Problem. Reakcja. Blizna

Czy w ży­ciu wszyst­kie­go trze­ba spró­bo­wać? Z Agniesz­ką Bo­is­se, psy­cho­lo­giem i psy­cho­te­ra­peu­tą z Kli­ni­ki Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii, roz­ma­wia Mag­da Gu­ziak-No­wak.

Mo­ja ko­le­żan­ka al­bo mój ko­le­ga się sa­mo­oka­le­cza. Jak mo­gę po­móc, gdzie szu­kać po­mo­cy?

– War­to po­my­śleć o oso­bie do­ro­słej, do któ­rej mo­że­my się zwró­cić z tym pro­ble­mem, na­wet je­śli nie są to ro­dzi­ce. Oso­bą, u któ­rej moż­na szu­kać wspar­cia mo­że być ktoś z ro­dzi­ny, szkol­ny pe­da­gog, wy­cho­waw­ca czy za­ufa­ny na­uczy­ciel. Cza­sem war­to za­pro­po­no­wać, że wspól­nie po­szu­ka­my oso­by, z któ­rą o tym po­ga­da­my. A ta­ka po­moc mo­że się oka­zać nie­odzow­na.

Fot. Vik­to­ria Lu­ko­ni­na © 123RF.com

Po dru­gie – to bar­dzo waż­ne – sta­raj­my się być przy­ja­cie­lem a nie te­ra­peu­tą al­bo ro­dzi­cem. Mło­dzi lu­dzie ma­ją ce­chę, któ­ra jest szla­chet­na, ale też czę­sto nie­bez­piecz­na – chcą wszyst­kim po­ma­gać, ma­ją du­żo em­pa­tii, są wraż­li­wi na cier­pie­nie in­nych. Gdy ma­my do czy­nie­nia z sa­mo­oka­le­cze­nia­mi, trze­ba uwa­żać, aby nie brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za tę sy­tu­ację. War­to roz­ma­wiać i wspie­rać, ale nie fun­do­wać ko­le­żan­ce czy przy­ja­cie­lo­wi „te­ra­pii na wła­sną rę­kę”, bo spra­wa mo­że być zbyt po­waż­na.

I jesz­cze jed­no. Przy­ja­ciel mo­że nam szep­nąć do ucha: „Po­wiem ci coś w se­kre­cie”. Oczy­wi­ście, je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, ale jest tu je­den wy­ją­tek. Gdy­by je­go zdro­wie lub ży­cie by­ło za­gro­żo­ne, mu­si­my o tym po­in­for­mo­wać oso­by do­ro­słe.

A je­śli przy­ja­ciel nie przyj­dzie do nas ze swo­im se­kre­tem, ale do­my­śla­my się, że coś jest nie tak? Co po­win­no wzbu­dzić nasz nie­po­kój?

– Je­śli do­brze zna­my dru­gie­go czło­wie­ka, to ła­twiej bę­dzie nam za­uwa­żyć, że coś jest nie tak. Sy­gna­łem do za­in­te­re­so­wa­nia mo­gą być nie­ty­po­we zmia­ny, któ­re za­szły w funk­cjo­no­wa­niu tej oso­by. Na­szą uwa­gę mo­że zwró­cić izo­la­cja, od­cię­cie się od świa­ta, ucie­ka­nie z kon­tak­tu, wy­co­fa­nie, przy­gnę­bie­nie, smu­tek, płacz­li­wość, roz­draż­nie­nie. Za­sta­na­wia­ją­cy jest też nie­ty­po­wy ubiór – dla­cze­go ko­le­żan­ka no­si dłu­gą, gru­bą blu­zę w upal­ny, czerw­co­wy dzień?

Ok, za­uwa­ży­li­śmy, że coś jest nie tak. Co da­lej?

– Za­py­taj­my: „Wi­dzę, że coś się dzie­je. Czy mo­gę ci po­móc? Czy chcesz się ze mną czymś po­dzie­lić?”. Na­wet je­śli wi­dzi­my sa­mo­oka­le­cze­nia, nie ko­men­tuj­my ich. Za­miast mó­wić: „Wi­dzę, że się po­cię­łaś”, za­ga­daj­my: „Czy w two­im ży­ciu coś się sta­ło, zmie­ni­ło?”.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na, któ­ra mo­że spra­wić, że dru­ga stro­na za­mknie się na roz­mo­wę. Po­za tym sa­mo­oka­le­cze­nia naj­czę­ściej nie są cho­ro­bą psy­chicz­ną, ale ob­ja­wem in­nych kło­po­tów. Np. ktoś się tnie, bo ma pro­ble­my w na­uce, roz­stał się z dziew­czy­ną al­bo je­go ro­dzi­ce się roz­wo­dzą. Skie­ro­wa­nie go do psy­chia­try nie ma sen­su, bo gdy gro­żą mu trzy je­dyn­ki na świa­dec­twie, mo­że wy­star­czy go po pro­stu wy­słać na ko­re­pe­ty­cje.

To jak roz­po­znać, czy to cho­ro­ba, czy ob­jaw in­nych pro­ble­mów?

– Po­wiem tak: oso­by, któ­re się sa­mo­oka­le­cza­ją, nie za­wsze są cho­re psy­chicz­nie, ale za­wsze po­trze­bu­ją po­mo­cy. Tną się, bo ma­ją nie­roz­wią­za­ny pro­blem i sa­me już nie da­ją ra­dy go dźwi­gać. Cię­cie się mo­że być ob­ja­wem cho­ro­by np. de­pre­sji, ale jak po­wie­dzia­łam, naj­czę­ściej to ozna­ka in­nych kło­po­tów i spo­sób na ich od­re­ago­wa­nie. Nie sta­wiaj­my dia­gno­zy sa­mo­dziel­nie! Roz­róż­nie­nie, z czym ma­my do czy­nie­nia, zo­staw­my spe­cja­li­ście. To on oce­ni, czy jest po­trzeb­na np. te­ra­pia al­bo le­ki, czy wy­star­czy emo­cjo­nal­ne wspar­cie.

W czym te­ra­peu­ta jest lep­szy ode mnie – przy­ja­cie­la?

– Ma nie­zbęd­ną wie­dzę, jest pro­fe­sjo­nal­nie przy­go­to­wa­ny do nie­sie­nia po­mo­cy. Po­tra­fi spoj­rzeć na spra­wę z dy­stan­sem, na chłod­no, co jest bar­dzo waż­ne, bo gdy je­ste­śmy emo­cjo­nal­nie za­an­ga­żo­wa­ni, mo­że­my nie wy­chwy­cić waż­nych szcze­gó­łów. Waż­ne jest to, o czym mó­wi­łam wcze­śniej – przy­ja­cie­le ma­ją ten­den­cję do bra­nia od­po­wie­dzial­no­ści za czy­jeś kło­po­ty, a to na pew­no nie roz­wią­że pro­ble­mu sa­mo­oka­le­cza­nia. Przy­ja­ciel mo­że wspie­rać, ale to te­ra­peu­ta le­czy.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na.

Cza­sa­mi cię­cie się to spo­sób na szpan al­bo „wpi­so­we”, aby do­łą­czyć do ja­kiejś gru­py, bo „wszy­scy tak ro­bią”. Ale ja nie chcę. Jak w ta­kiej sy­tu­acji po­wie­dzieć „nie”?

– Nie bać się od­ma­wiać i ja­sno po­wie­dzieć „nie”, po pro­stu. Sze­ro­ko po­ję­ta aser­tyw­ność bar­dzo się przy­da­je. Po­cie­sza­ją­ca mo­że być myśl, że nie jest to ani pierw­sza, ani ostat­nia sy­tu­acja, kie­dy nie ma­my ocho­ty cze­goś ro­bić, mi­mo że ktoś te­go od nas ocze­ku­je. Nikt z nas nie uro­dził się z aser­tyw­no­ścią, trze­ba się jej na­uczyć.

Jak?

– Przy­glą­dać się so­bie i swo­im uczu­ciom. Za­da­wać so­bie py­ta­nia: „Czy ja mam na to ocho­tę? Ja­ka jest mo­ja mo­ty­wa­cja? Czy chcę to zro­bić tyl­ko po to, aby do­łą­czyć do gru­py?”. Je­śli od­po­wiedź na ostat­nie py­ta­nie brzmi „tak”, war­to się za­sta­no­wić, czy na­praw­dę chcę na­le­żeć do śro­do­wi­ska osób, któ­re nie po­dzie­la­ją mo­ich po­glą­dów. A mo­że le­piej po­szu­kać gru­py, któ­ra wy­zna­je war­to­ści po­dob­ne do mo­ich?

Je­śli czu­je­my, że nie chce­my ro­bić cze­goś wbrew so­bie np. pić al­ko­ho­lu, pa­lić pa­pie­ro­sów czy się sa­mo­oka­le­czać, po­zwól­my so­bie te­go nie chcieć, nie zmu­szaj­my się, nie prze­kra­czaj­my na si­łę swo­ich gra­nic. Skut­ka­mi ta­kiej de­cy­zji mo­gą być od­rzu­ce­nie i dez­apro­ba­ta ze stro­ny in­nych, ale też… sa­tys­fak­cja, że obro­ni­li­śmy swo­je war­to­ści. I na przy­szłość – im wię­cej ra­zy obro­ni­my swo­je gra­ni­ce, tym więk­szą ła­twość bę­dzie­my mieć w od­ma­wia­niu.

Pa­mię­taj­my, aby swo­je uczu­cia ko­mu­ni­ko­wać ja­sno i nie­agre­syw­nie. Na­sza od­mo­wa po­win­na być kon­kret­na, ale nie­obraź­li­wa.

Po­dob­no cię­cie się przy­no­si ulgę. Czy moż­na się od te­go uza­leż­nić?

– Jest ta­kie ry­zy­ko, szcze­gól­nie gdy cię­cie się to je­dy­ny lub głów­ny spo­sób roz­ła­do­wy­wa­nia na­pię­cia. War­to więc szu­kać in­nych po­my­słów. Nie­oce­nio­ne są wszel­kie for­my ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej np. jaz­da na ro­we­rze, pły­wa­nie czy choć­by re­gu­lar­ne spa­ce­ry. Po­moc­ne w roz­ła­do­wa­niu na­pię­cia są też roz­mo­wy z bli­ski­mi oso­ba­mi czy wszel­ka twór­czość np. pi­sa­nie, ma­lo­wa­nie. War­to po­znać róż­ne spo­so­by ko­mu­ni­ko­wa­nia oto­cze­niu, że mam trud­ną spra­wę, z któ­rą so­bie nie ra­dzę i chcia­ła­bym o niej po­ga­dać.

A gdy­by tak spró­bo­wać tyl­ko je­den raz…?

– Za­sad­ni­cze py­ta­nie brzmi: „Ale po co?”. Co chcę w ten spo­sób spraw­dzić? Czy chcę so­bie coś „udo­wod­nić”? Czy chcę się upodob­nić do ja­kiejś gru­py, na któ­rej z róż­nych przy­czyn mi za­le­ży, a mo­że po pro­stu spraw­dzić, czy bo­li?

Zo­ba­czyć z cie­ka­wo­ści.

– To nor­mal­ne, że cią­gnie nas do no­wych do­świad­czeń, ale czy w ży­ciu na­praw­dę trze­ba wszyst­kie­go spró­bo­wać? Nie. Po­dob­nie jest w skle­pie – wie­le rze­czy nas ku­si, ale prze­cież nie wszyst­ko ku­pu­je­my. Za­daj­my so­bie jesz­cze jed­no py­ta­nie: „Ja­kie bę­dą kon­se­kwen­cje mo­je­go wy­bo­ru, na­wet je­śli zro­bię to tyl­ko raz?”. Bli­zna i wspo­mnie­nie te­go wy­da­rze­nia po­zo­sta­nie w nas na za­wsze. Wra­ca­my do po­cząt­ku: „Ale po co mi to?”.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Pa­ni Agniesz­ka Bo­is­se jest te­ra­peu­tą w Kli­ni­ce Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii w Kra­ko­wie

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!

Me­dia kreu­ją ide­ały pięk­na ko­bie­ce­go i mę­skie­go. Bu­dzą w nas pra­gnie­nie, by dą­żyć do tych wzo­rów. Za­po­mi­na­my, że zdję­cia te bar­dzo czę­sto są re­tu­szo­wa­ne. Na­si zna­jo­mi wrzu­ca­ją na por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we fot­ki, a to z fe­rii, a to z wa­ka­cji. Na wszyst­kich pięk­nie wy­glą­da­ją. Ośle­pia­ją nas ich pięk­ne uśmie­chy. Czę­sto jed­nak do po­wsta­nia jed­ne­go uję­cia po­trzeb­nych im by­ło kil­ka­dzie­siąt in­nych, mniej uda­nych.

Pa­mię­taj­my, że nie mu­si­my być ide­al­ni. Pan Bóg ko­cha nas ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­śmy. Każ­de­go: te­go z od­sta­ją­cy­mi usza­mi, te­go z nad­wa­ga, te­go z pie­ga­mi, te­go po­ru­sza­ją­ce­go się na wóz­ku in­wa­lidz­kim, te­go nie­wi­do­me­go, te­go nie­do­sły­szą­ce­go i te­go z krzy­wa trój­ka też. Mnie ko­cha w oku­la­rach, przez któ­re prze­pła­ka­łam wie­le dni w szko­le pod­sta­wo­wej i w pierw­szej kla­sie li­ceum. Dla Bo­ga każ­dy z nas jest pięk­ny. Od­kry­cie tej praw­dy wy­zwa­la z ka­no­nów pięk­na, na­rzu­ca­nych przez świat. Po­zwa­la ode­tchnąć, po­lu­bić sie­bie i z mi­ło­ścią spoj­rzeć so­bie w oczy w lu­strze w ła­zien­ce.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych pi­sze­my o ro­li, ja­ka peł­ni świa­dek do Bierz­mo­wa­nia, wy­li­cza­my do­wo­dy na to, ze Je­zus na­praw­dę cho­dził po zie­mi i po­da­je­my wa­run­ki do­brej spo­wie­dzi. Dzie­li­my się też z Wa­mi świa­dec­twa­mi Krzyś­ka, któ­ry nie wsty­dzi się swo­jej wia­ry i Ar­tu­ra, któ­ry wy­brał ży­cie w czy­sto­ści.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Wygraj z kompleksami

Kie­dy ro­dzą się w lu­dziach kom­plek­sy? Ra­czej nie wi­dzi­my prze­cież, by przed­szko­lak przej­mo­wał się tym, że ma nad­wa­gę czy ru­de wło­sy, że tak po­zwo­lę so­bie się­gnąć po ste­reo­ty­py…

- Kom­plek­sy da­ją o so­bie szcze­gól­nie znać w okre­sie doj­rze­wa­nia. To czas, kie­dy mło­dy czło­wiek sta­je się szcze­gól­nie wraż­li­wy na opi­nię na swój te­mat wy­ra­ża­ną przez in­ne oso­by, zwłasz­cza z gru­py ró­wie­śni­czej. Wcze­śniej naj­waż­niej­sza jest dla nie­go opi­nia ro­dzi­ców i naj­bliż­sze­go oto­cze­nia. Okres doj­rze­wa­nia wią­że się z bar­dzo sil­ną po­trze­bą by­cia ak­cep­to­wa­nym. Je­śli nie jest on ak­cep­to­wa­ny przez gru­pę ró­wie­śni­czą, ro­dzi się w nim po­czu­cie by­cia gor­szym.

fot. Ka­ta­rzy­na Bia­ła­sie­wicz © 123RF.com

Ja­kie mo­gą być przy­czy­ny te­go bra­ku ak­cep­ta­cji?

- Zda­rza się, że dziec­ko po­sia­da pew­ne ce­chy, któ­re nie są mi­le wi­dzia­ne w je­go oto­cze­niu. Je­śli idzie o ce­chy cha­rak­te­ru, dziec­ko mo­że mieć np. skłon­ność do po­pa­da­nia w sil­ne emo­cje, ła­two iry­to­wać się pod wpły­wem prze­ciw­no­ści lo­su. Przez in­ne dzie­ci bę­dzie ono wte­dy po­strze­ga­ne ja­ko oso­ba nie­bu­dzą­ca sym­pa­tii.

Ma­ło te­go, czę­sto zda­rza się, że w przy­pad­ku in­cy­den­tów z udzia­łem ta­kie­go dziec­ka, na­uczy­ciel bie­rze stro­nę agre­so­ra, dzi­wiąc się, że np. na wy­zwi­sko w ro­dza­ju „Ty głup­ku” dziec­ko re­agu­je pła­czem bądź fu­rią.

A po­za ce­cha­mi cha­rak­te­ru? Ja­kie zna­cze­nie dla po­wsta­wa­nia kom­plek­sów mo­gą mieć nie­do­sko­na­ło­ści wy­glą­du czy choć­by brak no­we­go, za­awan­so­wa­ne­go te­le­fo­nu?

- To wszyst­ko za­le­ży od kon­tek­stu. Dziec­ko oty­łe mo­że być ne­ga­tyw­nie po­strze­ga­ne przez in­ne, ale nie w kla­sie, gdzie więk­szość dzie­ci jest oty­ła (a to się co­raz czę­ściej zda­rza). Źró­dłem kom­plek­sów i prze­śla­do­wa­nia jest bo­wiem wszyst­ko to, co spra­wia, że mło­dy czło­wiek od­sta­je w za­uwa­żal­ny spo­sób od resz­ty. Na­wet to, że jest on np. szcze­gól­nie uta­len­to­wa­ny. Z jed­nym oczy­wi­ście wy­jąt­kiem – dziec­ko bo­ga­te, wku­pu­ją­ce się w ła­ski ró­wie­śni­ków upo­min­ka­mi, za­wsze bę­dzie po­pu­lar­ne.

Ale od ne­ga­tyw­ne­go po­strze­ga­nia ko­goś do wy­śmie­wa­nia czy prze­mo­cy ró­wie­śni­czej jest jesz­cze chy­ba ka­wa­łek dro­gi?

- Da­ją­ca się za­uwa­żyć agre­sja fi­zycz­na bądź wer­bal­na to zwy­kle po­ziom, na któ­rym na­uczy­cie­le czy ro­dzi­ce po­dej­mu­ją re­ak­cję. Ale dla dziec­ka to jest bar­dzo póź­no. Nie­ste­ty, do­ro­śli rzad­ko re­agu­ją wcze­śniej, gdyż po pro­stu nie za­uwa­ża­ją pro­ble­mu. Trud­no na pierw­szy rzut oka po­strze­gać ja­ko po­wód do nie­po­ko­ju to, że ja­kieś dziec­ko sie­dzi sa­mo na ko­ry­ta­rzu i czy­ta so­bie książ­kę al­bo gra na smart­fo­nie. Nikt prze­cież jesz­cze się nad ni­kim nie znę­ca.

Prze­moc, naj­pierw słow­na – wy­śmie­wa­nie, po­ja­wia się do­pie­ro po pew­nym okre­sie izo­la­cji. I dziec­ko jej pod­da­ne re­agu­je czę­sto w prze­sad­ny spo­sób, co jesz­cze bar­dziej „na­krę­ca” prze­śla­dow­ców. Ale nikt nie za­sta­na­wia się nad tym, że to gru­pa ró­wie­śni­cza sa­ma so­bie ta­kie dziec­ko „wy­ho­do­wa­ła” po­przez izo­la­cję.

A co mo­że zro­bić mło­dy czło­wiek?

- Są trzy spraw­dzo­ne ochro­ny. Pierw­szym jest do­bra re­la­cja z ro­dzi­ca­mi, świa­do­mość, że mło­dy czło­wiek mo­że li­czyć na nich ja­ko swo­ich „prze­wod­ni­ków”. Dru­gi czyn­nik to wia­ra i uczest­nic­two w prak­ty­kach re­li­gij­nych. Trze­cim jest do­bra at­mos­fe­ra w kla­sie; at­mos­fe­ra, w któ­rej ucznio­wie się lu­bią i ak­cep­tu­ją.

- A gdy się wsty­dzi­my zwró­cić do na­uczy­cie­li i ro­dzi­ców?

- Mu­si­my wte­dy po­szu­kać so­bie śro­do­wi­ska, w któ­rym bę­dzie­my ak­cep­to­wa­ni. Być mo­że po­za szko­łą. Cho­ciaż nie­ko­niecz­nie do­ra­dzam sub­kul­tu­ry.

Dla­cze­go?

- By­wa­ją śro­do­wi­ska, któ­re ak­cep­tu­ją każ­de­go, ale tyl­ko dla­te­go, że sa­me od­rzu­ca­ją nor­my spo­łecz­ne. Tro­chę na za­sa­dzie: „Je­steś od­rzut­kiem, a więc przyjdź do nas, my cię oce­niać nie bę­dzie­my”. W te­go ro­dza­ju gru­pach mło­dy czło­wiek wejść mo­że w za­cho­wa­nia ry­zy­kow­ne – eks­pe­ry­men­ty z al­ko­ho­lem czy nar­ko­ty­ka­mi. Na­sto­la­tek mu­si po­szu­kać śro­do­wi­ska, któ­re go ak­cep­tu­je, ale któ­re jest po­zy­tyw­ne, po­ma­ga mu roz­wi­jać je­go moc­ne stro­ny.

To co Pa­ni po­le­ca?

- Dusz­pa­ster­stwa i wo­lon­ta­ria­ty. Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać. Wy­ko­nu­jąc na­wet naj­prost­sze pra­ce, roz­da­jąc choć­by bez­dom­nym zu­pę na uli­cy, mło­dy czło­wiek zy­sku­je po­czu­cie, że ro­bi coś waż­ne­go, że re­al­nie ko­muś po­ma­ga. W ta­kich oko­licz­no­ściach za­wią­zu­ją się też trwa­łe i szcze­re przy­jaź­nie.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Wo­lon­ta­riat jest jed­ną z naj­sil­niej pod­no­szą­cych sa­mo­oce­nę ak­tyw­no­ści, w ja­kie moż­na się za­an­ga­żo­wać.

O spo­so­bach ra­dze­nia so­bie z kom­plek­sa­mi i szu­ka­niu praw­dzi­wych, trwa­łych przy­jaź­ni z Bo­gną Bia­łec­ką, psy­cho­lo­giem, roz­ma­wiał Ka­rol Woj­te­czek.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Święty egoizm

Czy w mi­ło­sier­dziu jest miej­sce na… od­mo­wę po­mo­cy?

Wy­ja­śnij­my so­bie coś

Wie­lu z nas ko­ja­rzy ego­izm z kon­cen­tro­wa­niem się na so­bie. Czy to słusz­na de­fi­ni­cja? I tak, i nie. Bo z jed­nej stro­ny w ego­izmie cho­dzi o sku­pia­nie się na „ja”, ale z dru­giej – nie da się żyć, kom­plet­nie po­mi­ja­jąc sie­bie sa­me­go. Ja­ka za­tem jest mia­ra? – Ego­izm to kon­cen­tro­wa­nie się wy­łącz­nie na so­bie – wy­ja­śnia tę kwe­stię o. Krzysz­tof Dy­rek. Nie moż­na więc tak po pro­stu na­zwać ego­istą czło­wie­ka, któ­ry szu­ka wła­sne­go do­bra. Mia­rą ego­izmu nie jest sam fakt „sku­pia­nia na so­bie. Ego­ista to ktoś, kto szu­ka „wy­łącz­nie” wła­sne­go do­bra.

fot. Si­be­ria © 123RF.com

Jak tu wsze­dłeś?!

A skąd się wła­ści­wie bie­rze ego­izm? Zda­rza się, że czło­wiek nie do­świad­cza w ży­ciu zbyt wie­le mi­ło­ści. I nie cho­dzi tu wy­łącz­nie o dzie­ci po­zba­wio­ne ro­dzi­ców czy in­ne tra­ge­die. Tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy w środ­ku bar­dzo de­li­kat­ni. I cza­sem wy­star­czy kil­ka sy­tu­acji, w któ­rych po pro­stu „za­bra­kło” nam mi­ło­ści ze stro­ny osób, od któ­rych mie­li­śmy pra­wo jej ocze­ki­wać. Wów­czas po­ja­wia się ból. Je­śli się to po­wta­rza, czło­wiek (zwłasz­cza dziec­ko!) za­czy­na po­strze­gać sie­bie ja­ko nie­god­ne­go mi­ło­ści. I nie uczy się doj­rza­le sie­bie ko­chać. Bo prze­cież to od in­nych uczy­my się mi­ło­ści. Tak­że tej „au­to­mi­ło­ści”. Gdy ra­na ser­ca bo­li, oso­ba za­czy­na się na niej kon­cen­tro­wać. Chce za­spo­ko­ić swój de­fi­cyt wszę­dzie, gdzie się da. To „tu­taj” moż­na (choć nie trze­ba) stać się ego­istą. Ks. Bo­gu­sław Szpa­kow­ski stwier­dza, że „ego­izm to ze­msta nie­ko­cha­ne­go ja, Ego­ista to ktoś, kto nie po­tra­fi ko­chać in­nych, bo nie po­tra­fi doj­rza­le ko­chać sie­bie. Z po­wo­du bra­ku mi­ło­ści do sie­bie czu­je się we­wnętrz­nie pu­sty. Za­chłan­nie usi­łu­je wy­cią­gnąć z in­nych to, co się da, by przy­naj­mniej na chwi­lę po­czuć za­do­wo­le­nie” – pod­su­mo­wu­je ks. Szpa­kow­ski. Wg wie­lu psy­cho­lo­gów, to wła­śnie brak mi­ło­ści do sie­bie jest jed­ną z naj­waż­niej­szych przy­czyn psy­chicz­nych pro­ble­mów.

Jak sie­bie”, czy­li: nie mniej i nie wię­cej…

Wie­my już, że ego­ista ko­cha in­nych „za ma­ło”, bo tak na­praw­dę nie po­tra­fi roz­sąd­nie ko­chać sie­bie. Ale sto­su­nek do bliź­nich mo­że być zde­for­mo­wa­ny tak­że w dru­gą stro­nę. „Ileż to ra­zy słu­cha­li­śmy ka­zań, któ­re na­wo­ły­wa­ły nas do ry­go­ry­stycz­ne­go za­par­cia się sie­bie i bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści bliź­nie­go. Jak­że ła­two by­ło nam utwo­rzyć prze­ko­na­nie, że bliź­nie­go na­le­ży ko­chać po­nad wszyst­ko, ale sie­bie nie. Otóż za­po­mnie­nie o so­bie wzię­te do­słow­nie jest groź­ne. Wów­czas po­mi­ja­my istot­ny ele­ment przy­ka­za­nia mi­ło­ści – że ma­my ko­chać in­nych tak, jak sie­bie” – pi­sze ks. Szpa­kow­ski.

Czy ego­izm mo­że być świę­ty?

Świę­ty ego­izm” to pew­ne uprosz­cze­nie. O. Dy­rek pre­cy­zu­je: „Świę­to­ści tu nie ma, po­nie­waż wa­da nie jest świę­ta. Ale w ję­zy­ku po­tocz­nym po­ję­cie to funk­cjo­nu­je ja­ko sy­no­nim aser­tyw­no­ści”. „Aser­tyw­ność ko­ja­rzy się ze sprze­ci­wem. Ale w nim się za­wie­ra tak­że po­dej­ście do sie­bie sa­me­go: przy­zna­wa­nie so­bie pra­wa do wła­sne­go zda­nia, wy­ra­ża­nie go, sza­cu­nek do sie­bie i wła­snej wraż­li­wo­ści, a gdy trze­ba – ochro­na sie­bie. A to już nie ego­izm, ale ra­czej doj­rza­łość. Po­sta­wa wol­no­ści. Aser­tyw­ność to nic in­ne­go, jak umie­jęt­ność sta­wia­nia wła­snych gra­nic, z po­sza­no­wa­niem gra­nic in­nych” – wy­ja­śnia je­zu­ita. Trze­ba tu ko­niecz­nie pod­kre­ślić, że aser­tyw­ność to nie ce­cha. To zdol­ność na­by­ta. Da się te­go na­uczyć. Tyl­ko jak?

Prak­ty­ka czy­ni mi­strza

Ucze­nie się aser­tyw­no­ści jest po­trzeb­ne wszyst­kim, a zwłasz­cza oso­bom o ni­skim po­czu­ciu wła­snej war­to­ści, po­dat­nym na ma­ni­pu­la­cję czy ze zra­nio­ną god­no­ścią. Wbrew po­zo­rom to nie tyl­ko mó­wie­nie in­nym: „nie”. Po­czą­tek na­uki to mó­wie­nie wpierw do sie­bie sa­me­go: „mam pra­wo do…”: nie tyl­ko do ro­bie­nia, ale tak­że do nie­ro­bie­nia cze­goś. Do­pie­ro za tym idzie sta­wia­nie od­po­wied­nich gra­nic. Weź­my przy­kład z co­dzien­no­ści: ko­le­ga pro­si o po­moc w na­uce, a ty ko­niecz­nie mu­sisz się wy­spać na spraw­dzian. Sie­dzia­łeś dłu­go nad książ­ką, zo­sta­ło ci kil­ka go­dzin snu. Co te­raz? Z jed­nej stro­ny wiesz, że sen jest ci naj­bar­dziej po­trzeb­ny, a z dru­giej – na­ra­zić się ko­le­dze? Trud­na spra­wa. O. Dy­rek za­uwa­ża, że w ta­kich oko­licz­no­ściach brak aser­tyw­no­ści rów­nież mo­że być ego­izmem: „bo­ję się od­mó­wić, bo chcę mieć do­brą opi­nię”. Oso­ba aser­tyw­na, czy­li doj­rza­ła, po­wie so­bie: „mia­łem obo­wią­zek się na­uczyć, a te­raz mam pra­wo do snu”. I grzecz­nie od­mó­wi ko­le­dze. Nie moż­na się ob­wi­niać, gdy od­ma­wia się ko­muś po­mo­cy, by mą­drze chro­nić sie­bie. „Le­kar­stwem na brak aser­tyw­no­ści jest mi­łość: mi­łość do sie­bie sa­me­go. Otwar­ta na in­nych, lecz sza­nu­ją­ca sie­bie, któ­ry je­stem nie bar­dziej i nie mniej waż­ny od bliź­nie­go” – stwier­dza o. Dy­rek i za wzór po­da­je sa­me­go Chry­stu­sa: „Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek. Szczyt ludz­kiej doj­rza­ło­ści to Je­go po­sta­wa w cza­sie Mę­ki: wo­bec zdraj­ców – opa­no­wa­ny; wy­ra­ża ból, ale nie bła­ga o li­tość; mó­wi praw­dę, ale nie gar­dzi roz­mów­ca­mi; po­tra­fi od­po­wie­dzieć, ale ma tak­że od­wa­gę nic nie od­po­wia­dać. Da­je się przy­bić do krzy­ża, ale zna swo­ją god­ność”.

Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek.

Naj­pierw obro­na, po­tem ro­ze­zna­wa­nie

Aser­tyw­no­ści się uczy­my. Pierw­sze kro­ki są tro­chę skraj­ne i prze­ry­so­wa­ne. I do­brze. Tu­taj głów­ną po­sta­wą jest obro­na. Póź­niej czło­wiek na­bie­ra pew­no­ści sie­bie. I ten stan wy­ma­ga ostroż­no­ści. Po „eta­pie obro­ny”, gdy czło­wiek zna już swo­je pra­wa i umie sta­wiać gra­ni­ce, po­trzeb­ny jest etap dru­gi, czy­li: ro­ze­zna­wa­nie. Bo szczy­tem doj­rza­ło­ści nie jest kie­ro­wa­nie się obro­ną, ale kie­ro­wa­nie się mi­ło­ścią! O. Krzysz­tof Dy­rek prze­strze­ga: „Cza­sa­mi oso­by nie­aser­tyw­ne, gdy na­uczą się aser­tyw­no­ści, sta­ją się bun­tow­ni­ka­mi, a na­wet ego­ista­mi. Pod­kre­śla­ją swo­je pra­wa, a za­po­mi­na­ją o obo­wiąz­kach. Osią doj­rza­ło­ści nie jest po­wie­dze­nie so­bie: to ja je­stem naj­waż­niej­szy, ale ra­czej: naj­waż­niej­sze, bym zro­bił to, co zro­bił­by te­raz Je­zus na mo­im miej­scu”.

Czło­wiek, któ­ry w na­uce aser­tyw­no­ści za­trzy­ma się tyl­ko na eta­pie „obro­ny”, nie osią­gnie doj­rza­ło­ści. I wciąż nie bę­dzie po­tra­fił doj­rza­le ko­chać. Trze­ba za­tem ro­ze­zna­wać. A co? Oko­licz­no­ści ze­wnętrz­ne oraz we­wnętrz­ną mo­ty­wa­cję. Za­sta­nów się, po­módl do Je­zu­sa i za­py­taj, co On by te­raz zro­bił. A w spra­wach waż­niej­szych – po­dej­mij te­mat ze spo­wied­ni­kiem.

Prak­tycz­ne wska­zów­ki

  1. Wy­słu­chaj propozycji/prośby.
  2. Daj so­bie czas na de­cy­zję! Czę­sto „wko­pu­ją nas” zbyt szyb­kie de­kla­ra­cje, któ­rych po­tem się ża­łu­je. Tu­taj bar­dzo po­moc­ne są „go­tow­ce”, któ­ry­mi ni­ko­go nie ob­ra­zisz. Np.: „Słu­chaj, prze­my­ślę to i dam Ci po­tem znać”; „Cze­kaj, zer­k­nę w ter­mi­narz i Ci po­wiem”; „Po­sor­tu­ję my­śli i od­dzwo­nię!”.
  3. Wsłu­chaj się we wła­sne ser­ce: cze­go pra­gniesz? Czy ta spra­wa nie go­dzi w two­je su­mie­nie? Czy masz w ser­cu po­kój?
  4. Za­sta­nów się, czy masz na to czas. Od­po­wied­nio usta­wiaj prio­ry­te­ty.
  5. Pa­mię­taj: pro­szą­cy nie jest wro­giem. Mów so­bie: „On ma pra­wo pro­sić, a ja mam pra­wo od­mó­wić”.
  6. Zapy­taj o wła­sne in­ten­cje. Dla­cze­go chcę się zgodzić/odmówić? Z lę­ku o opi­nię? Z le­ni­stwa? A mo­że z mi­ło­ści, bądź po pro­stu z ocho­ty?
  7. Daj od­po­wiedź. Zrób to z mi­ło­ścią… do pro­szą­ce­go, i do sie­bie.

Krzysz­tof Dy­rek SJ

Je­zu­ita, fi­lo­zof, teo­log i psy­cho­log. Pro­wa­dzi szko­le­nia i te­ra­pie, pu­bli­ku­je.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Istnienia Jezusa nie da się podważyć!

Tak­że dziś lu­dzie pod­li naj­chęt­niej po raz dru­gi ska­za­li­by Je­zu­sa na śmierć i pil­no­wa­li, że­by już ni­gdy nie wy­szedł z gro­bu. Jed­nym ze spo­so­bów „no­wo­cze­sne­go” ska­zy­wa­nia Je­zu­sa na śmierć jest twier­dze­nie, że On ni­gdy nie ist­niał.

Co ja­kiś czas po­ja­wia­ją się lu­dzie, któ­rzy pod­da­ją w wąt­pli­wość to, czy Je­zus ist­niał na­praw­dę. Jak to jest moż­li­we, że ktoś uzna­je za po­stać mi­to­lo­gicz­ną ko­goś naj­bar­dziej zna­ne­go w hi­sto­rii ludz­ko­ści, kto w ra­dy­kal­ny spo­sób zmie­nił dzie­je te­go świa­ta, za ko­go mi­lio­ny mę­czen­ni­ków od­da­ło ży­cie i kto jest naj­więk­szym au­to­ry­te­tem mo­ral­nym dla co naj­mniej mi­liar­da osób w na­szych cza­sach? Od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie sta­nie się oczy­wi­sta wte­dy, gdy uświa­do­mi­my so­bie, czym cha­rak­te­ry­zu­je się czło­wiek świę­ty.

Chry­stus nio­są­cy krzyż, El Gre­co, ok. 1578 r.

Lu­dzie pod­li bo­ją się świę­to­ści

Czło­wiek świę­ty to ktoś, kto cie­szy i fa­scy­nu­je lu­dzi szla­chet­nych, kto nie­po­koi tych, któ­rzy grze­szą i ko­go chcą za­bić lu­dzie pod­li. Tak by­ło na przy­kład ze św. Ja­nem Paw­łem II. Lu­dzie szla­chet­ni przy­jeż­dża­li do nie­go z ca­łe­go świa­ta, że­by cho­ciaż na chwi­lę go zo­ba­czyć. Grzesz­ni­kom przy Pa­pie­żu trzę­sły się rę­ce z nie­po­ko­ju i po­czu­cia wi­ny, a lu­dzie pod­li wy­sła­li płat­ne­go mor­der­cę, że­by go za­strze­lił. Po­dob­nie by­ło z ks. Je­rzym Po­pie­łusz­ką. Lu­dzie uczci­wi wszę­dzie go szu­ka­li, grzesz­ni­cy przy nim się nie­po­ko­ili, a lu­dzie prze­wrot­ni po­rwa­li go i w be­stial­ski spo­sób za­mę­czy­li na śmierć. Naj­więk­szym świę­tym, ja­ki cho­dził po tej Zie­mi, był wcie­lo­ny Syn Bo­ży, Je­zus Chry­stus. On był sa­mą mi­ło­ścią i świę­to­ścią, we wszyst­kim po­dob­ny do nas, oprócz grze­chu. To wła­śnie dla­te­go lu­dzie szla­chet­ni szli za Nim z en­tu­zja­zmem na­wet na pu­sty­nię. Lu­dzie grzesz­ni spusz­cza­li przed Nim gło­wy i bła­ga­li Go o li­tość, a lu­dzie pod­li po­sta­no­wi­li Go za­bić i ska­za­li Go na śmierć krzy­żo­wą.

Wo­bec Je­zu­sa nikt z lu­dzi nie jest w sta­nie przejść obo­jęt­nie. Każ­dy z nas czu­je, że to ktoś wy­jąt­ko­wy i je­dy­ny w ca­łej hi­sto­rii. Tak­że w na­szych cza­sach ci, któ­rzy ko­cha­ją, szcze­rym ser­cem szu­ka­ją Je­zu­sa i ży­ją z Nim w przy­jaź­ni. Ci, któ­rzy grze­szą i chcą się na­wra­cać, przy­cho­dzą do Je­zu­sa za­wsty­dze­ni, wy­zna­ją swo­je wi­ny jak syn mar­no­traw­ny i pro­szą Go o mi­ło­sier­dzie. Na­to­miast ci, któ­rzy nie ko­cha­ją i nie chcą się zmie­niać, pa­trzą na Je­zu­sa z nie­na­wi­ścią, gdyż Je­go ist­nie­nie jest dla nich nie­zno­śnym wy­rzu­tem su­mie­nia. W swo­jej na­iw­no­ści my­ślą, że zło, któ­re czy­nią, nie jest aż tak wiel­kim złem, je­śli so­bie wmó­wią, że Bóg nie ist­nie­je. To wła­śnie dla­te­go tak­że w XXI wie­ku lu­dzie pod­li naj­chęt­niej po raz dru­gi ska­za­li­by Je­zu­sa na śmierć i pil­no­wa­li, że­by już ni­gdy nie wy­szedł z gro­bu. Jed­nym ze spo­so­bów „no­wo­cze­sne­go” ska­zy­wa­nia Je­zu­sa na śmierć jest twier­dze­nie, że On ni­gdy nie ist­niał.

Po­gań­scy hi­sto­ry­cy o Je­zu­sie

Po­wąt­pie­wa­nie w to, czy Je­zus jest po­sta­cią hi­sto­rycz­ną, świad­czy o nie­wie­dzy tych, któ­rzy ta­kie twier­dze­nia wy­po­wia­da­ją. O Je­go ist­nie­niu świad­czą nie tyl­ko Li­sty św. Paw­ła, na­pi­sa­ne 25–30 lat po śmier­ci Je­zu­sa oraz Ewan­ge­lie, któ­re po­wsta­ły kil­ka­dzie­siąt lat po wy­da­rze­niach, któ­re opi­su­ją i któ­rych świad­ka­mi by­ły ty­sią­ce lu­dzi. Rze­czy­wi­ste ist­nie­nie Je­zu­sa po­twier­dza­ją tak­że sta­ro­żyt­ni hi­sto­ry­cy po­gań­scy, któ­rzy by­li Mu nie­życz­li­wi, a w naj­lep­szym przy­pad­ku neu­tral­ni wo­bec Nie­go. Po­pa­trz­my na nie­któ­re z hi­sto­rycz­nych za­pi­sów.

Pierw­szym nie­chrze­ści­jań­skim au­to­rem, któ­ry na­pi­sał o Je­zu­sie, był ży­dow­ski hi­sto­ryk Jó­zef Fla­wiusz. Oko­ło ro­ku 93 po na­ro­dzi­nach Je­zu­sa wy­dał on „Daw­ne dzie­je Izra­ela”. W swo­jej kro­ni­ce pi­sze m.in.: „W tym cza­sie żył Je­zus, czło­wiek mą­dry, je­że­li w ogó­le moż­na go na­zwać czło­wie­kiem. Czy­nił bo­wiem rze­czy nie­zwy­kłe i był na­uczy­cie­lem lu­dzi, któ­rzy z ra­do­ścią przyj­mo­wa­li praw­dę. Po­szło za nim wie­lu Ży­dów, ja­ko też po­gan. On to był Chry­stu­sem. A gdy wsku­tek do­nie­sie­nia naj­zna­ko­mit­szych u nas mę­żów, Pi­łat za­są­dził go na śmierć krzy­żo­wą, je­go daw­ni wy­znaw­cy nie prze­sta­li go mi­ło­wać. Al­bo­wiem trze­cie­go dnia uka­zał im się znów ja­ko ży­wy. I od­tąd, aż po dzień dzi­siej­szy, ist­nie­je spo­łecz­ność chrze­ści­jan, któ­rzy od nie­go otrzy­ma­li tę na­zwę”.

O Je­zu­sie pi­sze też hi­sto­ryk Ta­cyt, któ­ry żył w la­tach 56–120: „Aby zni­we­czyć ha­ła­śli­we wie­ści, Ne­ron pod­su­nął win­nych i na naj­bar­dziej wy­szu­ka­ne ka­ry od­dał tych, któ­rych lud­ność ja­ko znie­na­wi­dzo­nych z po­wo­du ich zbrod­ni na­zy­wa chrze­ści­ja­na­mi. Twór­ca tej na­zwy Chry­stus za rzą­dów Ty­be­riu­sza zo­stał przez pro­ku­ra­to­ra Pon­cju­sza Pi­ła­ta ska­za­ny na śmierć”. Fakt ist­nie­nia Je­zu­sa po­twier­dza­ją in­ni hi­sto­ry­cy sta­ro­żyt­no­ści – Pli­niusz Młod­szy (62–113), Lu­kian z Sa­mo­sa­ty (ok. 125 – 180) i Cel­sus (II w.). Lu­kian na­pi­sał: „Do dziś czczą jak wia­do­mo tam­te­go wiel­kie­go czło­wie­ka, ukrzy­żo­wa­ne­go w Pa­le­sty­nie za to, że wpro­wa­dził mię­dzy lu­dzi te no­we ob­rzę­dy”. O hi­sto­rycz­no­ści Je­zu­sa pi­szą po­nad­to au­to­rzy ży­dow­scy czy­li ra­bi­ni, zwłasz­cza w Tal­mu­dzie Ba­bi­loń­skim.

Współ­cze­śni na­śla­dow­cy He­ro­da

W słyn­nym mu­si­ca­lu „Je­sus Christ Su­per­star” jest sce­na szcze­gól­nie za­pa­da­ją­ca w pa­mięć. Oto Je­zu­sa ska­za­ne­go na śmierć pro­wa­dzą do kró­la He­ro­da, któ­ry mógł­by Go jesz­cze ura­to­wać. He­rod jest czło­wie­kiem nie­mo­ral­nym i pró­bu­je so­bie kpić z Je­zu­sa. W prze­śmiew­czy spo­sób żą­da od Nie­go ja­kie­goś cu­du. W tej sy­tu­acji Je­zus w ogó­le się nie od­zy­wa. He­rod nie wy­trzy­mu­je kon­fron­ta­cji ze spo­ko­jem Je­zu­sa i wy­krzy­ku­je: „get out from my li­fe!” (wy­noś się z mo­je­go ży­cia!).

Na grun­cie na­uki ża­den czło­wiek nie jest w sta­nie za­prze­czyć hi­sto­rycz­ne­mu ist­nie­niu Je­zu­sa. Do­wo­dy na Je­go ist­nie­nie są zbyt oczy­wi­ste. W tej sy­tu­acji nie­któ­rzy pró­bu­ją za­prze­czać te­mu, że Je­zus zmar­twych­wstał i że po­wró­cił do apo­sto­łów. Ta­cy lu­dzie twier­dzą, że Je­zus wpraw­dzie ist­niał i był wręcz naj­bar­dziej szla­chet­nym czło­wie­kiem w hi­sto­rii ludz­ko­ści, ale że nie był Bo­giem. Te­go ty­pu twier­dze­nie jest nie­lo­gicz­ne i sprzecz­ne z oczy­wi­sty­mi fak­ta­mi. Otóż Je­zus wprost mó­wił, że sta­no­wi ze swo­im Oj­cem w Nie­bie jed­no, że dzia­ła w imie­niu Bo­ga i że ma wła­dzę rów­ną Bo­gu. Czy­ni cu­da, wskrze­sza i od­pusz­cza grze­chy. Zo­stał ska­za­ny na śmierć przez An­na­sza i Kaj­fa­sza wła­śnie za to, że uwa­żał sie­bie za Bo­ga. Je­śli ktoś twier­dzi, że Je­zus był naj­bar­dziej szla­chet­nym czło­wie­kiem w hi­sto­rii ludz­ko­ści, a jed­no­cze­śnie twier­dzi, że nie był Bo­giem, to czy­ni z Je­zu­sa kłam­cę lub cho­re­go psy­chicz­nie. A kłam­ca czy ktoś za­bu­rzo­ny nie mo­że być uzna­wa­ny za naj­bar­dziej wy­jąt­ko­we­go czło­wie­ka w ca­łej hi­sto­rii.

Za lub prze­ciw Je­zu­so­wi

Je­zus nie zo­sta­wia nam wy­bo­ru: al­bo za­chwy­ca­my się Je­go mą­dro­ścią i Je­go mi­ło­ścią aż do od­da­nia za nas ży­cia na krzy­żu, al­bo wma­wia­my so­bie, że był to ja­kiś nie­szczę­śnik, któ­ry nie wie­dział, kim jest. Gdy ktoś po­stę­pu­je w spo­sób nie­god­ny czło­wie­ka, to dla „uspo­ko­je­nia” su­mie­nia cho­wa się przed Je­zu­sem i wma­wia so­bie, że On w ogó­le nie ist­niał, że nie był Bo­giem, al­bo że nie jest dla nas waż­ny.

Dwa ty­sią­ce lat te­mu ten Bóg przy­szedł do nas oso­bi­ście, cho­ciaż z gó­ry wie­dział, że źli lu­dzie ska­rzą Go na śmierć. Od­tąd już wie­my, że Bóg nie tyl­ko ist­nie­je, ale że Twój i mój los jest dla Nie­go waż­niej­szy niż Je­go wła­sny los.

Na grun­cie na­uki ża­den czło­wiek nie jest w sta­nie za­prze­czyć hi­sto­rycz­ne­mu ist­nie­niu Je­zu­sa. Do­wo­dy na Je­go ist­nie­nie są zbyt oczy­wi­ste.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Za­wsze w dniu, w któ­rym od­da­je do dru­ku ko­lej­ny nu­mer „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia” pod­no­si mi się po­ziom ad­re­na­li­ny. Nie jest mi po­trzeb­na ka­wa, by się po­bu­dzić. Chce, że­by wszyst­ko by­ło do­pię­te na ostat­ni gu­zik. Nie chce ni­cze­go prze­oczyć. Po raz ostat­ni czy­tam ca­ły nu­mer, że­by wy­ła­pać li­te­rów­ki, któ­re wcze­śniej mi umknę­ły. Przez ca­ły dzień. to­wa­rzy­szy mi stres.

W tym nu­me­rze roz­kła­da­my stres na czyn­ni­ki pierw­sze. Pi­sze­my, skąd się bie­rze i pod­po­wia­da­my, jak go unik­nąć. Chce­cie mieć lep­sze oce­ny? Z pew­no­ścią: ) Jak je zdo­by­wać? – wy­ja­śni dr Klau­dia Mar­ty­now­ska. Pi­sze­my też o do­brym od­po­czyn­ku. Jest on bar­dzo waż­ny, je­śli chce się mniej stre­so­wać.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych prze­czy­ta­cie, dla­cze­go za­le­ca się, że­by w cza­sie Bierz­mo­wa­nia zo­sta­wić imię, któ­re otrzy­ma­li­śmy przy Chrzcie św. Do­wie­cie się, jak zo­stać rycerzem/rycerka Bo­ga i po­zna­cie chło­pa­ka, któ­ry stwo­rzył apli­ka­cje, któ­ra po­ma­ga w przy­go­to­wa­niu się do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Spotkać Miłość

Gdy mia­łem sie­dem lat, od­kry­łem, że ma­ma cho­dzi­ła co­dzien­nie na Eu­cha­ry­stię. Wy­cho­dzi­ła o 5.30 i szła pie­szo dwa ki­lo­me­try do ko­ścio­ła, że­by za­osz­czę­dzić na au­to­bu­sie. W tam­tych cza­sach li­czył się każ­dy grosz. Po­pro­si­łem ją, by nie cho­dzi­ła co­dzien­nie do ko­ścio­ła, bo wte­dy mo­że dłu­żej spać i bę­dzie mia­ła wię­cej sił. Ma­ma uśmiech­nę­ła się i od­po­wie­dzia­ła: „Mam si­łę wła­śnie dla­te­go, że co­dzien­nie spo­ty­kam się z Je­zu­sem i no­szę Go w ser­cu”.

fot. pixabay.com – he­bi­moh

 Wy­obraź­my so­bie, że któ­re­goś dnia przy wyj­ściu ze szko­ły pięt­na­sto­let­ni chło­pak pro­po­nu­je swo­jej ko­le­żan­ce z kla­sy, że od­pro­wa­dzi ją do do­mu. Lu­bią ze so­bą roz­ma­wiać, więc ona chęt­nie się zga­dza. Gdy są już bli­sko jej do­mu, chło­pak wi­dzi, że prze­jeż­dża­ją­cy wła­śnie obok nich sa­mo­chód wjeż­dża na chod­nik pro­sto w dziew­czy­nę. Rzu­ca się w jej kie­run­ku, że­by uchro­nić ją przed ude­rze­niem au­ta. Uda­je mu się, ale sam zo­sta­je po­waż­nie ran­ny. Dziew­czy­na jest wzru­szo­na do łez tym, że chło­pak za­ry­zy­ko­wał dla niej ży­cie. Bę­dzie co­dzien­nie – wzru­szo­na i wdzięcz­na za je­go po­świę­ce­nie – od­wie­dzać go w szpi­ta­lu, a póź­niej w do­mu. Śla­dy ran na je­go cie­le bę­dą jej cią­gle przy­po­mi­na­ły, jak waż­na jest dla te­go chło­pa­ka i jak on stał się waż­ny dla niej. Każ­da wi­zy­ta u ran­ne­go ko­le­gi bę­dzie jej do­da­wa­ła sił, że­by mą­drze po­stę­po­wać i ko­rzy­stać z da­ru ist­nie­nia, sko­ro ktoś za­ry­zy­ko­wał ży­cie, że­by ona mo­gła żyć.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Nowe życie – nowy ja!

Abra­mo­wi Bóg zmie­nił imię na Abra­ham, Ja­kub zo­stał Izra­elem, Szy­mon Pio­trem, a Sza­weł stał się Paw­łem. A ty kim zo­sta­niesz?

fot. pixabay.com – Fo­to­rech

Zmia­na imie­nia w tra­dy­cji chrze­ści­jań­skiej jest obec­na od wie­ków. W świe­cie po­gań­skim gdy ktoś przyj­mo­wał chrzest i sta­wał się chrze­ści­ja­ni­nem, zmie­niał rów­nież swo­je imię. Każ­dy no­wo wy­bra­ny pa­pież wy­bie­ra so­bie no­we imię. Po­dob­nie za­kon­ni­cy i za­kon­ni­ce przy skła­da­niu ślu­bów wie­czy­stych.

Imię, czy­li po­wo­ła­nie

No­we imię ozna­cza no­we­go czło­wie­ka. Każ­da z po­wyż­szych sy­tu­acji wią­że się z waż­ną zmia­ną w ży­ciu, no­wym po­wo­ła­niem, do któ­re­go wzy­wał Bóg. Przy chrzcie do­ro­słe­go no­we imię ozna­cza zu­peł­nie no­we­go czło­wie­ka, za­nu­rzo­ne­go w Chry­stu­sie. Jest to zmia­na, któ­ra do­ko­nu­je się w głę­bi ser­ca, a jej zna­kiem jest wła­śnie zmia­na imie­nia. W świe­cie bi­blij­nym imię zwy­kle ma ja­kieś głęb­sze zna­cze­nie, ko­ja­rzy się z kon­kret­nym za­da­niem, do któ­re­go wzy­wa Bóg. Piotr, czy­li opo­ka, miał stać się ska­łą i opar­ciem dla ca­łe­go Ko­ścio­ła. Abra­ham stał się oj­cem wie­lu na­ro­dów. Wy­bór imie­nia za­tem nie mo­że być czymś przy­pad­ko­wym, wią­że się bo­wiem z no­wym wy­zwa­niem; dro­gą, któ­rą dla czło­wie­ka wy­bie­ra Bóg.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Postaw dobrze żagle

Z dr Klau­dią Mar­ty­now­ską, psy­cho­lo­giem, o stre­sie i ma­lo­wa­niu kred­ka­mi wy­obraź­ni roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

fot. pixabay.com – na­stya gepp

Czym jest stres?

- Stres jest re­ak­cją na­sze­go or­ga­ni­zmu na sy­tu­acje, któ­rych do­świad­cza­my w ży­ciu. Kie­dy się stre­su­je­my, nasz or­ga­nizm my­śli, że sy­tu­acja jest za­gro­że­niem i au­to­ma­tycz­nie uru­cha­mia me­cha­nizm: „wal­ka al­bo uciecz­ka”. Naj­ła­twiej jest to zro­zu­mieć, prze­no­sząc się do świa­ta zwie­rząt. Kie­dy dra­pież­ca zbli­ża się do ofia­ry, np. lew do an­ty­lo­py, wów­czas or­ga­nizm an­ty­lo­py mo­bi­li­zu­je si­ły do uciecz­ki lub do wal­ki. Jej mózg wy­dzie­la „do­dat­ko­we pa­li­wo” w po­sta­ci hor­mo­nów, np. ad­re­na­li­nę, któ­ra przy­spie­sza bi­cie ser­ca i do­star­cza wię­cej tle­nu do mię­śni. Dzię­ki te­mu an­ty­lo­pa szyb­ko za­bie­ra się do uciecz­ki.

A jak to jest u lu­dzi?

- Gdy się stre­su­je­my, czę­sto od­czu­wa­my przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Na­sze cia­ło po­ci się, nie­któ­rzy z nas ob­le­wa­ją się ru­mień­cem, a in­ni „za­mie­ra­ją”. Ta ostat­nia re­ak­cja na­sze­go or­ga­ni­zmu czę­sto to­wa­rzy­szy uczniom pod­czas ust­nej od­po­wie­dzi, kie­dy oka­zu­je się, że nie pa­mię­ta­ją ma­te­ria­łu, któ­re­go uczy­li się dzień wcze­śniej lub nie są w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Idę uli­cą i wi­dzę lu­dzi ze smart­fo­na­mi w dło­niach. Scrol­lu­ją, pi­szą SMS-y, roz­ma­wia­ją, twe­etu­ją, laj­ku­ją i udo­stęp­nia­ją mnó­stwo rze­czy o tym, co ro­bią. Nie­raz się po­tkną, bo nie za­uwa­żą krzy­wej pły­ty chod­ni­ko­wej, nie­raz w ostat­niej chwi­li za­trzy­ma­ją się na czer­wo­nym świe­tle. Naj­smut­niej­sze jest jed­nak to, że z no­sa­mi w smart­fo­nach prze­ga­pia­ją to, co naj­waż­niej­sze. Dru­gie­go czło­wie­ka. Czy to znak cza­su?

Tech­no­lo­gia nie jest ani do­bra, ani zła. Do­bry lub zły mo­że być spo­sób, w ja­ki z niej ko­rzy­sta­my. Za­pra­szam Was w po­dróż do świa­ta tech­no­lo­gii, bez któ­rej nie wy­obra­ża­my so­bie ży­cia i do od­kry­cia, że waż­niej­szy jest uśmiech w re­alu od laj­ka na Fej­sie.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych znaj­dzie­cie tekst ks. To­ma­sza Pod­lew­skie­go o Du­chu Świę­tym. Do­wie­cie się, czy każ­dy z nas do­stał od Nie­go ja­kiś cha­ry­zmat. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o chrzcie, któ­ry po­rów­nu­je do szcze­pion­ki Mi­ło­ści, a od­waż­ny świa­dek wia­ry, Ja­kub Maj­chrzak, dzie­li się swo­im świa­dec­twem. Wy­obraź­cie so­bie, jak cho­dzi po uli­cach Po­zna­nia i opo­wia­da prze­chod­niom o Bo­gu.

Ten nu­mer jest wy­jąt­ko­wy, po­nie­waż Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki przed­sta­wia w nim co­dzien­ność lu­dzi miesz­ka­ją­cych na tym kon­ty­nen­cie. To, co my uzna­je­my za oczy­wi­stość – bie­żą­ca wo­da, ka­na­li­za­cja, ze­szy­ty do szko­ły, dla na­szych ró­wie­śni­ków jest luk­su­sem. Prze­czy­taj­cie, jak mo­że­my po­móc na­szym afry­kań­skim sio­strom i bra­ciom.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szczepionka Miłości

Sa­kra­men­ty to szcze­gól­na po­moc Bo­ga. Bo­ga, któ­ry ko­cha czło­wie­ka i pra­gnie, by każ­dy w ra­do­sny i bło­go­sła­wio­ny spo­sób żył tu i te­raz, a nie do­pie­ro kie­dyś po śmier­ci do­cze­snej w Nie­bie. Owoc­ne ko­rzy­sta­nie z po­mo­cy te­go sa­kra­men­tu po­mo­cy za­le­ży od te­go, czy doj­rza­le ro­zu­mie­my to, cze­go Bóg w nim do­ko­nu­je. Oraz od te­go, w ja­ki spo­sób po­win­ni­śmy od­po­wie­dzieć na otrzy­ma­ne od Nie­go da­ry.

Zwy­kle mó­wi­my, że sa­kra­ment chrztu gła­dzi grzech pier­wo­rod­ny. Ta­kie stwier­dze­nie mo­że wpro­wa­dzać w błąd, su­ge­ru­jąc, że ko­lej­ne po­ko­le­nia lu­dzi są od­po­wie­dzial­ne za grze­chy po­przed­ni­ków. Bóg ni­ko­mu z nas nie przy­pi­su­je grze­chów, któ­re po­peł­nił ktoś in­ny. Grzech ani wi­na się nie dzie­dzi­czą. Grzech pier­wo­rod­ny to grzech Ada­ma i Ewy. Ob­cią­ża su­mie­nia wy­łącz­nie tych pierw­szych lu­dzi. My po­no­si­my na­to­miast skut­ki ich pierw­sze­go grze­chu. Po­no­si­my też skut­ki grze­chów lu­dzi z ko­lej­nych po­ko­leń. Gdy ktoś, kto ma bez­po­śred­ni wpływ na na­sze ży­cie, nie słu­cha Bo­ga i czy­ni zło, to za­da­je nam nie­za­wi­nio­ne przez nas cier­pie­nie. By­wa ono cza­sem bo­le­sne. Dzie­je się tak na przy­kład wte­dy, gdy ktoś z na­szych ro­dzi­ców prze­sta­je ko­chać, al­bo gdy po­pa­da w ja­kieś uza­leż­nie­nie. Po­dob­nie za­czy­na­my cier­pieć wte­dy, gdy ktoś z na­szych ró­wie­śni­ków, któ­rych trak­to­wa­li­śmy jak przy­ja­ciół, za­czy­na nas krzyw­dzić.

fot. pixabay.com
- ge­ralt

Skut­ki

Bóg nie tyl­ko nas ko­cha, ale też we wszyst­kim ro­zu­mie. On wie, że to, co czy­nią lu­dzie wo­kół nas, wpły­wa na na­szą sy­tu­ację ży­cio­wą. Gdy in­ni czy­nią coś złe­go, to kom­pli­ku­ją na­sze ży­cie. To jest nie­spra­wie­dli­we. Nie jest to jed­nak wi­na Bo­ga, gdyż ra­nią nas je­dy­nie ci lu­dzie, któ­rzy Bo­ga nie słu­cha­ją. Z ko­lei ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z De­ka­lo­giem, od­no­szą się do nas z mi­ło­ścią, cier­pli­wo­ścią, de­li­kat­no­ścią. Ta­cy lu­dzie – bez na­szej za­słu­gi – spra­wia­ją, że ła­twiej jest nam żyć.

Dzie­ci ro­dzi­ców i Bo­ga

Co w ta­kim ra­zie do­ko­nu­je się w sa­kra­men­cie chrztu? Chrzest ma po­dwój­ne zna­cze­nie. Po pierw­sze, w cza­sie chrztu Bóg przy­po­mi­na na­szym ro­dzi­com o tym, że je­ste­śmy nie tyl­ko ich dzieć­mi, lecz tak­że – i przede wszyst­kim – dzieć­mi sa­me­go Bo­ga. Stwór­ca przy­po­mi­na ro­dzi­com i ro­dzi­com chrzest­nym, że je­ste­śmy Je­go uko­cha­ny­mi sy­na­mi i cór­ka­mi. Oraz że On oso­bi­ście trosz­czy się o każ­de­go z nas jak naj­lep­sza ma­ma i naj­lep­szy ta­ta jed­no­cze­śnie. Je­zus szcze­gól­nie czu­le oka­zy­wał mi­łość wła­śnie dzie­ciom. Brał je w ra­mio­na i bło­go­sła­wił, a do­ro­słym przy­po­mi­nał o wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści za oka­zy­wa­nie mi­ło­ści i re­li­gij­ne wy­cho­wa­nie po­tom­stwa. Nie­zwy­kle ostro prze­strze­gał tych, któ­rzy krzyw­dzą i gor­szą nie­let­nich. Chrzest mo­bi­li­zu­je ro­dzi­ców do ofiar­nej i czu­łej tro­ski. Ta­ka tro­ska z ich stro­ny po­ma­ga nam w dzie­ciń­stwie ra­dzić so­bie z kon­se­kwen­cja­mi grze­chu pier­wo­rod­ne­go, czy­li z fak­tem, że ła­twiej przy­cho­dzi nam czy­nić zło, któ­re­go nie chce­my niż do­bro, któ­re­go pra­gnie­my.

Mi­łość chro­ni

Dru­gi wy­miar chrztu to bez­po­śred­nia po­moc Bo­ga dla dziec­ka, któ­re otrzy­mu­je ten sa­kra­ment. Ten dru­gi wy­miar moż­na na­zwać szcze­pion­ką Bo­żej mi­ło­ści. Bóg bie­rze z mi­ło­ścią ochrzczo­ne dziec­ko i przy­tu­la je do swe­go ser­ca. Od­tąd ni­gdy nas nie opu­ści. Bę­dzie nas kar­mił bli­sko­ścią, mi­ło­ścią, mą­dro­ścią, czu­ło­ścią, a tak­że swo­im prze­ba­cze­niem przez ca­łe na­sze ży­cie do­cze­sne. Szcze­pion­ka me­dycz­na dzia­ła tak­że wte­dy, gdy nie zda­je­my so­bie z te­go spra­wy. Tym bar­dziej nie­za­wod­nie dzia­ła szcze­pion­ka Bo­żej mi­ło­ści. Ba­da­nia po­twier­dza­ją, że nie­mow­lę­ta, któ­rym ro­dzi­ce oka­zu­ją szcze­gól­nie czu­łą mi­łość, roz­wi­ja­ją się le­piej fi­zycz­nie i są bar­dziej od­por­ne na cho­ro­by, mi­mo że prze­cież nie są jesz­cze świa­do­me te­go, jak bar­dzo są ko­cha­ne. Mi­łość nas chro­ni i umac­nia od po­czę­cia, nie­za­leż­nie od te­go, na ile w da­nej fa­zie ży­cia je­ste­śmy te­go świa­do­mi.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Bierzmowanie – jak to ogarnąć?

Są ta­kie Msze, któ­re nie przy­sta­ją do tych nie­dziel­nych. Nie trze­ba być or­łem li­tur­gii, aby z grub­sza stwier­dzić, że Msza ślub­na róż­ni się nie­co od chrzciel­nej, a wiel­ka­noc­na od po­grze­bo­wej. Tak­że Msza z udzie­le­niem sa­kra­men­tu bierz­mo­wa­nia jest nie­co bo­gat­sza od ty­po­wej. Ja­kie to róż­ni­ce? Ile ich jest? I jak się w nich od­na­leźć?

Po­czą­tek za­sad­ni­czo jest ten sam. No­wo­ścią jest tyl­ko po­wi­ta­nie księ­dza bi­sku­pa. Wy­pa­da, aby tekst po­wi­ta­nia wy­gła­sza­ny był przez pro­bosz­cza, ro­dzi­ców, bądź sa­mych kan­dy­da­tów. Ma­ła wska­zów­ka dla tych, któ­rzy wi­ta­ją sza­fa­rza sa­kra­men­tu – w po­wi­ta­niach bi­sku­pa ra­czej uni­ka się na­zy­wa­nia go „go­ściem”. Bi­skup jest bo­wiem pierw­szym go­spo­da­rzem każ­dej pa­ra­fii na te­re­nie je­go die­ce­zji. Pro­boszcz „rzą­dzi” w tym miej­scu dla­te­go, że to wła­śnie bi­skup po­dzie­lił się z nim swo­ją dusz­pa­ster­ską wła­dzą. Po po­wi­ta­niu Msza świę­ta aż do koń­ca Ewan­ge­lii prze­bie­ga tak, jak za­wsze: akt po­ku­ty (przy bierz­mo­wa­niu jest to naj­czę­ściej po­kro­pie­nie wo­dą świę­co­ną), hymn Chwa­ła na wy­so­ko­ści Bo­gu, ko­lek­ta (mo­dli­twa od­ma­wia­na przez ce­le­bran­sa) i czy­ta­nia z psal­mem. Ale uwa­ga! Po od­czy­ta­niu Ewan­ge­lii nie sia­daj jesz­cze na ka­za­nie!

fot. 123rf.com

 

Czy ty w ogó­le wiesz?

W chwi­li, w któ­rej od­ru­cho­wo sia­dasz, na­stę­pu­je waż­ny dia­log. Ka­płan w imie­niu kan­dy­da­tów pro­si bi­sku­pa o udzie­le­nie im sa­kra­men­tu. Bi­skup py­ta: „Czy mło­dzież ta wie, jak wiel­ki dar otrzy­mu­je w tym sa­kra­men­cie i czy przy­go­to­wa­ła się na­le­ży­cie do je­go przy­ję­cia?”. Ka­płan za­pew­nia bi­sku­pa, że kan­dy­da­ci są od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ni oraz wy­spo­wia­da­ni. Wte­dy sza­farz zwra­ca się już bez­po­śred­nio do ocze­ku­ją­cych na bierz­mo­wa­nie z proś­bą: „Dro­ga mło­dzie­ży, po­wiedz­cie przed zgro­ma­dzo­nym tu Ko­ścio­łem, ja­kich łask ocze­ku­je­cie od Bo­ga w tym sa­kra­men­cie?”. Te­raz masz swo­je „pięć mi­nut”. Na ca­łym świe­cie, każ­dy bez wy­jąt­ku kan­dy­dat do bierz­mo­wa­nia od­po­wia­da bi­sku­po­wi tak: „Pra­gnie­my, aby Duch Świę­ty, któ­re­go otrzy­ma­my, umoc­nił nas do męż­ne­go wy­zna­wa­nia wia­ry i do po­stę­po­wa­nia we­dług jej za­sad”.

Czy wie­rzysz?

Po tym dia­lo­gu mo­żesz usiąść. Na­stę­pu­je ka­za­nie. Wy­zna­nie wia­ry, któ­re­go się te­raz słusz­nie spo­dzie­wasz, oczy­wi­ście się od­bę­dzie, ale na­stą­pi w nie­co in­nej, uro­czyst­szej for­mie. Do­kład­nie tak jak pod­czas chrztu od­bę­dzie się przez dia­log. Gdy bi­skup za­py­ta, „Czy wy­rze­kasz się…”, ty świa­do­mie od­po­wiedz: „Wy­rze­kam się”. Na py­ta­nia roz­po­czy­na­ją­ce się od słów: „Czy wie­rzysz”, świa­do­mie od­po­wiedz: „Wie­rzę”, sku­pia­jąc się na ko­lej­nych praw­dach, któ­re wy­zna­jesz. Po­tem roz­po­czy­na się wła­ści­wa li­tur­gia sa­kra­men­tu, czy­li mo­ment kul­mi­na­cyj­ny. Naj­pierw bi­skup od­mó­wi mo­dli­twę nad kan­dy­da­ta­mi. Póź­niej na­stę­pu­je chwi­la, na któ­rą naj­bar­dziej wszy­scy cze­ka­ją…

Świa­dek, nie widz!

O ile wstęp­ne dia­lo­gi, wy­zna­nie wia­ry i mo­dli­twę bi­sku­pa kan­dy­da­ci prze­ży­wa­ją ra­zem, o ty­le wła­ści­wą chwi­lę bierz­mo­wa­nia każ­dy prze­ży­wa in­dy­wi­du­al­nie. Są tu moż­li­we dwie opcje. W za­leż­no­ści od ilo­ści osób oraz wiel­ko­ści świą­ty­ni – al­bo bi­skup bierz­mu­je mło­dzież, prze­cho­dząc przez szpa­ler kan­dy­da­tów i ich świad­ków, al­bo to oni pod­cho­dzą ko­lej­no do księ­dza bi­sku­pa. (Na pew­no bę­dzie­cie to ćwi­czyć ze swo­im księ­dzem co naj­mniej kil­ka­krot­nie.) Gdy sta­niesz z bi­sku­pem twa­rzą w twarz, naj­pierw twój świa­dek po­ło­ży pra­wą dłoń na two­im pra­wym ra­mie­niu. Uwa­ga! W tym mo­men­cie twój świa­dek peł­ni zu­peł­nie in­ną ro­lę niż świa­dek w spra­wie są­do­wej. O ile w są­dzie „świa­dek” ozna­cza czło­wie­ka, po­twier­dza­ją­ce­go fak­ty, o ty­le tu­taj oso­bę, któ­ra swo­ją obec­no­ścią za­świad­cza przed bi­sku­pem, że za­słu­gu­jesz na bierz­mo­wa­nie.

Przyj­mij

Sa­mo bierz­mo­wa­nie rów­nież od­by­wa się przy dia­lo­gu. W tej chwi­li bi­skup zwró­ci się do cie­bie w dwóch imio­nach. We­zwie cię pierw­szym imie­niem z chrztu oraz imie­niem pa­tro­na, ja­kie­go wy­bra­łeś so­bie na bierz­mo­wa­nie. Skąd bę­dzie znał te imio­na? Moż­li­wo­ści są dwie – al­bo ty sam mu je naj­pierw po­wiesz, al­bo – co wy­god­niej­sze – ksiądz sto­ją­cy obok bi­sku­pa od­bie­rze od cie­bie kar­tecz­kę z two­imi imio­na­mi i po­da je bi­sku­po­wi. W prak­ty­ce dia­log ten wy­glą­da na­stę­pu­ją­co (imio­na są przy­pad­ko­we): „Klau­dio Mag­da­le­no, przyj­mij zna­mię da­ru Du­cha Świę­te­go”. Od­po­wia­dasz: „Amen”. Na ko­niec bi­skup po­zdra­wia cię, mó­wiąc: „Po­kój z to­bą”, a ty od­po­wia­dasz: „I z du­chem two­im”. Jed­no­cze­śnie do­ko­nu­je się two­je na­masz­cze­nie. Po­sta­raj się sku­pić. Pa­mię­taj, że za­wsze, gdy w li­tur­gii uży­wa się świę­te­go ole­ju, Ko­ściół przy­zy­wa szcze­gól­nej obec­no­ści Du­cha Świę­te­go. Bi­skup pal­cem, za­nu­rzo­nym uprzed­nio w Świę­tym Krzyż­mie, na­kre­śli na two­im czo­le znak krzy­ża, po­dob­nie jak mia­ło to miej­sce w cza­sie chrztu. Nic dziw­ne­go – bierz­mo­wa­nie to prze­cież do­peł­nie­nie pierw­sze­go sa­kra­men­tu. W cza­sie na­masz­cze­nia po­zo­sta­łe pal­ce oraz dru­ga dłoń bi­sku­pa spo­czną na two­jej gło­wie. Jest to tzw. po­dwój­ny gest: na­masz­cze­nie i na­ło­że­nie dło­ni w jed­nym cza­sie. Przez na­masz­cze­nie spły­wa na cie­bie ła­ska Bo­ża. Przez na­ło­że­nie dło­ni bi­sku­pa zstę­pu­je Duch Świę­ty, któ­re­go obec­ność sza­farz po­twier­dza sło­wa­mi, przy two­jej zgo­dzie, wy­ra­żo­nej w sło­wie: „Amen”.

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Egzamin na smartfona?

Ła­two za­po­mi­na­my o tym, jak bar­dzo po­tęż­nym na­rzę­dziem jest smart­fon, bo je­go ob­słu­ga jest in­tu­icyj­na. Na­wet trzy­lat­ki bły­ska­wicz­nie opa­no­wu­ją ro­bie­nie i prze­glą­da­nie zdjęć, oglą­da­nie ba­jek i gry. Dla­te­go nie zwra­ca­my uwa­gi na to, że smart­fon za­miast być po pro­stu uży­tecz­nym na­rzę­dziem, mo­że stać się tak waż­ną czę­ścią ży­cia, że bez nie­go sta­je­my się bez­rad­ni.

Czy wiesz, że kie­dyś lu­dzie prze­cho­wy­wa­li w pa­mię­ci dzie­siąt­ki nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych? Dziś część lu­dzi nie pa­mię­ta na­wet wła­sne­go nu­me­ru, tak bar­dzo po­le­ga­my na pa­mię­ci te­le­fo­nu. W ba­da­niach na­uko­wych wy­ka­za­no, że użyt­kow­ni­cy smart­fo­nów tra­cą zdol­ność za­pa­mię­ty­wa­nia nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych!

Wza­jem­na wkręt­ka

Jak bar­dzo je­ste­śmy uza­leż­nie­ni od smart­fo­nów ujaw­nia się w chwi­li, gdy tra­ci­my do nich do­stęp. Gdy smart­fon roz­ła­do­wu­je się, lub gdy trze­ba go zo­sta­wić, na­wet na kil­ka go­dzin, wie­le osób prze­ży­wa au­ten­tycz­ną pa­ni­kę, a jesz­cze wię­cej lu­dzi – sil­ny nie­po­kój. Zja­wi­sko to do­ro­bi­ło się na­wet wła­snej na­zwy – FOMO – fe­ar of mis­sing out, in­ny­mi sło­wy – lęk przed tym, że coś nas omi­nie i wy­pad­nie­my z by­cia na bie­żą­co. Lu­dzie do­świad­cza­ją­cy FOMO, nie­ste­ty, na­wza­jem pod­sy­ca­ją swój nie­po­kój. Być mo­że zda­rzy­ło ci się, że nie od­po­wie­dzia­łeś od ra­zu na po­wia­do­mie­nie, wia­do­mość czy SMS-a i nadaw­ca zru­gał cię, uzna­jąc to za ob­jaw lek­ce­wa­że­nia. A mo­że chcia­łeś spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, lecz po­nie­waż nie śle­dzi­łeś co chwi­la wy­mia­ny zdań na mes­sen­ge­rze, zmie­ni­li w ostat­niej chwi­li miej­sce spo­tka­nia i zo­sta­łeś na lo­dzie?

fot. 123rf.com

Łap­ka w dół

Kie­dyś pew­na przy­kle­jo­na na sta­łe do ekra­nu trzy­na­sto­lat­ka oświad­czy­ła, że to nie uza­leż­nie­nie, lecz styl ży­cia. Pół go­dzi­ny póź­niej łka­ła gorz­ko, bo kil­ka osób na jej sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ne sel­fie za­re­ago­wa­ło łap­ką w dół. Dzię­ku­ję za styl ży­cia, w któ­rym pła­czesz przez to, że nie­zna­nym lu­dziom z in­ter­ne­tu nie po­do­ba się two­je zdję­cie. Przy­znaj­my – to sztu­ka na­uczyć się tak ko­rzy­stać ze smart­fo­nu, że­by był uży­tecz­nym na­rzę­dziem, a nie de­spo­tycz­nym wład­cą, wpra­wia­ją­cym w nie­po­kój każ­dym swym ge­stem (po­wia­do­mie­niem).

Ni­by oczy­wi­ste?

Za­uwa­ży­li­ście, że po­dob­nie jak sa­mo­chód da­je nam wła­dzę uda­nia się gdzie­kol­wiek na świe­cie w do­wol­nym mo­men­cie, tak sa­mo smart­fon da­je wła­dzę ko­mu­ni­ko­wa­nia się w każ­dym mo­men­cie z ca­łym świa­tem? Jest pew­na róż­ni­ca. Aby wsiąść za kół­ko, trze­ba zdać eg­za­min na pra­wo jaz­dy. I nie cho­dzi tu tyl­ko o umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du, ale też o za­sa­dy ru­chu dro­go­we­go, tak by nie po­za­bi­jać sie­bie i in­nych. Przy smart­fo­nie wszy­scy wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że je­śli opa­no­wa­li­śmy war­stwę „tech­nicz­ną”, to już wszyst­ko wie­my.

Ty­le, że to nie­praw­da. Co­dzien­nie sły­szę hi­sto­rie lu­dzi, któ­rzy na­ro­bi­li strasz­nych głu­pot i nie­bez­piecz­nych rze­czy za po­mo­cą smart­fo­nu. Ktoś za­in­sta­lo­wał nie­bez­piecz­ną apli­ka­cję, któ­ra za­czę­ła po­bie­rać opła­ty z kar­ty kre­dy­to­wej ro­dzi­ców. Ktoś in­ny wy­słał ko­muś zdję­cie, któ­re po­tem zo­sta­ło upu­blicz­nio­ne w ce­lu ośmie­sze­nia nadaw­cy. Jesz­cze ktoś in­ny uza­leż­nił się od pew­nej gry do te­go stop­nia, że wciąż pro­wa­dzi roz­gryw­ki, na­wet po no­cy, wsku­tek cze­go co dzień wle­cze się pół­przy­tom­ny po szko­le i do­mu… To tyl­ko przy­kła­dy – na pew­no znasz ko­goś, kto wpadł w ta­ra­pa­ty, bo na­ro­bił głu­pot z po­mo­cą smart­fo­nu lub wy­da­je się znie­wo­lo­ny przez swój smart­fon, za­wsze bę­dąc na je­go smy­czy.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log
re­dak­tor por­ta­lu dla mło­dzie­ży pytam.edu.pl

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Drodzy Czytelnicy!


Wiem, ze lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”… od 1995 ro­ku! Na­sza pra­ca ma wiec sens, a my czu­je­my ra­dość, bo ma­my mi­sje! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem. 🙂 Zmie­nia­my się na lep­sze. Bę­dzie­my po­ma­gać Wam w przy­go­to­wa­niach do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. For­mu­le te nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r.

Te­raz bę­dzie­my mięć dwie okład­ki! A to dla­te­go, że każ­dy nu­mer bę­dzie się skła­dał z dwóch czę­ści. W pierw­szej sku­pi­my się na jed­nym kon­kret­nym – i cie­ka­wym – te­ma­cie.

Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­la się z Wa­mi wie­dzą. A Wa­si ró­wie­śni­cy po­dzie­lą się świa­dec­twa­mi. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach. Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne.

W dru­giej czę­ści – tej od dru­giej okład­ki – omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne w owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia lub umac­nia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ja już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać.

Za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, ze ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

W bie­żą­cym nu­me­rze pi­sze­my o po­wo­ła­niu. Dro­ga ży­cia każ­de­go z nas jest… świę­tość. Ma się prze­ja­wiać w na­szej co­dzien­no­ści, m.in. pil­nym od­ra­bia­niu za­dań i nie­ścią­ga­niu na kla­sów­kach. Nie je­ste­śmy jed­nak klo­na­mi.

I ca­łe szczę­ście! Ty i ja ma­my osią­gnąć zba­wie­nie w róż­ny spo­sób. Jed­ni do nie­ba idą w su­tan­nach i ha­bi­tach, in­ni za rę­kę z mał­żon­kiem i z dzieć­mi. Za­da­niem każ­de­go z nas jest od­kryć, ja­ka dro­gę ży­cia wy­brał dla nas Bóg. A póź­niej się jej trzy­mać i sta­rać się ani na chwi­le z niej nie zba­czać. Na­wet na krok. A je­śli tak się sta­nie? Nic strasz­ne­go.

Wy­star­czy się po­pra­wić, wy­spo­wia­dać, po­biec do Je­zu­sa i przy­tu­lić się do Je­go ser­ca, bo On ko­cha nas w każ­dej se­kun­dzie na­sze­go ży­cia. Na­wet gdy grze­szy­my. My mu­si­my na ma­ska do­brze ro­bić to, do cze­go nas On po­wo­łał. Mó­wi o tym ks. Mar­cin Ba­ran.

W czę­ści dla przy­go­to­wu­ją­cych się do Bierz­mo­wa­nia wy­ja­śnia­my, dla­cze­go na­zy­wa się go sa­kra­men­tem doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Dzie­li­my się tez z Wa­mi se­kre­tem – jak od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go szczę­ścia.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Światło dotrze tam, gdzie otworzysz okno

Pierw­sze sko­ja­rze­nia ze sło­wem „bierz­mo­wa­nie” to „sa­kra­ment doj­rza­ło­ści” i „doj­rza­łość chrze­ści­jań­ska”. Ale… jak zmie­rzyć doj­rza­łość? I dla­cze­go nie­któ­rzy przyj­mu­ją bierz­mo­wa­nie ja­ko nie­mow­lę­ta?

Od pierw­szych wie­ków bierz­mo­wa­nie na­stę­po­wa­ło po chrzcie. Jed­nak to „po” wy­glą­da­ło róż­nie. I tak na pew­nych eta­pach udzie­la­no bierz­mo­wa­nia bez­po­śred­nio po chrzcie, jak jest do dzi­siaj choć­by w Ko­ścio­łach Wschod­nich, gdzie bierz­mu­je się nie­mow­lę­ta. Naj­czę­ściej jed­nak do bierz­mo­wa­nia do­pusz­cza­no chrze­ści­jan, któ­rzy swo­ją wia­rę już przez pe­wien czas świa­do­mie i ro­zum­nie prak­ty­ko­wa­li. Ka­te­chizm za­zna­cza, że dzi­siaj do otrzy­ma­nia bierz­mo­wa­nia wy­ma­ga się po pro­stu „wie­ku ro­ze­zna­nia” (KKK 1307), przy czym szcze­gó­ło­we gra­ni­ce wie­ko­we w po­szcze­gól­nych kra­jach usta­la­ją bi­sku­pi.

fot. www.pixabay.com/FreePhotos

Oni też są sza­fa­rza­mi te­go sa­kra­men­tu. Oczy­wi­ście, bierz­mo­wa­nia w nie­bez­pie­czeń­stwie śmier­ci nie tyl­ko mo­że, ale i po­wi­nien udzie­lić każ­dy ka­płan (por. KKK 1314). Przy za­gro­że­niu ży­cia bierz­mu­je się na­wet ma­leń­kie dzie­ci (por. KKK 1307). No do­brze, zna­my już mniej wię­cej „dol­ną gra­ni­cę” przy­ję­cia te­go sa­kra­men­tu, któ­ra w Pol­sce za­wie­ra się mniej wię­cej w prze­dzia­le 13 – 16 lat. A czy ist­nie­je gra­ni­ca gór­na? Oczy­wi­ście, że nie! Co­raz czę­ściej do bierz­mo­wa­nia zgła­sza­ją się lu­dzie do­ro­śli. I to wca­le nie z przy­mu­su! Chcą po­głę­bić swo­ją wia­rę i przy­jąć peł­nię da­rów Du­cha Świę­te­go. Mi­mo że przez la­ta ze­wnętrz­ny ryt bierz­mo­wa­nia ule­gał mo­dy­fi­ka­cjom, to sa­ma isto­ta za­wsze by­ła nie­zmien­na: cho­dzi tu o udzie­le­nie i po­mno­że­nie w czło­wie­ku da­rów Du­cha! I to jest wła­śnie praw­dzi­wa doj­rza­łość w wie­rze.

Cze­mu „bierz­mo”?

Bierz­mo­wa­nie to po ła­ci­nie: „con­fir­ma­tio”, co do­słow­nie tłu­ma­czy się ja­ko „po­twier­dze­nie”, „umoc­nie­nie”. To do­brze od­da­je sens te­go sa­kra­men­tu. Cho­dzi bo­wiem o „udo­sko­na­le­nie ła­ski chrztu”, jak uczy nas Ka­te­chizm (KKK 1316). Na­zwa pol­ska po­cho­dzi od sta­ro­pol­skie­go sło­wa „bierz­mo”, któ­re mia­ło dwa zna­cze­nia. Po pierw­sze: „pięt­no”, „zna­mię”. Po dru­gie – do dziś na­zy­wa się „bierz­mem” bel­kę pod­trzy­mu­ją­cą strop. Pol­skie okre­śle­nie jest bo­ga­te zna­cze­nio­wo. Oby­dwa je­go zna­cze­nia po­sze­rza­ją spoj­rze­nie na sens sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wa­nie jak dach – wień­czy otrzy­my­wa­ne przez nas sa­kra­men­ty wta­jem­ni­cze­nia, a jed­no­cze­śnie „wy­ci­ska w du­szy czło­wie­ka du­cho­we zna­mię” (KKK 1317), jak­by „pie­czę­tu­jąc” de­cy­zję o na­le­że­niu do Je­zu­sa.

Czy je­stem go­to­wy?

Sło­wo „doj­rza­łość” mo­że nie­któ­rych tro­chę onie­śmie­lać. Sko­ro mam być bierz­mo­wa­ny – co z tą mo­ją doj­rza­ło­ścią? Weź spo­koj­ny wdech. Zo­bacz, jak ła­god­nie tłu­ma­czy to Ko­ściół: „Je­śli mó­wi się cza­sem o bierz­mo­wa­niu ja­ko o sa­kra­men­cie doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej, to nie na­le­ży my­lić doj­rza­łe­go wie­ku wia­ry z doj­rza­łym wie­kiem roz­wo­ju na­tu­ral­ne­go” (KKK 1308). Już le­piej, praw­da? Bądź spo­koj­ny. Pa­mię­taj, że wiek mło­dzień­czy kie­ru­je się swo­imi pra­wa­mi. Masz pra­wo po­peł­niać błę­dy, a pew­ne swo­je sła­bo­ści do­pie­ro za­czy­nasz po­zna­wać. Trud­no wy­ma­gać od na­sto­lat­ka, by był już ży­cio­wo doj­rza­ły, sko­ro ca­łe ży­cie do­pie­ro przed nim. Cho­dzi tu­taj ra­czej o we­wnętrz­ną go­to­wość, o sil­ne pra­gnie­nie roz­wi­ja­nia wia­ry. Ko­chasz Je­zu­sa? Chcesz być w peł­ni wy­po­sa­żo­ny w da­ry Du­cha Świę­te­go? Pra­gniesz skoń­czyć ze wsty­dli­wym ukry­wa­niem swo­jej przy­na­leż­no­ści do Ko­ścio­ła? Pięk­nie! Oto wła­śnie jest two­ja doj­rza­łość. Je­steś go­to­wy!

Jak się przy­go­to­wać?

Je­śli chcesz przy­jąć bierz­mo­wa­nie w try­bie „nor­mal­nym”, czy­li ra­zem z ró­wie­śni­ka­mi, w cza­sie wy­zna­czo­nym przez Ko­ściół, to pa­mię­taj, że w przy­go­to­wa­niu nie je­steś zda­ny tyl­ko na sie­bie. To na two­jej pa­ra­fii „spo­czy­wa szcze­gól­na od­po­wie­dzial­ność za przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów do bierz­mo­wa­nia” (KKK 1309). Za­ufaj swo­im ka­pła­nom. Na pew­no po­mo­gą ci od­po­wied­nio przy­go­to­wać ser­ce. Są jed­nak ta­kie ob­sza­ry przy­go­to­wa­nia, któ­rych nikt za cie­bie nie zro­bi. Pa­ra­fia nie wy­rę­czy cię we wszyst­kim. Na­wet naj­lep­szy pro­gram, sam z sie­bie, nie uczy­ni cię świę­tym „z au­to­ma­tu”. Je­śli więc chcesz dać z sie­bie wszyst­ko, by czas przed bierz­mo­wa­niem prze­żyć naj­le­piej, jak to moż­li­we, to naj­pierw… du­żo się módl! Weź przy­kład z Apo­sto­łów! Oni ocze­ki­wa­li swe­go bierz­mo­wa­nia „na mo­dli­twie” (Dz 1, 14). „Bar­dziej in­ten­syw­na mo­dli­twa po­win­na przy­go­to­wać na przy­ję­cie mo­cy i ła­ski Du­cha Świę­te­go” (KKK 1310) – pod­po­wia­da ci Ko­ściół. A mo­że za­czął­byś mo­dlić się Pi­smem Świę­tym? Al­bo cza­sa­mi ad­o­ro­wać Pa­na Je­zu­sa? A mo­że war­to przy­cho­dzić na Mszę pa­rę mi­nut wcze­śniej i po­sie­dzieć w ci­szy z Naj­lep­szym Przy­ja­cie­lem?

ks. To­masz Pod­lew­ski

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.