ścią jest tyl­ko po­wi­ta­nie księ­dza bi­sku­pa. Wy­pa­da, aby tekst po­wi­ta­nia wy­gła­sza­ny był przez pro­bosz­cza, ro­dzi­ców, bądź sa­mych kan­dy­da­tów. Ma­ła wska­zów­ka dla tych, któ­rzy wi­ta­ją sza­fa­rza sa­kra­men­tu – w po­wi­ta­niach bi­sku­pa ra­czej uni­ka się na­zy­wa­nia go „go­ściem”. Bi­skup jest bo­wiem pierw­szym go­spo­da­rzem każ­dej pa­ra­fii na te­re­nie je­go die­ce­zji. Pro­boszcz „rzą­dzi” w tym miej­scu dla­te­go, że to wła­śnie bi­skup po­dzie­lił się z nim swo­ją dusz­pa­ster­ską wła­dzą. Po po­wi­ta­niu Msza świę­ta aż do koń­ca Ewan­ge­lii prze­bie­ga tak, jak za­wsze: akt po­ku­ty (przy bierz­mo­wa­niu jest to naj­czę­ściej po­kro­pie­nie wo­dą świę­co­ną), hymn Chwa­ła na wy­so­ko­ści Bo­gu, ko­lek­ta (mo­dli­twa od­ma­wia­na przez ce­le­bran­sa) i czy­ta­nia z psal­mem. Ale uwa­ga! Po od­czy­ta­niu Ewan­ge­lii nie sia­daj jesz­cze na ka­za­nie!

fot. 123rf.com

 

Czy ty w ogó­le wiesz?

W chwi­li, w któ­rej od­ru­cho­wo sia­dasz, na­stę­pu­je waż­ny dia­log. Ka­płan w imie­niu kan­dy­da­tów pro­si bi­sku­pa o udzie­le­nie im sa­kra­men­tu. Bi­skup py­ta: „Czy mło­dzież ta wie, jak wiel­ki dar otrzy­mu­je w tym sa­kra­men­cie i czy przy­go­to­wa­ła się na­le­ży­cie do je­go przy­ję­cia?”. Ka­płan za­pew­nia bi­sku­pa, że kan­dy­da­ci są od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ni oraz wy­spo­wia­da­ni. Wte­dy sza­farz zwra­ca się już bez­po­śred­nio do ocze­ku­ją­cych na bierz­mo­wa­nie z proś­bą: „Dro­ga mło­dzie­ży, po­wiedz­cie przed zgro­ma­dzo­nym tu Ko­ścio­łem, ja­kich łask ocze­ku­je­cie od Bo­ga w tym sa­kra­men­cie?”. Te­raz masz swo­je „pięć mi­nut”. Na ca­łym świe­cie, każ­dy bez wy­jąt­ku kan­dy­dat do bierz­mo­wa­nia od­po­wia­da bi­sku­po­wi tak: „Pra­gnie­my, aby Duch Świę­ty, któ­re­go otrzy­ma­my, umoc­nił nas do męż­ne­go wy­zna­wa­nia wia­ry i do po­stę­po­wa­nia we­dług jej za­sad”.

Czy wie­rzysz?

Po tym dia­lo­gu mo­żesz usiąść. Na­stę­pu­je ka­za­nie. Wy­zna­nie wia­ry, któ­re­go się te­raz słusz­nie spo­dzie­wasz, oczy­wi­ście się od­bę­dzie, ale na­stą­pi w nie­co in­nej, uro­czyst­szej for­mie. Do­kład­nie tak jak pod­czas chrztu od­bę­dzie się przez dia­log. Gdy bi­skup za­py­ta, „Czy wy­rze­kasz się…”, ty świa­do­mie od­po­wiedz: „Wy­rze­kam się”. Na py­ta­nia roz­po­czy­na­ją­ce się od słów: „Czy wie­rzysz”, świa­do­mie od­po­wiedz: „Wie­rzę”, sku­pia­jąc się na ko­lej­nych praw­dach, któ­re wy­zna­jesz. Po­tem roz­po­czy­na się wła­ści­wa li­tur­gia sa­kra­men­tu, czy­li mo­ment kul­mi­na­cyj­ny. Naj­pierw bi­skup od­mó­wi mo­dli­twę nad kan­dy­da­ta­mi. Póź­niej na­stę­pu­je chwi­la, na któ­rą naj­bar­dziej wszy­scy cze­ka­ją…

Świa­dek, nie widz!

O ile wstęp­ne dia­lo­gi, wy­zna­nie wia­ry i mo­dli­twę bi­sku­pa kan­dy­da­ci prze­ży­wa­ją ra­zem, o ty­le wła­ści­wą chwi­lę bierz­mo­wa­nia każ­dy prze­ży­wa in­dy­wi­du­al­nie. Są tu moż­li­we dwie opcje. W za­leż­no­ści od ilo­ści osób oraz wiel­ko­ści świą­ty­ni – al­bo bi­skup bierz­mu­je mło­dzież, prze­cho­dząc przez szpa­ler kan­dy­da­tów i ich świad­ków, al­bo to oni pod­cho­dzą ko­lej­no do księ­dza bi­sku­pa. (Na pew­no bę­dzie­cie to ćwi­czyć ze swo­im księ­dzem co naj­mniej kil­ka­krot­nie.) Gdy sta­niesz z bi­sku­pem twa­rzą w twarz, naj­pierw twój świa­dek po­ło­ży pra­wą dłoń na two­im pra­wym ra­mie­niu. Uwa­ga! W tym mo­men­cie twój świa­dek peł­ni zu­peł­nie in­ną ro­lę niż świa­dek w spra­wie są­do­wej. O ile w są­dzie „świa­dek” ozna­cza czło­wie­ka, po­twier­dza­ją­ce­go fak­ty, o ty­le tu­taj oso­bę, któ­ra swo­ją obec­no­ścią za­świad­cza przed bi­sku­pem, że za­słu­gu­jesz na bierz­mo­wa­nie.

Przyj­mij

Sa­mo bierz­mo­wa­nie rów­nież od­by­wa się przy dia­lo­gu. W tej chwi­li bi­skup zwró­ci się do cie­bie w dwóch imio­nach. We­zwie cię pierw­szym imie­niem z chrztu oraz imie­niem pa­tro­na, ja­kie­go wy­bra­łeś so­bie na bierz­mo­wa­nie. Skąd bę­dzie znał te imio­na? Moż­li­wo­ści są dwie – al­bo ty sam mu je naj­pierw po­wiesz, al­bo – co wy­god­niej­sze – ksiądz sto­ją­cy obok bi­sku­pa od­bie­rze od cie­bie kar­tecz­kę z two­imi imio­na­mi i po­da je bi­sku­po­wi. W prak­ty­ce dia­log ten wy­glą­da na­stę­pu­ją­co (imio­na są przy­pad­ko­we): „Klau­dio Mag­da­le­no, przyj­mij zna­mię da­ru Du­cha Świę­te­go”. Od­po­wia­dasz: „Amen”. Na ko­niec bi­skup po­zdra­wia cię, mó­wiąc: „Po­kój z to­bą”, a ty od­po­wia­dasz: „I z du­chem two­im”. Jed­no­cze­śnie do­ko­nu­je się two­je na­masz­cze­nie. Po­sta­raj się sku­pić. Pa­mię­taj, że za­wsze, gdy w li­tur­gii uży­wa się świę­te­go ole­ju, Ko­ściół przy­zy­wa szcze­gól­nej obec­no­ści Du­cha Świę­te­go. Bi­skup pal­cem, za­nu­rzo­nym uprzed­nio w Świę­tym Krzyż­mie, na­kre­śli na two­im czo­le znak krzy­ża, po­dob­nie jak mia­ło to miej­sce w cza­sie chrztu. Nic dziw­ne­go – bierz­mo­wa­nie to prze­cież do­peł­nie­nie pierw­sze­go sa­kra­men­tu. W cza­sie na­masz­cze­nia po­zo­sta­łe pal­ce oraz dru­ga dłoń bi­sku­pa spo­czną na two­jej gło­wie. Jest to tzw. po­dwój­ny gest: na­masz­cze­nie i na­ło­że­nie dło­ni w jed­nym cza­sie. Przez na­masz­cze­nie spły­wa na cie­bie ła­ska Bo­ża. Przez na­ło­że­nie dło­ni bi­sku­pa zstę­pu­je Duch Świę­ty, któ­re­go obec­ność sza­farz po­twier­dza sło­wa­mi, przy two­jej zgo­dzie, wy­ra­żo­nej w sło­wie: „Amen”.

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Egzamin na smartfona?

Ła­two za­po­mi­na­my o tym, jak bar­dzo po­tęż­nym na­rzę­dziem jest smart­fon, bo je­go ob­słu­ga jest in­tu­icyj­na. Na­wet trzy­lat­ki bły­ska­wicz­nie opa­no­wu­ją ro­bie­nie i prze­glą­da­nie zdjęć, oglą­da­nie ba­jek i gry. Dla­te­go nie zwra­ca­my uwa­gi na to, że smart­fon za­miast być po pro­stu uży­tecz­nym na­rzę­dziem, mo­że stać się tak waż­ną czę­ścią ży­cia, że bez nie­go sta­je­my się bez­rad­ni.

Czy wiesz, że kie­dyś lu­dzie prze­cho­wy­wa­li w pa­mię­ci dzie­siąt­ki nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych? Dziś część lu­dzi nie pa­mię­ta na­wet wła­sne­go nu­me­ru, tak bar­dzo po­le­ga­my na pa­mię­ci te­le­fo­nu. W ba­da­niach na­uko­wych wy­ka­za­no, że użyt­kow­ni­cy smart­fo­nów tra­cą zdol­ność za­pa­mię­ty­wa­nia nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych!

Wza­jem­na wkręt­ka

Jak bar­dzo je­ste­śmy uza­leż­nie­ni od smart­fo­nów ujaw­nia się w chwi­li, gdy tra­ci­my do nich do­stęp. Gdy smart­fon roz­ła­do­wu­je się, lub gdy trze­ba go zo­sta­wić, na­wet na kil­ka go­dzin, wie­le osób prze­ży­wa au­ten­tycz­ną pa­ni­kę, a jesz­cze wię­cej lu­dzi – sil­ny nie­po­kój. Zja­wi­sko to do­ro­bi­ło się na­wet wła­snej na­zwy – FOMO – fe­ar of mis­sing out, in­ny­mi sło­wy – lęk przed tym, że coś nas omi­nie i wy­pad­nie­my z by­cia na bie­żą­co. Lu­dzie do­świad­cza­ją­cy FOMO, nie­ste­ty, na­wza­jem pod­sy­ca­ją swój nie­po­kój. Być mo­że zda­rzy­ło ci się, że nie od­po­wie­dzia­łeś od ra­zu na po­wia­do­mie­nie, wia­do­mość czy SMS‑a i nadaw­ca zru­gał cię, uzna­jąc to za ob­jaw lek­ce­wa­że­nia. A mo­że chcia­łeś spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, lecz po­nie­waż nie śle­dzi­łeś co chwi­la wy­mia­ny zdań na mes­sen­ge­rze, zmie­ni­li w ostat­niej chwi­li miej­sce spo­tka­nia i zo­sta­łeś na lo­dzie?

fot. 123rf.com

Łap­ka w dół

Kie­dyś pew­na przy­kle­jo­na na sta­łe do ekra­nu trzy­na­sto­lat­ka oświad­czy­ła, że to nie uza­leż­nie­nie, lecz styl ży­cia. Pół go­dzi­ny póź­niej łka­ła gorz­ko, bo kil­ka osób na jej sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ne sel­fie za­re­ago­wa­ło łap­ką w dół. Dzię­ku­ję za styl ży­cia, w któ­rym pła­czesz przez to, że nie­zna­nym lu­dziom z in­ter­ne­tu nie po­do­ba się two­je zdję­cie. Przy­znaj­my – to sztu­ka na­uczyć się tak ko­rzy­stać ze smart­fo­nu, że­by był uży­tecz­nym na­rzę­dziem, a nie de­spo­tycz­nym wład­cą, wpra­wia­ją­cym w nie­po­kój każ­dym swym ge­stem (po­wia­do­mie­niem).

Ni­by oczy­wi­ste?

Za­uwa­ży­li­ście, że po­dob­nie jak sa­mo­chód da­je nam wła­dzę uda­nia się gdzie­kol­wiek na świe­cie w do­wol­nym mo­men­cie, tak sa­mo smart­fon da­je wła­dzę ko­mu­ni­ko­wa­nia się w każ­dym mo­men­cie z ca­łym świa­tem? Jest pew­na róż­ni­ca. Aby wsiąść za kół­ko, trze­ba zdać eg­za­min na pra­wo jaz­dy. I nie cho­dzi tu tyl­ko o umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du, ale też o za­sa­dy ru­chu dro­go­we­go, tak by nie po­za­bi­jać sie­bie i in­nych. Przy smart­fo­nie wszy­scy wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że je­śli opa­no­wa­li­śmy war­stwę „tech­nicz­ną”, to już wszyst­ko wie­my.

Ty­le, że to nie­praw­da. Co­dzien­nie sły­szę hi­sto­rie lu­dzi, któ­rzy na­ro­bi­li strasz­nych głu­pot i nie­bez­piecz­nych rze­czy za po­mo­cą smart­fo­nu. Ktoś za­in­sta­lo­wał nie­bez­piecz­ną apli­ka­cję, któ­ra za­czę­ła po­bie­rać opła­ty z kar­ty kre­dy­to­wej ro­dzi­ców. Ktoś in­ny wy­słał ko­muś zdję­cie, któ­re po­tem zo­sta­ło upu­blicz­nio­ne w ce­lu ośmie­sze­nia nadaw­cy. Jesz­cze ktoś in­ny uza­leż­nił się od pew­nej gry do te­go stop­nia, że wciąż pro­wa­dzi roz­gryw­ki, na­wet po no­cy, wsku­tek cze­go co dzień wle­cze się pół­przy­tom­ny po szko­le i do­mu… To tyl­ko przy­kła­dy – na pew­no znasz ko­goś, kto wpadł w ta­ra­pa­ty, bo na­ro­bił głu­pot z po­mo­cą smart­fo­nu lub wy­da­je się znie­wo­lo­ny przez swój smart­fon, za­wsze bę­dąc na je­go smy­czy.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log
re­dak­tor por­ta­lu dla mło­dzie­ży pytam.edu.pl

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Wiem, ze lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”… od 1995 ro­ku! Na­sza pra­ca ma wiec sens, a my czu­je­my ra­dość, bo ma­my mi­sje! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem. 🙂 Zmie­nia­my się na lep­sze. Bę­dzie­my po­ma­gać Wam w przy­go­to­wa­niach do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. For­mu­le te nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r.

Te­raz bę­dzie­my mięć dwie okład­ki! A to dla­te­go, że każ­dy nu­mer bę­dzie się skła­dał z dwóch czę­ści. W pierw­szej sku­pi­my się na jed­nym kon­kret­nym – i cie­ka­wym – te­ma­cie.

Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­la się z Wa­mi wie­dzą. A Wa­si ró­wie­śni­cy po­dzie­lą się świa­dec­twa­mi. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach. Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne.

W dru­giej czę­ści – tej od dru­giej okład­ki – omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne w owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia lub umac­nia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ja już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać.

Za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, ze ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

W bie­żą­cym nu­me­rze pi­sze­my o po­wo­ła­niu. Dro­ga ży­cia każ­de­go z nas jest… świę­tość. Ma się prze­ja­wiać w na­szej co­dzien­no­ści, m.in. pil­nym od­ra­bia­niu za­dań i nie­ścią­ga­niu na kla­sów­kach. Nie je­ste­śmy jed­nak klo­na­mi.

I ca­łe szczę­ście! Ty i ja ma­my osią­gnąć zba­wie­nie w róż­ny spo­sób. Jed­ni do nie­ba idą w su­tan­nach i ha­bi­tach, in­ni za rę­kę z mał­żon­kiem i z dzieć­mi. Za­da­niem każ­de­go z nas jest od­kryć, ja­ka dro­gę ży­cia wy­brał dla nas Bóg. A póź­niej się jej trzy­mać i sta­rać się ani na chwi­le z niej nie zba­czać. Na­wet na krok. A je­śli tak się sta­nie? Nic strasz­ne­go.

Wy­star­czy się po­pra­wić, wy­spo­wia­dać, po­biec do Je­zu­sa i przy­tu­lić się do Je­go ser­ca, bo On ko­cha nas w każ­dej se­kun­dzie na­sze­go ży­cia. Na­wet gdy grze­szy­my. My mu­si­my na ma­ska do­brze ro­bić to, do cze­go nas On po­wo­łał. Mó­wi o tym ks. Mar­cin Ba­ran.

W czę­ści dla przy­go­to­wu­ją­cych się do Bierz­mo­wa­nia wy­ja­śnia­my, dla­cze­go na­zy­wa się go sa­kra­men­tem doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Dzie­li­my się tez z Wa­mi se­kre­tem – jak od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go szczę­ścia.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Światło dotrze tam, gdzie otworzysz okno

Pierw­sze sko­ja­rze­nia ze sło­wem „bierz­mo­wa­nie” to „sa­kra­ment doj­rza­ło­ści” i „doj­rza­łość chrze­ści­jań­ska”. Ale… jak zmie­rzyć doj­rza­łość? I dla­cze­go nie­któ­rzy przyj­mu­ją bierz­mo­wa­nie ja­ko nie­mow­lę­ta?

Od pierw­szych wie­ków bierz­mo­wa­nie na­stę­po­wa­ło po chrzcie. Jed­nak to „po” wy­glą­da­ło róż­nie. I tak na pew­nych eta­pach udzie­la­no bierz­mo­wa­nia bez­po­śred­nio po chrzcie, jak jest do dzi­siaj choć­by w Ko­ścio­łach Wschod­nich, gdzie bierz­mu­je się nie­mow­lę­ta. Naj­czę­ściej jed­nak do bierz­mo­wa­nia do­pusz­cza­no chrze­ści­jan, któ­rzy swo­ją wia­rę już przez pe­wien czas świa­do­mie i ro­zum­nie prak­ty­ko­wa­li. Ka­te­chizm za­zna­cza, że dzi­siaj do otrzy­ma­nia bierz­mo­wa­nia wy­ma­ga się po pro­stu „wie­ku ro­ze­zna­nia” (KKK 1307), przy czym szcze­gó­ło­we gra­ni­ce wie­ko­we w po­szcze­gól­nych kra­jach usta­la­ją bi­sku­pi.

fot. www.pixabay.com/FreePhotos

Oni też są sza­fa­rza­mi te­go sa­kra­men­tu. Oczy­wi­ście, bierz­mo­wa­nia w nie­bez­pie­czeń­stwie śmier­ci nie tyl­ko mo­że, ale i po­wi­nien udzie­lić każ­dy ka­płan (por. KKK 1314). Przy za­gro­że­niu ży­cia bierz­mu­je się na­wet ma­leń­kie dzie­ci (por. KKK 1307). No do­brze, zna­my już mniej wię­cej „dol­ną gra­ni­cę” przy­ję­cia te­go sa­kra­men­tu, któ­ra w Pol­sce za­wie­ra się mniej wię­cej w prze­dzia­le 13 – 16 lat. A czy ist­nie­je gra­ni­ca gór­na? Oczy­wi­ście, że nie! Co­raz czę­ściej do bierz­mo­wa­nia zgła­sza­ją się lu­dzie do­ro­śli. I to wca­le nie z przy­mu­su! Chcą po­głę­bić swo­ją wia­rę i przy­jąć peł­nię da­rów Du­cha Świę­te­go. Mi­mo że przez la­ta ze­wnętrz­ny ryt bierz­mo­wa­nia ule­gał mo­dy­fi­ka­cjom, to sa­ma isto­ta za­wsze by­ła nie­zmien­na: cho­dzi tu o udzie­le­nie i po­mno­że­nie w czło­wie­ku da­rów Du­cha! I to jest wła­śnie praw­dzi­wa doj­rza­łość w wie­rze.

Cze­mu „bierz­mo”?

Bierz­mo­wa­nie to po ła­ci­nie: „con­fir­ma­tio”, co do­słow­nie tłu­ma­czy się ja­ko „po­twier­dze­nie”, „umoc­nie­nie”. To do­brze od­da­je sens te­go sa­kra­men­tu. Cho­dzi bo­wiem o „udo­sko­na­le­nie ła­ski chrztu”, jak uczy nas Ka­te­chizm (KKK 1316). Na­zwa pol­ska po­cho­dzi od sta­ro­pol­skie­go sło­wa „bierz­mo”, któ­re mia­ło dwa zna­cze­nia. Po pierw­sze: „pięt­no”, „zna­mię”. Po dru­gie – do dziś na­zy­wa się „bierz­mem” bel­kę pod­trzy­mu­ją­cą strop. Pol­skie okre­śle­nie jest bo­ga­te zna­cze­nio­wo. Oby­dwa je­go zna­cze­nia po­sze­rza­ją spoj­rze­nie na sens sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wa­nie jak dach – wień­czy otrzy­my­wa­ne przez nas sa­kra­men­ty wta­jem­ni­cze­nia, a jed­no­cze­śnie „wy­ci­ska w du­szy czło­wie­ka du­cho­we zna­mię” (KKK 1317), jak­by „pie­czę­tu­jąc” de­cy­zję o na­le­że­niu do Je­zu­sa.

Czy je­stem go­to­wy?

Sło­wo „doj­rza­łość” mo­że nie­któ­rych tro­chę onie­śmie­lać. Sko­ro mam być bierz­mo­wa­ny – co z tą mo­ją doj­rza­ło­ścią? Weź spo­koj­ny wdech. Zo­bacz, jak ła­god­nie tłu­ma­czy to Ko­ściół: „Je­śli mó­wi się cza­sem o bierz­mo­wa­niu ja­ko o sa­kra­men­cie doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej, to nie na­le­ży my­lić doj­rza­łe­go wie­ku wia­ry z doj­rza­łym wie­kiem roz­wo­ju na­tu­ral­ne­go” (KKK 1308). Już le­piej, praw­da? Bądź spo­koj­ny. Pa­mię­taj, że wiek mło­dzień­czy kie­ru­je się swo­imi pra­wa­mi. Masz pra­wo po­peł­niać błę­dy, a pew­ne swo­je sła­bo­ści do­pie­ro za­czy­nasz po­zna­wać. Trud­no wy­ma­gać od na­sto­lat­ka, by był już ży­cio­wo doj­rza­ły, sko­ro ca­łe ży­cie do­pie­ro przed nim. Cho­dzi tu­taj ra­czej o we­wnętrz­ną go­to­wość, o sil­ne pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia wia­ry. Ko­chasz Je­zu­sa? Chcesz być w peł­ni wy­po­sa­żo­ny w da­ry Du­cha Świę­te­go? Pra­gniesz skoń­czyć ze wsty­dli­wym ukry­wa­niem swo­jej przy­na­leż­no­ści do Ko­ścio­ła? Pięk­nie! Oto wła­śnie jest two­ja doj­rza­łość. Je­steś go­to­wy!

Jak się przy­go­to­wać?

Je­śli chcesz przy­jąć bierz­mo­wa­nie w try­bie „nor­mal­nym”, czy­li ra­zem z ró­wie­śni­ka­mi, w cza­sie wy­zna­czo­nym przez Ko­ściół, to pa­mię­taj, że w przy­go­to­wa­niu nie je­steś zda­ny tyl­ko na sie­bie. To na two­jej pa­ra­fii „spo­czy­wa szcze­gól­na od­po­wie­dzial­ność za przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów do bierz­mo­wa­nia” (KKK 1309). Za­ufaj swo­im ka­pła­nom. Na pew­no po­mo­gą ci od­po­wied­nio przy­go­to­wać ser­ce. Są jed­nak ta­kie ob­sza­ry przy­go­to­wa­nia, któ­rych nikt za cie­bie nie zro­bi. Pa­ra­fia nie wy­rę­czy cię we wszyst­kim. Na­wet naj­lep­szy pro­gram, sam z sie­bie, nie uczy­ni cię świę­tym „z au­to­ma­tu”. Je­śli więc chcesz dać z sie­bie wszyst­ko, by czas przed bierz­mo­wa­niem prze­żyć naj­le­piej, jak to moż­li­we, to naj­pierw… du­żo się módl! Weź przy­kład z Apo­sto­łów! Oni ocze­ki­wa­li swe­go bierz­mo­wa­nia „na mo­dli­twie” (Dz 1, 14). „Bar­dziej in­ten­syw­na mo­dli­twa po­win­na przy­go­to­wać na przy­ję­cie mo­cy i ła­ski Du­cha Świę­te­go” (KKK 1310) – pod­po­wia­da ci Ko­ściół. A mo­że za­czął­byś mo­dlić się Pi­smem Świę­tym? Al­bo cza­sa­mi ad­o­ro­wać Pa­na Je­zu­sa? A mo­że war­to przy­cho­dzić na Mszę pa­rę mi­nut wcze­śniej i po­sie­dzieć w ci­szy z Naj­lep­szym Przy­ja­cie­lem?

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Największy specjalista od szczęścia

Stwo­rze­ni do ra­do­ści

Każ­dy czło­wiek pra­gnie być szczę­śli­wy. Nikt z nas nie chce być osa­mot­nio­ny, za­ła­ma­ny, uza­leż­nio­ny, cho­ry czy w roz­pa­czy. Na­sze pra­gnie­nie szczę­ścia jest aż tak wiel­kie, że aby być nie­szczę­śli­wym, nie trze­ba być nie­szczę­śli­wym. Wy­star­czy, że nie czu­je­my ra­do­ści i już jest nam źle, a ży­cie za­czy­na nam cią­żyć. Ra­dość to je­dy­ny nor­mal­ny spo­sób ist­nie­nia czło­wie­ka. Bóg stwo­rzył nas na swo­je po­do­bień­stwo, a On jest nie tyl­ko mi­ło­ścią i mą­dro­ścią. Jest też ra­do­ścią i po­wo­łu­je nas do niej: „To wam po­wie­dzia­łem, aby ra­dość mo­ja w was by­ła i aby ra­dość wa­sza by­ła peł­na” (J 15, 11). To dla­te­go od dzie­ciń­stwa ma­rzy­my o tym, co nas cie­szy. Przy­naj­mniej w tym jed­nym wszy­scy lu­dzie – tak­że ate­iści – zga­dza­ją się z Bo­giem. On pra­gnie na­sze­go szczę­ścia i my pra­gnie­my te­go sa­me­go. Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wszy­scy są szczę­śli­wi?

fot. www.123rf.com

Nie­szczę­śli­wi od­da­la­ją nas od szczę­ścia

Gdy ktoś z lu­dzi w na­szym oto­cze­niu jest szczę­śli­wy, to cie­szy się z na­sze­go ist­nie­nia i po­ma­ga nam, że­by­śmy i my sta­wa­li się co­raz bar­dziej szczę­śli­wy­mi. Je­śli jed­nak ktoś ży­ją­cy bli­sko nas jest nie­szczę­śli­wy, to ro­bi wszyst­ko – czę­sto nie­świa­do­mie – że­by­śmy i my też by­li ma­ło szczę­śli­wi. Czy­ni tak dla­te­go, że na ra­zie nic in­ne­go nie po­tra­fi. Po dru­gie, czy­ni tak, gdyż by­cie nie­szczę­śli­wym w osa­mot­nie­niu jest nie do znie­sie­nia. To dla­te­go na­sto­la­tek, któ­ry krzyw­dzi sa­me­go sie­bie, bo na przy­kład się­ga po al­ko­hol czy nar­ko­ty­ki, dą­ży do te­go, że­by je­go ko­le­dzy i ko­le­żan­ki po­stę­po­wa­li po­dob­nie jak on. Przy­kła­dem ta­kiej sy­tu­acji jest hi­sto­ria szla­chet­ne­go chło­pa­ka ze Sta­re­go Te­sta­men­tu, któ­ry miał za­zdro­snych bra­ci. To Jó­zef, naj­młod­szy syn Ja­ku­ba (por. Rdz 36). Przez wła­snych bra­ci zo­stał sprze­da­ny do nie­wo­li. Tak­że tam nikt nie zdo­łał prze­szko­dzić mu w by­ciu za­przy­jaź­nio­nym z Bo­giem, szla­chet­nym i szczę­śli­wym. Je­go lo­sy po­twier­dza­ją, że in­ni lu­dzie mo­gą nas skrzyw­dzić, lecz nie ma­ją ta­kiej wła­dzy, by nas uniesz­czę­śli­wić wbrew na­szej wo­li. Je­śli nie krzyw­dzi­my sa­mych sie­bie i je­śli sa­mi nie od­da­la­my się od szczę­ścia, to je­ste­śmy w sta­nie obro­nić się przed ty­mi, któ­rzy pro­po­nu­ją nam dro­gę prze­kleń­stwa i śmier­ci.

Sa­mi dla sie­bie je­ste­śmy za­gro­że­niem

Naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo po­ja­wia się wte­dy, gdy to my sa­mi so­bie prze­szka­dza­my w by­ciu szczę­śli­wy­mi. Dzie­je się tak wte­dy, gdy ule­ga­my sła­bo­ściom i gdy szu­ka­my szczę­ścia tam, gdzie ono nie ist­nie­je. Tak wła­śnie po­stą­pił syn mar­no­traw­ny z przy­po­wie­ści Je­zu­sa. Wmó­wił so­bie, że bę­dzie szczę­śli­wy w ła­twy spo­sób: bez wy­sił­ku i so­lid­nej pra­cy, bez po­mo­cy Bo­ga i ro­dzi­ców, bez mał­żeń­stwa i ro­dzi­ny, bez re­spek­to­wa­nia De­ka­lo­gu i norm mo­ral­nych. Był bar­dzo„ „no­wo­cze­sny i po­stę­po­wy„. Uwa­żał, że do szczę­ścia wy­star­czą mu pie­nią­dze oj­ca oraz roz­ryw­ko­wy tryb ży­cia: wi­no, dziew­czy­ny i śpiew. Udał się w da­le­ką kra­inę, czy­li da­le­ko od Bo­ga i lu­dzi, któ­rzy go ko­cha­li, da­le­ko od mi­ło­ści i mą­dro­ści. Wy­lą­do­wał w chle­wie, gło­dzie, po­ni­że­niu i osa­mot­nie­niu. Na szczę­ście prze­my­ślał swo­je ży­cie, zro­bił uczci­wy ra­chu­nek su­mie­nia i wró­cił do oj­ca.

Kto nam po­ma­ga w szu­ka­niu szczę­ścia?

Wo­kół nas są nie tyl­ko lu­dzie nie­szczę­śli­wi, któ­rzy chcą nas wcią­gać w nie­szczę­sne spo­so­by po­stę­po­wa­nia. Są też ta­cy, któ­rzy są szczę­śli­wi i któ­rzy na­praw­dę nas ko­cha­ją. Oni nie tyl­ko pra­gną, by­śmy do­świad­cza­li trwa­łej ra­do­ści ist­nie­nia, ale też wie­dzą, gdzie tę ra­dość mo­że­my zna­leźć. To dla­te­go ko­cha­ją­cy ro­dzi­ce, księ­ża i in­ni wy­cho­waw­cy mo­bi­li­zu­ją nas do pra­cy nad wła­snym cha­rak­te­rem i przy­pro­wa­dza­ją nas do Bo­ga. Lu­dzie szczę­śli­wi to ci, któ­rzy już od­kry­li, że ra­dość przy­no­si tyl­ko po­stę­po­wa­nie zgod­ne ze wszyst­ki­mi przy­ka­za­nia­mi De­ka­lo­gu i ucze­nie się wier­nej mi­ło­ści, do któ­rej każ­dy z nas jest zdol­ny, gdyż Bóg nie stwa­rza lu­dzi dru­giej ka­te­go­rii. Z Je­go po­mo­cą wszy­scy je­ste­śmy w sta­nie wier­nie i mą­drze ko­chać – w mał­żeń­stwie, ka­płań­stwie czy ży­ciu kon­se­kro­wa­nym.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Marzenia Boga

O do­brym wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej i o tym, czy bab­cia mo­że nas zmu­sić do zo­sta­nia księ­dzem, z ks. Mar­ci­nem Ba­ra­nem, dy­rek­to­rem Wy­dzia­łu Dusz­pa­ster­stwa Mło­dzie­ży Ku­rii Die­ce­zjal­nej w Tar­no­wie, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Czym jest po­wo­ła­nie czło­wie­ka?

– Jest od­kry­ciem Bo­że­go pla­nu i ma­rze­nia, ja­kie Bóg ma wzglę­dem każ­de­go z nas.

Ja­kie dro­gi ży­cio­we mo­że­my wy­brać?

– Ka­płań­stwo, ży­cie za­kon­ne lub mał­żeń­stwo. Jest jesz­cze po­wo­ła­nie do sa­mot­no­ści (ale nie ży­cia sa­mot­ne­go!), by re­ali­zo­wać ja­kieś dzie­ło na rzecz kon­kret­nych osób. Przy­kła­dem ta­kie­go ży­cia jest dla mnie świec­ka mi­sjo­nar­ka, któ­ra od po­nad dwu­dzie­stu lat pra­cu­je na mi­sjach. Jest ra­do­sna po­mi­mo zmę­cze­nia, bo po­świę­ci­ła się Bo­gu i lu­dziom, któ­rych ko­cha. Ta­kie ży­cie wio­dą też m.in. sa­mot­ne na­uczy­ciel­ki, któ­re po­świę­ca­ją swój czas, że­by wy­cho­wy­wać uczniów i po­ma­gać im w wy­bo­rze dro­gi ży­cio­wej.

Mo­że się zda­rzyć po­wo­ła­nie w po­wo­ła­niu?

– Cza­sa­mi by­wa, że re­ali­zu­jąc jed­no po­wo­ła­nie, od­kry­wa­my dru­gie. Są mał­żeń­stwa i księ­ża, któ­rzy wy­jeż­dża­ją na mi­sje. To no­we pra­gnie­nie, któ­re ro­dzi się w ich ser­cach, nie jest sprzecz­ne z ich głów­nym po­wo­ła­niem.

Je­śli jed­nak star­sza pa­ni prze­sia­du­je ca­ły­mi dnia­mi w ko­ście­le za­pa­trzo­na w Naj­święt­szy Sa­kra­ment, mo­dli się, od­ma­wia ró­ża­niec, a za­nie­dbu­je mę­ża, to wte­dy ma miej­sce po­my­le­nie dróg ży­cia. Mu­si­my być do koń­ca wier­ni te­mu po­wo­ła­niu, któ­re wy­bie­rze­my.

fot. www.123rf.com

Ist­nie­je spo­sób na ro­ze­zna­nie, ja­kie dro­gę ży­cia przy­go­to­wał dla nas Bóg?

– Trze­ba py­tać Go o nią i mo­dlić się co­dzien­nie o jej ro­ze­zna­nie. Od­kry­wać swo­je ta­len­ty i zdol­no­ści oraz wy­słu­chać opi­nii do­ro­słych, któ­rzy nas zna­ją i do któ­rych ma­my za­ufa­nie np. ro­dzi­ców lub dziad­ków. By­wa, że czu­je­my się nie­do­war­to­ścio­wa­ni i ogra­ni­cza­my się do te­go, co ma­my. Bo­imy się zro­bić wię­cej. Uwa­ża­my, że nie stać nas na coś więk­sze­go, lep­sze­go, że się do cze­goś nie na­da­je­my. Przez to nie pró­bu­je­my. Nie ma­rzy­my lub nie re­ali­zu­je­my ma­rzeń. Ma­jąc kil­ka­dzie­siąt lat, na­rze­ka­my, że źle wy­bra­li­śmy, a wte­dy mo­że­my mieć pre­ten­sje tyl­ko do sie­bie, sko­ro ni­gdy wcze­śniej nie py­ta­li­śmy o swo­je po­wo­ła­nie Bo­ga lub py­ta­li­śmy Go za ma­ło.

Naj­waż­niej­szym po­wo­ła­niem jest to do świę­to­ści.

– Tak. Gdy zo­sta­li­śmy stwo­rze­ni, Bóg we­zwał nas do świę­to­ści. A my wąt­pi­my, czy ją kie­dy­kol­wiek osią­gnie­my lub od­kła­da­my ją na póź­niej. Wszyst­ko przez to, że wi­dzi­my, że je­ste­śmy sła­bi i cią­gle upa­da­my. A gdy­by dzi­siaj Bóg we­zwał mnie do sie­bie, to mu­szę być go­to­wy na py­ta­nie: „Mar­ci­nie, czy ko­chasz mnie bar­dziej niż to, co ro­bisz i to, co spra­wia ci naj­więk­szą przy­jem­ność?” Nie moż­na w jed­nej chwi­li po­ko­chać Bo­ga.

Jak być świę­tym już te­raz?

– Świę­tość to na­sze co­dzien­ne ży­cie. Ma­my się cie­szyć tym, co ro­bi­my. Nie mu­si­my ro­bić nad­zwy­czaj­nych rze­czy. Wy­star­czy, że ro­bi­my jak naj­le­piej umie­my to, do cze­go nas Pan Bóg we­zwał. Moż­na być świę­tym uczniem – pil­nym, su­mien­nym, nie od­kła­da­ją­cym na­uki na ostat­nią chwi­lę i nie ścią­ga­ją­cym na kart­ków­kach. Moż­na być wspa­nia­łym ta­tą, któ­ry choć nie pra­cu­je w wiel­kiej fir­mie i nie jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie, to wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę naj­le­piej, jak po­tra­fi, ko­cha ro­dzi­nę i spę­dza z nią du­żo cza­su. Mu­si­my się sta­rać re­ali­zo­wać na­sze po­wo­ła­nie na mak­sa i czę­sto ro­bić ra­chu­nek su­mie­nia z te­go, jak je wy­peł­nia­my.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Jak zabrać Boga

La­to, mo­rze, słoń­ce. I pla­kat przed ko­ścio­łem: „Nie ma wa­ka­cji bez Bo­ga!”. Po­my­śla­łam, ja­sne, że nie ma, prze­cież Pan Bóg przy­je­chał na wa­ka­cje ze mną.

Oce­ny wy­sta­wio­ne, świa­dec­twa roz­da­ne, wa­ka­cje roz­po­czę­te. Przed na­mi dwa mie­sią­ce cza­su bez szko­ły, na­uki i ksią­żek, bez za­dań do­mo­wych i po­ran­ne­go wsta­wa­nia. To chy­ba po­mysł sa­me­go Bo­ga. Pan Je­zus po­wie­dział do uczniów: „Idź­cie i od­pocz­nij­cie nie­co”. Apo­sto­ło­wie mu­sie­li wy­glą­dać na zmę­czo­nych, sko­ro Chry­stus ode­słał ich, aby po­szli od­po­cząć. My po ca­łym ro­ku szkol­nym wy­glą­da­my pew­nie po­dob­nie:) A za­tem, jak prze­żyć wa­ka­cje z Pa­nem Bo­giem?

Wy­star­czy pa­mię­tać

Módl się, pra­cuj i od­po­czy­waj” – ta­ki po­dział cza­su za­le­cał św. Be­ne­dykt te­mu, kto chciał zo­stać mni­chem. Wie­dział, że od­po­czy­nek jest po­trzeb­ny dla na­bra­nia sił oraz za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi psy­chicz­nej. Wa­ka­cje ide­al­nie na­da­ją się do wpro­wa­dze­nia w ży­cie za­sa­dy po­boż­ne­go mni­cha. Jed­nak pa­ku­jąc wa­ka­cyj­ne ple­ca­ki, pa­mię­taj­my, że Bóg tak­że chce z na­mi je­chać. Chce być z na­mi i wspól­nie prze­ży­wać czas od­po­czyn­ku. Jak za­brać Bo­ga na wa­ka­cje? To pro­ste! Wy­star­czy o Nim pa­mię­tać. W wa­ka­cje ko­ścio­ły są otwar­te i każ­de­go dnia spra­wo­wa­na jest Msza św. Pa­mię­taj­my rów­nież o spo­wie­dzi, pierw­szym piąt­ku, czy­ta­niu Pi­sma Świę­te­go. Za­brać ze so­bą Bo­ga na wa­ka­cje to roz­ma­wiać z Nim na mo­dli­twie ra­no i wie­czo­rem, dzię­ko­wać za słoń­ce, pięk­no stwo­rze­nia, za lu­dzi, któ­rych po­zna­je­my na wa­ka­cyj­nych szla­kach, za czas, któ­ry spę­dza­my ra­zem. Cza­sem ła­twiej jest od­dać Bo­gu kil­ka dni urlo­pu, niż od­da­wać Mu czas w na­szej za­bie­ga­nej co­dzien­no­ści. War­to jed­nak uczy­nić Je­zu­sa Pa­nem każ­de­go dnia, Pa­nem swo­je­go cza­su, rów­nież te­go wa­ka­cyj­ne­go.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Nauka poszła w las

Lu­bią wy­zwa­nia i zdo­by­wa­nie no­wych umie­jęt­no­ści. Ce­nią to, co przy­cho­dzi z tru­dem. W le­sie po­zna­ją przy­ro­dę, uczą się wy­zna­cza­niu kie­run­ków świa­ta i roz­pa­la­nia ognia.

Har­cer­ką Związ­ku Har­cer­stwa Rze­czy­po­spo­li­tej (ZHR) zo­sta­je się zwy­kle w pią­tej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej. Nic jed­nak nie stoi na prze­szko­dzie, by już w pierw­szej kla­sie wstą­pić do zu­chów. Ma­ry­sia Ma­tu­szew­ska na­le­ży do 45. Kra­kow­skiej Dru­ży­ny Har­ce­rek So­wi­zdrza­ły im. dr Wan­dy Błeń­skiej. Jej przy­go­da z har­cer­stwem za­czę­ła się w pią­tej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej po tym, gdy star­si har­ce­rze i har­cer­ki przy­szli do jej szko­ły na za­ciąg i pod­czas przerw po­ka­zy­wa­li, czym jest har­cer­stwo. – Po­my­śla­ły­śmy z ko­le­żan­ka­mi, że za­po­wia­da się cie­ka­wa przy­go­da. Wcią­gnę­ły­śmy się w nią. Do dzi­siaj na­le­ży­my do har­cer­stwa – opo­wia­da Ma­ry­sia, za­stę­po­wa za­stę­pu Po­wsi­no­gi. Ta ory­gi­nal­na na­zwa wzię­ła się stąd, że po­wsi­no­ga to oso­ba, któ­ra lu­bi się włó­czyć – po­dob­nie jak za­stęp Ma­ry­si.

Im trud­niej, tym le­piej

Po­wsi­no­gi są bar­dzo wszech­stron­ne. Wie­dzą, jak roz­bić na­miot, umie­ją nie­zau­wa­żo­ne po­dejść do ja­kie­goś obiek­tu i wy­co­fać się nie­po­strze­że­nie. Zna­ją też hi­sto­rię Pol­ski i har­cer­stwa, czy­ta­ją Pi­smo Świę­te, bli­skie są im po­sta­cie Ma­ryi i świę­tych. W cią­gu ro­ku szkol­ne­go za­stę­po­we, przy­bocz­ne i dru­ży­no­we przy­go­to­wu­ją dla młod­szych har­ce­rek za­ję­cia z wy­bra­nych dzie­dzin. Póź­niej każ­da już na wła­sną rę­kę zgłę­bia in­te­re­su­ją­cy ją te­mat. Wszyst­ko po to, by póź­niej móc zdo­by­wać na zbiór­kach za­stę­pu lub dru­ży­ny kon­kret­ne spraw­no­ści np. Te­re­no­znaw­czy­ni, Fi­nan­sist­ki, Bi­blist­ki czy Ha­gio­graf­ki. Jest ich bar­dzo wie­le. Wszyst­kie są ze­bra­ne w do­ku­men­cie, któ­ry li­czy… po­nad 300 stron.

Nie cho­dzi jed­nak o to, by zdo­być każ­dą z nich. – Wy­bie­ra­my ta­kie spraw­no­ści, któ­re są zgod­ne z na­szy­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi i któ­re po­ma­ga­ją w na­szym roz­wo­ju. Nie zbie­ra­my ich „na ilość”. Cho­dzi o to, by po­ko­nać swo­je ogra­ni­cze­nia, prze­ła­mać się. Spraw­ność ma się wią­zać z wy­zwa­niem. Je­śli co­dzien­nie jeź­dzi­my na ko­niach i zna­my się na nich, to zdo­by­cie spraw­no­ści zwią­za­nej z ni­mi ni­cze­go nas nie na­uczy. Dą­ży­my do te­go, by np. nie bę­dąc do­brym z hi­sto­rii, za­cząć ją zgłę­biać, sta­ra­jąc się o ja­kąś spraw­ność hi­sto­rycz­ną. Im trud­niej, tym le­piej – mó­wi z uśmie­chem Ma­ry­sia. Dla niej naj­więk­szym wy­zwa­niem by­ło zdo­by­cie zi­mą spraw­no­ści Od­kryw­ca Cięż­ko­wic. – Trze­ba się by­ła bar­dzo du­żo do­wie­dzieć o mie­ście, po­spa­ce­ro­wać, po­zwie­dzać. To by­ła jed­na z mo­ich pierw­szych spraw­no­ści. By­łam wte­dy nie­śmia­łą dziew­czyn­ką. Trud­no­ścią by­ły dla mnie roz­mo­wy z miesz­kań­ca­mi, któ­rych mu­sia­łam py­tać m.in. o za­byt­ki. Uda­ło się jed­nak! Prze­ła­ma­łam swo­ją nie­śmia­łość. Na­uczy­łam się więk­szej otwar­to­ści w kon­tak­tach z in­ny­mi – opo­wia­da Ma­ry­sia.

Zbli­ża nas las

Więk­szość spraw­no­ści har­cer­ki zdo­by­wa­ją w cza­sie obo­zów. Co ro­ku w lip­cu lub sierp­niu od­by­wa się mie­sięcz­ny obóz. Jest się wte­dy bar­dzo bli­sko przy­ro­dy, bo śpi się w na­mio­tach roz­bi­tych… w le­sie. Pierw­sze kil­ka dni to tzw. pio­nier­ka, czy­li czas na roz­bi­cie na­mio­tów (po jed­nym dla za­stę­pu), zbu­do­wa­nie prycz, pó­łek. Wszyst­ko trze­ba wy­ko­nać sa­me­mu z przy­wie­zio­nych de­sek. W ruch idą młot­ki i pi­ły. Trze­ba wy­ko­pać dziu­ry pod pry­cze, po­ciąć de­ski, po­skrę­cać i po­zbi­jać pół­ki. Każ­da har­cer­ka włą­cza się w bu­do­wa­nie obo­zo­wi­ska, bo to, co sa­ma wy­ko­na, sta­nie się jej miesz­ka­niem na naj­bliż­szy mie­siąc. – Czę­sto u młod­szych po dwóch dniach ta­kiej pra­cy po­ja­wia się znie­chę­ce­nie. Wte­dy star­sze z nas mu­szą sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia i po­móc im, pod­trzy­mać na du­chu, po­cie­szyć – mó­wi Ma­ry­sia.

Dni obo­zo­we upły­wa­ją na za­ję­ciach pro­wa­dzo­nych przez za­stę­po­we. Har­cer­ki uczą się m.in. hi­sto­rii Pol­ski i har­cer­stwa, te­re­no­znaw­stwa, po­zna­ją przy­ro­dę. 2–3 dni prze­wi­dzia­ne są na po­byt w chat­kach (rów­nież zbu­do­wa­nych wła­sny­mi rę­ka­mi!), znaj­du­ją­cych się nie­da­le­ko obo­zu. W cią­gu tych dni har­cer­ki skra­da­ją się z cha­tek do obo­zu po po­trzeb­ne im rze­czy, ucząc się przy oka­zji te­re­no­znaw­stwa i bez­gło­śne­go po­ru­sza­nia się w le­sie. Kil­ka dni spę­dza­ją rów­nież na wę­drów­kach po oko­licz­nych mia­stach. Na za­koń­cze­nie obo­zu na­stę­pu­je tzw. roz­pio­nier­ka, czy­li roz­kła­da­nie pó­łek, pry­czy i skła­da­nie na­mio­tów. – Wie­le z nas jest za­chwy­co­nych obo­za­mi wa­ka­cyj­ny­mi, bo pa­nu­je na nich mi­ła at­mos­fe­ra. Mo­że­my się na nich wie­le na­uczyć. Ma­my moż­li­wość spę­dze­nia ze so­bą du­żo cza­su i zo­ba­cze­nia sie­bie w róż­nych sy­tu­acjach. Le­piej się po­zna­je­my i zbli­ża­my się do sie­bie – mó­wi Ma­ry­sia. Nic dziw­ne­go, że czę­sto ja­dą na nie ca­łe dru­ży­ny.

Spraw­no­ści w prak­ty­ce

Wa­ka­cyj­ne obo­zy są naj­lep­szym cza­sem na zdo­by­wa­nie no­wych spraw­no­ści, zwłasz­cza z te­re­no­znaw­stwa i przy­ro­do­znaw­stwa. Każ­da ze spraw­no­ści ma po­da­ne przy­kła­do­we wy­ma­ga­nia, któ­re trze­ba speł­nić, by ją zdo­być. Przy­kład: by zo­stać Te­re­no­znaw­czy­nią, na­le­ży m.in. umieć wy­zna­czać stro­ny świa­ta wg przed­mio­tów te­re­no­wych, słoń­ca i ze­gar­ka, oce­nić „na oko” ja­kąś od­le­głość (moż­na się po­my­lić o 20 proc.), umieć zmie­rzyć wy­so­kość drze­wa i sze­ro­kość rze­ki, wy­zna­czyć azy­mut w te­re­nie i przejść we­dług nie­go dwa ki­lo­me­try w le­sie, po­tra­fić roz­róż­niać for­my ukształ­to­wa­nia te­re­nu na ma­pie i w te­re­nie oraz wła­ści­wie wy­zna­czać na ma­pie miej­sce po­sto­ju i pla­no­wa­ną dro­gę mar­szu. – W har­cer­stwie obo­wią­zu­je za­sa­da za­ufa­nia. Dru­ży­no­wa, któ­ra za­li­cza spraw­no­ści, nie jest w sta­nie spraw­dzić, czy każ­da har­cer­ka po­tra­fi wy­ko­nać wszyst­kie za­da­nia – wy­ja­śnia Ma­ry­sia.

Do dziś pa­mię­ta swój pierw­szy obóz, na któ­rym na­uczy­ła się roz­pa­la­nia ognia. – Do­wie­dzia­łam się, że nie moż­na do ognia wrzu­cać na raz wszyst­kich pa­ty­ków i że są róż­ne spo­so­by ukła­da­nia wa­try (du­że­go ogni­ska), by się do­brze pa­li­ła – mó­wi Ma­ry­sia. Po­zna­ła rów­nież róż­ne ro­śli­ny. Na­uczy­ła się roz­róż­niać ja­dal­ne od nie­ja­dal­nych. Zna te o wła­ści­wo­ściach lecz­ni­czych. Umie się po­słu­gi­wać kom­pa­sem. Wie, że idąc le­śny­mi dro­ga­mi do ce­lu, na­le­ży zna­ka­mi za­zna­czać cha­rak­te­ry­stycz­ne punk­ty tra­sy (np. sznur­kiem ob­wią­zy­wać drze­wa), że­by wra­ca­jąc, mieć pew­ność, że się nie błą­dzi. Wszyst­kie obo­zo­we za­ję­cia od­by­wa­ją się tak, by nie nisz­czyć przy­ro­dy. Za­bro­nio­ne jest ła­ma­nie ga­łę­zi, by ozna­czyć tra­sę. Sznur­ki są za­bie­ra­ne z drzew, gdy har­cer­ki ma­ją pew­ność, że da­ną tra­są już wię­cej nie pój­dą, a po za­koń­cze­niu obo­zu las zo­sta­wia­ją w ta­kim sta­nie, w ja­kim go za­sta­ły.

Przy­go­da na ca­łe ży­cie

Je­śli cho­dzi o spraw­ność przy­rod­ni­czą, to Ma­ry­sia naj­bar­dziej so­bie ce­ni Tro­pi­ciel­kę Zwie­rzy­ny. – Na­uczy­łam się roz­po­zna­wać wie­le zwie­rząt po wy­glą­dzie, od­gło­sach i tro­pach. By­ła to dla mnie in­te­re­su­ją­ca przy­go­da, tym więk­sza, że Tro­pi­ciel­ką Zwie­rzy­ny zo­sta­łam w zi­mie – mó­wi z du­mą Ma­ry­sia. Jej ulu­bio­ną spraw­no­ścią te­re­no­wą jest Ob­ser­wa­tor­ka. Dzię­ki niej umie wy­zna­czać kie­run­ki świa­ta wg bu­so­li, słoń­ca i gwiazd, ry­so­wać pla­ny bu­dyn­ków i od­mie­rzać kro­ka­mi da­ną od­le­głość.

Na py­ta­nie, dla­cze­go war­to zo­stać har­cer­ką, Ma­ry­sia bez wa­ha­nia od­po­wia­da: – Moż­na się na­uczyć wie­lu rze­czy z przy­ro­do­znaw­stwa, te­re­no­znaw­stwa i wie­lu róż­nych dzie­dzin wie­dzy oraz zdo­być wie­le do­świad­czeń. Har­cer­stwo to su­per­przy­go­dy i wie­le wspo­mnień, któ­re zo­sta­ją z na­mi na la­ta!

Do­łą­czysz do Ma­ry­si i jej zna­jo­mych?

 

Aga­ta Goł­da

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Ciało, taniec, modlitwa

Ro­bią pi­ru­ety… na Bo­żą chwa­łę. Two­rzą wi­do­wi­ska z prze­sła­niem, któ­re po­ru­sza­ją.

W ser­cach wie­lu dziew­czy­nek ro­dzi się chęć zo­sta­nia ba­let­ni­cą, z chłop­ca­mi – nie­ste­ty – już go­rzej. Część z nich za­słu­chu­je się w pio­sen­ce Mag­dy Fron­czew­skiej pt. „La­lecz­ka z sa­skiej por­ce­la­ny”, któ­ra opo­wia­da o mi­ło­ści ty­tu­ło­wej la­lecz­ki do prze­ślicz­ne­go księ­cia, któ­ry pew­ne­go dnia zja­wił się obok niej na ko­mo­dzie. Skąd ta­kie ma­rze­nie? Każ­da ba­let­ni­ca jest bar­dzo ład­na, pięk­nie ubra­na, z gra­cją po­ru­sza się na sce­nie i po­tra­fi wy­gi­nać cia­ło w nie­praw­do­po­dob­ny spo­sób. Cza­sa­mi moż­na wręcz od­nieść wra­że­nie, że lek­ka jak piór­ko ba­let­ni­ca uno­si się nad sce­ną.

Chrze­ści­jań­ski ba­let

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych ist­nie­je wy­jąt­ko­wa chrze­ści­jań­ska gru­pa ba­le­to­wa. No­si na­zwę Bal­let Ma­gni­fi­cat! Po­wsta­ła w 1986 r. w Jack­son w sta­nie Mis­si­si­pi. Gru­pę two­rzą pro­fe­sjo­nal­ni ar­ty­ści, któ­rzy tań­czą na Bo­żą chwa­łę. Wy­sta­wia­ją spek­ta­kle z prze­sła­niem. Chcą wy­tań­czyć Ewan­ge­lię, Bo­żą mi­łość i róż­ne ludz­kie hi­sto­rie, by w ten spo­sób do­pro­wa­dzić lu­dzi do Pa­na Bo­ga. Chcą do­trzeć do krań­ców świa­ta z prze­sła­niem Pa­na Je­zu­sa. Spek­ta­kle gru­py po­ru­sza­ją wie­lu wi­dzów. Przy­cho­dzą na nie tłu­my lu­dzi. Każ­de miej­sce jest za­ję­te.

Bal­let Ma­gni­fi­cat! two­rzą dwa pro­fe­sjo­nal­ne ze­spo­ły ba­le­to­we: Al­fa i Ome­ga. Mie­li oka­zję wy­stą­pić już w po­nad trzy­dzie­stu pię­ciu kra­jach na ca­łym świe­cie m.in. w Ka­na­dzie, Hon­du­ra­sie, Cze­chach, Bel­gii, Fran­cji, Au­strii, Ke­nii, Chor­wa­cji, Chi­nach.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 07–08/2018

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Wie­my, że lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”. Do­sta­je­my od Was ma­ile, w któ­rych pi­sze­cie, co Wam się po­do­ba i o czym chcie­li­by­ście po­czy­tać. Cie­szy­my się, że da­rząc nas za­ufa­niem, pro­si­cie na­szych eks­per­tów o róż­ne po­ra­dy, czę­sto w skom­pli­ko­wa­nych spra­wach. Wie­my, że na­sza pra­ca ma sens, bo wy­da­je w Wa­szych ser­cach owo­ce. Ma­my mi­sję! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem.

Chce­my być dla Was bar­dziej po­moc­ni. Od paź­dzier­ni­ka wkra­cza­ją spo­re zmia­ny. Na lep­sze. Po­sta­no­wi­li­śmy zmie­nić for­mu­łę „Dro­gi” tak, by sta­ła się po­mo­cą do owoc­ne­go przy­go­to­wa­nia do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w dło­niach jest ostat­nim w for­mu­le, ja­ką zna­cie. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. Nie bę­dzie w niej do­tych­cza­so­wych dzia­łów. Na­szą ca­łą uwa­gę sku­pi­my na jed­nym kon­kret­nym te­ma­cie – np. ży­cie lu­dzi nie­peł­no­spraw­nych czy uza­leż­nie­nia. Bę­dzie­my chcie­li spoj­rzeć na każ­dy z nich z róż­nych per­spek­tyw. Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­lą się z Wa­mi swo­ją wie­dzą. Znaj­dzie­my oso­by, któ­re na­pi­szą świa­dec­twa, np. wyj­ścia z ja­kie­goś na­ło­gu. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, na­śla­do­wać i in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach.

Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Bę­dą wy­wia­dy z eks­per­ta­mi, re­por­ta­że, świa­dec­twa. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne. Ta­ka bę­dzie pierw­sza część cza­so­pi­sma.

W dru­giej omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne przy owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia i przy po­głę­bia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ją już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać, za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, że ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

For­mu­łę tę nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r. Udo­sko­na­li­my ją i – po krót­kiej prze­rwie – w paź­dzier­ni­ku wró­ci­my do Was z no­wą sza­tą gra­ficz­ną i no­wy­mi te­ma­ta­mi nu­me­rów. Bę­dzie­my dla Was na­dal – w „Dro­dze do Bierz­mo­wa­nia”. Spo­tkaj­my się na jej stro­nach!

 

Aga­ta Goł­da

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Zaczytaj się, zasłuchaj, obejrzyj

Czy­tel­ni­cy i re­dak­to­rzy „Dro­gi” ra­dzą, co po­za ubra­nia­mi war­to spa­ko­wać do wa­ka­cyj­ne­go ple­ca­ka

 

Lu­dzie 8. dnia. Au­to­sto­pem do Mat­ki Te­re­sy to hi­sto­ria dwóch pol­skich do­mi­ni­ka­nów, któ­rzy wy­ru­szy­li w po­dróż au­to­sto­pem do Ma­ce­do­nii, gdzie uro­dzi­ła się jed­na z naj­więk­szych świę­tych XX wie­ku – Mat­ka Te­re­sa. Cał­ko­wi­cie za­ufa­li Bo­gu, zda­li się na Nie­go i lu­dzi, któ­rych Bóg po­sta­wił im na dro­dze.

Po­dróż tych dwóch do­mi­ni­ka­nów to hi­sto­ria, któ­ra po­ka­zu­je, że Bóg opie­ku­je się każ­dym czło­wie­kiem i że war­to cze­kać. Nie do­sta­je­my wszyst­kie­go od ra­zu, Bóg da­je nam drob­ne rze­czy, aby­śmy póź­niej po­tra­fi­li za­ufać Mu w wiel­kich. I że Bóg nie da­je prze­cież czło­wie­ko­wi pra­gnień, któ­rych nie mógł­by wy­peł­nić.

Ju­lia Go­rol

Au­dio­bo­ok Jak upro­ścić ży­cie ks. Krzysz­to­fa Grzy­wo­cza to bar­dzo do­bra kon­fe­ren­cja o za­ufa­niu Pa­nu Bo­gu i sa­me­mu so­bie oraz o tym, z cze­go wy­ni­ka na­sze prze­mę­cze­nie ży­ciem. Spodo­ba­ło mi się prze­my­śle­nie księ­dza o tym, że w re­ko­lek­cjach nie cho­dzi o zdo­by­wa­nie wie­dzy teo­lo­gicz­nej, ale o mo­dli­twę, któ­ra ma przy­nieść do­bre owo­ce. Pięk­ne jest je­go stwier­dze­nie, że „mą­drość to od­wa­ga i de­cy­zja sma­ko­wa­nia ży­cia”. Lek­tu­ra wzbo­ga­ca­ją­ca du­cha. Do­sko­na­le się słu­cha, w czym po­ma­ga rów­nież przy­jem­ny, „ra­dio­wy” głos ks. Grzy­wo­cza.

Aga­ta Goł­da


La­tem moż­na od­dać się le­niu­cho­wa­niu, ale przy­go­da brzmi le­piej, praw­da? La­to dru­giej szan­sy Mor­gan Mat­son to książ­ka o pró­bie od­zy­ska­nia pierw­szej mi­ło­ści i zmie­rze­nia się z pro­ble­ma­mi prze­szło­ści przez na­sto­let­nią Tay­lor. Brzmi sztyw­no i nud­nie? Nic bar­dziej myl­ne­go. War­to za­opa­trzyć się w chu­s­tecz­ki!

Se­ria ksią­żek Agniesz­ki Grze­lak pt. Blask Cor­re­do roz­po­czy­na­ją­ca się Her­ba­tą Szczę­ścia jest dla bar­dziej wy­trwa­łych czy­tel­ni­ków. To ro­man­tycz­na po­wieść fan­ta­sy z ta­jem­ni­cą w tle, czy­li nie­ty­po­we zle­ce­nie, wiel­ka mi­łość i nie­od­kry­ta prze­szłość, któ­re z za­par­tym tchem śle­dzi­łam w nie­jed­no wa­ka­cyj­ne po­po­łu­dnie.

Fa­nom ki­na po­le­cam try­lo­gię Wię­zień La­bi­ryn­tu (na pod­sta­wie świet­nych ksią­żek). Opo­wia­da o Tho­ma­sie, któ­ry bu­dzi się w ciem­nej win­dzie, nie pa­mię­ta­jąc ni­cze­go. Tra­fia do Stre­fy – za­mknię­te­go ob­sza­ru za­miesz­ka­ne­go przez gru­pę chłop­ców, któ­rzy do­sta­li się tam w iden­tycz­ny spo­sób. Każ­de­go ran­ka mur ota­cza­ją­cy Stre­fę otwie­ra się, uka­zu­jąc wej­ście do La­bi­ryn­tu, z któ­re­go od trzech lat pró­bu­ją zna­leźć wyj­ście. Gdy do Stre­fy tra­fia Te­re­sa, spra­wy przyj­mu­ją nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót.

Kla­ra Woj­now­ska


Dość ka­to­li­py. O Je­zu­sie Ce­le­bry­cie ks. Ja­na Kacz­kow­skie­go to książ­ka do czy­ta­nia i oglą­da­nia. Esen­cja prze­sła­nia ks. Ja­na zi­lu­stro­wa­na przez ze­spół DAYENU DESIGN. Treść jest mi bli­ska, bo mó­wi o nie­zgo­dzie na by­le­ja­kość w Ko­ście­le – ma­te­rial­ną, go­spo­dar­czą czy li­tur­gicz­ną. To, co dla Bo­ga, po­win­no być naj­wyż­szej ja­ko­ści – tak­że umo­wy o pra­cę z go­spo­dy­nia­mi czy ko­ściel­ny­mi.

Je­zus ja­ko ce­le­bry­ta? Dziś to ra­zi, ale chcąc współ­cze­śnie do­trzeć z Do­brą No­wi­ną do wąt­pią­cych, nie moż­na bać się po­pu­lar­no­ści. Waż­ne jed­nak, by uwa­gę sku­piać na Bo­gu, nie so­bie.

Wi­zy­ta Je­zu­sa u Za­che­usza nie ra­zi tak bar­dzo, a czy współ­cze­śnie nie hej­to­wa­li­by­śmy Je­zu­sa idą­ce­go np. do Jur­ka Owsia­ka? Wię­cej przy­kła­dów w książ­ce.

Mar­cin No­wak


Chcia­ła­bym po­le­cić dwie po­zy­cje na­praw­dę war­te prze­czy­ta­nia. Jed­ną z nich jest nie­daw­no wy­da­na książ­ka Ka­ta­rzy­ny Olu­biń­skiej pt. Bóg w wiel­kim mie­ście. Są to hi­sto­rie zna­nych i sław­nych osób, któ­rych ko­ja­rzy­my z du­żych ekra­nów. Au­tor­ka za­bie­ra nas tak­że w po­droż swo­je­go na­wró­ce­nia. Dru­gą książ­ka jest Urze­ka­ją­ca, któ­rą szcze­gól­nie po­le­cam każ­dej mło­dej ko­bie­cie. Po­zwa­la nam od­kryć wie­le ta­jem­nic du­szy. Uświa­do­mić so­bie rze­czy i spra­wy, o któ­rych nie mia­ły­śmy po­ję­cia. A tak­że le­piej zro­zu­mieć sie­bie i pra­gnie­nia swo­je­go ser­ca.

Kin­ga Kiercz

 

oprac. ag, mnq

 

Gdy lekarz jest za daleko

Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki zbie­ra środ­ki na bu­do­wę przy­chod­ni w Be­fa­sy (Ma­da­ga­skar)

W stru­gach tro­pi­kal­nej ule­wy do mi­sji przy­biegł mło­dy męż­czy­zna. Chri­sti­ne, je­go cię­żar­na żo­na od kil­ku już dni źle się czu­ła, a te­raz ból i go­rącz­ka sta­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. Wraz z ra­tow­ni­kiem me­dycz­nym, sta­cjo­nu­ją­cym w mi­sji, ru­szy­li w dro­gę do cho­rej.

40 go­dzin w bło­cie

Co kil­ka­set me­trów sa­mo­chód za­ko­py­wał się w bło­cie. W ruch szły szpa­dle i ło­pa­ty. Bro­dząc po ko­la­na w pod­mo­kłym grun­cie, męż­czyź­ni mo­zol­nie od­ko­py­wa­li sa­mo­chód. Miej­sca­mi trze­ba by­ło wy­rą­by­wać utrud­nia­ją­ce prze­jazd drze­wa i prze­ko­py­wać po­nadme­tro­we skar­py. Wie­dzie­li, że dla cię­żar­nej każ­da mi­nu­ta jest na wa­gę zło­ta. Prze­je­cha­nie kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów za­ję­ło im pra­wie 40 go­dzin. Mło­da ko­bie­ta, mi­mo wy­cień­cze­nia, prze­ży­ła. Jej dziec­ka nie uda­ło się ura­to­wać. Gdy­by tyl­ko ro­dzi­na mia­ła do­stęp do przy­chod­ni, ta dra­ma­tycz­na sy­tu­acja nie mia­ła­by miej­sca.

Ma­da­ga­skar:

– 75% lu­dzi ży­je w skraj­nej bie­dzie,

– 45 lat to śred­nia dłu­gość ży­cia.

Ma­da­ga­skar jest jed­nym z dzie­się­ciu naj­bied­niej­szych kra­jów świa­ta. W skraj­nej bie­dzie ży­je po­nad 75 proc. Mal­ga­szów.

Tam, gdzie nie ma mo­stów

W miej­sco­wo­ści Be­fa­sy (Ma­da­ga­skar) miesz­ka oko­ło 800 osób, a są­sied­nie wio­ski ma­ją ko­lej­ne kil­ka­set miesz­kań­ców. Lo­kal­na lud­ność rzad­ko mo­że li­czyć na po­moc me­dycz­ną. Naj­bliż­szy szpi­tal znaj­du­je się 50 km stąd, jed­nak sta­je się nie­do­stęp­ny, kie­dy od grud­nia do ma­ja w rze­ce Ka­ba­to­me­na przy­bie­ra wo­da. A mo­stów nie ma. W oko­li­cy był kie­dyś ra­tow­nik me­dycz­ny. Ja­cek Ja­rosz, wo­lon­ta­riusz z Pol­ski pra­co­wał na Ma­da­ga­ska­rze kil­ka mie­się­cy. Pro­wi­zo­rycz­ny punkt me­dycz­ny od­wie­dza­ło mie­sięcz­nie po­nad 600 osób! By­ła to ma­ła, jed­no­izbo­wa cha­ta z tra­wy i pa­ty­ków oraz z da­chem kry­tym strze­chą. Pa­cjen­tom za łóż­ko słu­żyć mu­siał ka­wa­łek ko­ca, a za sa­lę cho­rych ka­wa­łek zie­mi w cie­niu man­gow­ca. Za­miast pla­stra trze­ba by­ło uży­wać ta­śmy kle­ją­cej, a sto­jak na kro­plów­ki za­stą­pić ka­wał­kiem ga­łę­zi. Nikt jed­nak nie na­rze­kał. To by­ła pierw­sza po­moc me­dycz­na do­stęp­na w oko­li­cy. – Któ­re­goś dnia przy­szło sie­dem osób z od­le­głej o 15 km wio­ski. Uskar­ża­li się na pro­ble­my żo­łąd­ko­wo-je­li­to­we. Oka­za­ło się, że jesz­cze ni­gdy nie ze­tknę­li się z my­dłem – opo­wia­da Ja­cek. I do­da­je: „Na dzie­sięć naj­częst­szych przy­czyn śmier­ci co naj­mniej sześć jest ści­śle zwią­za­nych z bra­kiem pod­sta­wo­wej opie­ki me­dycz­nej”.

Sza­man za­brał zdro­wie

Gdy do szpi­ta­la nie da się do­je­chać, cho­rzy mo­gą zwró­cić się tyl­ko do sza­ma­nów. Ci od­pra­wia­ją ry­tu­ały i za­klę­cia. Nie­ste­ty, ofe­ru­ją tak­że groź­ne w skut­kach „te­ra­pie”. Każ­de­go po­po­łu­dnia w wio­sce na spa­cer wy­cho­dzi nie­po­zor­ny męż­czy­zna. Po­ko­nu­je kil­ka­set me­trów piasz­czy­stą dro­gą i za­wra­ca do swo­jej chat­ki. To­wa­rzy­szy mu dziew­czyn­ka. Ści­ska dłoń męż­czy­zny i ci­cho opo­wia­da, co wi­dzi do­oko­ła. Jest prze­wod­ni­kiem swo­je­go nie­wi­do­me­go oj­ca. Pas­cal nie jest nie­wi­do­my od uro­dze­nia. Kil­ka lat te­mu za­cho­ro­wał na za­pa­le­nie spo­jó­wek.

Lu­dzie nie mo­gą umie­rać tyl­ko dla­te­go, że przy­chod­nia jest za da­le­ko.

Pro­ste za­ka­że­nie, któ­re przy od­po­wied­niej ku­ra­cji mo­gło­by ustą­pić, sza­man po­trak­to­wał ma­ścią o fa­tal­nym dzia­ła­niu. Męż­czy­zna, któ­ry przy­szedł do sza­ma­na z bła­hym pro­ble­mem, wy­szedł nie­peł­no­spraw­ny. Przez brak do­stę­pu do opie­ki me­dycz­nej stra­cił wzrok, a wraz z nim szan­sę na nor­mal­ne ży­cie.

Am­bu­lans za­przę­żo­ny w wo­ły

Cza­row­ni­cy to jed­no, a fa­tal­na in­fra­struk­tu­ra me­dycz­na i dro­go­wa to dru­gie. Pew­ne­go po­po­łu­dnia pod pro­wi­zo­rycz­ną przy­chod­nię pod­je­chał tra­dy­cyj­ny mal­ga­ski wóz, za­przę­żo­ny w dwa by­ki. Przy­je­cha­ła nim mat­ka z trzy­let­nim dziec­kiem. Chłop­czyk pod­czas za­ba­wy wło­żył dłoń pod ko­ło te­go sa­me­go wo­zu, któ­ry te­raz słu­żył mu za „am­bu­lans”. Dwa pal­ce jed­nej rę­ki wi­sia­ły bez­wład­nie na kil­ku ścię­gnach i ka­wał­ku skó­ry. W ta­kiej sy­tu­acji w Eu­ro­pie szyb­ka in­ter­wen­cja chi­rur­gicz­na da­ła­by re­al­ne szan­se na od­zy­ska­nie peł­nej spraw­no­ści. Na Ma­da­ga­ska­rze jed­nak pro­ble­mem sta­ło się na­wet naj­prost­sze za­opa­trze­nie ra­ny. Trze­ba by­ło do­ko­nać peł­nej am­pu­ta­cji pal­ców. Ry­zy­ko za­ka­że­nia tęż­cem by­ło du­że, więc ro­dzi­na uda­ła się do od­da­lo­ne­go o dwa­dzie­ścia dwa ki­lo­me­try pań­stwo­we­go punk­tu me­dycz­ne­go. Dro­ga do po­wia­to­we­go mia­sta, gdzie przyj­mo­wał pie­lę­gniarz, za­ję­ła im pra­wie 8 go­dzin. A na miej­scu oka­za­ło się, że szcze­pion­ki się skoń­czy­ły.

Praw­dzi­wa przy­chod­nia. Mu­ro­wa­na

Po wy­jeź­dzie wo­lon­ta­riu­sza set­ki lu­dzi zo­sta­ło po­zba­wio­nych po­mo­cy me­dycz­nej. Dla­te­go w Be­fa­sy chce­my wraz z Re­demp­to­ris Mis­sio wy­bu­do­wać „Cha­tę Me­dy­ka”. Bę­dzie to nie­wiel­ka, mu­ro­wa­na przy­chod­nia z do­stę­pem do prą­du i wo­dy, w któ­rej sta­le bę­dzie moż­na uzy­skać po­moc me­dycz­ną. Ośro­dek zdro­wia ma stać na te­re­nie mi­sji Ob­la­tów Ma­ryi Nie­po­ka­la­nej. Po za­koń­cze­niu prac bu­dow­la­nych prak­ty­kę me­dycz­ną roz­pocz­nie lo­kal­na ka­dra. Przy­naj­mniej je­den wy­kształ­co­ny Mal­gasz bę­dzie sta­łym pra­cow­ni­kiem przy­chod­ni zdro­wia. Bę­dzie wspie­ra­ny przez spe­cja­li­stów-wo­lon­ta­riu­szy z Pol­ski.

 

Ka­sia Urban

 

Wię­cej w ser­wi­sie in­ter­ne­to­wym Pol­skiej Fun­da­cji dla Afry­ki: www.pomocafryce.org. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Na piechotę do Nieba

Moż­na ją na­zwać cza­sem ła­ski lub re­ko­lek­cja­mi w dro­dze. Pie­sza piel­grzym­ka na Ja­sną Gó­rę. Od­wa­żysz się w nią wy­ru­szyć?

W ze­szłym ro­ku do stóp Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej przy­szły 263 piel­grzym­ki, w któ­rych uczest­ni­czy­ło 123 ty­się­cy osób. Z He­lu wy­ru­sza naj­dłuż­sza z wszyst­kich – Piel­grzym­ka Ka­szub­ska. Trwa dzie­więt­na­ście dni. Li­czy 638 ki­lo­me­trów. Czym jest piel­grzym­ka? – Ma­my wła­sną de­fi­ni­cję, któ­rej mu­si się na­uczyć na pa­mięć każ­dy piel­grzym: to trud wę­drów­ki, wy­pły­wa­ją­cy z du­cha wia­ry, ja­ko świa­dec­two Ko­ścio­ła piel­grzy­mu­ją­ce­go. Piel­grzym­ka to re­ko­lek­cje w dro­dze i czas in­ten­syw­nej mo­dli­twy. Ma wpro­wa­dzić czło­wie­ka na dro­gę co­dzien­ne­go na­wró­ce­nia – mó­wi ks. Mi­chał Me­jer SDB, sa­le­zja­nin, opie­kun i mo­de­ra­tor Sa­le­zjań­skiej Piel­grzym­ki Ewan­ge­li­za­cyj­nej (SPE).

Czas ła­ski

Księ­dzu Mi­cha­ło­wi naj­bar­dziej po­do­ba się jed­nak in­na de­fi­ni­cja: piel­grzym­ka to czas ła­ski i spo­tka­nia z Bo­giem – w zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób – w lu­dziach i wy­da­rze­niach. Gdy był na­sto­lat­kiem, w trak­cie SPE zo­stał wy­sła­ny do pie­kar­ni po buł­ki i droż­dżów­ki. Za­sko­czy­ło go, że ktoś dał mu za dar­mo dwie siat­ki pie­czy­wa, oka­zał za­ufa­nie i ty­le do­bra, wie­rząc na sło­wo, że chło­pak jest uczest­ni­kiem piel­grzym­ki. Ta­kie zda­rze­nia uświa­do­mi­ły mu, że Bóg przy­cho­dzi do nas w co­dzien­nych sy­tu­acjach.

In­ten­cje

Co wy­róż­nia Sa­le­zjań­ską Piel­grzym­kę Ewan­ge­li­za­cyj­ną spo­śród in­nych? – Ma cha­rak­ter wspól­no­ty mło­dzie­żo­wej, któ­ra ewan­ge­li­zu­je na­po­tka­ne oso­by i dzie­li się z ni­mi świa­dec­twa­mi wia­ry – wy­ja­śnia ks. Mi­chał. W tym ro­ku, 30 lip­ca, piel­grzym­ka po raz dwu­dzie­sty siód­my wy­ru­szy ze Szczań­ca na Ja­sną Gó­rę. Co ro­ku bie­rze w niej udział 200–300 osób. Śred­nia wie­ku to 18 lat. Naj­młod­sze oso­by ma­ją 14 lat, a we­te­ra­ni oko­ło 30. – Na­sza dwu­ty­go­dnio­wa wę­drów­ka to hi­sto­ria czło­wie­ka w mi­nia­tu­rze. Raz świe­ci słoń­ce, in­nym ra­zem pa­da deszcz. Spo­ty­ka­my po dro­dze róż­nych lu­dzi, ale nie mo­że­my się za­trzy­mać. Mu­si­my ca­ły czas iść do ce­lu na­szej wę­drów­ki, do Bo­ga – mó­wi ks. Mi­chał. SPE nie trze­ba ni­gdzie ogła­szać. Naj­lep­szą re­kla­mą jest re­ko­men­da­cja osób, któ­re bra­ły w niej udział. – Naj­wię­cej osób szu­ka po­głę­bie­nia re­la­cji z Bo­giem i przy­jaź­ni z ró­wie­śni­ka­mi. Mło­dzi czę­sto mo­dlą się o po­myśl­ne zda­nie ma­tu­ry, o zdro­wie dla bli­skich, za oj­ca al­ko­ho­li­ka o wyj­ście z na­ło­gu, o na­wró­ce­nie dla ko­le­gów i ro­dzeń­stwa. Dziew­czy­ny, któ­re na cze­le piel­grzym­ki nio­są nie­wiel­ki krzyż z re­li­kwia­mi św. Ja­na Bo­sko, mo­dlą się o do­bre­go mę­ża – tłu­ma­czy ks. Mi­chał.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 12/2018

Ja­sna Gó­ra to punkt na ma­pie, któ­ry po­tra­fi po­ka­zać więk­szość z nas. Dla­cze­go? Bo to miej­sce szcze­gól­ne. Hi­sto­rycz­nie, bo tu­taj od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo nad Szwe­da­mi w cza­sie po­to­pu szwedz­kie­go w 1655 r. Nie po­zwo­li­li­śmy im po­sta­wić sto­py na Ja­snej Gó­rze. Ale przede wszyst­kim re­li­gij­nie. Na­sze ser­ca wy­ry­wa­ją się ku Mat­ce Bo­żej Czę­sto­chow­skiej. Ileż Ona próśb wy­słu­cha­ła! Ile na­stą­pi­ło cu­dów za Jej wsta­wien­nic­twem! Kto by za­brał się za li­cze­nie, pręd­ko po­gu­bił­by się w ra­chun­kach.

Nie­dłu­go za­czną się pie­sze piel­grzym­ki na Ja­sną Gó­rę. To wy­jąt­ko­wy czas. Jak mó­wi ks. Mi­chał Me­jer z Sa­le­zjań­skiej Piel­grzym­ki Ewan­ge­li­za­cyj­nej: „Piel­grzym­ka to czas ła­ski i spo­tka­nia z Bo­giem w zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób w lu­dziach i wy­da­rze­niach”. De­fi­ni­cja w punkt. By­łam sie­dem ra­zy na Pie­szej Piel­grzym­ce Kra­kow­skiej. Do­świad­czy­łam te­go, o czym mó­wi ks. Mi­chał oraz te­go, że piel­grzy­mo­wa­nie wcią­ga. : )

Wy­bie­rze­my się ra­zem do Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej?

Aga­ta Goł­da

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go