Drodzy Czytelnicy!

Ży­je­my jak zom­bie. Wpa­trze­ni w na­sze smart­fo­ny. Ba­da­nia do­wo­dzą, że do­ty­ka­my ich 2600 ra­zy (!) dzien­nie i prze­cięt­nie się­ga­my po nie co dzie­sięć mi­nut. Jak to wpły­wa na na­sze re­la­cje z in­ny­mi? Od­po­wiedź ma­my pod no­sem. W prze­no­śni i do­słow­nie. Spójrz­my na naj­bliż­szy sto­lik w ka­wiar­ni.

Grup­ka zna­jo­mych – wi­dać, że zna­ją się jak ły­se ko­nie. Sie­dzą ni­by ze so­bą, ale każ­dy z nich trzy­ma w rę­ku te­le­fon i re­agu­je na każ­de otrzy­ma­ne po­wia­do­mie­nie. A my? Na spo­tka­niach ro­dzin­nych trzy­ma­my smart­fon w dło­ni lub na sto­le. Bo jak to? Prze­ga­pić zdję­cie Tom­ka lub po­wia­do­mie­nie od Ani? Za nic w świe­cie!

Czy prze­mknę­ła nam kie­dyś przez gło­wę myśl, ile cza­su spę­dza­my wpa­trze­ni w ekran te­le­fo­nu? Po­le­cam spraw­dzić to obiek­tyw­nie, uży­wa­jąc choć­by przez kil­ka dni jed­nej z apli­ka­cji do mie­rze­nia cza­su i spo­so­bu je­go spę­dza­nia przez nas, gdy ma­my nos w smart­fo­nie. Wy­ni­ki mo­gą za­sko­czyć i prze­ra­zić. Z pew­no­ścią skoń­czą wy­mów­ki, że nie ma­my na nic cza­su. Bo go ma­my, tyl­ko mar­nu­je­my na scrol­lo­wa­nie Fa­ce­bo­oka, Twit­te­ra czy Pin­te­re­sta. A co gdy­by tak czas wy­li­czo­ny przez apli­ka­cję spę­dzić na na­uce na kla­sów­kę z ma­te­ma­ty­ki, spo­tka­niach ze zna­jo­my­mi, jeź­dzie na ro­we­rze, grze w ko­szy­ków­kę czy czy­ta­niu ksią­żek? W nu­me­rze przy­pa­tru­je­my się wiecz­nie za­lo­go­wa­ne­mu po­ko­le­niu i za­sta­na­wia­my nad tym, czy moż­li­wy jest po­wrót do świa­ta unplug­ged.

Z czę­ści dla bierz­mo­wa­nych do­wie­cie się, czym jest olej krzyż­ma i dla­cze­go jest wy­ko­rzy­sty­wa­ny przy udzie­la­niu sa­kra­men­tu Bierz­mo­wa­nia. Znaj­dzie­cie od­po­wiedź na sta­re py­ta­nie, czy Pan Bóg zsy­ła na nas cier­pie­nie. Po­zna­cie rów­nież le­kar­kę gi­ne­ko­lo­ga, któ­ra kie­dyś do­ko­ny­wa­ła abor­cji. Te­raz moż­na ją spo­tkać na Mar­szu dla Ży­cia w Wa­szyng­to­nie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Namaszczenie oznacza wezwanie

Sa­kra­men­ty to wi­dzial­ne zna­ki mi­ło­ści Bo­ga i Je­go ła­ski. W Bierz­mo­wa­niu pod­sta­wo­wym zna­kiem uświę­ca­ją­ce­go dzia­ła­nia Bo­ga jest olej krzyż­ma.

Olej, któ­re­go uży­wa się w sa­kra­men­cie Bierz­mo­wa­nia, świę­ci się w Wiel­ki Czwar­tek przed po­łu­dniem w cza­sie Mszy św. spra­wo­wa­nej w ka­te­drze. Na­zwa te­go ole­ju po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa chri­sis, czy­li na­masz­cze­nie. Jest to ja­sny olej z oli­wek, zmie­sza­ny z ciem­nym, pach­ną­cym bal­sa­mem. Po­świę­ce­nia krzyż­ma do­ko­nu­je bi­skup po Ko­mu­nii świę­tej. No­wo po­świę­co­ne­go ole­ju pierw­szy raz uży­wa się przy udzie­la­niu Chrztu i Bierz­mo­wa­nia w cza­sie Wi­gi­lii Pas­chal­nej. Olej krzyż­ma słu­ży ja­ko sa­kra­men­tal­ny znak przy udzie­la­niu Chrztu, Bierz­mo­wa­nia, sa­kra­men­tu ka­płań­stwa, a tak­że przy kon­se­kra­cji ko­ścio­ła czy oł­ta­rza.

Fot. unsplash.com / Al­mos Bech­told

Sym­bo­li­ka krzyż­ma i na­masz­cze­nia

Oli­wa jest sym­bo­lem te­go, co cen­ne. Nie tyl­ko jest spo­ży­wa­na ja­ko zdro­we źró­dło tłusz­czu. Przez stu­le­cia słu­ży­ła też ja­ko śro­dek do pie­lę­gna­cji skó­ry oraz ja­ko spe­cy­fik lecz­ni­czy, któ­ry de­zyn­fe­ku­je i ła­go­dzi ból. Sto­so­wa­na w lamp­kach oliw­nych sta­je się źró­dłem świa­tła. Po­nad­to uży­wa­nie oli­wy ma zna­cze­nie sym­bo­licz­ne. Na­cie­ra­nie oli­wą, czy­li na­masz­cze­nie, sym­bo­li­zu­je włą­cze­nie czło­wie­ka w Bo­że ży­cie i Bo­żą moc. W Sta­rym Te­sta­men­cie czy­ta­my, że oli­wę sto­so­wa­no przy na­masz­cze­niu kró­la – ja­ko sym­bol si­ły i god­no­ści. Na­masz­cza­no nią tak­że pro­ro­ków. Gest na­masz­cze­nia ro­zu­mie­my w peł­ni dzię­ki Je­zu­so­wi, gdyż Me­sjasz jest jed­no­cze­śnie kró­lem, ka­pła­nem i pro­ro­kiem. W Chry­stu­sie od­kry­wa­my to, co olej za­po­wia­dał i sym­bo­li­zo­wał, czy­li obec­ność i dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go. Je­zus mó­wi o so­bie: Duch Pań­ski spo­czy­wa na Mnie, po­nie­waż Mnie na­ma­ścił i po­słał Mnie, abym ubo­gim niósł do­brą no­wi­nę, więź­niom gło­sił wol­ność, a nie­wi­do­mym przej­rze­nie; abym uci­śnio­nych od­sy­łał wol­ny­mi, abym ob­wo­ły­wał rok ła­ski od Pa­na. Dla uczniów Chry­stu­sa na­masz­cze­nie ozna­cza we­zwa­nie do po­stę­po­wa­nia pod wpły­wem Du­cha Świę­te­go.

Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni ole­jem krzyż­ma, by upo­dab­niać się do Je­zu­sa.

Po­świę­ce­nie krzyż­ma

Sens na­masz­cze­nia uka­zu­je mo­dli­twa, ja­ką wy­po­wia­da bi­skup w cza­sie kon­se­kra­cji krzyż­ma. Pierw­sza część tej mo­dli­twy wy­chwa­la Bo­ga za Je­go tro­skę o czło­wie­ka w ca­łej hi­sto­rii zba­wie­nia i za Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­ry jest peł­nią ob­ja­wie­nia mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka. Dru­ga część mo­dli­twy to proś­ba o zstą­pie­nie mo­cy Bo­żej w ce­lu uświę­ce­nia ole­ju krzyż­ma. W tej czę­ści przy­wo­ła­ny jest chrzest Je­zu­sa. Syn Bo­ży pod­dał się ob­my­ciu, by­śmy wie­dzie­li, że ro­zu­mie na­sze sła­bo­ści i że bie­rze na sie­bie na­sze grze­chy. To wła­śnie w swo­im Sy­nu, któ­ry przy­szedł z mi­ło­ści do nas na zie­mię, Bóg Oj­ciec zna­lazł upodo­ba­nie i po­twier­dził to wo­bec tłu­mu lu­dzi. Bi­skup – wraz z to­wa­rzy­szą­cy­mi mu w ci­szy ka­pła­na­mi – wy­po­wia­da proś­bę: „Niech wszy­scy ochrzcze­ni, prze­nik­nię­ci świę­tym na­masz­cze­niem i uwol­nie­ni od grze­chu pier­wo­rod­ne­go, sta­ną się Two­ją świą­ty­nią i wy­da­ją woń nie­win­ne­go ży­cia”.

Na­masz­cze­ni do świę­to­ści

Gest na­masz­cza­nia bierz­mo­wa­nych ole­jem krzyż­ma ozna­cza, że oto Bóg wy­bie­ra tych mło­dych lu­dzi na swo­ich świad­ków i że umac­nia ich ła­ską, by w co­dzien­nym ży­ciu kie­ro­wa­li się świa­tłem Du­cha Świę­te­go. To Duch Je­zu­sa. To Duch Je­go mą­dro­ści, mi­ło­ści, świę­to­ści i ra­do­ści. Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni ole­jem krzyż­ma, by upo­dab­niać się do Je­zu­sa, któ­ry z wiel­ką mo­cą gło­sił Bo­żą, czy­li peł­ną, praw­dę o czło­wie­ku i któ­ry od­no­sił się do każ­de­go z Bo­żą, czy­li nie­odwo­łal­ną mi­ło­ścią. Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni po to, że­by od­tąd po­stę­po­wać w na­masz­czo­ny spo­sób, czy­li mą­drze i od­po­wie­dzial­nie, na chwa­łę Bo­ga i ku ra­do­ści lu­dzi.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

DIY. Do It Yourself. Jak skutecznie usiąść, aby czytać?

Jak uży­wać tych wszyst­kich mą­drych na­rzę­dzi z róż­nych ar­ty­ku­łów czy po­rad­ni­ków, gdy trud­no po­ko­nać dwie stro­ny bi­blij­ne­go tek­stu? Etiop, dwo­rza­nin kró­lo­wej Kan­da­ki, wra­cał z Je­ro­zo­li­my – jak po­da­ją Dzie­je Apo­stol­skie – czy­ta­jąc w swo­im wo­zie pro­ro­ka Iza­ja­sza. I nic nie ro­zu­miał. Gdy po­ja­wił się przed nim Fi­lip, Etiop­czyk po­wie­dział: Jak­że mo­gę ro­zu­mieć, je­śli mi nikt nie wy­ja­śni. Za­pro­sił Fi­li­pa do wo­zu i po­ka­zał mu, co ak­tu­al­nie czy­tał. Ale: czy­tał. Nie ma py­tań bez czy­ta­nia, nie ma roz­wią­zań bez usil­ne­go po­szu­ki­wa­nia, nie ma wie­dzy bez jej za­wzię­te­go zdo­by­wa­nia. Coś zdo­by­te z pa­sją i w jej re­zul­ta­cie, da­je ogrom­ną ra­dość i me­ga sa­tys­fak­cję. I po­py­cha ku na­stęp­nym, nie­zna­nym prze­strze­niom. To mo­że: kil­ka tro­pów.

Fot. unsplash.com / Pri­scil­la Du Pre­ez

Czy­taj jed­nym tchem

Czy­taj ewan­ge­lię we­dług św. Mar­ka jed­nym tchem, od de­ski do de­ski (=od po­cząt­ku do koń­ca). Gło­śna lek­tu­ra zaj­mu­je oko­ło pół­to­rej go­dzi­ny – ci­cha znacz­nie, znacz­nie mniej. Nie zwra­caj uwa­gi na śród­ty­tu­ły, czy­li roz­dzie­la­ją­ce tekst sfor­mu­ło­wa­nia wy­dru­ko­wa­ne po­gru­bio­ną czcion­ką. One są wtór­ne. Ich ce­lem był po­dział tek­stu bi­blij­ne­go z my­ślą o li­tur­gii czy pod­czy­ty­wa­niu pod­czas na­bo­żeństw. Z punk­tu wi­dze­nia współ­cze­snej eg­ze­ge­zy moż­na dziś ja­sno stwier­dzić, że czę­sto dzie­lą one spój­ny tekst i cza­sem utrud­nia­ją na­wet uchwy­ce­nie sen­su czy my­śli au­to­ra na­tchnio­ne­go. Nie za­trzy­muj się przy nich i ab­so­lut­nie nie czy­taj we­dług for­mu­ły „od tłu­ste­go dru­ku do tłu­ste­go dru­ku”. Po­zwól się wcią­gnąć ak­cji. Za­an­ga­żuj się w prze­ży­cia bo­ha­te­rów. Czy­taj tak, jak­byś ni­gdy nie sły­szał nic z tych rze­czy. Bie­gnij za tre­ścią. Zo­ba­czysz efekt. Na­gle oka­zu­je się, że ta Hi­sto­ria fa­scy­nu­je. Ewan­ge­lia we­dług św. Mar­ka z za­ło­że­nia mia­ła być ta­kim te­le­expre­sem o Je­zu­sie dla tych, któ­rzy ni­gdy nie mie­li nic wspól­ne­go z re­li­gią Moj­że­szo­wą i kom­plet­nie nic dla nich ter­min „Me­sjasz” nie zna­czył. Mia­ła ich po­rwać, za­in­try­go­wać i dać kom­pen­dium wie­dzy. Ta­ki moc­ny start. Wy­rzut­nia do dal­sze­go po­zna­wa­nia. (Tak na mar­gi­ne­sie, to je­stem cie­ka­wa, czy też od­nie­siesz wra­że­nie, że w tej Ewan­ge­lii Je­zus po pro­stu bie­gnie. Bar­dzo szyb­ko bie­gnie. I wszyst­ko dzie­je się nie­sa­mo­wi­cie dy­na­micz­nie).

Nie bój się zwąt­pie­nia w praw­dy, co do któ­rych uwa­żasz, że nie masz pra­wa te­go pod­wa­żać. Nie bój się – tyl­ko roz­ma­wiaj o tym z Bo­giem.

Lu­dzie z krwi i ko­ści

A te­raz coś dla tych, któ­rzy lu­bią „myśli/historie nie­ucze­sa­ne”. Księ­ga Sę­dziów. Sta­ry Te­sta­ment. Żad­nej ide­ali­za­cji. Lu­dzie z krwi i ko­ści. Nie­sa­mo­wi­ty au­ten­tyzm spo­tka­nia – jak ten opi­sa­ny w roz­dzia­le 13 kon­takt Anio­ła JHWH z żo­ną Ma­no­acha. Od­wa­ga dia­lo­gu lu­dzi z Bo­giem, po­łą­czo­na z wy­ra­ża­niem kon­kret­nych opi­nii, za­ża­leń i zwąt­pień. To ce­cha spe­cy­ficz­na „od­cin­ka” Sdz 6–7, z dzie­jów Ge­de­ona. Ko­lej­na świet­na hi­sto­ria to ob­raz współ­pra­cy dam­sko-mę­skiej w pro­ce­sie słu­cha­nia Bo­ga w Sdz 4n – nie­zwy­kła re­la­cja De­bo­ry i Ba­ra­ka. W ple­ja­dzie tej nie spo­sób omi­nąć Sam­so­na, si­ła­cza, od­da­ne­go Bo­gu, za­ko­chu­ją­ce­go się w nie­mal każ­dej na­po­tka­nej ko­bie­cie – Sdz 13–16. Na­praw­dę: trud­no się nie wcią­gnąć i trud­no się po­tem ode­rwać. Oczy­wi­ście – in­na niż na­sza wraż­li­wość: du­żo prze­mo­cy, ale też du­żo prze­sa­dy. Au­tor bi­blij­ny lu­bi wy­ol­brzy­miać, ko­lo­ry­zo­wać i pod­krę­cać ak­cję, aby nie po­zwo­lić od­bior­cy roz­pro­szyć się ani na mo­ment. Ce­lem jest po­zna­nie, po­przez do­świad­cze­nia tych bi­blij­nych po­sta­ci, my­śle­nia Bo­ga o czło­wie­ku, Bo­że­go my­śle­nia o świe­cie.

Prze­brnąć przez tekst, by od­kryć Bo­ga

Co zro­bić, gdy w pew­nym mo­men­cie za­trzy­ma cię coś, cze­go nie ro­zu­miesz? Mo­żesz „prze­sko­czyć”, mo­żesz zo­sta­wić, a mo­żesz też szu­kać zro­zu­mie­nia, spraw­dza­jąc w ko­men­ta­rzu czy wpi­su­jąc pro­blem do Go­ogle, do­da­jąc si­gla (wska­za­nie tek­stu bi­blij­ne­go) oraz roz­sze­rze­nie pdf (wy­sko­czy ci wów­czas ja­kiś, naj­czę­ściej fa­cho­wy, ar­ty­kuł). Po­zwól so­bie na ta­ki kie­ru­nek, na ja­ki cię stać w da­nym mo­men­cie. W pew­nym mo­men­cie do­świad­czysz, że za­czy­nasz czy­tać ze wzglę­du na Oso­bę, że bę­dziesz chciał prze­brnąć przez tekst, by od­kryć Bo­ga. I to jest wła­śnie ten naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cy drugi/nowy po­czą­tek głę­bo­kich zma­gań i wiel­kich od­kryć.

Po­zwól się też za­trzy­mać, gdy ja­kaś treść cię za­chwy­ci, przy­cią­gnie two­ją uwa­gę, na­sy­ci cię. To ta­kie spe­cy­ficz­ne spo­so­by dzia­ła­nia Bo­że­go Du­cha przez Bi­blię. W naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym mo­men­cie po­ka­zu­je nam coś tak głę­bo­kie­go, nie­zwy­kłe­go, że nie mo­że­my iść da­lej, mu­si­my się za­trzy­mać i na­wet po pro­stu tyl­ko „być”, być w tym od­kry­ciu, sie­dzieć, prze­by­wać.

Nie bój się py­tań, któ­re ro­dzi w to­bie tekst. Py­taj Bo­ga. Nor­mal­nie. Py­taj Go i po­zwól się pro­wa­dzić ku odpowiedzi/odbierz ko­mu­ni­kat. Nie zo­sta­wi cię z tym. Ale od­po­wie swo­im spo­so­bem.

Nie bój się zwąt­pie­nia w rze­czy, w praw­dy, co do któ­rych uwa­żasz, że nie masz pra­wa te­go pod­wa­żać. Nie bój się – tyl­ko roz­ma­wiaj o tym z Bo­giem. Wąt­pli­wo­ści to znak roz­wo­ju, ale nie moż­na ich po­zo­sta­wić sa­mym so­bie. To sty­mu­la­tor do wie­dzy, do po­szu­ki­wań.

Cho­dzi tyl­ko o Bo­ga i cie­bie

Nie myśl o so­bie. Nie myśl, co z te­go bę­dzie – czy ktoś cię po­chwa­li, bę­dziesz wię­cej wie­dział, bę­dziesz lep­szy, bo „czy­tasz Bi­blię”. Skup się na Bo­gu. Bi­blia to nie książ­ka sa­vo­ir-vi­vru, to nie pod­ręcz­nik mo­ral­no­ści czy pe­da­go­gi­ki. Bi­blia to prze­strzeń spo­tka­nia i w niej cho­dzi tyl­ko o Bo­ga i cie­bie.

I naj­waż­niej­sze na ko­niec: punkt przy­ło­że­nia w czy­ta­niu Bi­blii to pew­ność: BÓG JEST DOBRY. Wszyst­ko, co ci się z tym nie zga­dza, we­ry­fi­kuj – al­bo wte­dy czło­wiek cze­goś nie wie, al­bo coś nie­wła­ści­wie ro­zu­mie, al­bo cze­goś nie za­uwa­żył. A po­wo­li szcze­gó­ły ob­ra­zu Do­bre­go Bo­ga, któ­re się od­sło­nią przed to­bą za­chwy­cą cię tak, że… nic te­go nie po­ko­na.

DIY! Po­wo­dze­nia! Z Bo­żym Du­chem!

 

Jo­an­na No­wiń­ska SM

Poza smartfonem jest całkiem spoko

Wy­cze­ki­wa­na na­gro­da oka­za­ła się dla mnie pu­łap­ką. Co­raz wię­cej i wię­cej cza­su spę­dza­łem z te­le­fo­nem w rę­ce.

Do dzi­siaj pa­mię­tam mo­ment, gdy do­sta­łem od ro­dzi­ców pierw­sze­go smart­fo­na. Z za­mknię­ty­mi ocza­mi po­tra­fię opo­wie­dzieć, ja­ki to był mo­del i ja­kie miał ce­chy. To by­ła na­gro­da za świa­dec­two z pa­skiem. Oj, jak bar­dzo się sta­ra­łem, że­by ją zdo­być. Na nie­szczę­ście mi się uda­ło. Dla­cze­go „na nie­szczę­ście”? Po­nie­waż od te­go cza­su nie mia­łem już do­brych ocen. Co­raz wię­cej cza­su spę­dza­łem z no­sem w te­le­fo­nie, gra­jąc, scrol­lu­jąc Fa­ce­bo­oka, prze­glą­da­jąc In­sta­gra­ma, oglą­da­jąc fil­mi­ki na YouTu­be. By­łem na bie­żą­co z naj­śmiesz­niej­szy­mi i naj­głup­szy­mi fil­mi­ka­mi. Nikt nie był w sta­nie mnie czymś no­wym za­sko­czyć. Wszyst­ko wcze­śniej wi­dzia­łem.

Ży­cie w smart­fo­nie

Im wię­cej cza­su spę­dza­łem z te­le­fo­nem, tym gor­sze mia­łem oce­ny. Zda­rza­ło mi się za­po­mi­nać o za­da­niach do­mo­wych. Czas prze­zna­czo­ny na na­ukę na kla­sów­ki spę­dza­łem na pod­glą­da­niu zna­jo­mych w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Za­sy­pia­łem z te­le­fo­nem w rę­ce. Gdy prze­bu­dza­łem się w no­cy, się­ga­łem od­ru­cho­wo po te­le­fon i za­czy­na­łem prze­glą­dać in­ter­net i ulu­bio­ne stro­ny. Jak póź­niej ob­li­czy­łem, spę­dza­łem w in­ter­ne­cie po 6–8 go­dzin dzien­nie.

Do­szło do te­go, że za­czą­łem być ner­wo­wy, je­śli roz­ła­do­wał mi się te­le­fon. Usil­nie pil­no­wa­łem, że­by o nim nie za­po­mnieć i wszę­dzie za­bie­rać go ze so­bą. Mo­głem za­po­mnieć o ze­szy­cie do mat­my, ale nie o nim. Przy­szedł czas, że na ro­dzin­nych im­pre­zach ro­dzi­ce za­czę­li mnie upo­mi­nać, bo za­miast uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, sie­dzia­łem w ką­cie ze smart­fo­nem. To, że mam pro­blem, na jed­nej z ta­kich im­prez za­uwa­ży­ła mo­ja cio­cia, któ­ra jest psy­cho­lo­giem. Zwró­ci­ła mi uwa­gę na mo­je za­cho­wa­nie, a po­tem od­cią­gnę­ła na bok ro­dzi­ców i dłu­go z ni­mi o czymś roz­ma­wia­ła.

Za­czy­na się zmia­na

Po tej roz­mo­wie ro­dzi­ce wpro­wa­dzi­li wie­le za­sad do­ty­czą­cych ko­rzy­sta­nia ze smart­fo­na. Nie mam już nie­li­mi­to­wa­ne­go in­ter­ne­tu. W cza­sie im­prez ro­dzin­nych i na­szych po­sił­ków wszy­scy od­kła­da­my te­le­fo­ny do spe­cjal­ne­go ko­szy­ka. Ni­ko­mu nie wol­no z nich wte­dy ko­rzy­stać, na­wet ro­dzi­com! Do­sta­łem od ta­ty zwy­kły bu­dzik. Smart­fon cze­ka na mnie przez noc w in­nym po­ko­ju. Ro­dzi­ce za­pi­sa­li mnie na za­ję­cia spor­to­we, na któ­re cho­dzę trzy ra­zy w ty­go­dniu, i pil­nu­ją, czy na­praw­dę się uczę, gdy mó­wię, że to ro­bię.

Gó­ry za­miast What­sAp­pa

Już nie za­sy­piam i nie bu­dzę się z te­le­fo­nem w rę­ce, ale przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga do od­zwy­cza­je­nia się od smart­fo­na. Po­ma­łu prze­ko­nu­ję się, że więk­szą war­tość ma spo­tka­nie z ko­le­ga­mi, by po­grać wspól­nie w pił­kę lub po­ga­dać, a nie to­czyć nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy na What­sAp­pie. Więk­szą war­tość za­czy­na­ją mieć dla mnie zdję­cia z wspól­nych wy­pa­dów z ko­le­ga­mi w gó­ry niż sel­fie, któ­re ro­bi­łem z głu­pi­mi mi­na­mi, by za­szpa­no­wać w kla­sie. Świat po­za smart­fo­nem nie jest zły. Jest cał­kiem, cał­kiem spo­ko. Prze­ko­nu­ję się do nie­go.

 

Ka­rol, 15 lat

Nie przegraj młodości

Nie przegraj młodości

Fun­da­cja Nie­dzie­la. In­sty­tut Me­diów re­ali­zu­je pro­jekt „Nie prze­graj mło­do­ści”, ma­ją­cy na ce­lu prze­ciw­dzia­ła­nie roz­wo­jo­wi prze­stęp­czo­ści w śro­do­wi­sku dzie­ci i mło­dzie­ży przy za­an­ga­żo­wa­niu ro­dzi­ców, na­uczy­cie­li, uczniów. W ra­mach pro­jek­tu po­wsta­ły trzy ma­te­ria­ły fil­mo­we, któ­re do­ty­czą na­stę­pu­ją­cej te­ma­ty­ki:

Część I – Sy­gna­ły

Tre­ści przed­sta­wio­ne w tym fil­mie ma­ją na ce­lu po­móc ro­dzi­com w roz­po­zna­wa­niu sy­gna­łów, któ­re mo­gą su­ge­ro­wać, że ich dziec­ko mo­że być za­gro­żo­ne, pod­da­wa­ne wpły­wom kry­mi­no­gen­nych czyn­ni­ków. Cho­dzi tu­taj o pod­nie­sie­nie czuj­no­ści ro­dzi­ców i ich świa­do­mej ob­ser­wa­cji za­cho­wań dzie­ci. W wy­wia­dzie spe­cja­li­ści wska­zu­ją ro­dzi­com, ja­kie­go ty­pu za­cho­wa­nia dzie­ci mo­gą być nie­po­ko­ją­ce oraz w ja­ki spo­sób mo­gą one chcieć ukry­wać, nie przy­zna­wać się do swo­ich złych za­cho­wań. Moż­na wy­ko­rzy­stać go na przy­kład na wy­wia­dów­kach z ro­dzi­ca­mi przez wy­cho­waw­ców.

Część II – Jak roz­ma­wiać

Ma­te­riał fil­mo­wy uka­zu­ją­cy pro­ble­ma­ty­kę do­ty­czą­cą umie­jęt­ne­go prze­pro­wa­dze­nia roz­mo­wy z dziec­kiem, wy­ka­zu­ją­cym moż­li­wość wy­stą­pie­nia za­gro­że­nia na­wią­za­nia bliż­sze­go kon­tak­tu z prze­stęp­czo­ścią i śro­do­wi­ska­mi prze­stęp­czy­mi, chu­li­gań­ski­mi, nar­ko­ty­ko­wy­mi. Ta dru­ga część fil­mu mo­że być przy­dat­ną dla wy­cho­waw­ców do wy­ko­rzy­sta­nia na in­nym spo­tka­niu z ro­dzi­ca­mi lub udo­stęp­nie­niu te­go ma­te­ria­łu bez­po­śred­nio kon­kret­nie wy­bra­nym ro­dzi­com.

Część III – Nie zmar­nuj swo­je­go ży­cia

Ma­te­riał fil­mo­wy za­wie­ra świa­dec­twa osób, któ­re ze­rwa­ły z prze­stęp­czo­ścią, ży­ją uczci­wie i ma­ją z te­go sa­tys­fak­cję, ra­dość. Film po­ka­zu­je tak­że, że kry­mi­no­gen­ne za­cho­wa­nia mło­dzie­ży nie są ich spra­wą pry­wat­ną, bo skut­ki do­ty­ka­ją też in­nych osób.

Za­chę­ca­my do udo­stęp­nia­nia fil­mów oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nia ich w cza­sie lek­cji wy­cho­waw­czych i spo­tkań z ro­dzi­ca­mi i mło­dzie­żą.

Pro­jekt współ­fi­nan­so­wa­no ze środ­ków Fun­du­szu Spra­wie­dli­wo­ści, któ­re­go dys­po­nen­tem jest Mi­ni­ster Spra­wie­dli­wo­ści.

Projekt współfinansowano ze środków Funduszu Sprawiedliwości, którego dysponentem jest Minister Sprawiedliwości

Drodzy Czytelnicy!

Już, już za chwi­lę Bo­że Na­ro­dze­nie, czy­li je­den z naj­bar­dziej „ro­dzin­nych” okre­sów w ro­ku. Usią­dzie­my ra­zem do sto­łu, po­dzie­li­my się opłat­kiem i zje­my pysz­ną ko­la­cję wi­gi­lij­ną. Bę­dzie­my śpie­wać ko­lę­dy i pój­dzie­my na pa­ster­kę. Spę­dzi­my du­żo cza­su z ro­dzi­ca­mi i ro­dzeń­stwem. Nie­któ­rych od­wie­dzą bab­cie i dziad­ko­wie, in­ni po­ja­dą na świę­ta do ro­dzi­ny. Nie wszy­scy jed­nak ma­ją to szczę­ście, że ich bli­scy są na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Nie wszy­scy spę­dzą świę­ta z ma­mą i ta­tą. Dla­cze­go? Nie­któ­rzy ro­dzi­ce wy­jeż­dża­ją do pra­cy za­gra­ni­cę, zo­sta­wia­jąc w Pol­sce swo­je ro­dzi­ny. Czę­ści z nich nie uda się wziąć urlo­pu i wró­cić do do­mu na świę­ta. Co zro­bić, gdy mo­że­my ma­mę lub ta­tę wi­dy­wać raz na ja­kiś czas i jak pod­trzy­mać tę trud­ną re­la­cję? Pod­po­wie­dzi znaj­dzie­cie w ar­ty­ku­łach Mag­dy Urlich.

W czę­ści dla kan­dy­da­tów do Bierz­mo­wa­nia znaj­dzie­cie świa­dec­two Ali­cji, któ­ra przy­ję­ła już ten sa­kra­ment i któ­ra czę­sto py­ta Du­cha Świę­te­go, jak po­win­na po­stą­pić, gdy nie ma po­ję­cia, co na­le­ży zro­bić. Do­wie­cie się, ja­kie są za­sa­dy wy­bo­ru świad­ka do Bierz­mo­wa­nia i dla­cze­go chrze­ści­ja­ni­na moż­na po­rów­nać do wę­giel­ka. Na koń­cu cze­ka na was nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria Grze­go­rza, któ­ry choć od­rzu­cił wia­rę, to się na­wró­cił, bo... po­czuł za­pach Pa­na Bo­ga. Szcze­gó­ły prze­czy­ta­cie w je­go przej­mu­ją­cym świa­dec­twie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie wyrzucaj słoni

Zdo­bądź się na gest dla śro­do­wi­ska. Bądź eko. Wy­rzu­caj mniej. Bo uto­nie­my, ale nie w wo­dzie, lecz w śmie­ciach.

Da­ne są alar­mu­ją­ce. Każ­dy z nas wy­rzu­ca rocz­nie ok. 311 kg od­pa­dów. Po­wiesz, że to mniej niż śred­nia dla kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej, któ­ra wy­no­si bli­sko 500 ki­lo­gra­mów na miesz­kań­ca? Tak, ale wy­rzu­ca­my z ro­ku na rok co­raz wię­cej. Słoń afry­kań­ski po uro­dze­niu wa­ży ok. 110 kg. Na­sze śmie­ci wa­żą za­tem ty­le, co trzy ta­kie sło­nie. Licz­by ro­bią wra­że­nie.

Fot. 123RF.com / Za­val­ny­uk Ser­gey

Pro­du­ko­wać mniej śmie­ci

Roz­wią­za­nie? Za­cząć do sie­bie i pro­du­ko­wać mniej śmie­ci. Nie od ra­zu mu­sisz do­łą­czyć do eks­tre­mal­nych eko­lo­gów, któ­rych śmie­ci z ca­łe­go ro­ku (!) miesz­czą się w pu­deł­ku po bu­tach (!). Nie od ra­zu też mu­sisz za­kła­dać na bal­ko­nie ho­dow­lę dżdżow­nic ka­li­for­nij­skich, któ­re w kom­po­stow­ni­ku bę­dą zja­dać od­pad­ki or­ga­nicz­ne, czy­li m.in. skór­ki owo­ców, reszt­ki wa­rzyw, ogryz­ki ja­błek, i wy­da­lać je w for­mie bio­hum­mu­su, czy­li skład­ni­ka bar­dzo ży­znej gle­by (do­sko­na­łe­go dla ogrod­ni­ków). Co mo­żesz za­tem zro­bić? Do­łą­czyć do ru­chu ze­ro wa­ste na wła­snych za­sa­dach. Krok po kro­ku. Ruch ten opie­ra się na trzech głów­nych fi­la­rach. Ko­lej­no: re­duk­cji ku­po­wa­nych rze­czy, któ­re ge­ne­ru­ją póź­niej od­pa­dy, tra­fia­ją­ce na wy­sy­pi­ska śmie­ci. Po­now­nym uży­ciu te­go, co już ma­my, czy­li np. stwo­rze­niu ze szkla­nej bu­tel­ki wa­zo­nu na kwia­ty a z pu­deł­ka po bu­tach po­jem­ni­ka na prze­cho­wy­wa­nie pa­mią­tek. Re­cy­klin­gu, czy­li se­gre­ga­cji śmie­ci, któ­re dzię­ki te­mu zo­sta­ją po­now­nie prze­ro­bio­ne np. na pa­pier to­a­le­to­wy.

Eko, czyli...pyszne!

Jest wie­le co­dzien­nych eko­lo­gicz­nych roz­wią­zań, któ­re mo­gą świet­nie spraw­dzić się u cie­bie. Na wy­ciecz­kę w gó­ry czy nad rze­kę za­bierz wo­rek na śmie­ci, któ­re tra­fią póź­niej do do­mo­we­go ko­sza i zo­sta­ną pod­da­ne re­cy­klin­go­wi. Se­gre­guj wszyst­kie od­pa­dy w do­mu. Chcesz się po­zbyć do­brych ubrań? Po­da­ruj je lo­kal­nej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej lub zrób ze zna­jo­my­mi ich wy­mia­nę. Po­ma­ga­jąc ro­dzi­com w do­mo­wych po­rząd­kach, na­mów ich na ko­rzy­sta­nie z eko­lo­gicz­nych środ­ków do czysz­cze­nia, by zu­żyć mniej pla­sti­ko­wych opa­ko­wań. Dłu­go­pi­sy i przy­bo­ry szkol­ne wsadź do ozdo­bio­ne­go przez cie­bie sło­ika, by nadać mu dru­gie ży­cie. Prze­czy­ta­ną książ­kę za­nieś do bi­blio­te­ki lub po­da­ruj ko­le­dze. Za­miast wo­dy w pla­sti­ko­wych bu­tel­kach ko­rzy­staj z tej z kra­nu lub prze­fil­tro­wa­nej w spe­cjal­nym dzban­ku, i wle­waj ją do eko­lo­gicz­nej bu­tel­ki wie­lo­krot­ne­go użyt­ku. Na spo­tka­niach ze zna­jo­my­mi nie ko­rzy­staj z jed­no­ra­zo­wych ta­le­rzy­ków i sztuć­ców. Ogra­nicz pla­sti­ko­we od­pad­ki, re­zy­gnu­jąc z uży­wa­nia sło­mek i po­móż ro­dzi­com zro­bić prze­two­ry na zi­mę, że­by ogra­ni­czyć ku­po­wa­nie mro­żo­nych wa­rzyw i sa­ła­tek w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach. Pij her­ba­tę li­ścia­stą a nie w to­reb­kach. Skle­po­we so­ki za­stąp wy­ci­ska­ny­mi ze świe­żych wa­rzyw i owo­ców w do­mu. Nie dru­kuj nie­po­trzeb­nych ma­te­ria­łów, któ­re póź­niej i tak tra­fią do ko­sza. Pre­zen­ty dla zna­jo­mych pa­kuj w ład­ne to­reb­ki, w któ­rych sam coś otrzy­ma­łeś. W dro­dze do szko­ły nie ku­puj ba­to­ni­ków. Zrób so­bie sam smacz­ną i zdro­wą prze­ką­ską. In­ter­net jest ko­pal­nią po­my­słów na do­mo­we, pysz­ne sma­ko­ły­ki.

Sprzą­ta­nie świa­ta

Je­śli chcesz dzia­łać na szer­szą ska­lę, to za­pro­po­nuj w szko­le eko­lo­gicz­ne wy­da­rze­nie. 22 kwiet­nia ob­cho­dzi­my Dzień Zie­mi. To do­sko­na­ła oka­zja, by na­mó­wić na­uczy­cie­li, by te­go dnia wspól­nie się za­sta­no­wić nad pro­ble­mem śmie­ci. Chęt­ni mo­gą przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję, by po­ka­zać, jak du­ży to pro­blem i jak moż­na go roz­wią­zać. Wszy­scy mo­gą się włą­czyć w wy­mia­nę ksią­żek, któ­re prze­czy­ta­ne le­żą na do­mo­wych pół­kach. In­ną do­brą oka­zją do za­dba­nia o śro­do­wi­sko jest Sprzą­ta­nie świa­ta, któ­re od­by­wa się w trze­ci week­end wrze­śnia. Mo­żesz na­mó­wić wy­cho­waw­cę i kla­sę na po­sprzą­ta­nie ka­wał­ka oko­licz­ne­go la­su, oko­lic szko­ły czy lo­kal­ne­go par­ku z po­roz­rzu­ca­nych w tych miej­scach śmie­ci. Do wrze­śnia da­le­ko? Nie cze­kaj. Stwórz wasz dzień sprzą­ta­nia.

Na­sza uci­ska­na i zde­wa­sto­wa­na zie­mia

Pa­pież Fran­ci­szek na­pi­sał w 2015 r. en­cy­kli­kę Lau­da­to si» o eko­lo­gii. Za­czął ją sło­wa­mi: „Lau­da­to si’, mi’ Si­gno­re – Po­chwa­lo­ny bądź, Pa­nie mój, śpie­wał świę­ty Fran­ci­szek z Asy­żu. W tej pięk­nej pie­śni przy­po­mniał, że nasz wspól­ny dom jest jak sio­stra, z któ­rą dzie­li­my ist­nie­nie, i jak pięk­na mat­ka, bio­rą­ca nas w ra­mio­na: « Po­chwa­lo­ny bądź, mój Pa­nie, przez sio­strę na­szą, mat­kę zie­mię, któ­ra nas ży­wi i cho­wa, wy­da­je róż­ne owo­ce z barw­ny­mi kwia­ta­mi i tra­wa­mi ». Ta sio­stra pro­te­stu­je z po­wo­du zła, ja­kie jej wy­rzą­dza­my nie­od­po­wie­dzial­nym wy­ko­rzy­sty­wa­niem i ra­bun­ko­wą eks­plo­ata­cją dóbr, któ­re Bóg w niej umie­ścił. Do­ra­sta­li­śmy my­śląc, że je­ste­śmy jej wła­ści­cie­la­mi i rząd­ca­mi upraw­nio­ny­mi do jej ogra­bie­nia. Prze­moc, ja­ka ist­nie­je w ludz­kich ser­cach zra­nio­nych grze­chem, wy­ra­ża się rów­nież w ob­ja­wach cho­ro­by, ja­ką do­strze­ga­my w gle­bie, wo­dzie, po­wie­trzu i w isto­tach ży­wych. Z te­go wzglę­du wśród naj­bar­dziej za­nie­dba­nych i źle trak­to­wa­nych znaj­du­je się na­sza uci­ska­na i zde­wa­sto­wa­na zie­mia, któ­ra «ję­czy i wzdy­cha w bó­lach ro­dze­nia » (Rz 8, 22)”. To znak, że Ko­ściół rów­nież trosz­czy się o nasz wspól­ny ziem­ski dom.

Po­mo­żesz swo­jej swo­jej sio­strze, mat­ce zie­mi? Dla eko­lo­ga nie ma miej­sca na sło­wa „nie chce mi się” czy „za­cznę, ale od ju­tra”. Krok po kro­ku, w nie­uciąż­li­wy spo­sób mo­żesz zre­du­ko­wać śmie­ci i za­pa­łem za­ra­zić ko­le­żan­ki i ko­le­gów. Po­dzię­ku­je ci za to mat­ka zie­mia. Do dzie­ła!

En­cy­kli­ka Lau­da­to si» w ca­ło­ści tu­taj.

Aga­ta Goł­da

 

Świadek Bierzmowania

Świa­dek Bierz­mo­wa­nia to ktoś wy­róż­nio­ny. Wy­bra­ny przez oso­bę przy­stę­pu­ją­cą do te­go sa­kra­men­tu. To ktoś, kto do­stę­pu­je za­szczy­tu po­ma­ga­nia bierz­mo­wa­ne­mu w osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści, czy­li w sta­wa­niu się do­brym i mą­drym.

Jak by­ło daw­niej?

W pierw­szych wie­kach chrze­ści­jań­stwa Chrztu świę­te­go udzie­la­no zwy­kle oso­bom do­ro­słym, któ­re by­ły do te­go so­lid­nie przy­go­to­wy­wa­ne i wy­ka­zy­wa­ły się du­żym stop­niem doj­rza­ło­ści. To dla­te­go ochrzczo­ny w ra­mach tej sa­mej uro­czy­sto­ści przyj­mo­wał rów­nież sa­kra­ment Bierz­mo­wa­nia. W kon­se­kwen­cji świad­ko­wie Chrztu by­li jed­no­cze­śnie świad­ka­mi Bierz­mo­wa­nia. Od­kąd po­wszech­na sta­ła się prak­ty­ka chrzcze­nia ma­łych dzie­ci, przyj­mo­wa­nie Bierz­mo­wa­nia zo­sta­ło prze­su­nię­te na póź­niej­szy okres ży­cia. Sta­ło się tak, by ochrzczo­ny mógł zo­stać od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ny do sa­kra­men­tu chrze­ści­jań­skiej doj­rza­ło­ści. W tej no­wej sy­tu­acji po­ja­wi­ła się no­wa funk­cja, czy­li świa­dek Bierz­mo­wa­nia.

Fot. unsplash.com / Ma­theus Fer­re­ro

Ro­la świad­ka bierz­mo­wa­nia

Kan­dy­dat do Bierz­mo­wa­nia tym traf­niej wy­bie­rze od­po­wied­nią oso­bę na świad­ka, im bar­dziej uświa­do­mi so­bie za­da­nia, ja­kie na ta­kiej oso­bie spo­czy­wa­ją. Nie cho­dzi tu je­dy­nie o to, by w cza­sie uro­czy­sto­ści świa­dek Bierz­mo­wa­nia sta­nął za bierz­mo­wa­nym, by po­ło­żył rę­kę na je­go pra­wym ra­mie­niu i by po­dał je­go imię bi­sku­po­wi czy ka­pła­no­wi, któ­ry udzie­la te­go sa­kra­men­tu. Cho­dzi o coś znacz­nie wię­cej. Świa­dek Bierz­mo­wa­nia to ktoś, kto ma na co dzień świad­czyć wo­bec bierz­mo­wa­ne­go o Je­zu­sie, o Je­go mi­ło­ści i mą­dro­ści. A tak­że o tym, że naj­bar­dziej doj­rza­li i naj­szczę­śliw­si sta­je­my się wte­dy, gdy słu­cha­my Je­zu­sa nie tyl­ko bar­dziej niż in­nych lu­dzi, ale też bar­dziej niż sa­mych sie­bie – niż na­sze­go cia­ła, na­szych po­pę­dów, emo­cji czy jak­że czę­sto omyl­nych prze­ko­nań.

Za­sa­dy wy­bo­ru świad­ka

Po­za wy­jąt­ko­wy­mi sy­tu­acja­mi, świa­dek Bierz­mo­wa­nia po­wi­nien być tej sa­mej płci, co bierz­mo­wa­ny. Sko­ro ma po­ma­gać bierz­mo­wa­ne­mu w wier­nym na­śla­do­wa­niu Je­zu­sa, to war­to o tę funk­cję po­pro­sić jed­ne­go z ro­dzi­ców chrzest­nych. Dla chłop­ców jest to oj­ciec chrzest­ny, a dla dziew­cząt – mat­ka chrzest­na. Cza­sem są po­wo­dy, by wy­brać in­ną oso­bę, na przy­kład wte­dy, gdy ro­dzic chrzest­ny jest cho­ry czy gdy prze­ży­wa du­cho­wy kry­zys i sam po­trze­bu­je po­mo­cy. Świad­kiem nie mo­że być ro­dzic bierz­mo­wa­ne­go, bo ro­dzi­ce z mo­cy sa­kra­men­tu mał­żeń­stwa są już zo­bo­wią­za­ni do ka­to­lic­kie­go wy­cho­wy­wa­nia swo­ich dzie­ci. Naj­ła­twiej wy­brać świad­ka Bierz­mo­wa­nia wte­dy, gdy bierz­mo­wa­ny tu i te­raz czu­je się szcze­gól­nie moc­no wspie­ra­ny na dro­dze Bo­żej mi­ło­ści i mą­dro­ści przez ja­kąś oso­bę spo­śród krew­nych czy przy­ja­ciół. Ta­ka oso­ba bę­dzie z pew­no­ścią do­brym świad­kiem.

Ko­go wy­brać?

Ko­ściół po­da­je kon­kret­ne kry­te­ria, któ­re ma speł­niać oso­ba zdol­na do by­cia świad­kiem Bierz­mo­wa­nia. Ma to być ktoś ochrzczo­ny i bierz­mo­wa­ny w Ko­ście­le ka­to­lic­kim. Mu­si mieć skoń­czo­ne 16 lat. Ta­ka oso­ba ma być za­przy­jaź­nio­na z Chry­stu­sem, co prze­ja­wia się po­przez uczest­ni­cze­nie w nie­dziel­nej Eu­cha­ry­stii, oso­bi­stą mo­dli­twę, re­gu­lar­ne ko­rzy­sta­nie z sa­kra­men­tów po­ku­ty i po­jed­na­nia, włą­cze­nie się do ka­to­lic­kiej gru­py for­ma­cyj­nej oraz po­stę­po­wa­nie zgod­ne z De­ka­lo­giem i przy­ka­za­nia­mi mi­ło­ści. Nie mo­że być świad­kiem Bierz­mo­wa­nia ktoś, kto odłą­czył się od wspól­no­ty Ko­ścio­ła czy kto ła­mie pod­sta­wo­we nor­my mo­ral­ne (bo na przy­kład ży­je w kon­ku­bi­na­cie, od­szedł od mał­żon­ka czy jest w związ­ku ho­mo­sek­su­al­nym). Świa­dek Bierz­mo­wa­nia ma naj­pierw świad­czyć o tym, że sam jest doj­rza­łym uczniem Je­zu­sa, a tak­że o tym, że je­go du­mą i ra­do­ścią jest po­ma­ga­nie in­nym lu­dziom, by wy­bie­ra­li tę dro­gę, któ­rą wska­zu­je Je­zus, czy­li dro­gę bło­go­sła­wień­stwa i ży­cia.

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Po co nam Kościół?

Je­stem księ­dzem, za­kon­ni­kiem, pi­ja­rem i uwa­żam się za szczę­śliw­ca.

W Ko­ście­le – pi­sa­nym wiel­ką li­te­rą „k” – i w ko­ście­le – pi­sa­nym ma­łą „k” – ni­gdy się nie nu­dzę. Mo­że dla­te­go tak do­brze się w nim czu­ję. Ko­ściół ko­ja­rzy mi się z nie­ustan­ną ak­tyw­no­ścią.

A ty: ja­kie masz sko­ja­rze­nia ze sło­wem „ko­ściół”? Od­po­wie­dzi bę­dzie ty­sią­ce. Ktoś mo­że nie naj­le­piej po­my­śleć o księ­żach, in­ny mo­że przy­po­mni so­bie swo­ją bab­cię, któ­ra scho­ro­wa­na z tru­dem cho­dzi­ła do ko­ścio­ła i dzi­wi­ła się, że wnu­ki nie chcą do nie­go cho­dzić. Ko­muś in­ne­mu ko­ściół w ogó­le ko­ja­rzy się z gru­pą star­szych osób, któ­re ni­by po ci­chu, ale tak na­praw­dę szep­tem od­ma­wia­ją ró­ża­niec, jesz­cze in­ne­mu ko­ja­rzy się on z twar­dy­mi i nie­wy­god­ny­mi ław­ka­mi. In­nym przy­po­mi­na­ją się du­ży krzyż, ob­ra­zy, fi­gu­ry, ma­lo­wi­dła, wi­tra­że…

Fot. unsplash.com / Ja­mes Owen

Ni­czym kart­ka w książ­ce

Czym jest Ko­ściół? Jest on po­dob­ny do mał­żeń­stwa. Czy isto­tę mał­żeń­stwa moż­na spro­wa­dzić do ob­rą­czek, ce­re­mo­nii za­ślu­bin czy kon­trak­tu? Mał­żeń­stwo to coś wię­cej – to re­la­cja opar­ta na mi­ło­ści, za­ufa­niu i wier­no­ści. Po­dob­nie isto­tą Ko­ścio­ła nie jest je­dy­nie in­sty­tu­cja, ale re­la­cja po­mię­dzy Bo­giem a Je­go lu­dem. I nie ozna­cza to re­la­cji po­mię­dzy Bo­giem a każ­dym po­je­dyn­czym czło­wie­kiem, ale mię­dzy Bo­giem a wspól­no­tą lu­dzi. Wia­ra chrze­ści­jań­ska za­kła­da tzw. re­la­cję pio­no­wą, czy­li więź czło­wie­ka z Bo­giem oraz re­la­cję po­zio­mą, czy­li na­sze re­la­cje z in­ny­mi. Każ­dy ochrzczo­ny jest ni­czym kart­ka pa­pie­ru włą­czo­na do książ­ki ja­ko jej część. W ten spo­sób hi­sto­ria każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na, tak he­ro­icz­ność je­go świę­to­ści, jak i tra­ge­dia je­go grze­chu, skła­da się na hi­sto­rię ca­łe­go Ko­ścio­ła. No­wy Te­sta­ment zna wie­lu po­je­dyn­czych bo­ha­te­rów, ale nie sa­mot­ni­ków. Dwóch rze­czy na pew­no nie moż­na zro­bić w sa­mot­no­ści: żyć w mał­żeń­stwie i być chrze­ści­ja­ni­nem.

Chrze­ści­ja­nin po­za wspól­no­tą jest jak wę­gie­lek po­za ogni­skiem: za­czy­na przy­ga­sać, chłod­nie­je…

Pe­wien mło­dy czło­wiek od­wie­dził swo­je­go dziad­ka, by opo­wie­dzieć mu o swo­ich wąt­pli­wo­ściach w wie­rze. Sie­dzie­li wte­dy obaj przy ko­min­ku. Dzia­dek – nic nie mó­wiąc – pod­szedł do ko­min­ka, szczyp­ca­mi wy­jął z pło­mie­ni roz­pa­lo­ny do czer­wo­no­ści wę­gie­lek i po­ło­żył go obok pa­le­ni­ska. Na­dal nic nie mó­wił. Po pa­ru mi­nu­tach wę­gie­lek prze­stał się ża­rzyć i w koń­cu wy­gasł. Wte­dy wło­żył go z po­wro­tem do ognia. I wkrót­ce znów był pe­łen bla­sku. Dzia­dek na­dal ni­cze­go nie tłu­ma­czył, nie prze­ko­ny­wał, ale ów mło­dy czło­wiek zro­zu­miał… Chrze­ści­ja­nin po­za wspól­no­tą jest jak wę­gie­lek po­za ogni­skiem, za­czy­na przy­ga­sać, chłod­nie­je…

By świe­ci­ło wszyst­kim, któ­rzy są w do­mu

Pro­wa­dząc ży­cie du­cho­we zda­rza się, że Pan Bóg nie tyl­ko za­pa­la, ale wręcz roz­pa­la w nas pło­mień wia­ry. „Nie za­pa­la się świa­tła i nie sta­wia pod kor­cem, ale na świecz­ni­ku, aby świe­ci­ło wszyst­kim, któ­rzy są w do­mu. Tak niech świe­ci wa­sze świa­tło przed ludź­mi, aby wi­dzie­li wa­sze do­bre uczyn­ki i chwa­li­li Oj­ca wa­sze­go, któ­ry jest w nie­bie” Mt 5, 15–16.

Jak dziec­ko po­trze­bu­je ro­dzi­ny, tak chrze­ści­ja­nin po­trze­bu­je wspól­no­ty. Je­zus mó­wił o so­bie, że jest Do­brym Pa­ste­rzem. Na­tu­rą owiec nie jest ży­cie sa­mot­ne, ale ży­cie w sta­dach. Ktoś kie­dyś po­wie­dział, że ra­dość dzie­lo­na z dru­gą oso­bą to po­dwój­na ra­dość, a smu­tek dzie­lo­ny z dru­gim czło­wie­kiem to po­ło­wa smut­ku.

Po co nam Ko­ściół? Naj­kró­cej mó­wiąc, do zba­wie­nia. W ka­te­chi­zmie dla mło­dych Youcat czy­ta­my: „Bóg chce Ko­ścio­ła, po­nie­waż chce zba­wić nas nie po­je­dyn­czo, lecz we wspól­no­cie. Chce uczy­nić z ca­łej ludz­ko­ści swój lud. Nikt nie po­dą­ża do nie­ba aspo­łecz­ną dro­gą. Kto my­śli je­dy­nie o so­bie i zba­wie­niu wła­snej du­szy, ży­je aspo­łecz­nie. A to, tak w nie­bie, jak i na zie­mi, jest nie­moż­li­we. Sam Bóg nie jest aspo­łecz­ny”. Bóg Oj­ciec, Syn Bo­ży i Duch Świę­ty to wspól­no­ta Osób Bo­skich. A czło­wiek zo­stał prze­cież stwo­rzo­ny na Je­go ob­raz i po­do­bień­stwo.

o. Ja­cek Wo­lan SchP

Dziękujemy, nasz drogi i umiłowany papieżu Pawle VI!

W tym dniu be­aty­fi­ka­cji pa­pie­ża Paw­ła VI przy­cho­dzą mi na myśl je­go sło­wa, któ­ry­mi usta­na­wiał Sy­nod Bi­sku­pów: „Śle­dząc uważ­nie zna­ki cza­sów, sta­ra­my się do­sto­so­wać dro­gi i me­to­dy (…) do wzra­sta­ją­cych wy­ma­gań na­szych dni i zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków spo­łecz­nych”.

W od­nie­sie­niu do te­go wiel­kie­go pa­pie­ża, od­waż­ne­go chrze­ści­ja­ni­na, nie­stru­dzo­ne­go apo­sto­ła, przed Bo­giem mo­że­my dziś tyl­ko wy­po­wie­dzieć sło­wo tak pro­ste, a jed­no­cze­śnie szcze­re i waż­ne: Dzię­ku­je­my nasz dro­gi i umi­ło­wa­ny pa­pie­żu Paw­le VI! Dzię­ku­je­my za two­je po­kor­ne i pro­ro­cze świa­dec­two mi­ło­ści do Chry­stu­sa i Je­go Ko­ścio­ła!

W swo­im oso­bi­stym dzien­ni­ku wiel­ki ster­nik So­bo­ru za­pi­sał: „Mo­że Pan mnie po­wo­łał i trzy­ma mnie na tej po­słu­dze, nie dla­te­go, abym miał ja­kieś w tej dzie­dzi­nie zdol­no­ści, czy też abym rzą­dził i oca­lił Ko­ściół od je­go obec­nych trud­no­ści, ale abym nie­co dla Ko­ścio­ła wy­cier­piał i aby by­ło ja­sne, że to On, a nie kto in­ny pro­wa­dzi go i oca­la”. W tej po­ko­rze ja­śnie­je wiel­kość bło­go­sła­wio­ne­go Paw­ła VI, któ­ry, kie­dy za­ry­so­wy­wa­ło się spo­łe­czeń­stwo zla­icy­zo­wa­ne i wro­gie, po­tra­fił kie­ro­wać z da­le­ko­wzrocz­ną mą­dro­ścią – a cza­sem w sa­mot­no­ści – ste­rem ło­dzi Pio­tro­wej, ni­gdy nie tra­cąc ra­do­ści i uf­no­ści w Pa­nu.

Pa­weł VI umiał rze­czy­wi­ście od­da­wać Bo­gu to, co na­le­ży do Bo­ga, po­świę­ca­jąc ca­łe swo­je ży­cie „za­da­niu świę­te­mu, uro­czy­ste­mu i nie­zwy­kle po­waż­ne­mu: te­mu, aby kon­ty­nu­ować w cza­sie i krze­wić na zie­mi mi­sję Chry­stu­sa”, mi­łu­jąc Ko­ściół i pro­wa­dząc go, aby był rów­no­cze­śnie „od­da­ną dla ca­łej spo­łecz­no­ści ludz­kiej mat­ką i roz­daw­cą zba­wie­nia”.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 19.10.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Pa­trząc na te­mat ak­tu­al­ne­go nu­me­ru „Dro­giˮ, nie tyl­ko przy­po­mi­nam so­bie Księ­gę Ro­dza­ju, skąd cy­tat ten zo­stał za­czerp­nię­ty (por Rdz 1, 27), przy­po­mi­nam so­bie rów­nież mnó­stwo prze­czy­ta­nych zdań, usły­sza­nych wy­po­wie­dzi.

Ale po ko­lei… W Bi­blii Ty­siąc­le­cia, naj­po­pu­lar­niej­szym współ­cze­snym tłu­ma­cze­niu Pi­sma Świę­te­go, w pierw­szym roz­dzia­le Księ­gi Ro­dza­ju czy­ta­my: „Stwo­rzył więc Bóg czło­wie­ka na swój ob­raz, na ob­raz Bo­ży go stwo­rzył: stwo­rzył męż­czy­znę i nie­wia­stę”. Wie­lu ko­men­ta­to­rów, w tym pol­ski pa­pież – św. Jan Pa­weł II, ro­zu­mie to sfor­mu­ło­wa­nie w sze­ro­kiej per­spek­ty­wie: twier­dzą, że peł­nia czło­wie­czeń­stwa jest w oboj­gu lu­dzi zjed­no­czo­nych w mi­ło­ści: do­pie­ro męż­czy­zna współ­dzia­ła­ją­cy z ko­bie­tą two­rzą „ca­łe­go czło­wie­ka”. Jan Pa­weł II w cy­klu ka­te­chez śro­do­wych (za­ty­tu­ło­wa­nych wła­śnie „Ko­bie­tą i męż­czy­zną stwo­rzył ich”) na­pi­sał tak: „Czło­wiek – Adam – za­padł w (…) sen, aby zbu­dzić się z nie­go »męż­czy­zną i nie­wia­stą«„. Kon­se­kwen­cją ta­kie­go ro­zu­mie­nia jest praw­da, że za­rów­no męż­czy­zna w ko­bie­cie utwo­rzo­nej z je­go bo­ku, jak i ko­bie­ta w męż­czyź­nie, z któ­re­go bo­ku zo­sta­ła wzię­ta, mo­gą roz­po­zna­wać sie­bie i od­kry­wać sie­bie.

Aby re­la­cje mię­dzy ludź­mi by­ły twór­cze, jed­nym z za­dań, ja­kie sto­ją przed każ­dym z nas, jest roz­wi­ja­nie swo­jej mę­sko­ści al­bo ko­bie­co­ści: naj­prak­tycz­niej­szym spo­so­bem jest spo­rzą­dze­nie li­sty cech, ja­kie ma do­bry mąż i oj­ciec oraz do­bra żo­na i mat­ka. Mąż jest opar­ciem i opie­ku­nem, oj­ciec jest wzor­cem i prze­wod­ni­kiem, żo­na i mat­ka two­rzy at­mos­fe­rę do­mu i w sen­sow­ny spo­sób ła­go­dzi su­ro­wość i ra­dy­ka­lizm mę­ża. Wiel­ką sa­tys­fak­cję da­je wzra­sta­nie w ce­chach, ja­kie pro­wa­dzą do ży­cia w szczę­śli­wej ro­dzi­nie. War­to też za­uwa­żyć, że oso­by du­chow­ne ko­rzy­sta­ją z tych sa­mych cech: ka­płan jest du­cho­wym oj­cem, za­kon­ni­ca re­ali­zu­je ma­cie­rzyń­stwo w re­la­cjach z oso­ba­mi, któ­rym słu­ży.

Na ko­niec przy­po­mnę pew­ne wy­da­rze­nie: w pew­nej szko­le prze­pro­wa­dzo­no ba­da­nie tem­pe­ra­men­tu. Gdy po­da­no wy­ni­ki, nie­któ­rzy chłop­cy by­li prze­ra­że­ni, że w ru­bry­ce „ko­bie­cość” mie­li 2–3 punk­ty (na 10), nie­któ­re dziew­czę­ta nie ro­zu­mia­ły, dla­cze­go tam, gdzie by­ła „mę­skość”, „zdo­by­ły” kil­ka punk­tów. Psy­cho­lo­dzy szyb­ko wy­ja­śnia­li: kil­ka punk­tów „ko­bie­co­ści” u męż­czyzn i „mę­sko­ści” u ko­biet to peł­na nor­ma, bez te­go zrów­no­wa­że­nia chłop­cy nie mie­li­by cie­nia czu­ło­ści, a dziew­czę­tom bra­ko­wa­ło­by kon­se­kwen­cji.

Je­ste­śmy stwo­rze­ni po to, by osią­gnąć szczę­ście, wie­le cech jest w za­ląż­ku, trze­ba je roz­wi­jać, by stać się doj­rza­łą oso­bą, cze­go oczy­wi­ście wszyst­kim ży­czę.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Biblia – podręcznik miłości prawdziwej

Żad­na in­na książ­ka ani księ­ga nie mó­wi o mi­ło­ści wię­cej niż Pi­smo Świę­te. W Bi­blii sło­wo mi­łość jest wie­lo­krot­nie od­mie­nio­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Sko­ro pa­da ono tak czę­sto, mu­si być nie­zwy­kle waż­ne w oczach Bo­ga. War­to przyj­rzeć się, do ja­kiej mi­ło­ści za­chę­ca nas na kar­tach Pi­sma Świę­te­go sam Je­zus.

Mi­łość Bo­ga i bliź­nie­go

Przy­ka­za­nie mi­ło­ści, jak stwier­dza sam Je­zus, jest pierw­szym spo­śród wszyst­kich. Ozna­cza to, że speł­nia­nie wszyst­kich przy­ka­zań Bo­żych, ko­ściel­nych i wszyst­kich za­sad do­ty­czą­cych po­win­no­ści chrze­ści­ja­ni­na nie ma­ją sen­su bez mi­ło­ści. Jak stwier­dza sam Je­zus, to wła­śnie mi­łość jest „do­sko­na­łym wy­peł­nie­niem pra­wa”. Je­że­li ko­cham dru­gie­go, to ni­gdy go nie okrad­nę, nie okła­mię, nie zdra­dzę, nie skrzyw­dzę. Je­śli praw­dzi­wie ko­cham Bo­ga, nikt nie bę­dzie mu­siał na­rzu­cać mi obo­wiąz­ku uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej, bo sa­ma mi­łość przy­na­gli mnie do te­go, aby z Nim prze­by­wać. Za­tem speł­nia­jąc przy­ka­za­nie mi­ło­ści, wy­peł­nia­my wszyst­kie przy­ka­za­nia i ca­łe pra­wo Bo­że.

foto_01-03_20-2014

To przy­ka­za­nie moż­na po­dzie­lić na dwie za­sad­ni­cze czę­ści: pierw­sza z nich do­ty­czy mi­ło­ści do Bo­ga, na­to­miast dru­ga mi­ło­ści do bliź­nie­go. Obie czę­ści są rów­nie waż­ne i jed­na nie mo­że funk­cjo­no­wać w peł­ni bez dru­giej. Praw­dzi­wa mi­łość Bo­ga idzie za­wsze w pa­rze z mi­ło­ścią dru­gie­go czło­wie­ka. Po­dob­nie nie moż­na praw­dzi­wie ko­chać bliź­nie­go, bez mi­ło­ści do Bo­ga.

Mi­ło­wa­nie Bo­ga, do ja­kie­go zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy przy­ka­za­niem, to umi­ło­wa­nie Go w każ­dy moż­li­wy spo­sób i w każ­dym zna­cze­niu: my­ślą, ser­cem i du­szą. Bliź­nie­go je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni ko­chać jak sa­me­go sie­bie – to po­waż­ne zo­bo­wią­za­nie, któ­re ma kon­kret­ne kon­se­kwen­cje dla na­sze­go dzia­ła­nia. Sko­ro ko­cham bliź­nie­go na rów­ni z so­bą, to ozna­cza, że mu­szę po­zbyć się wszel­kie­go ego­izmu. Po­trze­by dru­gie­go czło­wie­ka mu­szą być dla mnie na rów­ni z mo­imi wła­sny­mi. To nie­pro­ste za­da­nie, bo ja­ko lu­dzie ma­my skłon­ność do dba­nia o „wła­sne spra­wy”. Choć czę­sto ma­my dla swo­je­go za­cho­wa­nia uspra­wie­dli­wie­nie i za­miast „ego­izm” mó­wi­my „za­rad­ność”, mu­si­my mieć świa­do­mość, że nie do te­go za­chę­ca nas Je­zus. Mi­łość chrze­ści­jań­ska to do­strze­ga­nie dru­gie­go czło­wie­ka i tro­ska o je­go spra­wy na rów­ni z na­szy­mi wła­sny­mi.

Świat, w któ­rym obec­nie ży­je­my, prze­ko­nu­je, że opła­ca się być spryt­nym, że kosz­tem dru­gie­go czło­wie­ka moż­na się wzbo­ga­cić, że ist­nie­je tzw. „zdro­wy ego­izm”, że po­trze­by in­nych są waż­ne, ale tyl­ko do te­go mo­men­tu, kie­dy nie ko­li­du­ją z mo­imi po­trze­ba­mi.

Mi­łość „zna­kiem roz­po­znaw­czym” chrze­ści­ja­ni­na

Je­zus w bar­dzo wie­lu miej­scach pod­kre­śla zna­cze­nie mi­ło­ści Bo­ga i bliź­nie­go, ale war­to uświa­do­mić so­bie, że wła­śnie mi­łość ma być ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną chrze­ści­ja­ni­na. Nie wy­star­czy in­te­li­gen­cja, pra­co­wi­tość, oczy­ta­nie, a na­wet po­boż­ność – tak na­praw­dę li­czy się wła­śnie mi­łość. Nie ma chrze­ści­jań­stwa bez mi­ło­ści:

Po tym wszy­scy po­zna­ją, że­ście ucznia­mi mo­imi, je­śli bę­dzie­cie się wza­jem­nie mi­ło­wa­liˮ (J 13, 35).

Mi­łość bez­wa­run­ko­wa

Mi­łość, ja­ką pro­po­nu­je nam Je­zus, nie za­wsze jest pro­sta, wy­sta­wia nas na trud­ne pró­by. Chrze­ści­ja­nin nie jest zo­bo­wią­za­ny je­dy­nie do mi­ło­ści osób przez sie­bie wy­bra­nych, nie­licz­nych, bli­skich ani na­wet so­bie obo­jęt­nych. Bóg wy­ma­ga od nas umi­ło­wa­nia swo­ich nie­przy­ja­ciół, mi­ło­ści wy­ba­cza­ją­cej i bez­wa­run­ko­wej:

Lecz po­wia­dam wam, któ­rzy słu­cha­cie: Mi­łuj­cie wa­szych nie­przy­ja­ciół; do­brze czyń­cie tym, któ­rzy was nie­na­wi­dzą; bło­go­sław­cie tym, któ­rzy was prze­kli­na­ją i mó­dl­cie się za tych, któ­rzy was oczer­nia­ją. (..) Po­nie­waż On jest do­bry dla nie­wdzięcz­nych i złych. Bądź­cie mi­ło­sier­ni, jak Oj­ciec wasz jest mi­ło­sier­nyˮ (Łk 6, 27–36).

Wzo­rem mi­ło­ści nie­przy­ja­ciół jest dla nas sam Je­zus Chry­stus, któ­ry wsta­wia się do Oj­ca za wła­sny­mi opraw­ca­mi, za ty­mi, któ­rzy ska­za­li go na po­hań­bie­nie i śmierć, mó­wiąc: „Prze­bacz im, bo nie wie­dzą, co czy­nią”.

Jak moż­na ko­chać ko­goś, kto krzyw­dzi, kto nie ma li­to­ści, kto okrut­nie za­bi­ja? To nie mie­ści się w gło­wie, nie idzie w pa­rze z tym, cze­go uczy nas świat. Tu jest od­wrot­nie – swo­ich wro­gów na­le­ży zwal­czać, nisz­czyć, po­ko­ny­wać, udo­wad­niać swo­ją wyż­szość nad ni­mi. To ta­kie bar­dzo ludz­kie, chcia­ło­by się po­wie­dzieć – na­tu­ral­ne. Nie mu­szę ko­chać ko­goś, kto nie­na­wi­dzi mnie, a z mi­ło­ści do ko­goś, kto mnie skrzyw­dził, je­stem zwol­nio­ny.

Mi­łość nie­przy­ja­ciół to jed­na z tych cech, któ­re wy­róż­nia­ją chrze­ści­jań­stwo spo­śród in­nych naj­więk­szych re­li­gii świa­ta – czy­ni je wy­zna­niem trud­nym, wy­ma­ga­ją­cym, ale i je­dy­nym praw­dzi­wym. Nie moż­na bo­wiem od­bie­rać czło­wie­ko­wi god­no­ści, na­wet gdy je­go za­cho­wa­nie jest okrut­ne. W dal­szym cią­gu jest uko­cha­nym dziec­kiem Bo­ga, a sko­ro tak, to i my zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy mi­ło­wać go ja­ko swo­je­go bliź­nie­go.

Na wzór mi­ło­ści Bo­ga

To wła­śnie nasz osta­tecz­ny cel – choć wy­da­je się to bar­dzo trud­ne, a mo­że na­wet nie­wy­ko­nal­ne, po­win­ni­śmy dą­żyć do ta­kiej mi­ło­ści, ja­ką ob­da­rzył nas sam Bóg. On uko­chał nas mi­ło­ścią praw­dzi­wą, peł­ną i cał­ko­wi­cie bez­wa­run­ko­wą. Mi­mo te­go, że prze­ciw­sta­wia­jąc się Je­go wo­li, zgrze­szy­li­śmy, On po­słał swo­je­go uko­cha­ne­go Sy­na na pew­ną śmierć, aby­śmy mo­gli żyć wiecz­nie.

W tym ob­ja­wi­ła się mi­łość Bo­ga ku nam, że ze­słał Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go na świat, aby­śmy ży­cie mie­li dzię­ki Nie­mu. W tym prze­ja­wia się mi­łość, że nie my umi­ło­wa­li­śmy Bo­ga, ale że On sam nas umi­ło­wał i po­słał Sy­na swo­je­go ja­ko ofia­rę prze­bła­gal­ną za na­sze grze­chy. Umi­ło­wa­ni, je­śli Bóg tak nas umi­ło­wał, to i my win­ni­śmy się wza­jem­nie mi­ło­wa­ćˮ (1 J 4, 9–11).

W Je­zu­sie Chry­stu­sie mi­łość Bo­ga ob­ja­wia się naj­peł­niej. On do­bro­wol­nie przy­jął na sie­bie nie­słusz­ną ka­rę i od­dał się w rę­ce opraw­ców dla na­sze­go zba­wie­nia. Ma­jąc świa­do­mość tak wiel­kiej mi­ło­ści Bo­ga – mi­łuj­my sie­bie wza­jem­nie.

Je­dy­nym źró­dłem praw­dzi­wej mi­ło­ści – zdol­nej do umi­ło­wa­nia bliź­nie­go, a na­wet swe­go nie­przy­ja­cie­la, zdol­nej wy­ba­czać i za­po­mi­nać – jest sam Bóg, o czym za­świad­cza nam Je­zus:

Jak Mnie umi­ło­wał Oj­ciec, tak i Ja was umi­ło­wa­łem. Wy­trwaj­cie w mi­ło­ści mojej!ˮ (J 15, 9).

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Najwspanialsze odkrycie

Każ­dy czło­wiek pra­gnie mi­ło­ści, chce ko­chać i być ko­cha­nym. Nie­kie­dy ro­dzi się lęk, że nie do­zna­my mi­ło­ści, że nie bę­dzie­my jej umie­li dać. Tym­cza­sem Bóg ma „w za­na­drzu” nie­po­wta­rzal­ną nie­spo­dzian­kę. On za­wsze ko­cha, na­wet, je­śli te­go jesz­cze nie wi­dzi­my.

Stwór­ca

Czy da się do­świad­czyć mi­ło­ści Bo­ga? Trze­ba pa­mię­tać, że szu­ka­nie Bo­ga nie jest na­szym wspa­nia­ło­myśl­nym po­my­słem, ale to On chce dać się po­znać czło­wie­ko­wi. Wo­ła pro­rok: „Szu­kaj­cie Pa­na, gdy się po­zwa­la znaleźć!ˮ (Iz 55, 6). Bóg po­ma­ga nam, chce, aby­śmy roz­po­zna­li cel. Bóg da­je swo­je sło­wo i wie­le zna­ków, któ­re je­ste­śmy w sta­nie roz­po­znać.

Spró­buj­my do­strzec, ja­ki­mi „na­rzę­dzia­mi” dys­po­nu­je­my.

Pierw­szym jest in­tu­icja, któ­rą ma każ­dy z nas. In­tu­icja jest za­war­ta w cie­ka­wo­ści po­znaw­czej, pro­wa­dzi czę­sto do wie­lu od­kryć i wy­na­laz­ków. Jed­nak w spra­wach du­cho­wych nie ma przy­pad­ków, wszyst­kie zna­ki, dzię­ki któ­rym mo­że­my roz­po­znać Bo­ga, są Je­go da­rem. Ta­ka in­tu­icja, to pierw­szy sy­gnał, któ­ry pro­wa­dzi da­lej.

Za­chę­ce­ni przez in­tu­icję mo­że­my za­uwa­żyć świat stwo­rzo­ny przez Bo­ga. Każ­dy mo­że dojść do praw­dy, że jest Ktoś, kto jest pierw­szą przy­czy­ną wszyst­kie­go. Moż­na do te­go dojść, dys­po­nu­jąc je­dy­nie na­tu­ral­ny­mi zdol­no­ścia­mi po­znaw­czy­mi, wspie­ra­ny­mi ro­zu­mem.

foto_01-02_20-2014

Wi­dząc i po­dzi­wia­jąc świat, mo­że­my po­sta­wić py­ta­nie: skąd w ta­kim ra­zie mo­że­my do­wie­dzieć się wię­cej o Bo­gu Stwór­cy?

Zwy­kła sta­ty­sty­ka pod­su­wa nam książ­kę, któ­ra bi­je wszyst­kie re­kor­dy ilo­ści wy­da­nych eg­zem­pla­rzy – jest to oczy­wi­ście Pi­smo Świę­te. Tam po­zna­je­my na­ród wy­bra­ny, a w je­go hi­sto­rii wi­dać od­dzia­ły­wa­nie Ko­goś więk­sze­go od czło­wie­ka. Na­tchnio­ny au­tor wska­zu­je na Pa­na Bo­ga ja­ko na pierw­szą przy­czy­nę wszyst­kie­go. To oczy­wi­ście spo­sób pa­trze­nia, ale dzię­ki nie­mu mo­że­my do­ko­ny­wać dal­szych od­kryć. Gdy po­pro­si­my Du­cha Świę­te­go o po­trzeb­ną ła­skę, mo­że­my dzię­ki wie­rze dojść do sed­na – do te­go, że przez tę for­mę li­te­rac­ką Pan Bóg po­wo­li się od­sła­nia. „Gdy na­de­szła peł­nia cza­sów” Bóg po­słał na ten świat swo­je­go Sy­na. Je­zus Chry­stus, praw­dzi­wy Bóg i praw­dzi­wy czło­wiek, przy­no­si peł­nię ob­ja­wie­nia o Bo­gu.

Two­ja mi­ło­śćˮ

(pio­sen­ka M. Szcze­śnia­ka)

Je­steś bli­sko mnie,

a tę­sk­nię za Du­chem Twym.

Ko­cham kro­ki Twe

i wiem jak pu­kasz do drzwi.

Przy­cho­dzisz jak cie­pły wiatr.

Otwie­ram się i czu­ję znów, że:

Ref. Two­ja mi­łość jak cie­pły deszcz.

Two­ja mi­łość jak mo­rze gwiazd za dnia.

Two­ja mi­łość spra­wia, że

nie­skoń­cze­nie do­bry Świę­ty Duch

ogar­nia mnie.

Ko­cha­ją­cy Bóg

Bóg nas stwo­rzył i tak bar­dzo nas ko­cha, że chce, by­śmy Go zna­li i spę­dzi­li z Nim ca­łą wiecz­ność. Je­zus po­wie­dział: „Tak bo­wiem Bóg umi­ło­wał świat, że Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go dał, aby każ­dy, kto w Nie­go wie­rzy, nie zgi­nął, ale miał ży­cie wiecz­ne (J 3, 16).

Aby móc do­strzec Je­go peł­ne do­bro­ci i mi­ło­ści dzia­ła­nie w świe­cie i w so­bie sa­mym, trze­ba ze­rwać ze złem, ro­ze­rwać kaj­da­ny grze­chu i od­po­wie­dzieć na tę mi­łość.

Dro­gą do przy­ję­cia tej praw­dy jest dzięk­czy­nie­nie, być mo­że na po­cząt­ku świa­do­mie so­bie na­rzu­ca­ne. Czę­sto dzię­ku­jąc, po­wo­li prze­mie­nia­my zdol­no­ści po­znaw­cze, spo­strze­gaw­czość. Pod­da­nie się Je­zu­so­we­mu pra­wu mi­ło­ści wle­wa w ser­ce po­kój i we­wnętrz­ną ra­dość.

Je­zus przy­szedł na świat po to, by każ­dy czło­wiek mógł zro­zu­mieć Bo­ga i po­znać Go oso­bi­ście. Tyl­ko Je­zus mo­że nadać ży­ciu zna­cze­nie i cel.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Garść dobrych rad, jak pokochać siebie

Je­śli chcesz doj­rza­le i od­po­wie­dzial­nie ko­chać in­nych, mu­sisz naj­pierw na­uczyć się ak­cep­to­wać i ko­chać sa­me­go sie­bie. Jak to zro­bić?

Nie je­steś bu­blem

Na jed­nym z ka­zań usły­sza­łam kie­dyś zda­nie: „Pan Bóg nie stwo­rzył bu­bli”. War­to więc zo­ba­czyć w so­bie oso­bę nie­po­wta­rzal­ną i nie­prze­cięt­ną. Tym­cza­sem każ­dy z nas ma ten­den­cję do we­wnętrz­nej kry­ty­ki: „To mo­ja wi­na”, „Je­stem do ni­cze­go”, „Je­stem bez­na­dziej­ny”, „Nie za­słu­gu­ję na to”... Ta­ki sto­su­nek do sa­me­go sie­bie nie ma nic wspól­ne­go z mi­ło­ścią. Cią­głe sa­mo­oskar­ża­nie się, ob­wi­nia­nie i sa­mo­kry­ty­ka przy­no­szą ból i po­wo­du­ją ni­skie po­czu­cie war­to­ści. Za­uważ­my swo­je za­le­ty, za­chwyć­my się swo­ją psy­chicz­ną, fi­zycz­ną i du­cho­wą kon­dy­cją. Prze­cież na ca­łym świe­cie nie ma dru­giej ta­kiej oso­by. Każ­dy z nas jest wy­jąt­ko­wy!

Bez prze­sa­dy

Wszy­scy ma­my swo­je sła­bo­ści. Trze­ba jed­nak na­uczyć się ko­chać sa­me­go sie­bie po­mi­mo bra­ków i nie­do­cią­gnięć. Rób to, co umiesz naj­le­piej, w czym je­steś do­bry. Pew­nych rze­czy nie je­ste­śmy w sta­nie zmie­nić, na przy­kład in­te­li­gen­cji, zdol­no­ści, tem­pe­ra­men­tu. Nie po­pa­daj więc w ob­se­sję wal­ki z wro­dzo­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi i nie za­drę­czaj się z te­go po­wo­du. War­to na­to­miast sku­pić się na tym, co mo­że­my po­pra­wić. Je­śli się spóź­niasz, je­steś ba­ła­ga­nia­rą lub le­niem – po­sta­raj się nad tym pra­co­wać.

foto_01-01_20-2014

Nie miej ża­lu

Cią­głe po­czu­cie krzyw­dy, ża­lu i nie­chę­ci w sto­sun­ku do in­nych osób od­bi­ja się ne­ga­tyw­nie na nas sa­mych. Dla­te­go za­miast roz­pa­mię­ty­wać zda­rze­nia z prze­szło­ści: czy­jąś nie­spra­wie­dli­wą oce­nę, przy­kre sło­wo czy brak dzia­ła­nia – sta­raj się żyć tu i te­raz. Ta­kie ka­to­wa­nie się my­śla­mi do ni­cze­go do­bre­go nie pro­wa­dzi. Po­że­gnaj się więc z prze­szło­ścią i nie roz­dra­puj ran. Za­cznij żyć te­raź­niej­szo­ścią, a bę­dzie ci ła­twiej. Wy­ba­cze­nie nie jest pro­stą spra­wą. Ale na pew­no war­to.

Po­dej­muj de­cy­zje

W po­ema­cie pt. „De­si­de­ra­taˮ na­pi­sa­nym przez Ma­xa Ehr­man­na, za­wie­ra­ją­cym wska­zów­ki na te­mat do­bre­go ży­cia, czy­ta­my: „Po­rów­nu­jąc się z in­ny­mi, mo­żesz stać się próż­ny i zgorzk­nia­ły, za­wsze bo­wiem znaj­dziesz lep­szych i gor­szych od sie­bie”. Dla­te­go za­cznij de­cy­do­wać sam o so­bie i prze­stań ob­wi­niać in­nych za swo­je nie­po­wo­dze­nia. Każ­dy z nas ma bo­wiem do prze­ży­cia swo­je ży­cie. Ten, kto ko­cha sie­bie, bie­rze od­po­wie­dzial­ność za swo­je ży­cie, ma od­wa­gę kro­czyć wła­sną dro­gą. War­to po­słu­chać rad in­nych lu­dzi, ale de­cy­zje trze­ba po­dej­mo­wać sa­mo­dziel­nie.

Masz ta­lent

Ko­chasz sa­me­go sie­bie, je­że­li li­czysz na Pa­na Bo­ga i sa­kra­men­ty świę­te, dzię­ki któ­rym mo­żesz się oczy­ścić. Wte­dy czu­jesz, że Bóg jest mi­ło­sier­dziem i ni­gdy cię nie za­wie­dzie. Po­nie­waż w oczach Bo­ga je­steś je­dy­ny i nie­po­wta­rzal­ny, masz pra­wo sie­bie chwa­lić i być dum­ny ze swo­ich ta­len­tów i po­zy­tyw­nych cech. To nie py­cha, tyl­ko zdro­wa i nor­mal­na re­ak­cja czło­wie­ka, któ­ry da­rzy sie­bie sza­cun­kiem i zna swo­ją war­tość. Za­pi­suj swo­je osią­gnię­cia i na­gra­dzaj się za każ­dą rzecz, któ­rą uda ci się zre­ali­zo­wać. War­to w tym ce­lu za­ło­żyć dzien­nik lub pa­mięt­nik, w któ­rym mo­żesz no­to­wać swo­je do­ko­na­nia i osią­gnię­cia.

Sza­cu­nek – sło­wo klucz

Pa­mię­taj, że zdro­wa mi­łość do sa­me­go sie­bie ma być pierw­szym kro­kiem do praw­dzi­we­go i szcze­re­go ko­cha­nia in­nych lu­dzi. Sza­cu­nek wo­bec in­nych jest od­zwier­cie­dle­niem na­sze­go wnę­trza. Je­śli ko­cha­my sie­bie, to tę mi­łość ofia­ru­je­my też in­nym lu­dziom. Je­śli w na­szych umy­słach i ser­cach stwo­rzy­my spo­kój i mi­łość, to znaj­dzie­my je tak­że w na­szym ży­ciu. Pa­mię­taj­my, że to, co da­je­my so­bie, da­je­my też in­nym, a co to da­je­my in­nym, wra­ca do nas.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Rodzina musi karmić się słowem Bożym

Czy­ta­ne dzi­siaj sło­wo Bo­że przed­sta­wia ob­raz win­ni­cy ja­ko sym­bo­lu lu­du, któ­ry wy­brał so­bie Pan. Po­dob­nie jak win­ni­ca lud wy­ma­ga wie­le tro­ski, wy­ma­ga mi­ło­ści cier­pli­wej i wier­nej. Tak to Bóg czy­ni z na­mi i tak też ma­my czy­nić my, pa­ste­rze. Rów­nież za­trosz­cze­nie się o ro­dzi­nę jest spo­so­bem pra­cy w Win­ni­cy Pań­skiej, aby wy­da­ła owo­ce Kró­le­stwa Bo­że­go (zob. Mt 21, 33–43).Aby jed­nak ro­dzi­na mo­gła się do­brze roz­wi­jać, z uf­no­ścią i na­dzie­ją, mu­si kar­mić się sło­wem Bo­żym. Dla­te­go do­brze się zło­ży­ło, że wła­śnie dzi­siaj na­si bra­cia pau­li­ści ze­chcie­li roz­da­wać Bi­blię tu­taj, na pla­cu i w wie­lu in­nych miej­scach. Dzię­ku­je­my na­szym bra­ciom pau­li­stom! Czy­nią to z oka­zji set­nej rocz­ni­cy swe­go za­ło­że­nia przez bło­go­sła­wio­ne­go Ja­ku­ba Al­be­rio­ne – wiel­kie­go apo­sto­ła środ­ków prze­ka­zu. Tak więc dzi­siaj, gdy roz­po­czy­na się Sy­nod o ro­dzi­nie, przy po­mo­cy pau­li­stów mo­że­my po­wie­dzieć: Bi­blia w każ­dej ro­dzi­nie! „Ależ, Oj­cze, my już ma­my ich dwie, trzy...”. Ale gdzie je ukry­li­ście? Bi­blia jest nie po to, aby ją umie­ścić na pół­ce, ale że­by mieć ją obok, pod rę­ką, aby czy­tać ją czę­sto, co­dzien­nie, za­rów­no in­dy­wi­du­al­nie, jak i wspól­nie, mąż z żo­ną, ro­dzi­ce z dzieć­mi, mo­że wie­czo­rem, a zwłasz­cza w nie­dzie­lę. W ten spo­sób ro­dzi­na wzra­sta, piel­grzy­mu­je ze świa­tłem i mo­cą Sło­wa Bo­że­go!”.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 5.10.2014 r.