Drodzy Czytelnicy!

Na stu­diach po­zna­łam oso­by, któ­re mó­wi­ły, że w ogó­le się nie uczą. Po eg­za­mi­nach oka­zy­wa­ło się, że do­sta­wa­ły ze wszyst­kie­go piąt­ki. Spo­tka­łam też oso­by, któ­rym bar­dzo za­le­ża­ło na sty­pen­dium dla naj­lep­szych stu­den­tów i któ­re przy­zna­wa­ły, że du­żo się uczą. By­łam też świad­kiem łez ko­le­ża­nek po nie­za­li­czo­nym ko­lo­kwium lub eg­za­mi­nie. Wal­ka o piąt­ki by­ła jaw­na lub ukry­ta. Nie wszy­scy jed­nak się tej pre­sji pod­da­wa­li. By­ły oso­by, któ­re ze spo­ko­jem pod­cho­dzi­ły do stu­dio­wa­nia. Z jed­nych przed­mio­tów mie­li lep­sze oce­ny, z in­nych gor­sze. Nie prze­ży­wa­li po­ra­żek. Pod­no­si­li się po nich. Po­pra­wia­li oce­ny i szli do przo­du.

Wy­ścig szczu­rów i chęć by­cia naj­lep­szym w kla­sie z wszyst­kich przed­mio­tów, osią­ga­nia naj­lep­szych wy­ni­ków w spor­tach, zwy­cię­ża­nia w olim­pia­dach i kon­kur­sach to rze­czy­wi­stość wie­lu z nas. Je­śli je­ste­śmy od niej wol­ni, to na pew­no zna­my oso­by, któ­re ży­ją pod pre­sją „by­cia naj”. Mo­że jest to ko­le­ga z pierw­szej ław­ki, a mo­że ko­le­żan­ka z ostat­niej pod oknem. Mag­da­le­na Urlich py­ta: „Po­goń za tym, by być naj­lep­szym, kosz­tem wol­ne­go cza­su, snu czy to­wa­rzy­skich spo­tkań. Czy to ma sens?” Od­po­wie­dzi szu­kaj­cie na na­stęp­nej stro­nie.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych Ka­sia przy­zna­je, że nie po swo­im, ale do­pie­ro na Bierz­mo­wa­niu ko­le­żan­ki „po­czu­ła Bo­żą moc”. Ksiądz Ka­mil Go­łusz­ka od­po­wia­da na py­ta­nie, co zmar­twych­wsta­nie Chry­stu­sa zmie­nia w na­szym ży­ciu. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o po­my­śle Bo­ga na szczę­śli­we ży­cie dla Cie­bie i dla mnie.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie bój się błędu

Dzie­ci za­moż­nych ro­dzi­ców pod­da­ne są zbyt du­żej pre­sji – wy­ni­ka z ba­dań. Tak du­żej, że bo­ją się po­peł­nić ja­ki­kol­wiek błąd.

Za­moż­ni ro­dzi­ce, o któ­rych mo­wa w ba­da­niach ame­ry­kań­skich na­ukow­ców, to przede wszyst­kim bo­ga­ci pro­fe­sjo­na­li­ści. Swo­ją po­zy­cję za­wo­do­wą zdo­by­li dzię­ki świet­ne­mu wy­kształ­ce­niu. W od­róż­nie­niu od bo­ga­czy, któ­rzy swój sta­tus zdo­by­li dzię­ki dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej, nie mo­gą prze­ka­zać swo­im dzie­ciom wła­snej po­zy­cji. Ich dzie­ci bę­dą mu­sia­ły zdo­by­wać świat od no­wa. Odzie­dzi­czą mo­że pie­nią­dze czy zna­jo­mo­ści, ale wy­kształ­ce­nie i po­zy­cję za­wo­do­wą mu­szą wy­pra­co­wać sa­me. W ame­ry­kań­skich re­aliach eli­tar­nych szkół, za któ­re trze­ba sło­no pła­cić, nie jest to spra­wą ła­twą. Ob­raz świa­ta ja­ko dżun­gli, w któ­rej trze­ba bez­względ­nie wal­czyć o ogra­ni­czo­ne za­so­by, na­peł­nia dzie­ci lę­kiem. Stąd sta­ny de­pre­syj­ne i zi­den­ty­fi­ko­wa­ny przez ba­da­czy syn­drom One Wrong Mo­ve – jed­ne­go błęd­ne­go ru­chu. To świat, w któ­rym je­den fał­szy­wy krok mo­że po­zba­wić szan­sy na suk­ces w przy­szło­ści. Mo­że więc le­piej ogra­ni­czyć ry­zy­kow­ne dzia­ła­nia i trzy­mać się te­go, co pew­ne i bez­piecz­ne?

Fot. freepik.com

Suk­ces bez po­raż­ki?

A jed­nak trzy­ma­nie się spraw­dzo­nych roz­wią­zań to ra­czej nie jest dro­ga do suk­ce­su. Po­twier­dzi­li to in­ni ame­ry­kań­scy ba­da­cze, z ze­spo­łu prof. Ca­ro­lyn Dweck. Oka­za­ło się, że ucznio­wie, któ­rzy nie ba­li się po­peł­nia­nia błę­dów, wy­pa­da­li w te­stach o wie­le le­piej. Nie­któ­re za­da­nia ce­lo­wo wy­kra­cza­ły po­za kom­pe­ten­cje uczniów. Mia­ły spraw­dzić, jak re­agu­ją oni w ob­li­czu prze­ra­sta­ją­cych ich wy­zwań. I znów ci, któ­rzy nie ba­li się po­raż­ki, ra­dzi­li so­bie du­żo le­piej – wy­my­śla­li wię­cej roz­wią­zań, dłu­żej po­szu­ki­wa­li od­po­wie­dzi, póź­niej się fru­stro­wa­li.

Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie.

Na­ukow­cy mó­wią więc to, co pod­po­wia­da zdro­wy roz­są­dek: nie ma suk­ce­su bez pod­ję­cia ry­zy­ka po­raż­ki. A na­wet moż­na po­wie­dzieć wię­cej: dro­ga do suk­ce­su wie­dzie przez wie­le po­ra­żek. Dla­te­go gdy po raz ko­lej­ny ci się nie uda­ło, cho­ciaż tak bar­dzo ci za­le­ży, nie pod­da­waj się!

Ukry­te czę­ści skła­do­we

Każ­dy, kto osią­gnął suk­ces, o ja­kim ma­rzył, mo­że po­wie­dzieć, ile wy­sił­ku wło­żył w to, by je­go ma­rze­nie sta­ło się rze­czy­wi­sto­ścią. I ile po­ra­żek prze­żył. Mił­ka Rau­lin, naj­młod­sza Po­lka, któ­ra zdo­by­ła ko­ro­nę Zie­mi, czy­li naj­wyż­sze szczy­ty wszyst­kich kon­ty­nen­tów, mó­wi o tym wprost. W jej przy­pad­ku by­ło to nie tyl­ko fi­zycz­ne przy­go­to­wa­nie się do wy­praw, ale też ogrom­ne za­ple­cze: zdo­by­cie fun­du­szy, po­zy­ska­nie spon­so­rów, or­ga­ni­za­cja wy­jaz­dów. Przy tym ca­ły czas pra­co­wa­ła za­wo­do­wo. Świet­nie wi­dzieć swo­je zdję­cia na szczy­tach ko­ro­ny Zie­mi, ale kto z nas po­świę­cił­by ty­le wy­sił­ku, by te­go do­ko­nać?

A Adam Ma­łysz? Wie­cie, że nasz naj­słyn­niej­szy sko­czek – i w ogó­le je­den z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych skocz­ków nar­ciar­skich na świe­cie – po se­zo­nie 1997–98 za­mie­rzał za­koń­czyć ka­rie­rę i za­cząć pra­cę ja­ko de­karz? Po obie­cu­ją­cych po­cząt­kach przy­szedł kry­zys, wy­ni­ki spor­tow­ca by­ły, jak sam oce­niał, tra­gicz­ne. Jed­nak nie pod­dał się. Zmie­nił tre­ne­ra, za­czął współ­pra­cę z psy­cho­lo­giem i fi­zjo­lo­giem... I ja­ko je­dy­ny na świe­cie trzy ra­zy pod rząd zo­stał zwy­cięz­cą Pu­cha­ru Świa­ta – mię­dzy in­ny­mi.

Li­czy się dro­ga

Oczy­wi­ście nie każ­dy mu­si być Ma­ły­szem. Każ­dy za to ma wła­sną de­fi­ni­cję te­go, czym jest dla nie­go suk­ces. Sport, osią­gnię­cia na­uko­we czy ar­ty­stycz­ne czę­sto się na­rzu­ca­ją. Dla ko­goś jed­nak sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca mo­że być pra­ca z in­ny­mi, moc­ną stro­ną – em­pa­tia. A mo­że bar­dziej ory­gi­nal­ne hob­by? Nie­za­leż­nie od te­go, w każ­dej dzie­dzi­nie, w któ­rej chce­my coś zdzia­łać, na­po­tka­my trud­no­ści. Jest to zu­peł­nie na­tu­ral­ne – prze­cież wszyst­kie­go do­pie­ro się uczy­my. Je­ste­śmy w nie­ustan­nym pro­ce­sie zdo­by­wa­nia umie­jęt­no­ści, do­sko­na­le­nia się, po­dej­mo­wa­nia ko­lej­nych wy­zwań i szu­ka­nia roz­wią­zań. Na tej dro­dze nie­raz po­sta­wi­my fał­szy­wy krok. Daj­my so­bie do te­go pra­wo, bądź­my dla sie­bie cier­pli­wi. Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie. Nie bój­my się od­waż­nie kro­czyć na­przód. Niech nie za­trzy­mu­je nas strach, że po­peł­ni­my błąd. Kto wie, któ­ry z ma­łych kro­ków osta­tecz­nie oka­że się tym naj­waż­niej­szym?

 

Mag­da­le­na Urlich

Musiałem Bogu jeszcze coś opowiedzieć

Ma­my to szczę­ście, że wie­le szcze­gó­łów ży­cia te­go świę­te­go do­kład­nie opi­sał …. in­ny świę­ty – Jan Bo­sco, je­go wy­cho­waw­ca.

Do­mi­nik Sa­vio uro­dził się w 1842 r. w wio­sce Ri­va di Chie­ri w re­gio­nie Pie­mont, ja­ko pierw­sze z sied­mior­ga dzie­ci. Je­go imię Do­me­ni­co ozna­cza po wło­sku „na­le­żą­cy do Pa­na”. Mat­ka Do­mi­ni­ka, Bry­gi­da, by­ła kraw­co­wą. Oj­ciec, Ka­rol, utrzy­my­wał ro­dzi­nę ja­ko ko­wal. Chło­piec, o wy­jąt­ko­wo ła­god­nym i po­god­nym uspo­so­bie­niu, był nie­zwy­kle chłon­ny na tre­ści re­li­gij­ne. Od ma­łe­go, bez przy­mu­su, ko­chał mo­dli­twę. Zda­rza­ło się, że ma­ma go szu­ka­ła po ca­łej wio­sce, a w koń­cu znaj­do­wa­ła klę­czą­ce­go w ko­ście­le. Wów­czas ma­ły Do­mi­nik od­po­wia­dał: „Ma­mo, mu­sia­łem Bo­gu jesz­cze coś opo­wie­dzieć”. Je­że­li się zda­rzy­ło, że drzwi ko­ściel­ne by­ły za­mknię­te, Do­mi­nik klę­kał na pro­gu świą­ty­ni. Ob­co­wał swo­bod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią nie­biań­ską. Du­żo roz­ma­wiał ze swo­im Anio­łem Stró­żem, od któ­re­go wie­le ra­zy do­zna­wał po­mo­cy w nie­bez­pie­czeń­stwach.

Fot. Wi­ki­me­dia Com­mons / Pu­blic Do­ma­in

Prę­dzej umrzeć niż zgrze­szyć

Po­boż­no­ści Do­mi­ni­ka nie da­ło się ukryć przed księż­mi z pa­ra­fii. Gdy miał za­le­d­wie pięć lat, przy­stał na pro­po­zy­cję wi­ka­riu­sza, by zo­stać mi­ni­stran­tem. Mi­mo tru­du trzy­ma­nia wiel­kich ksiąg li­tur­gicz­nych oraz od­ma­wia­nia ła­ciń­skich mo­dlitw z pa­mię­ci, Do­mi­nik słu­żył Bo­gu z ra­do­ścią. Pierw­szą Ko­mu­nię Świę­tą przy­jął w wie­ku sied­miu lat, co sta­no­wi­ło wte­dy spo­ry wy­ją­tek. Dzie­ci pierw­szo­ko­mu­nij­ne mia­ły wów­czas od 12 do 14 lat. Dzień Pierw­szej Ko­mu­nii sta­no­wił du­ży prze­łom dla po­boż­ne­go dziec­ka. W tym dniu Do­mi­nik za­pi­sał so­bie czte­ry po­sta­no­wie­nia: re­gu­lar­na mo­dli­twa, pa­mięć o ko­ściel­nych świę­tach, przy­jaźń z Je­zu­sem i Ma­ry­ją oraz de­cy­zja: „prę­dzej umrzeć niż do­bro­wol­nie po­peł­nić grzech!”.

Za­pra­gnął zo­stać świę­tym

Nad­zwy­czaj­na re­li­gij­ność, a tak­że in­te­lek­tu­al­ne uzdol­nie­nie chłop­ca, skło­ni­ły pro­bosz­cza wio­ski do klu­czo­wej de­cy­zji. Za po­zwo­le­niem ro­dzi­ców przed­sta­wił Do­mi­ni­ka swo­je­mu dłu­go­let­nie­mu ko­le­dze, księ­dzu Ja­no­wi Bo­sco, któ­ry w Tu­ry­nie za­ło­żył tzw. ora­to­rium dla chłop­ców. Ora­to­rium księ­dza Bo­sco sku­pia­ło 400 ubo­gich i za­nie­dba­nych chłop­ców. Nie­któ­rzy miesz­ka­li na miej­scu, a in­ni przy­cho­dzi­li z uli­cy po po­si­łek, na za­ba­wę, bądź po pro­stu – by po­czuć wspól­no­tę. Do­mi­nik opu­ścił gniaz­do ro­dzin­ne, ma­jąc 12 lat. W ha­ła­śli­wym i tłocz­nym Tu­ry­nie do­świad­czył do­tych­czas nie­zna­nych wy­zwań. Je­go ła­god­ne uspo­so­bie­nie i duch po­słu­szeń­stwa czę­sto pro­wo­ko­wa­ły nie­okieł­zna­nych ko­le­gów. Do­mi­nik jed­nak nie dał się znie­chę­cić i w bar­dzo krót­kim cza­sie stał się przy­ja­cie­lem i przy­kła­dem dla wie­lu chłop­ców. Uwiel­biał roz­ra­biać z to­wa­rzy­sza­mi, ale w szko­le uczył się wzo­ro­wo i kar­mił ser­ce co­dzien­ną mo­dli­twą. Uskrzy­dlo­ny przez mą­dre ra­dy i ka­za­nia księ­dza Bo­sco, za­pra­gnął zo­stać świę­tym. Po­dob­nie jak w dniu Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej – po­twier­dził swo­ją de­cy­zję kon­kre­tem. Ra­zem z kil­ko­ma chłop­ca­mi za­ło­żył sto­wa­rzy­sze­nie Ma­ryj­ne.

Du­chow­ność Do­mi­ni­ka kwi­tła do­strze­gal­nie. Po­chło­nię­ty pra­gnie­niem mi­ło­wa­nia Bo­ga, do­zna­wał sta­nów mi­stycz­nych oraz na­tchnień, któ­re sta­no­wi­ły po­moc i ra­tu­nek dla bliź­nich. Kil­ka­krot­nie, przez na­tchnie­nie Do­min­ka, ksiądz Bo­sco zo­stał po­sła­ny z po­słu­gą do umie­ra­ją­cej oso­by. Fak­tem jest tak­że cu­dow­ne uzdro­wie­nie przez Do­mi­ni­ka je­go umie­ra­ją­cej mat­ki, do któ­rej przy­był z Tu­ry­nu, bez żad­nych wcze­śniej­szych in­for­ma­cji o jej sta­nie. Zdro­wie sa­me­go Do­min­ka sła­bło jed­nak bar­dzo szyb­ko. Z na­tu­ry de­li­kat­ny i wą­tły, tra­cił stop­nio­wo fi­zycz­ne si­ły i zmarł w ro­dzin­nym do­mu w 1857 r. Po śmier­ci ob­ja­wił się w słyn­nym śnie swo­je­mu wy­cho­waw­cy, księ­dzu Bo­sco… ale to już te­mat na in­ny tekst.

 

An­na Sła­wek

I odpuść nam nasze winy…

Bóg chce każ­de­mu od­pu­ścić grze­chy z prze­szło­ści, że­by­śmy tu i te­raz ży­li w mi­ło­ści i ra­do­ści. Wa­run­kiem da­ro­wa­nia win jest na­sze na­wró­ce­nie.

Grzech to ta­kie za­cho­wa­nie, przez któ­re wy­rzą­dza­my krzyw­dę sa­mym so­bie lub in­nym lu­dziom, bo nie słu­cha­my Bo­ga. Stwór­ca nie ob­ra­ża się wte­dy – ani nas nie ka­rze – lecz cier­pi z na­mi oraz z ty­mi, któ­rych krzyw­dzi­my. Bóg przy­szedł do nas oso­bi­ście w ludz­kiej na­tu­rze, gdyż chciał być ostat­nim skrzyw­dzo­nym. Pra­gnie, że­by­śmy, wzru­sze­ni Je­go mi­ło­ścią aż do krzy­ża, od­tąd jed­ni dru­gich ko­cha­li. Wte­dy znik­ną krzyw­dy i cier­pie­nia. Gdy nie kie­ru­je­my się De­ka­lo­giem i mi­ło­ścią Bo­ga, to sta­je­my się po­dob­ni do sy­nów Ja­ku­ba, któ­rzy wła­sne­go bra­ta sprze­da­li do nie­wo­li egip­skiej. Je­ste­śmy też wte­dy po­dob­ni do sy­na mar­no­traw­ne­go, któ­ry nie­mal śmier­tel­nie skrzyw­dził sa­me­go sie­bie. Uzna­nie wła­snych grze­chów i po­sta­no­wie­nie po­pra­wy to wa­run­ki, że­by Bóg prze­ba­czył nam złą prze­szłość. Bóg nie sta­wia gra­nic swe­mu mi­ło­sier­dziu, jed­nak nie wszy­scy ko­rzy­sta­ją z Je­go mi­ło­sier­nej mi­ło­ści. Gdyż nie wszy­scy uzna­ją swo­je wi­ny, na­wra­ca­ją się i za­czy­na­ją ko­chać.

Fot. pixabay.com

Ja­ko i my od­pusz­cza­my…

Dru­gim, obok na­wró­ce­nia, wa­run­kiem od­pusz­cze­nia grze­chów, jest na­sze mi­ło­sier­dzie wo­bec bliź­nich. Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza. Gdy ktoś nas skrzyw­dził, to w ser­cu od ra­zu po­win­ni­śmy prze­ba­czyć. Jed­nak po­wie­my o tym krzyw­dzi­cie­lo­wi do­pie­ro wte­dy, gdy prze­sta­nie nas krzyw­dzić, gdy na­wró­ci się, gdy prze­pro­si i za­cznie wy­na­gra­dzać. Je­śli na­to­miast na­dal pró­bu­je nas krzyw­dzić, to po­win­ni­śmy mi­mo to go ko­chać i ni­gdy się nie mścić. Na­to­miast tu i te­raz po­win­ni­śmy się przed nim sta­now­czo bro­nić po to, że­by nie stał się jesz­cze więk­szym krzyw­dzi­cie­lem. Trze­ba od­róż­niać prze­ba­cze­nie od po­jed­na­nia. To, czy prze­ba­czę wi­no­waj­cy, za­le­ży ode mnie. Na­to­miast to, czy doj­dzie mię­dzy na­mi do po­jed­na­nia, za­le­ży od po­sta­wy krzyw­dzi­cie­la. By­ło­by na­iw­no­ścią oka­zy­wa­nie prze­ba­cze­nia ko­muś, kto się nie na­wra­ca i kto na­dal usi­łu­je nas krzyw­dzić.

Bóg utoż­sa­mia się z na­mi

Stwór­ca ko­cha nas do te­go stop­nia, że utoż­sa­mia się z każ­dym krzyw­dzo­nym czło­wie­kiem. Wy­ja­śnia, że co­kol­wiek czy­ni­my jed­ne­mu z naj­mniej­szych bra­ci czy sióstr, to Je­mu sa­me­mu czy­ni­my. Nie sły­sza­łem, że­by ktoś z bar­dzo na­wet ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców po­wie­dział sy­no­wi czy cór­ce: Je­śli skrzyw­dzisz ko­goś z ro­dzeń­stwa, to mnie skrzyw­dzisz. Je­śli ude­rzysz bra­ta czy sio­strę, to mnie ude­rzysz. Je­śli ktoś bę­dzie przez cie­bie pła­kał, to ja – ma­ma czy ta­ta – bę­dę pła­kać przez cie­bie i bę­dę cier­pieć jesz­cze bar­dziej niż czło­wiek, któ­re­go skrzyw­dzisz. A Je­zus przyj­mu­je ta­ką wła­śnie po­sta­wę! Nikt nie czy­ni aż tak wie­le jak Bóg, by­śmy już nie krzyw­dzi­li ani sa­mych sie­bie, ani in­nych lu­dzi. Stwór­ca pra­gnie, by­śmy ży­li w ro­dzi­nach, w któ­rych każ­dy ko­cha każ­de­go.

Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza.

Dla­cze­go prze­ba­czać wi­no­waj­com?

Gdy prze­ba­cza­my wi­no­waj­com, to prze­sta­je­my roz­dra­py­wać ra­ny z prze­szło­ści. Wte­dy szyb­ciej się one go­ją. Po dru­gie, ła­twiej nam wte­dy uwie­rzyć w to, że Bóg nam prze­ba­cza na­sze wi­ny. Po trze­cie, ła­twiej nam wte­dy prze­ba­czyć sa­me­mu so­bie. Nie­któ­rzy nie­na­wi­dzą sie­bie i za­drę­cza­ją sie­bie z te­go po­wo­du, że wcze­śniej grze­szy­li. In­ni po­bła­ża­ją so­bie, czy­li na­iw­nie prze­ba­cza­ją so­bie złą prze­szłość, mi­mo że na­dal grze­szą. Wte­dy tak­że ich te­raź­niej­szość jest zła. Oj­ciec z przy­po­wie­ści Je­zu­sa oka­zu­je mi­ło­sier­dzie mar­no­traw­ne­mu sy­no­wi wte­dy, gdy ten wra­ca prze­mie­nio­ny. I ani se­kun­dy wcze­śniej. Od­pusz­cze­nie grze­chów nie ma nic wspól­ne­go z na­iw­no­ścią czy z po­bła­ża­niem złu. Bóg prze­ba­cza nam grze­chy z prze­szło­ści po to, że­by­śmy ko­cha­li i by­li szczę­śli­wi w te­raź­niej­szo­ści.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Drodzy Czytelnicy!

Mam jed­ną sio­strę. Nie za­wsze się do­ga­dy­wa­ły­śmy ja­ko dzie­ci. Kłó­ci­ły­śmy się o za­baw­ki. Go­ni­ły­śmy się do­oko­ła sto­łu, by so­bie je wy­rwać z rąk. Nie oby­ło się bez kil­ku gu­zów, na­bi­tych na gło­wach, któ­ry­mi w bie­gu ude­rzy­ły­śmy się raz czy dwa w krze­sło lub sza­fę. Gdy do­ro­sły­śmy, wy­raź­nie wi­dzi­my to, co nas dzie­li. Wy­ko­nu­je­my róż­ne za­wo­dy, ma­my róż­ne pa­sje, ina­czej spę­dza­my wol­ny czas i ma­my in­ne ta­len­ty. W okre­sie do­ra­sta­nia na­uczy­ły­śmy się ze so­bą do­ga­dy­wać. Ko­cha­my się i za­wsze mo­że­my na sie­bie li­czyć.

Od­da­je­my w Wa­sze rę­ce nu­mer, w któ­rym po­sta­wi­li­śmy na ro­dzeń­stwo. To od nie­go uczy­my się ko­chać. Do­ro­ta Ro­go­ziń­ska, pe­da­gog, asy­stent ro­dzi­ny i ma­ma sió­dem­ki dzie­ci, opo­wia­da o tym, że mi­łość do ro­dzeń­stwa by­wa trud­na. Pod­po­wia­da rów­nież, jak prze­stać na sie­bie krzy­czeć, gdy emo­cje we­zmą gó­rę i doj­dzie do kłót­ni, i za­cząć roz­ma­wiać. Mag­da­le­na Urlich do­ra­dza, co zro­bić, by się do­ga­dać z ro­dzeń­stwem. Roz­bie­ra na czyn­ni­ki pierw­sze roz­mo­wę, któ­ra ma do­pro­wa­dzić do osią­gnię­cia „za­wie­sze­nia bro­ni” i po­ro­zu­mie­nia się z ro­dzeń­stwem. Przed­sta­wia rów­nież krok po kro­ku mi­kro­krę­gi, któ­re są jed­ną z me­tod roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów. Brzmi skom­pli­ko­wa­nie? Prze­czy­taj­cie ar­ty­kuł.

Część dla bierz­mo­wa­nych to ko­lej­na por­cja świa­dectw osób, któ­re przy­ję­ły już sa­kra­ment Bierz­mo­wa­nia i dzie­lą się swo­imi re­flek­sja­mi na je­go te­mat. Ks. Ka­mil Go­łusz­ka roz­wie­wa wąt­pli­wo­ści na te­mat te­go, jak bę­dzie wy­glą­da­ło ży­cie po Bierz­mo­wa­niu. Z ko­lei ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki przy­po­mi­na, że na­sza wia­ra po­win­na być po­wszech­na, moc­na, ży­wa i sta­ła.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Trójca Święta, czyli… szczęśliwa rodzina!

Bóg jest wspól­no­tą trzech Osób, któ­re tak bar­dzo ko­cha­ją sie­bie na­wza­jem, że się ze so­bą utoż­sa­mia­ją.

W Sta­rym Te­sta­men­cie lu­dzie mo­gli my­śleć, że Bóg jest sa­mot­ny, sko­ro jest Bo­giem je­dy­nym. Gdy­by­śmy gdzieś zo­ba­czy­li bia­łe­go kru­ka i udo­wod­ni­li, że to je­dy­ny o ta­kiej bar­wie na ca­łej pla­ne­cie, to mu­sie­li­by­śmy uznać, że jest bar­dzo sa­mot­ny. Tym­cza­sem Bóg jest je­dy­ny, a mi­mo to nie jest Bo­giem sa­mot­nym! Tę za­ska­ku­ją­cą praw­dę ob­ja­wił Syn Bo­ży, gdy przy­szedł do nas w ludz­kiej na­tu­rze. Chry­stus od­sło­nił ta­jem­ni­cę Bo­ga-Stwór­cy, któ­ry nie jest jed­ną oso­bą, lecz wspól­no­tą osób. To Oj­ciec, Syn i Duch Świę­ty. Te oso­by Bo­że są so­bie cał­ko­wi­cie rów­ne, cho­ciaż Syn po­cho­dzi od Oj­ca, a Duch po­cho­dzi od Oj­ca i Sy­na.

Fot. freepik.com

Trój­ca….

Od­kąd Syn Bo­ży ob­ja­wił nam, że Bóg nie jest jed­ną, sa­mot­ną oso­bą, za­czę­li­śmy na­zy­wać Bo­ga Trój­cą Świę­tą. Wy­ra­że­nie „Trój­ca” wska­zu­je na licz­bę osób w Bo­gu. Jed­nak to nie licz­ba osób jest naj­waż­niej­sza dla zro­zu­mie­nia Bo­ga. Naj­waż­niej­szy jest spo­sób, w ja­ki oso­by Bo­że od­no­szą się do sie­bie na­wza­jem. Po­dob­nie rzecz ma się w mał­żeń­stwie i ro­dzi­nie. Dla zro­zu­mie­nia te­go, ja­ka jest da­na ro­dzi­na oraz czy jest ona szczę­śli­wa, roz­strzy­ga­ją­ca nie jest licz­ba osób, któ­re do tej ro­dzi­ny na­le­żą. Znacz­nie waż­niej­szy jest spo­sób, w ja­ki jed­ni jej człon­ko­wie od­no­szą się do dru­gich: ro­dzi­ce do dzie­ci, dzie­ci do ro­dzi­ców, brat czy sio­stra do swo­je­go ro­dzeń­stwa i do sa­me­go sie­bie.

Świę­tość i mi­łość to sy­no­ni­my.

…Prze­naj­święt­sza, czy­li peł­na mi­ło­ści!

Bóg w Trój­cy je­dy­ny jest świę­ty, gdyż jest mi­ło­ścią. Świę­tość i mi­łość to sy­no­ni­my. W Bo­gu nie ma nic in­ne­go niż mi­łość. Mó­wi­my, że Bóg jest Trój­cą Prze­naj­święt­szą, gdyż jest wspól­no­tą Bo­żych osób, któ­re od­no­szą się do sie­bie za­wsze z mi­ło­ścią i w ża­den in­ny spo­sób. Oso­by Bo­że w Trój­cy od­no­szą się do sie­bie na­wza­jem z tak wiel­ką mi­ło­ścią, że się ze so­bą utoż­sa­mia­ją. Je­zus wy­ja­śnia, że sta­no­wi jed­no z Oj­cem. Po­dob­nie mó­wi o Du­chu Świę­tym, któ­ry przy­po­mni nam wszyst­ko to, co po­wie­dział Zba­wi­ciel. Bóg jest wspól­no­tą, w któ­rej każ­dy ko­cha każ­de­go. Za­wsze i nie­odwo­łal­nie. Wspól­no­ta, w któ­rej każ­dy ko­cha każ­de­go, to ide­ał ro­dzi­ny. Bóg jest naj­szczę­śliw­szą ro­dzi­ną we wszech­świe­cie!

Nikt nie jest po­wo­ła­ny do by­cia sin­glem!

Bóg stwo­rzył nas na swój ob­raz i po­do­bień­stwo. Już na po­cząt­ku hi­sto­rii wy­ja­śnił, że pierw­szym złem dla czło­wie­ka jest sa­mot­ność. Dzie­je się tak dla­te­go, że w osa­mot­nie­niu nie je­ste­śmy po­dob­ni do Bo­ga, bo Stwór­ca nie jest sa­mot­ny. W osa­mot­nie­niu nie ma­my od ko­go przyj­mo­wać mi­ło­ści i nie ma­my ko­mu oka­zy­wać mi­ło­ści. To dla­te­go pierw­szym po­le­ce­niem Bo­ga z Księ­gi Ro­dza­ju by­ło mał­żeń­stwo i ro­dzi­na. Naj­bar­dziej po­dob­ni do Bo­ga je­ste­śmy wte­dy, gdy ży­je­my w ro­dzi­nach, w któ­rych każ­dy ko­cha każ­de­go, tak jak to się dzie­je w Trój­cy Świę­tej.

Ko­chać i być ko­cha­nym

Po grze­chu pier­wo­rod­nym po­ja­wi­ło się dru­gie – obok sa­mot­no­ści – zło. Tym dru­gim złem jest smut­ne, bo ra­nią­ce, nie­szczę­śli­we by­cie ra­zem. To by­cie ra­zem, któ­re opar­te jest na czymś in­nym niż na wza­jem­nej mi­ło­ści. Im bli­żej je­ste­śmy Bo­ga w Trzech Oso­bach Je­dy­ne­go, tym doj­rzal­szej uczy On nas mi­ło­ści i tym ra­do­śniej­sze są wię­zi, któ­re two­rzy­my z bli­ski­mi nam oso­ba­mi. Bóg w Trój­cy Je­dy­ny nie chce być kimś je­dy­nym, kto oka­zu­je nam mi­łość. Prze­ciw­nie, Stwór­ca pra­gnie, że­by lu­dzie oka­zy­wa­li so­bie na­wza­jem wiel­ką mi­łość, szcze­gól­nie w mał­żeń­stwie i ro­dzi­nie. On chce, że­by­śmy by­li po­dob­ni do Nie­go, czy­li że­by­śmy oka­zy­wa­li mi­łość bliź­nim i że­by­śmy przyj­mo­wa­li od nich mi­łość. Wte­dy ra­dość Chry­stu­sa bę­dzie w nas i bę­dzie peł­na (por. J 15, 11).

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wiedza dobrze podana

Pre­le­gen­ci z ca­łe­go świa­ta

Stro­na TED (z an­giel­skie­go Tech­no­lo­gia, Roz­ryw­ka i De­sign) jest spo­rą ba­zą na­grań cie­ka­wych osób, pre­zen­tu­ją­cych war­to­ścio­we idee. Pre­lek­cje gło­szo­ne są na ży­wo na kon­fe­ren­cjach or­ga­ni­zo­wa­nych od 1984 ro­ku, a po­tem umiesz­cza­ne na stro­nie www.ted.com, za­zwy­czaj z na­pi­sa­mi w róż­nych ję­zy­kach, w tym po pol­sku.

Fot. pixabay.com.jpg
/ ge­ralt

Te­ma­ty­ka jest róż­no­rod­na. W 10 mi­nut moż­na do­wie­dzieć się, czym jest i jak dzia­ła kom­pu­ter kwan­to­wy – dzię­ki ka­na­dyj­skiej pro­fe­sor fi­zy­ki kwan­to­wej Sho­hi­ni Gho­se. Z ko­lei Ren­zo Vi­ta­le z Gru­py BMW opo­wia­da o pro­jek­to­wa­niu dźwię­ku sa­mo­cho­du elek­trycz­ne­go, któ­ry nie po­wi­nien być zbyt gło­śny, a jed­no­cze­śnie mu­si być wy­raź­ny, co ma zna­cze­nia dla bez­pie­czeń­stwa pie­szych. Cie­ka­wa jest też pię­cio­mi­nu­to­wa lek­cja Re­bek­ki D. Ta­rvin o tym, dla­cze­go ja­do­wi­te zwie­rzę­ta nie szko­dzą sa­mym so­bie.

Ko­smicz­ne na­gra­nia

W ser­wi­sie YouTu­be ła­two zna­leźć ka­na­ły po­pu­la­ry­zu­ją­ce na­ukę, pro­wa­dzo­ne przez Po­la­ków. Fi­zyk To­masz Ro­żek pro­wa­dzi ka­nał „Na­uka. To lu­bię”. Opo­wia­da m.in., skąd gaz ma ener­gię czy co przy­cią­ga pio­run.

Od pa­sjo­na­ta ko­smo­su, Pio­tra Ko­ska z Astro­fa­zy moż­na się do­wie­dzieć o zde­rze­niu Jo­wi­sza z pla­ne­tą, ja­kie praw­do­po­dob­nie mia­ło miej­sce – ba­ga­te­la – 4,5 mi­liar­da lat te­mu. Moż­na też zro­zu­mieć, dla­cze­go po­dró­żo­wa­nie z pręd­ko­ścią świa­tła nie jest moż­li­we.

W pa­sjo­nu­ją­cy spo­sób da się opo­wia­dać rów­nież o ję­zy­ku pol­skim, co udo­wad­nia Pau­li­na z „Mó­wiąc Ina­czej”. Przy­po­mi­na mię­dzy in­ny­mi, że po­praw­ne jest od­mie­nia­nie skró­tow­ców, czy­li „PKP po­in­for­mo­wa­ło” oraz że nie ma ta­kie­go ubra­nia jak „swetr”.

Opo­wie­ści hi­sto­rycz­ne

Gdy nie moż­na po­świę­cić ca­łej uwa­gi na chło­nię­cie wie­dzy, po­moc­ne by­wa­ją pod­ca­sty – na­gra­nia do od­słu­cha­nia „przy oka­zji”. Choć ty­tuł su­ge­ru­je sku­pie­nie na młod­szych słu­cha­czach, to „Hi­sto­ria Pol­ski dla dzie­ci” Pio­tra Bo­row­skie­go mo­że spodo­bać się każ­de­mu, kto chciał­by od­świe­żyć swo­ją wie­dzę. Każ­dy od­ci­nek ma swój mo­tyw prze­wod­ni w for­mie wy­da­rze­nia (np. bi­twa war­szaw­ska, ko­ro­na­cja Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go i Al­do­ny) czy po­sta­ci, któ­re wpły­nę­ły na na­szą hi­sto­rię (jak Miesz­ko I wraz z ro­dzi­ną, Ta­de­usz Ko­ściusz­ko).

Gdzie słu­chać? Stro­na www pod­ca­stu: historiawgdzieci.pl/podkast/lista

Stro­ny i apli­ka­cje gro­ma­dzą­ce pod­ca­sty, np. Ap­ple Pod­ca­sts, Play­er FM, podstacja.com

Skup się

Bra­ku­je ci sku­pie­nia i dys­cy­pli­ny? W kształ­ce­niu tych na­wy­ków po­ma­ga­ją bez­płat­ne apli­ka­cje Plan­tie dla iOS oraz Fo­rest dla sys­te­mu An­dro­id.

Kie­dy za­czy­na­my na­ukę, usta­wia­my w apli­ka­cji, ile cza­su chce­my po­świę­cić na peł­ną kon­cen­tra­cję. Od­kła­da­my na bok te­le­fon, w któ­rym ro­śnie wir­tu­al­ne drzew­ko. Gdy­by­śmy pró­bo­wa­li prze­łą­czyć apli­ka­cję lub przejść do ekra­nu głów­ne­go, ro­ślin­ka usy­cha, a my tra­ci­my szan­sę na zdo­by­cie ko­lej­nych mo­net. A prze­cież mo­gą się nam przy­dać do za­ku­pu no­wych ga­tun­ków wir­tu­al­nych drze­wek bądź za­sa­dze­nia praw­dzi­we­go drze­wa. Do­dat­ko­wą mo­ty­wa­cją do pra­cy jest śle­dze­nie sta­ty­styk o na­szych po­stę­pach w do­brych na­wy­kach.

 

Ka­ro­li­na Plu­ta

Jak bardzo się nudzisz?

Wy­da­je się, że w świe­cie YouTu­be, in­ter­ne­tu we wła­snej kie­sze­ni, fil­mów i mu­zy­ki na za­wo­ła­nie na nu­dę nie mo­że­my na­rze­kać. A je­śli to wszyst­ko to tyl­ko na­sze nie­udol­ne spo­so­by, by z nią so­bie po­ra­dzić? A pod ko­lo­ro­wą otocz­ką czai się ona – wiel­ka nu­da?

Za­sta­na­wia­li­ście się kie­dyś, co to jest nu­da? Naj­ogól­niej rzecz bio­rąc, to stan, w któ­rym do­cho­dzi do nas zbyt ma­ło bodź­ców lub są zbyt mo­no­ton­ne. Ta­ki brak sty­mu­la­cji mo­że pro­wa­dzić na­wet do apa­tii czy sta­nu umy­słu, w któ­rym „nie ma nic, co da­na oso­ba chcia­ła­by ro­bić”. Skąd się bie­rze nu­da? Ri­chard Win­ter, au­tor książ­ki Nu­da w kul­tu­rze roz­ryw­ki wy­mie­nia jej bar­dziej i mniej oczy­wi­ste przy­czy­ny.

Fot. unsplash.com / JC Gel­li­don

Co nas nie krę­ci?

Do tych pierw­szych na­le­żą mo­no­to­nia i po­wta­rzal­ność wy­ko­ny­wa­nych za­dań, ich zbyt­nia ła­twość lub trud­ność. Na nu­dę ma wpływ tak­że po­czu­cie odłą­cze­nia, któ­re ozna­cza, że nie czu­je­my za­an­ga­żo­wa­nia w sy­tu­ację, czu­je­my, że ona nas nie do­ty­czy bądź nie ma­my na nią wpły­wu. Nu­da wy­ni­kać mo­że z wie­ku – okres doj­rze­wa­nia i sta­rość to eta­py ży­cia naj­bar­dziej na nią po­dat­ne. Oso­by młod­sze po­trze­bu­ją wię­cej bodź­ców, star­sze – czę­sto ze wzglę­du na po­gar­sza­ją­ce się zdro­wie ma­ją ogra­ni­cze­nia w wy­bo­rze za­jęć czy kon­tak­tach z ludź­mi. Na nu­dę cier­pieć mo­gą za­rów­no bo­ga­ci (z prze­sy­tu), jak i bied­ni (z po­wo­du bra­ku moż­li­wo­ści za­pew­nie­nia so­bie roz­ryw­ki). Jed­nak przy­czy­ną nu­dy mo­że być też nad­miar bodź­ców. Po­my­śl­cie o sy­tu­acji, gdy ma­my do­stęp­nych kil­ka­set ka­na­łów w tv, mi­lio­ny fil­mów czy od­świe­ża­ją­cych się tre­ści w por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Mo­że­my się w nie za­głę­biać bez koń­ca, choć tak na­praw­dę ska­cze­my z jed­ne­go na dru­gi. Nic nie jest w sta­nie przy­kuć uwa­gi na dłu­żej, obu­dzić za­an­ga­żo­wa­nia. Czy to już nie... nu­da?

Ła­twiej czy­li nud­no?

Wi­docz­na jest za­leż­ność – im wię­cej cza­su wol­ne­go, tym wię­cej nu­dy. Sto lat te­mu ro­bot­ni­cy pra­co­wa­li przez 6 dni w ty­go­dniu po 12 go­dzin. Ży­cie na wsi rów­nież by­ło wy­peł­nio­ne pra­cą. Pra­co­wa­ły ra­zem ca­łe ro­dzi­ny, a nie­raz też są­sie­dzi. W cza­sie mo­no­ton­nych czyn­no­ści po­ma­ga­no so­bie śpie­wem lub opo­wia­da­niem hi­sto­rii. Cza­su wol­ne­go nie by­ło wie­le, pra­ca by­ła ko­niecz­no­ścią ży­cio­wą. Je­śli nie zo­sta­ła wy­ko­na­na, cier­pia­ło się po­waż­ne kon­se­kwen­cje, jak głód w mie­sią­cach zi­mo­wych. Kon­takt z tak su­ro­wą rze­czy­wi­sto­ścią, ale też wspól­na pra­ca wy­klu­cza­ły nu­dę. Dziś nie­wie­lu z nas ma ta­kie do­świad­cze­nie. Ży­je­my wy­god­nie, za­pa­sy na zi­mę ma­ją wy­miar sym­bo­licz­ny. Win­ter wspo­mi­na o uczest­nicz­ce re­ali­ty show, któ­re po­le­ga­ło na ob­ser­wa­cji ży­cia ro­dzi­ny w wa­run­kach, w ja­kich ży­li ame­ry­kań­scy osad­ni­cy z 1883 r. Po po­wro­cie do do­mu w Ma­li­bu dziew­czy­na oce­ni­ła, że współ­cze­sne ży­cie, w któ­rym za roz­ryw­kę uwa­ża się wyj­ście do cen­trum han­dlo­we­go, jest po pro­stu nud­ne.

Znu­dzo­ne du­sze

Nu­da po­tra­fi ogar­nąć nie tyl­ko na­sze znie­chę­co­ne gło­wy i cia­ła. Do­ty­ka też du­szy. Ta­ki stan daw­ni mi­strzo­wie du­cho­wo­ści na­zy­wa­li ace­dią. Jest to obo­jęt­ność wo­bec spraw Bo­żych i dą­że­nia do świę­to­ści, utra­ta za­in­te­re­so­wa­nia tym, co przed­tem mo­ty­wo­wa­ło do ży­cia. Za je­go bi­blij­ny ob­raz mo­że po­słu­żyć sen­ność uczniów w ogro­dzie Get­se­ma­ni. Nie by­li oni w sta­nie wy­trwać przy Je­zu­sie na­wet go­dzi­ny. Ace­dia jest rów­nież spo­krew­nio­na z za­twar­dzia­ło­ścią ser­ca, któ­ra spra­wia, że je­ste­śmy głu­si na Sło­wo Bo­że. Nie sły­szy­my go, po­nie­waż nie je­ste­śmy nim za­in­te­re­so­wa­ni, nie do­pusz­cza­my go do sie­bie. W re­zul­ta­cie nie mo­że­my się na­wró­cić, a na­wet tra­ci­my sens ży­cia.

Po­my­sły na nu­dę

A więc jak to jest – nie ma­my cza­su na nu­dę, czy to wszech­obec­na nu­da po­py­cha nas do róż­nych ak­tyw­no­ści? A co je­śli zdia­gno­zu­je­my u sie­bie symp­to­my apa­tii i ocię­ża­ło­ści du­cho­wej? Le­kar­stwa, któ­re za­pi­su­je dr Win­ter są dość pro­ste: po­wrót do za­chwy­tu przy­ro­dą, od­kry­cie i ży­cie zgod­ne z pa­sją, wal­ka o waż­ne war­to­ści. A tak­że dy­stans do pu­ła­pek za­sta­wia­nych przez wszech­obec­ną re­kla­mę i wal­czą­ce o nasz czas me­dia. W grun­cie rze­czy przy­zna­nie się do nu­dy to mo­że być pierw­szy krok, by żyć peł­niej.

 

Mag­da­le­na Urlich

Drodzy Czytelnicy!

Ży­je­my jak zom­bie. Wpa­trze­ni w na­sze smart­fo­ny. Ba­da­nia do­wo­dzą, że do­ty­ka­my ich 2600 ra­zy (!) dzien­nie i prze­cięt­nie się­ga­my po nie co dzie­sięć mi­nut. Jak to wpły­wa na na­sze re­la­cje z in­ny­mi? Od­po­wiedź ma­my pod no­sem. W prze­no­śni i do­słow­nie. Spójrz­my na naj­bliż­szy sto­lik w ka­wiar­ni.

Grup­ka zna­jo­mych – wi­dać, że zna­ją się jak ły­se ko­nie. Sie­dzą ni­by ze so­bą, ale każ­dy z nich trzy­ma w rę­ku te­le­fon i re­agu­je na każ­de otrzy­ma­ne po­wia­do­mie­nie. A my? Na spo­tka­niach ro­dzin­nych trzy­ma­my smart­fon w dło­ni lub na sto­le. Bo jak to? Prze­ga­pić zdję­cie Tom­ka lub po­wia­do­mie­nie od Ani? Za nic w świe­cie!

Czy prze­mknę­ła nam kie­dyś przez gło­wę myśl, ile cza­su spę­dza­my wpa­trze­ni w ekran te­le­fo­nu? Po­le­cam spraw­dzić to obiek­tyw­nie, uży­wa­jąc choć­by przez kil­ka dni jed­nej z apli­ka­cji do mie­rze­nia cza­su i spo­so­bu je­go spę­dza­nia przez nas, gdy ma­my nos w smart­fo­nie. Wy­ni­ki mo­gą za­sko­czyć i prze­ra­zić. Z pew­no­ścią skoń­czą wy­mów­ki, że nie ma­my na nic cza­su. Bo go ma­my, tyl­ko mar­nu­je­my na scrol­lo­wa­nie Fa­ce­bo­oka, Twit­te­ra czy Pin­te­re­sta. A co gdy­by tak czas wy­li­czo­ny przez apli­ka­cję spę­dzić na na­uce na kla­sów­kę z ma­te­ma­ty­ki, spo­tka­niach ze zna­jo­my­mi, jeź­dzie na ro­we­rze, grze w ko­szy­ków­kę czy czy­ta­niu ksią­żek? W nu­me­rze przy­pa­tru­je­my się wiecz­nie za­lo­go­wa­ne­mu po­ko­le­niu i za­sta­na­wia­my nad tym, czy moż­li­wy jest po­wrót do świa­ta unplug­ged.

Z czę­ści dla bierz­mo­wa­nych do­wie­cie się, czym jest olej krzyż­ma i dla­cze­go jest wy­ko­rzy­sty­wa­ny przy udzie­la­niu sa­kra­men­tu Bierz­mo­wa­nia. Znaj­dzie­cie od­po­wiedź na sta­re py­ta­nie, czy Pan Bóg zsy­ła na nas cier­pie­nie. Po­zna­cie rów­nież le­kar­kę gi­ne­ko­lo­ga, któ­ra kie­dyś do­ko­ny­wa­ła abor­cji. Te­raz moż­na ją spo­tkać na Mar­szu dla Ży­cia w Wa­szyng­to­nie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Namaszczenie oznacza wezwanie

Sa­kra­men­ty to wi­dzial­ne zna­ki mi­ło­ści Bo­ga i Je­go ła­ski. W Bierz­mo­wa­niu pod­sta­wo­wym zna­kiem uświę­ca­ją­ce­go dzia­ła­nia Bo­ga jest olej krzyż­ma.

Olej, któ­re­go uży­wa się w sa­kra­men­cie Bierz­mo­wa­nia, świę­ci się w Wiel­ki Czwar­tek przed po­łu­dniem w cza­sie Mszy św. spra­wo­wa­nej w ka­te­drze. Na­zwa te­go ole­ju po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa chri­sis, czy­li na­masz­cze­nie. Jest to ja­sny olej z oli­wek, zmie­sza­ny z ciem­nym, pach­ną­cym bal­sa­mem. Po­świę­ce­nia krzyż­ma do­ko­nu­je bi­skup po Ko­mu­nii świę­tej. No­wo po­świę­co­ne­go ole­ju pierw­szy raz uży­wa się przy udzie­la­niu Chrztu i Bierz­mo­wa­nia w cza­sie Wi­gi­lii Pas­chal­nej. Olej krzyż­ma słu­ży ja­ko sa­kra­men­tal­ny znak przy udzie­la­niu Chrztu, Bierz­mo­wa­nia, sa­kra­men­tu ka­płań­stwa, a tak­że przy kon­se­kra­cji ko­ścio­ła czy oł­ta­rza.

Fot. unsplash.com / Al­mos Bech­told

Sym­bo­li­ka krzyż­ma i na­masz­cze­nia

Oli­wa jest sym­bo­lem te­go, co cen­ne. Nie tyl­ko jest spo­ży­wa­na ja­ko zdro­we źró­dło tłusz­czu. Przez stu­le­cia słu­ży­ła też ja­ko śro­dek do pie­lę­gna­cji skó­ry oraz ja­ko spe­cy­fik lecz­ni­czy, któ­ry de­zyn­fe­ku­je i ła­go­dzi ból. Sto­so­wa­na w lamp­kach oliw­nych sta­je się źró­dłem świa­tła. Po­nad­to uży­wa­nie oli­wy ma zna­cze­nie sym­bo­licz­ne. Na­cie­ra­nie oli­wą, czy­li na­masz­cze­nie, sym­bo­li­zu­je włą­cze­nie czło­wie­ka w Bo­że ży­cie i Bo­żą moc. W Sta­rym Te­sta­men­cie czy­ta­my, że oli­wę sto­so­wa­no przy na­masz­cze­niu kró­la – ja­ko sym­bol si­ły i god­no­ści. Na­masz­cza­no nią tak­że pro­ro­ków. Gest na­masz­cze­nia ro­zu­mie­my w peł­ni dzię­ki Je­zu­so­wi, gdyż Me­sjasz jest jed­no­cze­śnie kró­lem, ka­pła­nem i pro­ro­kiem. W Chry­stu­sie od­kry­wa­my to, co olej za­po­wia­dał i sym­bo­li­zo­wał, czy­li obec­ność i dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go. Je­zus mó­wi o so­bie: Duch Pań­ski spo­czy­wa na Mnie, po­nie­waż Mnie na­ma­ścił i po­słał Mnie, abym ubo­gim niósł do­brą no­wi­nę, więź­niom gło­sił wol­ność, a nie­wi­do­mym przej­rze­nie; abym uci­śnio­nych od­sy­łał wol­ny­mi, abym ob­wo­ły­wał rok ła­ski od Pa­na. Dla uczniów Chry­stu­sa na­masz­cze­nie ozna­cza we­zwa­nie do po­stę­po­wa­nia pod wpły­wem Du­cha Świę­te­go.

Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni ole­jem krzyż­ma, by upo­dab­niać się do Je­zu­sa.

Po­świę­ce­nie krzyż­ma

Sens na­masz­cze­nia uka­zu­je mo­dli­twa, ja­ką wy­po­wia­da bi­skup w cza­sie kon­se­kra­cji krzyż­ma. Pierw­sza część tej mo­dli­twy wy­chwa­la Bo­ga za Je­go tro­skę o czło­wie­ka w ca­łej hi­sto­rii zba­wie­nia i za Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­ry jest peł­nią ob­ja­wie­nia mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka. Dru­ga część mo­dli­twy to proś­ba o zstą­pie­nie mo­cy Bo­żej w ce­lu uświę­ce­nia ole­ju krzyż­ma. W tej czę­ści przy­wo­ła­ny jest chrzest Je­zu­sa. Syn Bo­ży pod­dał się ob­my­ciu, by­śmy wie­dzie­li, że ro­zu­mie na­sze sła­bo­ści i że bie­rze na sie­bie na­sze grze­chy. To wła­śnie w swo­im Sy­nu, któ­ry przy­szedł z mi­ło­ści do nas na zie­mię, Bóg Oj­ciec zna­lazł upodo­ba­nie i po­twier­dził to wo­bec tłu­mu lu­dzi. Bi­skup – wraz z to­wa­rzy­szą­cy­mi mu w ci­szy ka­pła­na­mi – wy­po­wia­da proś­bę: „Niech wszy­scy ochrzcze­ni, prze­nik­nię­ci świę­tym na­masz­cze­niem i uwol­nie­ni od grze­chu pier­wo­rod­ne­go, sta­ną się Two­ją świą­ty­nią i wy­da­ją woń nie­win­ne­go ży­cia”.

Na­masz­cze­ni do świę­to­ści

Gest na­masz­cza­nia bierz­mo­wa­nych ole­jem krzyż­ma ozna­cza, że oto Bóg wy­bie­ra tych mło­dych lu­dzi na swo­ich świad­ków i że umac­nia ich ła­ską, by w co­dzien­nym ży­ciu kie­ro­wa­li się świa­tłem Du­cha Świę­te­go. To Duch Je­zu­sa. To Duch Je­go mą­dro­ści, mi­ło­ści, świę­to­ści i ra­do­ści. Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni ole­jem krzyż­ma, by upo­dab­niać się do Je­zu­sa, któ­ry z wiel­ką mo­cą gło­sił Bo­żą, czy­li peł­ną, praw­dę o czło­wie­ku i któ­ry od­no­sił się do każ­de­go z Bo­żą, czy­li nie­odwo­łal­ną mi­ło­ścią. Bierz­mo­wa­ni zo­sta­ją na­masz­cze­ni po to, że­by od­tąd po­stę­po­wać w na­masz­czo­ny spo­sób, czy­li mą­drze i od­po­wie­dzial­nie, na chwa­łę Bo­ga i ku ra­do­ści lu­dzi.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

DIY. Do It Yourself. Jak skutecznie usiąść, aby czytać?

Jak uży­wać tych wszyst­kich mą­drych na­rzę­dzi z róż­nych ar­ty­ku­łów czy po­rad­ni­ków, gdy trud­no po­ko­nać dwie stro­ny bi­blij­ne­go tek­stu? Etiop, dwo­rza­nin kró­lo­wej Kan­da­ki, wra­cał z Je­ro­zo­li­my – jak po­da­ją Dzie­je Apo­stol­skie – czy­ta­jąc w swo­im wo­zie pro­ro­ka Iza­ja­sza. I nic nie ro­zu­miał. Gdy po­ja­wił się przed nim Fi­lip, Etiop­czyk po­wie­dział: Jak­że mo­gę ro­zu­mieć, je­śli mi nikt nie wy­ja­śni. Za­pro­sił Fi­li­pa do wo­zu i po­ka­zał mu, co ak­tu­al­nie czy­tał. Ale: czy­tał. Nie ma py­tań bez czy­ta­nia, nie ma roz­wią­zań bez usil­ne­go po­szu­ki­wa­nia, nie ma wie­dzy bez jej za­wzię­te­go zdo­by­wa­nia. Coś zdo­by­te z pa­sją i w jej re­zul­ta­cie, da­je ogrom­ną ra­dość i me­ga sa­tys­fak­cję. I po­py­cha ku na­stęp­nym, nie­zna­nym prze­strze­niom. To mo­że: kil­ka tro­pów.

Fot. unsplash.com / Pri­scil­la Du Pre­ez

Czy­taj jed­nym tchem

Czy­taj ewan­ge­lię we­dług św. Mar­ka jed­nym tchem, od de­ski do de­ski (=od po­cząt­ku do koń­ca). Gło­śna lek­tu­ra zaj­mu­je oko­ło pół­to­rej go­dzi­ny – ci­cha znacz­nie, znacz­nie mniej. Nie zwra­caj uwa­gi na śród­ty­tu­ły, czy­li roz­dzie­la­ją­ce tekst sfor­mu­ło­wa­nia wy­dru­ko­wa­ne po­gru­bio­ną czcion­ką. One są wtór­ne. Ich ce­lem był po­dział tek­stu bi­blij­ne­go z my­ślą o li­tur­gii czy pod­czy­ty­wa­niu pod­czas na­bo­żeństw. Z punk­tu wi­dze­nia współ­cze­snej eg­ze­ge­zy moż­na dziś ja­sno stwier­dzić, że czę­sto dzie­lą one spój­ny tekst i cza­sem utrud­nia­ją na­wet uchwy­ce­nie sen­su czy my­śli au­to­ra na­tchnio­ne­go. Nie za­trzy­muj się przy nich i ab­so­lut­nie nie czy­taj we­dług for­mu­ły „od tłu­ste­go dru­ku do tłu­ste­go dru­ku”. Po­zwól się wcią­gnąć ak­cji. Za­an­ga­żuj się w prze­ży­cia bo­ha­te­rów. Czy­taj tak, jak­byś ni­gdy nie sły­szał nic z tych rze­czy. Bie­gnij za tre­ścią. Zo­ba­czysz efekt. Na­gle oka­zu­je się, że ta Hi­sto­ria fa­scy­nu­je. Ewan­ge­lia we­dług św. Mar­ka z za­ło­że­nia mia­ła być ta­kim te­le­expre­sem o Je­zu­sie dla tych, któ­rzy ni­gdy nie mie­li nic wspól­ne­go z re­li­gią Moj­że­szo­wą i kom­plet­nie nic dla nich ter­min „Me­sjasz” nie zna­czył. Mia­ła ich po­rwać, za­in­try­go­wać i dać kom­pen­dium wie­dzy. Ta­ki moc­ny start. Wy­rzut­nia do dal­sze­go po­zna­wa­nia. (Tak na mar­gi­ne­sie, to je­stem cie­ka­wa, czy też od­nie­siesz wra­że­nie, że w tej Ewan­ge­lii Je­zus po pro­stu bie­gnie. Bar­dzo szyb­ko bie­gnie. I wszyst­ko dzie­je się nie­sa­mo­wi­cie dy­na­micz­nie).

Nie bój się zwąt­pie­nia w praw­dy, co do któ­rych uwa­żasz, że nie masz pra­wa te­go pod­wa­żać. Nie bój się – tyl­ko roz­ma­wiaj o tym z Bo­giem.

Lu­dzie z krwi i ko­ści

A te­raz coś dla tych, któ­rzy lu­bią „myśli/historie nie­ucze­sa­ne”. Księ­ga Sę­dziów. Sta­ry Te­sta­ment. Żad­nej ide­ali­za­cji. Lu­dzie z krwi i ko­ści. Nie­sa­mo­wi­ty au­ten­tyzm spo­tka­nia – jak ten opi­sa­ny w roz­dzia­le 13 kon­takt Anio­ła JHWH z żo­ną Ma­no­acha. Od­wa­ga dia­lo­gu lu­dzi z Bo­giem, po­łą­czo­na z wy­ra­ża­niem kon­kret­nych opi­nii, za­ża­leń i zwąt­pień. To ce­cha spe­cy­ficz­na „od­cin­ka” Sdz 6–7, z dzie­jów Ge­de­ona. Ko­lej­na świet­na hi­sto­ria to ob­raz współ­pra­cy dam­sko-mę­skiej w pro­ce­sie słu­cha­nia Bo­ga w Sdz 4n – nie­zwy­kła re­la­cja De­bo­ry i Ba­ra­ka. W ple­ja­dzie tej nie spo­sób omi­nąć Sam­so­na, si­ła­cza, od­da­ne­go Bo­gu, za­ko­chu­ją­ce­go się w nie­mal każ­dej na­po­tka­nej ko­bie­cie – Sdz 13–16. Na­praw­dę: trud­no się nie wcią­gnąć i trud­no się po­tem ode­rwać. Oczy­wi­ście – in­na niż na­sza wraż­li­wość: du­żo prze­mo­cy, ale też du­żo prze­sa­dy. Au­tor bi­blij­ny lu­bi wy­ol­brzy­miać, ko­lo­ry­zo­wać i pod­krę­cać ak­cję, aby nie po­zwo­lić od­bior­cy roz­pro­szyć się ani na mo­ment. Ce­lem jest po­zna­nie, po­przez do­świad­cze­nia tych bi­blij­nych po­sta­ci, my­śle­nia Bo­ga o czło­wie­ku, Bo­że­go my­śle­nia o świe­cie.

Prze­brnąć przez tekst, by od­kryć Bo­ga

Co zro­bić, gdy w pew­nym mo­men­cie za­trzy­ma cię coś, cze­go nie ro­zu­miesz? Mo­żesz „prze­sko­czyć”, mo­żesz zo­sta­wić, a mo­żesz też szu­kać zro­zu­mie­nia, spraw­dza­jąc w ko­men­ta­rzu czy wpi­su­jąc pro­blem do Go­ogle, do­da­jąc si­gla (wska­za­nie tek­stu bi­blij­ne­go) oraz roz­sze­rze­nie pdf (wy­sko­czy ci wów­czas ja­kiś, naj­czę­ściej fa­cho­wy, ar­ty­kuł). Po­zwól so­bie na ta­ki kie­ru­nek, na ja­ki cię stać w da­nym mo­men­cie. W pew­nym mo­men­cie do­świad­czysz, że za­czy­nasz czy­tać ze wzglę­du na Oso­bę, że bę­dziesz chciał prze­brnąć przez tekst, by od­kryć Bo­ga. I to jest wła­śnie ten naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cy drugi/nowy po­czą­tek głę­bo­kich zma­gań i wiel­kich od­kryć.

Po­zwól się też za­trzy­mać, gdy ja­kaś treść cię za­chwy­ci, przy­cią­gnie two­ją uwa­gę, na­sy­ci cię. To ta­kie spe­cy­ficz­ne spo­so­by dzia­ła­nia Bo­że­go Du­cha przez Bi­blię. W naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym mo­men­cie po­ka­zu­je nam coś tak głę­bo­kie­go, nie­zwy­kłe­go, że nie mo­że­my iść da­lej, mu­si­my się za­trzy­mać i na­wet po pro­stu tyl­ko „być”, być w tym od­kry­ciu, sie­dzieć, prze­by­wać.

Nie bój się py­tań, któ­re ro­dzi w to­bie tekst. Py­taj Bo­ga. Nor­mal­nie. Py­taj Go i po­zwól się pro­wa­dzić ku odpowiedzi/odbierz ko­mu­ni­kat. Nie zo­sta­wi cię z tym. Ale od­po­wie swo­im spo­so­bem.

Nie bój się zwąt­pie­nia w rze­czy, w praw­dy, co do któ­rych uwa­żasz, że nie masz pra­wa te­go pod­wa­żać. Nie bój się – tyl­ko roz­ma­wiaj o tym z Bo­giem. Wąt­pli­wo­ści to znak roz­wo­ju, ale nie moż­na ich po­zo­sta­wić sa­mym so­bie. To sty­mu­la­tor do wie­dzy, do po­szu­ki­wań.

Cho­dzi tyl­ko o Bo­ga i cie­bie

Nie myśl o so­bie. Nie myśl, co z te­go bę­dzie – czy ktoś cię po­chwa­li, bę­dziesz wię­cej wie­dział, bę­dziesz lep­szy, bo „czy­tasz Bi­blię”. Skup się na Bo­gu. Bi­blia to nie książ­ka sa­vo­ir-vi­vru, to nie pod­ręcz­nik mo­ral­no­ści czy pe­da­go­gi­ki. Bi­blia to prze­strzeń spo­tka­nia i w niej cho­dzi tyl­ko o Bo­ga i cie­bie.

I naj­waż­niej­sze na ko­niec: punkt przy­ło­że­nia w czy­ta­niu Bi­blii to pew­ność: BÓG JEST DOBRY. Wszyst­ko, co ci się z tym nie zga­dza, we­ry­fi­kuj – al­bo wte­dy czło­wiek cze­goś nie wie, al­bo coś nie­wła­ści­wie ro­zu­mie, al­bo cze­goś nie za­uwa­żył. A po­wo­li szcze­gó­ły ob­ra­zu Do­bre­go Bo­ga, któ­re się od­sło­nią przed to­bą za­chwy­cą cię tak, że… nic te­go nie po­ko­na.

DIY! Po­wo­dze­nia! Z Bo­żym Du­chem!

 

Jo­an­na No­wiń­ska SM

Poza smartfonem jest całkiem spoko

Wy­cze­ki­wa­na na­gro­da oka­za­ła się dla mnie pu­łap­ką. Co­raz wię­cej i wię­cej cza­su spę­dza­łem z te­le­fo­nem w rę­ce.

Do dzi­siaj pa­mię­tam mo­ment, gdy do­sta­łem od ro­dzi­ców pierw­sze­go smart­fo­na. Z za­mknię­ty­mi ocza­mi po­tra­fię opo­wie­dzieć, ja­ki to był mo­del i ja­kie miał ce­chy. To by­ła na­gro­da za świa­dec­two z pa­skiem. Oj, jak bar­dzo się sta­ra­łem, że­by ją zdo­być. Na nie­szczę­ście mi się uda­ło. Dla­cze­go „na nie­szczę­ście”? Po­nie­waż od te­go cza­su nie mia­łem już do­brych ocen. Co­raz wię­cej cza­su spę­dza­łem z no­sem w te­le­fo­nie, gra­jąc, scrol­lu­jąc Fa­ce­bo­oka, prze­glą­da­jąc In­sta­gra­ma, oglą­da­jąc fil­mi­ki na YouTu­be. By­łem na bie­żą­co z naj­śmiesz­niej­szy­mi i naj­głup­szy­mi fil­mi­ka­mi. Nikt nie był w sta­nie mnie czymś no­wym za­sko­czyć. Wszyst­ko wcze­śniej wi­dzia­łem.

Ży­cie w smart­fo­nie

Im wię­cej cza­su spę­dza­łem z te­le­fo­nem, tym gor­sze mia­łem oce­ny. Zda­rza­ło mi się za­po­mi­nać o za­da­niach do­mo­wych. Czas prze­zna­czo­ny na na­ukę na kla­sów­ki spę­dza­łem na pod­glą­da­niu zna­jo­mych w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Za­sy­pia­łem z te­le­fo­nem w rę­ce. Gdy prze­bu­dza­łem się w no­cy, się­ga­łem od­ru­cho­wo po te­le­fon i za­czy­na­łem prze­glą­dać in­ter­net i ulu­bio­ne stro­ny. Jak póź­niej ob­li­czy­łem, spę­dza­łem w in­ter­ne­cie po 6–8 go­dzin dzien­nie.

Do­szło do te­go, że za­czą­łem być ner­wo­wy, je­śli roz­ła­do­wał mi się te­le­fon. Usil­nie pil­no­wa­łem, że­by o nim nie za­po­mnieć i wszę­dzie za­bie­rać go ze so­bą. Mo­głem za­po­mnieć o ze­szy­cie do mat­my, ale nie o nim. Przy­szedł czas, że na ro­dzin­nych im­pre­zach ro­dzi­ce za­czę­li mnie upo­mi­nać, bo za­miast uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, sie­dzia­łem w ką­cie ze smart­fo­nem. To, że mam pro­blem, na jed­nej z ta­kich im­prez za­uwa­ży­ła mo­ja cio­cia, któ­ra jest psy­cho­lo­giem. Zwró­ci­ła mi uwa­gę na mo­je za­cho­wa­nie, a po­tem od­cią­gnę­ła na bok ro­dzi­ców i dłu­go z ni­mi o czymś roz­ma­wia­ła.

Za­czy­na się zmia­na

Po tej roz­mo­wie ro­dzi­ce wpro­wa­dzi­li wie­le za­sad do­ty­czą­cych ko­rzy­sta­nia ze smart­fo­na. Nie mam już nie­li­mi­to­wa­ne­go in­ter­ne­tu. W cza­sie im­prez ro­dzin­nych i na­szych po­sił­ków wszy­scy od­kła­da­my te­le­fo­ny do spe­cjal­ne­go ko­szy­ka. Ni­ko­mu nie wol­no z nich wte­dy ko­rzy­stać, na­wet ro­dzi­com! Do­sta­łem od ta­ty zwy­kły bu­dzik. Smart­fon cze­ka na mnie przez noc w in­nym po­ko­ju. Ro­dzi­ce za­pi­sa­li mnie na za­ję­cia spor­to­we, na któ­re cho­dzę trzy ra­zy w ty­go­dniu, i pil­nu­ją, czy na­praw­dę się uczę, gdy mó­wię, że to ro­bię.

Gó­ry za­miast What­sAp­pa

Już nie za­sy­piam i nie bu­dzę się z te­le­fo­nem w rę­ce, ale przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga do od­zwy­cza­je­nia się od smart­fo­na. Po­ma­łu prze­ko­nu­ję się, że więk­szą war­tość ma spo­tka­nie z ko­le­ga­mi, by po­grać wspól­nie w pił­kę lub po­ga­dać, a nie to­czyć nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy na What­sAp­pie. Więk­szą war­tość za­czy­na­ją mieć dla mnie zdję­cia z wspól­nych wy­pa­dów z ko­le­ga­mi w gó­ry niż sel­fie, któ­re ro­bi­łem z głu­pi­mi mi­na­mi, by za­szpa­no­wać w kla­sie. Świat po­za smart­fo­nem nie jest zły. Jest cał­kiem, cał­kiem spo­ko. Prze­ko­nu­ję się do nie­go.

 

Ka­rol, 15 lat

Nie przegraj młodości

Nie przegraj młodości

Fun­da­cja Nie­dzie­la. In­sty­tut Me­diów re­ali­zu­je pro­jekt „Nie prze­graj mło­do­ści”, ma­ją­cy na ce­lu prze­ciw­dzia­ła­nie roz­wo­jo­wi prze­stęp­czo­ści w śro­do­wi­sku dzie­ci i mło­dzie­ży przy za­an­ga­żo­wa­niu ro­dzi­ców, na­uczy­cie­li, uczniów. W ra­mach pro­jek­tu po­wsta­ły trzy ma­te­ria­ły fil­mo­we, któ­re do­ty­czą na­stę­pu­ją­cej te­ma­ty­ki:

Część I – Sy­gna­ły

Tre­ści przed­sta­wio­ne w tym fil­mie ma­ją na ce­lu po­móc ro­dzi­com w roz­po­zna­wa­niu sy­gna­łów, któ­re mo­gą su­ge­ro­wać, że ich dziec­ko mo­że być za­gro­żo­ne, pod­da­wa­ne wpły­wom kry­mi­no­gen­nych czyn­ni­ków. Cho­dzi tu­taj o pod­nie­sie­nie czuj­no­ści ro­dzi­ców i ich świa­do­mej ob­ser­wa­cji za­cho­wań dzie­ci. W wy­wia­dzie spe­cja­li­ści wska­zu­ją ro­dzi­com, ja­kie­go ty­pu za­cho­wa­nia dzie­ci mo­gą być nie­po­ko­ją­ce oraz w ja­ki spo­sób mo­gą one chcieć ukry­wać, nie przy­zna­wać się do swo­ich złych za­cho­wań. Moż­na wy­ko­rzy­stać go na przy­kład na wy­wia­dów­kach z ro­dzi­ca­mi przez wy­cho­waw­ców.

Część II – Jak roz­ma­wiać

Ma­te­riał fil­mo­wy uka­zu­ją­cy pro­ble­ma­ty­kę do­ty­czą­cą umie­jęt­ne­go prze­pro­wa­dze­nia roz­mo­wy z dziec­kiem, wy­ka­zu­ją­cym moż­li­wość wy­stą­pie­nia za­gro­że­nia na­wią­za­nia bliż­sze­go kon­tak­tu z prze­stęp­czo­ścią i śro­do­wi­ska­mi prze­stęp­czy­mi, chu­li­gań­ski­mi, nar­ko­ty­ko­wy­mi. Ta dru­ga część fil­mu mo­że być przy­dat­ną dla wy­cho­waw­ców do wy­ko­rzy­sta­nia na in­nym spo­tka­niu z ro­dzi­ca­mi lub udo­stęp­nie­niu te­go ma­te­ria­łu bez­po­śred­nio kon­kret­nie wy­bra­nym ro­dzi­com.

Część III – Nie zmar­nuj swo­je­go ży­cia

Ma­te­riał fil­mo­wy za­wie­ra świa­dec­twa osób, któ­re ze­rwa­ły z prze­stęp­czo­ścią, ży­ją uczci­wie i ma­ją z te­go sa­tys­fak­cję, ra­dość. Film po­ka­zu­je tak­że, że kry­mi­no­gen­ne za­cho­wa­nia mło­dzie­ży nie są ich spra­wą pry­wat­ną, bo skut­ki do­ty­ka­ją też in­nych osób.

Za­chę­ca­my do udo­stęp­nia­nia fil­mów oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nia ich w cza­sie lek­cji wy­cho­waw­czych i spo­tkań z ro­dzi­ca­mi i mło­dzie­żą.

Pro­jekt współ­fi­nan­so­wa­no ze środ­ków Fun­du­szu Spra­wie­dli­wo­ści, któ­re­go dys­po­nen­tem jest Mi­ni­ster Spra­wie­dli­wo­ści.

Projekt współfinansowano ze środków Funduszu Sprawiedliwości, którego dysponentem jest Minister Sprawiedliwości

Drodzy Czytelnicy!

Już, już za chwi­lę Bo­że Na­ro­dze­nie, czy­li je­den z naj­bar­dziej „ro­dzin­nych” okre­sów w ro­ku. Usią­dzie­my ra­zem do sto­łu, po­dzie­li­my się opłat­kiem i zje­my pysz­ną ko­la­cję wi­gi­lij­ną. Bę­dzie­my śpie­wać ko­lę­dy i pój­dzie­my na pa­ster­kę. Spę­dzi­my du­żo cza­su z ro­dzi­ca­mi i ro­dzeń­stwem. Nie­któ­rych od­wie­dzą bab­cie i dziad­ko­wie, in­ni po­ja­dą na świę­ta do ro­dzi­ny. Nie wszy­scy jed­nak ma­ją to szczę­ście, że ich bli­scy są na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Nie wszy­scy spę­dzą świę­ta z ma­mą i ta­tą. Dla­cze­go? Nie­któ­rzy ro­dzi­ce wy­jeż­dża­ją do pra­cy za­gra­ni­cę, zo­sta­wia­jąc w Pol­sce swo­je ro­dzi­ny. Czę­ści z nich nie uda się wziąć urlo­pu i wró­cić do do­mu na świę­ta. Co zro­bić, gdy mo­że­my ma­mę lub ta­tę wi­dy­wać raz na ja­kiś czas i jak pod­trzy­mać tę trud­ną re­la­cję? Pod­po­wie­dzi znaj­dzie­cie w ar­ty­ku­łach Mag­dy Urlich.

W czę­ści dla kan­dy­da­tów do Bierz­mo­wa­nia znaj­dzie­cie świa­dec­two Ali­cji, któ­ra przy­ję­ła już ten sa­kra­ment i któ­ra czę­sto py­ta Du­cha Świę­te­go, jak po­win­na po­stą­pić, gdy nie ma po­ję­cia, co na­le­ży zro­bić. Do­wie­cie się, ja­kie są za­sa­dy wy­bo­ru świad­ka do Bierz­mo­wa­nia i dla­cze­go chrze­ści­ja­ni­na moż­na po­rów­nać do wę­giel­ka. Na koń­cu cze­ka na was nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria Grze­go­rza, któ­ry choć od­rzu­cił wia­rę, to się na­wró­cił, bo... po­czuł za­pach Pa­na Bo­ga. Szcze­gó­ły prze­czy­ta­cie w je­go przej­mu­ją­cym świa­dec­twie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie wyrzucaj słoni

Zdo­bądź się na gest dla śro­do­wi­ska. Bądź eko. Wy­rzu­caj mniej. Bo uto­nie­my, ale nie w wo­dzie, lecz w śmie­ciach.

Da­ne są alar­mu­ją­ce. Każ­dy z nas wy­rzu­ca rocz­nie ok. 311 kg od­pa­dów. Po­wiesz, że to mniej niż śred­nia dla kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej, któ­ra wy­no­si bli­sko 500 ki­lo­gra­mów na miesz­kań­ca? Tak, ale wy­rzu­ca­my z ro­ku na rok co­raz wię­cej. Słoń afry­kań­ski po uro­dze­niu wa­ży ok. 110 kg. Na­sze śmie­ci wa­żą za­tem ty­le, co trzy ta­kie sło­nie. Licz­by ro­bią wra­że­nie.

Fot. 123RF.com / Za­val­ny­uk Ser­gey

Pro­du­ko­wać mniej śmie­ci

Roz­wią­za­nie? Za­cząć do sie­bie i pro­du­ko­wać mniej śmie­ci. Nie od ra­zu mu­sisz do­łą­czyć do eks­tre­mal­nych eko­lo­gów, któ­rych śmie­ci z ca­łe­go ro­ku (!) miesz­czą się w pu­deł­ku po bu­tach (!). Nie od ra­zu też mu­sisz za­kła­dać na bal­ko­nie ho­dow­lę dżdżow­nic ka­li­for­nij­skich, któ­re w kom­po­stow­ni­ku bę­dą zja­dać od­pad­ki or­ga­nicz­ne, czy­li m.in. skór­ki owo­ców, reszt­ki wa­rzyw, ogryz­ki ja­błek, i wy­da­lać je w for­mie bio­hum­mu­su, czy­li skład­ni­ka bar­dzo ży­znej gle­by (do­sko­na­łe­go dla ogrod­ni­ków). Co mo­żesz za­tem zro­bić? Do­łą­czyć do ru­chu ze­ro wa­ste na wła­snych za­sa­dach. Krok po kro­ku. Ruch ten opie­ra się na trzech głów­nych fi­la­rach. Ko­lej­no: re­duk­cji ku­po­wa­nych rze­czy, któ­re ge­ne­ru­ją póź­niej od­pa­dy, tra­fia­ją­ce na wy­sy­pi­ska śmie­ci. Po­now­nym uży­ciu te­go, co już ma­my, czy­li np. stwo­rze­niu ze szkla­nej bu­tel­ki wa­zo­nu na kwia­ty a z pu­deł­ka po bu­tach po­jem­ni­ka na prze­cho­wy­wa­nie pa­mią­tek. Re­cy­klin­gu, czy­li se­gre­ga­cji śmie­ci, któ­re dzię­ki te­mu zo­sta­ją po­now­nie prze­ro­bio­ne np. na pa­pier to­a­le­to­wy.

Eko, czyli...pyszne!

Jest wie­le co­dzien­nych eko­lo­gicz­nych roz­wią­zań, któ­re mo­gą świet­nie spraw­dzić się u cie­bie. Na wy­ciecz­kę w gó­ry czy nad rze­kę za­bierz wo­rek na śmie­ci, któ­re tra­fią póź­niej do do­mo­we­go ko­sza i zo­sta­ną pod­da­ne re­cy­klin­go­wi. Se­gre­guj wszyst­kie od­pa­dy w do­mu. Chcesz się po­zbyć do­brych ubrań? Po­da­ruj je lo­kal­nej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej lub zrób ze zna­jo­my­mi ich wy­mia­nę. Po­ma­ga­jąc ro­dzi­com w do­mo­wych po­rząd­kach, na­mów ich na ko­rzy­sta­nie z eko­lo­gicz­nych środ­ków do czysz­cze­nia, by zu­żyć mniej pla­sti­ko­wych opa­ko­wań. Dłu­go­pi­sy i przy­bo­ry szkol­ne wsadź do ozdo­bio­ne­go przez cie­bie sło­ika, by nadać mu dru­gie ży­cie. Prze­czy­ta­ną książ­kę za­nieś do bi­blio­te­ki lub po­da­ruj ko­le­dze. Za­miast wo­dy w pla­sti­ko­wych bu­tel­kach ko­rzy­staj z tej z kra­nu lub prze­fil­tro­wa­nej w spe­cjal­nym dzban­ku, i wle­waj ją do eko­lo­gicz­nej bu­tel­ki wie­lo­krot­ne­go użyt­ku. Na spo­tka­niach ze zna­jo­my­mi nie ko­rzy­staj z jed­no­ra­zo­wych ta­le­rzy­ków i sztuć­ców. Ogra­nicz pla­sti­ko­we od­pad­ki, re­zy­gnu­jąc z uży­wa­nia sło­mek i po­móż ro­dzi­com zro­bić prze­two­ry na zi­mę, że­by ogra­ni­czyć ku­po­wa­nie mro­żo­nych wa­rzyw i sa­ła­tek w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach. Pij her­ba­tę li­ścia­stą a nie w to­reb­kach. Skle­po­we so­ki za­stąp wy­ci­ska­ny­mi ze świe­żych wa­rzyw i owo­ców w do­mu. Nie dru­kuj nie­po­trzeb­nych ma­te­ria­łów, któ­re póź­niej i tak tra­fią do ko­sza. Pre­zen­ty dla zna­jo­mych pa­kuj w ład­ne to­reb­ki, w któ­rych sam coś otrzy­ma­łeś. W dro­dze do szko­ły nie ku­puj ba­to­ni­ków. Zrób so­bie sam smacz­ną i zdro­wą prze­ką­ską. In­ter­net jest ko­pal­nią po­my­słów na do­mo­we, pysz­ne sma­ko­ły­ki.

Sprzą­ta­nie świa­ta

Je­śli chcesz dzia­łać na szer­szą ska­lę, to za­pro­po­nuj w szko­le eko­lo­gicz­ne wy­da­rze­nie. 22 kwiet­nia ob­cho­dzi­my Dzień Zie­mi. To do­sko­na­ła oka­zja, by na­mó­wić na­uczy­cie­li, by te­go dnia wspól­nie się za­sta­no­wić nad pro­ble­mem śmie­ci. Chęt­ni mo­gą przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję, by po­ka­zać, jak du­ży to pro­blem i jak moż­na go roz­wią­zać. Wszy­scy mo­gą się włą­czyć w wy­mia­nę ksią­żek, któ­re prze­czy­ta­ne le­żą na do­mo­wych pół­kach. In­ną do­brą oka­zją do za­dba­nia o śro­do­wi­sko jest Sprzą­ta­nie świa­ta, któ­re od­by­wa się w trze­ci week­end wrze­śnia. Mo­żesz na­mó­wić wy­cho­waw­cę i kla­sę na po­sprzą­ta­nie ka­wał­ka oko­licz­ne­go la­su, oko­lic szko­ły czy lo­kal­ne­go par­ku z po­roz­rzu­ca­nych w tych miej­scach śmie­ci. Do wrze­śnia da­le­ko? Nie cze­kaj. Stwórz wasz dzień sprzą­ta­nia.

Na­sza uci­ska­na i zde­wa­sto­wa­na zie­mia

Pa­pież Fran­ci­szek na­pi­sał w 2015 r. en­cy­kli­kę Lau­da­to si» o eko­lo­gii. Za­czął ją sło­wa­mi: „Lau­da­to si’, mi’ Si­gno­re – Po­chwa­lo­ny bądź, Pa­nie mój, śpie­wał świę­ty Fran­ci­szek z Asy­żu. W tej pięk­nej pie­śni przy­po­mniał, że nasz wspól­ny dom jest jak sio­stra, z któ­rą dzie­li­my ist­nie­nie, i jak pięk­na mat­ka, bio­rą­ca nas w ra­mio­na: « Po­chwa­lo­ny bądź, mój Pa­nie, przez sio­strę na­szą, mat­kę zie­mię, któ­ra nas ży­wi i cho­wa, wy­da­je róż­ne owo­ce z barw­ny­mi kwia­ta­mi i tra­wa­mi ». Ta sio­stra pro­te­stu­je z po­wo­du zła, ja­kie jej wy­rzą­dza­my nie­od­po­wie­dzial­nym wy­ko­rzy­sty­wa­niem i ra­bun­ko­wą eks­plo­ata­cją dóbr, któ­re Bóg w niej umie­ścił. Do­ra­sta­li­śmy my­śląc, że je­ste­śmy jej wła­ści­cie­la­mi i rząd­ca­mi upraw­nio­ny­mi do jej ogra­bie­nia. Prze­moc, ja­ka ist­nie­je w ludz­kich ser­cach zra­nio­nych grze­chem, wy­ra­ża się rów­nież w ob­ja­wach cho­ro­by, ja­ką do­strze­ga­my w gle­bie, wo­dzie, po­wie­trzu i w isto­tach ży­wych. Z te­go wzglę­du wśród naj­bar­dziej za­nie­dba­nych i źle trak­to­wa­nych znaj­du­je się na­sza uci­ska­na i zde­wa­sto­wa­na zie­mia, któ­ra «ję­czy i wzdy­cha w bó­lach ro­dze­nia » (Rz 8, 22)”. To znak, że Ko­ściół rów­nież trosz­czy się o nasz wspól­ny ziem­ski dom.

Po­mo­żesz swo­jej swo­jej sio­strze, mat­ce zie­mi? Dla eko­lo­ga nie ma miej­sca na sło­wa „nie chce mi się” czy „za­cznę, ale od ju­tra”. Krok po kro­ku, w nie­uciąż­li­wy spo­sób mo­żesz zre­du­ko­wać śmie­ci i za­pa­łem za­ra­zić ko­le­żan­ki i ko­le­gów. Po­dzię­ku­je ci za to mat­ka zie­mia. Do dzie­ła!

En­cy­kli­ka Lau­da­to si» w ca­ło­ści tu­taj.

Aga­ta Goł­da